Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Postautor: buba » wt 17 maja, 2011 11:30

"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


tomtom
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 59
Rejestracja: pn 01 lis, 2010 15:31

Postautor: tomtom » wt 17 maja, 2011 14:36

Fajna wycieczka. Dzięki za foty.


Hajnówka
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 71
Rejestracja: sob 22 maja, 2010 14:00

Postautor: Hajnówka » wt 17 maja, 2011 22:00

Penetracja zadupia Ukrainy :D
Czekamy na relację


Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Postautor: buba » pt 10 cze, 2011 14:39

„Taki już bowiem jest mój nałóg, że zamiast szukać dziwów świata po udeptanych szlakach, brodziłem całe życie tylko przez piaski, bagna i manowce omijane przez wszystkich, wpatrując się w dno tych rzek modrych, w łąki i gaje, w ludzi, którzy należą jeszcze do otaczającej ich natury, w ich chaty i stare cmentarzyska..." Zygmunt Gloger

Miały być bezkresne bagna, głuszcze, cietrzewie i pływanie łodka... Były rozlewiska , piaszczyste wydmy, koncerty żab, bania i duuuzo piwa. (to ostatnie oczywiscie w planach również było ;) )

Tereny bagienne jakos od zawsze wyjatkowo mnie pociagaly. Może dlatego , ze tam zwykle mniejsza gestosc zaludnienia niż gdzie indziej? Może dlatego, ze nocami podnosza się mgly i dziwne opary? Może dlatego, ze gdy mialam kilka lat babcia mi często opowiadala o błędnych ognikach? Może dlatego, ze teren nie bedacy ani woda ani lądem ma w sobie jakas tajemnicza nierealnosc- ni to przejsc, ni to przeplynac... I tylko ptactwo o dziwnych glosach ma tam swoje siedziby... Widok ogromnych zakreskowanych terenów na mapach, nad wszystkimi dopływami Prypeci, potęgowany zdjeciami ze znalezionego w empiku albumu „Polesie” spowodowaly , ze trzeba koniecznie tam pojechac. Nie mogac zwalczyc wrodzonego lenistwa, nie wyrobilismy bialoruskich wiz... Wybor padl na Polesie ukrainskie...

Poczatkowo mialo nas jechac więcej.. Ale jak to bywa przed wyjazdem ekipa zwykle się wykrusza.. Zostalo nas sześcioro: buba i topeerz, Franek z forum sudety.it, Mateusz zwany również Łysym lub Wcześniakiem z forum bukrowiec.com.pl wraz z kolega Jackiem oraz Grześ- wierny towarzysz roznistych wypraw na wschod od wielu, wielu lat.

Lwów wita nas wyjatkowo niemajową pogoda.. Jest plus 3, ciemne chmury, wiatr i popaduje, co w połaczeniu ze wspomnieniami sprzed 3 dni , gdy w Oławie padal snieg, nie nastraja zbytnio optymistycznie..

Z ekipa spotykamy się w naszej ulubionej przydworcowej knajpce, gdzie wyjadamy wszystkie bedace na stanie solianki, barszcze i pielmieni ;)

Na peronie spotykamy Marcina, który to jezdzil sporo z nami w gory w latach 2004-2006. A potem jakos przepadl jak kamien w wode.. I tu nagle się spotykamy po kilku latach, przypadkiem na lwowskim peronie. Marcin jedzie z jakims referatem na miedzynarodowe warsztaty organizowane w Rownem. Jako ze się dawno nie widzielismy pogawedkom nie ma konca.

Na Ukrainie zawsze jak pamietam pociagi jezdzily bardzo punktualnie, nie spoznialy się , nie wypadaly... Ale niestety chyba się Ukraina zapatrzyla na swojego zachodniego sasiada... Nasz pociag do Równego ma ponad godzine opoznienia.. Niezbyt dobry nastroj z tego powodu rekompensujemy sobie w wagonie restauracyjnym zakupujac spore ilosci lvivskich i obołonów.

Obrazek

Wogole dziwny jakiś jest ten nasz pociag.. ni to elektryczka, ni to wagon dalekobiezny.. Niby wyglada jak elektryczka ale taka de lux, z miekkimi siedzeniami, numerowanymi miejscami i jeszcze naklejkami ze „monitoring”. Brrrrrrrr

W Równym na przesiadke mielismy 50 min... Gdy wysiadamy na peron, natychmiast puszczamy się w galop za miejscowymi, którzy wciąż maja nadzieje, ze pociag na Sarny stoi na peronie.. Gdy wbiegamy na wiadukt jeszcze stoi.. ale właśnie rusza i mamy mozliwosc podziwania z wiaduktu konca naszego pociagu... Nie pomogly okrzyki i podskakiwania.. Zeby choc go nie zobaczyc... ale wyjatkowo przykro widziec jak było blisko.. Zabraklo minuty? A może 30 sekund?
Zatem nas czeka 3 godzinna podroz autobusem...bez kibla... Niech to szlag!!! a mi jak na zlosc tak się chce pic!!!

Pytamy kolo dworca kolejowego o autobusy na Sarny. Niestety stad nic nie ma- odsylaja nas na dworzec autobusowy , na który trzeba dojechac marszrutka.. Zatem jedziemy... To jednak nie koniec naszego zaznajamiania się z urokami równieńskiej komunikacji.. Na miejscu dowiadujemy się w kasie, ze faktycznie trafilismy na dworzec autobusowy- ale nie na ten wlasciwy, ze tu nie ma połaczen na Sarny. Tamten kolejny dworzec nazywa się „awtostancja czajka” i jest daleko stad... Tzn trzeba tam dojechac marszrutka...
Trzeci z kolei dworzec autobusowy okazuje się odpowiedni więc nabywamy bilety- nawet prosto do naszego celu- do Antoniwki. Jednak nasz autobus nie przyjezdza.. Pol godziny po planowanym czasie odjazdu przychodzi kasjerka i informuje , ze „wasz awtobus połamałsja” i ona nam już wypisala nowe bilety na następny do Antoniwki ale na za dwie godziny!! Zatem przekonujemy pania aby nam jednak przepisala bilety na autobus do Saren, który jest za chwile.. Babki nie są zachwycone przepisywaniem biletow po raz trzeci, troche się już zamotały w długich serpentynach anulowanych wydruków z roznych kas fiskalnych... Wręcz sluchac oddech ulgi gdy wpakowani wraz z plecakami we wlasciwy autobus opuszczamy peron i znikamy im z oczu..

W Sarnach pogoda chyba jeszcze paskudniejsza a przydworcowe knajpy ciemne, zimne bez kawalka jedzenia...

W Antoniwce pada... W deszczu odnajdujemy „kafe” gdzie właśnie trwaja przygotowania do jutrzejszego wesela. Dziewczyny łącza stoly, nakrywaja bialymi obrusami, wieszaja na scianach baloniki i rozne wierszyki o sympatii do tesciowej czy metodach zwabiania bocianów ;) Na szczescie barmanka mimo wszystko nas wpuszcza, odstawia nam jeden stolik i obiecuje przygotowac cieple zarcie. Po calym dniu marzniecia na roznistych dworcach ta ciepla knajpa z parujacym zarciem jawi się rajem :) Spedzamy tam chyba z 2 godziny.

Obrazek

Zapoznajemy tu również roznych miejscowych milosnikow napojów wyskokowych, którzy wraz z cala eskadra miejscowych chlopaczkow na motocyklach za nic nie chca nas opuscic.

Obrazek

Przemierzamy więc wioske z ciagnacym się za nami orszakiem , który zamiast się wykruszac można powiedziec , ze przybiera na sile ;) Dziś wyjatkowo planujemy się wyspac, więc szybko porzucamy propozycje barmanki na nocleg w ogolnodostepnym sadzie kolo lesniczowki.. Tam będzie mieć na glowie cala wies!! Szukamy zatem jakiejs polanki bardziej zacisznej, gdzies przy gospodarstwie.. Nad nami szumia bezlistne gałęzie, bloto chlupocze pod nogami a mżacy deszcz nie sklania do dlugich nocnych posiadówek.
Wieczorem odwiedza nas gospodarz, przynosi nam mleko- jeszcze cieplutkie!!! Opowiada dużo o ziolach, o ziolowych masciach, ktorymi można wyleczyc najrozniejsze skorne choroby dużo lepiej niż specyfikami z apteki. Poleca kilku miejscowych z okolicy, którzy maja domowa apteke tzn chodza na bagna za ziolami a potem wyrabiaja masci i je sprzedaja, nawet za granice. Dowiadujemy się tez o jakiś tajemniczych ziolach, które rosna tylko tu na Polesiu, na Krymie i na Kaukazie i ze wystarczy nimi potrzec rece i dzialaja jak najlepsza przyneta na ryby , które można wtedy łapac gołymi rękami. Facet zarzeka się , ze widział taki połów na wlasne oczy.
Rozmowa ( a raczej monolog) schodzi tez na tematy religijne, cerkwi, swietych- widac nasz gospodarz jest osoba bardzo wierzaca, przytacza rozne przyklady z zycia swietych czy cytaty z pisma swietego , które powinnismy nasladowac w codziennym zyciu. Ciekawe tez, ze mowi cos w stylu, ze jak się udusi drugiego czlowieka , to nie znaczy od razu , ze ten czyn plami ci dusze... Bo jak masz dobra dusze, to Bog o tym wie, nawet jak kogos zabijesz.. Mam nadzieje, ze cos zle goscia zrozumielismy... Bo inaczej to strach się bać ;)

Poranek wita nas chlodny- ale wreszcie sloneczny!!!! Wstajemy wczesnie, przed 6 , zeby zdążyc na kolejke.

Obrazek

Dziś zamierzamy przejechac na trasie Antoniwka -Zariczne kolejka waskotorowa zwana tu „Kukuszka”. Jest ona ponoc najdlusza waskotowka w Europie, ma 106 km. Ciągnie 4 wagony i jedzie się kolo 3.5 godziny.

Obrazek

Obrazek

Pakujemy się w ostatni wagon- stad beda najlepsze widoki.

Obrazek

Szczególnie fajne są przejscia miedzywagonowe. W odroznieniu od tych w normalnych pociagach- te są otwarte, przechodzi się po ruszajacych się na wszystkie strony blachach, trzymajac pordzewialych poreczy. W czasie podrozy trzeba ta trase pokonac kilkakrotnie- kibelek jest jeden- w pierwszym wagonie :-)

Obrazek

Obrazek

W naszym wagonie jest nawet miejsce sypialne- nie wiem czy dla konduktora/maszynisty czy wyjatkowo zmeczonych podroznych.

Obrazek

Droga mija na rozpijaniu winka, mleka i przygladaniu się lokalnemu swiatu.

Obrazek

Mijamy klimatyczne targi, gdzie miejscowi kupuja m.in. jakieś produkty w ogromnych bialych workach, a wokół stoja zaparkowane furmanki i pasa się cale stada koni. Tu na Polesiu zwraca uwage mocowanie konia do wozu- za pomoca takiego kabłąka idacego nad glowa konia. Mam wrazenie , ze w innych terenach np. w Karpatach zaprzegi są inne , przewaznie z homontem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy przycupniete ciche wioski i osady, do niektorych nie dociera zbyt wiele drog, a kolejka jest jedynym kontaktem ze swiatem.
Chyba maja tu dość srogie zimy- o czym swiadczy duza ilosc przygotowywanego drewna, ulozonego w malownicze stosy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Torowisko wije się przez bagna, rozlewiska oraz piaszczyste wydmy.

Kolejka przejezdza tez przez most na rzece Styr- jeden z najdluzszych drewnianych mostow kolejowych w Europie.

Obrazek

W Ostriwsku przysiada się dwojka miejscowych. Z rozrzewnieniem wspominaja dawne czasy , kiedy w ich rodzinnej wiosce był kombinat przetworstwa runa lesnego, a ich produkty z poleskich malin, jagod czy morwy szly w puszkach w swiat..Ludzie wtedy mieli prace a mlodziez nie uciekala do miast.. Polecaja nam również kilka okolicznych jezior na letni wypoczynek oraz wykazuja ogromne zainteresowanie ile wynosi srednia polska pensja. Przeliczaja to potem na rozliczne waluty- dolary, euro, hrywny. Babka cos nie może uwierzyc w czysto turystyczny cel naszej trasy: „Na pewno jestescie dziennikarzami i piszecie ksiazke. Normalni turysci nie rozmawiaja z miejscowymi”..

Obrazek

Nie jestesmy jedynymi turystami w kolejce- jedzie tez kilkoro mlodych Ukraincow z duzymi plecakami.

Zariczne wita nas już typowo letnia pogoda :) W pociagu zesmy mocno zmarzli (tak się konczy jechanie prawie 4 godziny w otwartych drzwiach ;)) więc cieple promienie slonca ciesza podwojnie! Poczatkowo planujemy dalej isc w kierunku wsi Hołubne, ale najpierw zwiedzanie miasteczka. Piwo pod sklepem, obiad w knajpie- gdzie szykuje się wesele.

Obrazek

Wogole w miescie dwukrotnie spotykamy orszaki weselne, pelne wypucowanych ład i zaporozcow, balonikow, wstązek i odswietnych uczestnikow, których stroje az kapią od cekinow, lejących i lśniacych materiałow, złotych łancuszkow i ostrych makijazy.

Obrazek

Gdy już najedzeni krecimy się po miasteczku w poszukiwaniu rzeki , zaczepia nas mlody miejscowy chlopak. Sugeruje, ze jeśli szukamy przyrody i klimatu- to koniecznie musimy jechac do wioski Komory. Polozona na bagnach, prawie przy bialoruskiej granicy, ponoc jest oaza spokoju i starych chat krytych strzecha. Opowiada nam o rozlewiskach Prypeci, ptakach i wsi zagubionej na koncu swiata.. Chyba on, jako jedyny z miejscowych zrozumial po co tu przyjechalismy.
Jednoglosnie i bez najmniejszego wahania zmieniamy plany- zatem ruszamy na autobus do Mutwicji, a dalej 10-15 km pieszo... Bo do Komor autobus jezdzi tylko raz w tygodniu..

Odwiedza nas także mer miasteczka Zariczne, zaciekawiony obecnoscia niecodziennych gosci. On również poleca nam odwiedzic Komory.

W Mutwicji zwraca uwage zgrupowanie duzego tłumu ludzi. Poczatkowo myslimy , ze skoro dziś niedziela to pewnie jakas msza polowa pod krzyzem lub kapliczka. Zgromadzenie okazuje się jednak być obchodami „dnia pobiedy” pod pomnikiem z czerwona gwiazda. Odswietnie ubrane dzieci deklamuja na podwyzszeniu wierszyki, spiewaja piosenki, są tez przemowy starszych dostojnym glosem czy jakieś chóralne spiewy puszczane z magnetofonu. Często padaja slowa: „zolnierz”, „zwyciestwo”, „wolnosc”, „ojczyzna” czy „rok 42” Ponoc we wsi zostalo jeszcze dwoch weteranow więc cala impreza jest glownie dla nich.

Obrazek

Natomiast na ławeczce nieopodal siedzi grupka mlodziezy, je lody, pali fajki, pokrzykuje ,smieje się glupkowato i puszcza skoczne melodyjki z komórek. Spotyka się to z oburzeniem starszych, którzy kilka razy ich upominaja , zeby się uspokoili przynajmniej na czas uroczystosci lub poszli sobie robic bydlo gdzies dalej. Bezskutecznie, mlodzi nic sobie z tego nie robia... Ich zachowanie bynajmniej nie jest spowodowane niechecia do związku radzieckiego i wspomnien z tym zwiazanych. Nie robia wrazenia zwolennikow niepodleglej Ukrainy czy frakcji „Wolne Polesie”, ktorym dzisiejsze obchody nie w smak.. Z tego co mowi jedna z babuszek- w cerkwi zachowuja się podobnie... Oni po prostu maja wszystko totalnie w d... No może oprócz swoich lsniacych telefonow , które poleruja kilkakrotnie rękawami bluz..

Obrazek

Po pomnikowej uroczystosci swiateczna atmosfera raczej się nie rozplywa- zdaje się przybierac na sile. Tłum rusza gromadnie w strone sklepow i knajp. Starsi obsiadaja ławeczki i sądzac po podniesionych glosach i machaniu rekami- pewnie rozmawiaja o polityce ;)
Bardziej sielska atmosfera plynie z ławeczek obsiadnietych przez starsze kobiecinki w kolorowych chustach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zapoznajemy się także z miejscowa nauczycielka, która robi nam zdjecie. Opowiada nam, ze w wiosce był kiedys polski majatek, jest teraz jakieś muzeum i parę razy do roku przyjezdza tu „jakis polski pan”.

Ledwo wyrywamy się miejscowym, odchodzimy kawalek a tu następny mily sklep!! Grzechem by było nie odwiedzic tak zacnego przybytku! I znow trzeba tlumaczyc grupce wesolych babek siedzacych na winkiem w sklepie kim jestesmy, po co przyjechalismy. Najpierw niezmiernie się dziwia po co tu takie kawal jechalismy, przeciez tu nic nie ma.. Tlumacze im, ze przyroda, ze ptaki, ze waskotorowka, bagna, zaby i odpoczynek na łonie natury.. Jednoglosnie przyznaja mi racje, ze faktycznie Polesie to najpiekniejszy zakątek Ukrainy, jeśli nie calej Europy! Nigdzie nie jest tak pieknie jak tu u nich! Babki się troche ze mnie smieja, z odcieniem wspolczucia, ze mam „pięciu mużyków” do upilnowania, „a z jednym nieraz ciezko bywa jak się rozbryka”.

Obrazek

„Moje mużyki” pod sklepem tez nie próżnuja. Przysiedli się dwaj miejscowi – Sasza i ojciec Artioma. (jego imienia nikt nie zapamietal) Więc snuja się tematy o historii, narodowych fryzurach ukrainskich kozakow, czy „chachoł” jest okresleniem obrazliwym, o sympatii (lub jej braku) do Rosjan. Koniecznie chca nam pokazac jakas „dzika koze” , która jakiś facet hoduje w domu. Chca nas odwozic autem do Komor, mimo ze wszyscy już troche wypili. Ostatecznie odprowadzaja nas pod krzyz za wsia, który zawsze stroja na wielkanoc. Opowiadaja tez o grobli, którą prowadzi droga do wsi Komory- dawniej było tylko bagno.. Tam się żegnamy.

Obrazek

Dalej czeka nas pierwsze spotkanie z chmarami komarow i repelentem z alegro- który faktycznie okazuje się skuteczny. Za lasem otwiera się widok na rozlegle bagna i starorzecza , które trzeba przebrodzic. Graja tysiace zab i ptaki- bąki- wydajace odglos jakby ktos dmuchał w pusta butelke. W koncu slonce chyli się ku zachodowi (Wczesniak wygrywa zaklad o której slonce zajdzie). Stawiamy namioty na suchej kępce wsrod bagien. Dalej ksiezyc, wino, jeszcze więcej zab i nocne kwikanie ptactwa wsrod podnoszących się mgiel...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Poranek na bagnie wita nas sloneczny i wrecz upalny- pogoda raczej jak w lipcu a nie w poczatkach maja.

Obrazek

Suniemy dalej w strone Komor, robiac postoje z piwem na rozdrozach i oddajac się blogiej sielance.

Obrazek

Obrazek

Wchodzac do Komor napotykamy grupke miejscowych, od ktorych się dowiadujemy , ze sklepu tu już od wielu lat nie ma. Zatem nie tylko piwa , ale kwasu i „sadoczka” również nie będzie :(
Na „glownym” skrzyzowaniu wisi tylko zardzewiala skrzynka pocztowa, wewnatrz której ptak uwil gniazdo.

Obrazek

Wioska jest urocza, chalupy ze strzecha, kwitnace bzy, omszale ploty i więcej bocianow jak ludzi. Prawie na kazdym domu, stodole, spichlerzyku- okazale gniazdo, gdzie dumny bociek z rozdziawionym dziobem wysiaduje jajka. I cisza... ogluszajaca cisza.. niezmącona szumem aut, szczekaniem psow, czy nawet odglosami gospodarskiego zycia. I niesamowite poczucie blogiego spokoju, roztaczajacego się z niebieskomalowanych okien, z porosnietych dzikim chmielem plotow czy piaszczystych drog. Spokoj emanuje także ze spracowanych twarzy starszych ludzi, siedzacych na laweczkach czy dogladajacych przydomowego ogrodka.. Zdaje się, jakby ci ludzie wogole nie znali co to pospiech.. Z laseczka, zgieci w pół, ale z wiazka wlasnego bzu w rece, aby zatknac w sloiku na stole. Pewnie ciezkie tu życie, zwłaszcza dla schorowanego staruszka, ale przypuszczam, ze większość mieszkancow nie przezylaby dlugo w halasliwym , nowoczesnym miescie..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Krzaki bzu osiagaja tu gigantyczne rozmiary!

Obrazek

Postanawiamy nabrac wody. W tym celu udajemy się do pobliskiego gospodarstwa, gdzie kilkoro ludzi pracuje w ogrodku. Okazuje się , ze mieszkanką Komor jest tylko babuszka – pani Jewdokija. Reszta to jej rodzina z Bialorusi. Mlodzi przyjezdzaja jej pomagac w polu, ogrodzie i sadzie. Wiele sasiadek jej bardzo zazdrosci- nie do wszystkich przyjezdzaja dzieci i wnuki. Wiele z nich wyjechalo do miast czy nawet innych krajow i zapomnialo o rodzicach i wsi zagubionej wsrod poleskich bagien.
Dziś wies liczy 62 mieszkancow, z których żaden nie ma ponizej 50 lat. Jeszcze za sojuza była to ogromna wies- ponad 600 ludzi, kolchoz, szkola, 2 sklepy, dom kultury, codziennie kilka kursow autobusow do Zaricznego. Teraz autobus dociera rzadko.. I to nie tak jak nam mowili , ze w srody, tylko w ostatnia srode miesiaca. Dawniej jezdzil przez Neńkowyczi, ale wylaly bagna , woda na drodze prawie do pasa i nic nie przejedzie. Tylko od Mutwicji da rade, tam bród ponizej kolan. Sklep objazdowy dociera do wioski raz na tydzien- 2 ososbowe auta zaladowane po dach- chlebem, kasza, cukrem i innymi drobiazgami sprowadzanymi na zamowienie dla konkretnych gospodarzy.
Pytam pania Jewdokije czy docieraja tu czasem turysci. Babcia mowi, ze oczywiscie- i to nawet calkiem często. Do sasiada na gorce przyjezdza często syn z Rosji z cala rodzina, do sasiadki co tydzien zaglada siostra. I z niedalekiej Mutwicji przyjezdzaja, za ryba, za grzybami, albo trzcine z bagien zbierac.. Jasne , ze w Komorach kreca się turysci!!!!

Gdy wracam z woda przez wies usilnie nasuwa mi się jedno pytanie- dlaczego nasze pokolenie jest pierwszym, które już nie jest w stanie mieszkac w takiej wiosce? Patrze w puste , wymarle okna, ogrodki, gdzie już nie ma gwaru bawiacych się dzieci, ploty, przez które już nikt nie przełazi na jablka do cudzego sadu, przechadzaja się koty, których już nikt nie ciągnie za ogon...
Ludzie latami i pokoleniami zyli w takich wsiach, 200 lat temu, 100 lat temu, 50... Naciagali wody zurawiami, uprawiali ziemie, naprawiali strzechy i stare drewniane chalupy. Zyli zgodnie z rytmem przyrody jak ich nauczyli rodzice i dziadkowie. Wies zyla, pelna wielopokoleniowych rodzin, rodzily się dzieci, umieraly staruszki.. Az nagle przyszlo jedno pokolenie , które już na wsi zyc nie chce i nie potrafi- „bo się nie da tak zyc”. Co było przyczyna tej gwaltownej zmiany? Czy komunizm, który nauczyl , ze kolchoz da wszystko, a jak upadl to już nie ma pomyslu na życie i prace? Czy telewizja i internet pokazujace , ze swiat się nie konczy na rodzinnej wsi? Czy reklamy promujace jedynie obraz miejskich ludzi sukcesu?

I chyba jestesmy tez ostatnim pokoleniem, które jest w stanie zobaczyc na wlasne oczy takie wsie, w schylkowej formie, ale jeszcze naprawdę.. Dla naszych dzieci i wnukow zostana już tylko skanseny i kiczowate ,trącace cepelia agroturystyki.. I zdjecia.. których staram się tu zrobic jak najwięcej...

Woda , której nabralismy jest zielona, mętna i pachnie bagnem. Chyba studnia zbyt gleboka nie była.. Franek- jedyny odwazny który się jej napil, twierdzi, ze jest dziwnie slodkawa w smaku.

Wybieramy się tez z toperzem, Jackiem i Frankiem na poszukiwanie Prypeci, które jest tu rzeka graniczna. Dotarcie do jej glownego koryta jednak nie jest takie proste.. Co chwile droga niknie w polach uprawnych lub kanałach. Dajemy sobie więc spokoj z rzeka i wracamy do wsi, mijajac po drodze stodole, z dziwna , wysoka antena.

Wogole co nas bardzo zdziwilo tu w rejonie- teren wybitnie przygraniczny, a my nie spotkalismy ani pol pogranicznika. W Polsce- na Roztoczu, Podlasiu, co rusz ktos nas legitymowal, ostrzegal by nie zblizac się do slupkow, zwykle o takim przygranicznym rajdzie wiedzialy już wszystkie okoliczne posterunki. Przy granicy ukrainsko-rumunskiej- zastawy w Szybenem, Perkałabie, Łuhach.Wrecz legendy o potrzebie przepustek czy zawracaniu turystow z ich trasy. Zwykle calkiem mili straznicy kręcący się po gorach, mozolnie przepisujacy dane z paszportow czy domagajacy się okazania „imigracyjnych wiz”. I to zarowno przed jak i po brataniu się z UE..
A tu? Ponad tydzien plątania się po strefie przygranicznej, noclegow w bagnach i lasach i ani jednej zielonej czapki sterczacej zza krzaka!

Postanawiamy dziś znow postawic biwak na bagnach i wyslac ekspedycje do sklepu po napoje chlodzaco-rozgrzewajace. Idziemy więc z powrotem w piekacym sloncu, a znad bagien nadciaga burza.. Kłebiaste , czarne chmury, a po wodzie niosa się z oddali zlowieszcze pomruki grzmotow. Wszyscy mamy nadzieje, ze uda sie postawic namioty zanim nam solidnie doleje. Łapiemy stopa- co jest nieproste na tej drodze, gdzie jezdza przewaznie motocykle i furmanki wypelnione gnojem. Nasz stop to bialoruski busik wiozacy rodzinke wracajaca z Komor od babci. Pochodzą stąd, ale teraz mieszkaja w Pińsku. Za wszelka cene chca nam odradzic nocleg na bagnach i zawiezc nad jezioro Sosne albo do lasku kolo Mutwicji. Jednak zapada decyzja , ze część ekipy wysiada przy upatrzonym rano miejscu biwakowym i stawia namioty, a reszta jedzie autem do sklepu i wraca pieszo z łupami do obozu.
I tu popełnilam najwiekszy błąd na calym wyjezdzie, którego dlugo sobie nie wybacze... Troche już dziś pochodzilismy i perspektywa kolejnych 5 km nie napawa mnie radoscia... Do tego ta burza, która coraz bardziej ochoczo nadciaga, widac już blyski.. Nie dość , ze trzeba będzie isc, niesc ciezkie rzeczy to jeszcze nam doleje..
Padłam ofiarą wlasnego lenistwa.... :-( :-(

Natomiast dzielni i najbardziej spragnieni w skladzie Wczesniak, Jacek i Grzes ruszaja w strone sklepu. Ja , toperz i franek zostajemy na obozowisku. Stawiamy, namioty, zbieramy chrust na ognicho,wygrzewamy się na karimatach łapiac ostatnie dzisiejsze promienie slonca, obserwujemy ptaki przez lornetke, moczymy nogi w kanale pelnym wodorostow. Dno kanaly było tak sliskie, ze nie dalo się stanac, nogi trzeba było moczyc na zmiane ;)

Obrazek

Obrazek

Ostatecznie burza nam nie odpuszcza, leje, wieje, więc chowamy się do namiotu, zastanawiajac się czy stojace nieopodal brzozy przypadkiem nie są najwyzsze w okolicy ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Burza w większości przechodzi gdzies bokiem.. A naszych wciąż nie ma... Pojawia się podejrzenie, ze przeczekuja burze w sklepo-knajpie. W tym momencie pojawia się ta pierwsza nutka zazdrosci- kurde..a moglam tam być z nimi... Mija jeszcze godzina , dwie.. a ich jak nie było tak nie ma...
Już się zaczyna zmierzchac , kiedy na horyzoncie pojawia się furmanka. Przez lornetke dostrzegamy Wczesniaka siedzacego obok woznicy, czerwona koszulke Grzesia i dyndajace z boku nogi. Z zaprzegu wychodza, acz można raczej powiedziec „wytaczaja sie” Wczesniak, Jacek i Grzes, z usmiechami od ucha do ucha, oraz ich nowi znajomi z Mutwicji- Wasia i Kola. Na wozie spoczywa jeszcze wielki, czarny wór- nie zapomnieli o nas- zakupy dotarly. Wasia i Kola to już za bardzo nie wiedzą na jakim swiecie zyja, acz są nastawieni do nas i reszty kosmosu niezwykle przyjaznie- chca się bratac, witac i integrowac z calym swiatem!

Obrazek

Obrazek

W tym momencie można tez zaobserwowac ogromna wyzszosc zaprzegu nad samochodem.Tu , gdy czlowiek już zawodzi, to koń sam prowadzi prosto drogą, stara się omijac przeszkody i nie wpasc do bagna. A co najwazniejsze- pamieta droge do domu!
Nasi trafili do sklepu niby tylko na zakupy i jedno piwko...Ale szla burza i trzeba było przeczekac.. Grzes nabyl jakiegos miejscowego jabola. Zaczeli się schodzic miejscowi, kazdy chcial pogadac z przybyszem. A czas plynal na konsumpcjach, degustacjach, rozmowach, poznawaniu realiow i zwyczajow lokalnej wioskowej spolecznosci. Dowiedzieli się np. ze Rusłan, pracujacy w Petersburgu i szpanujacy skorzana kurtka nie jest tu lubiany. Do tego stopnia dziala wszystkim na nerwy, ze gdy wepchnac się na wóz to go zrzucili gdzies za wsia ;) Przyszli tez znajomi sprzed dwoch dni- Sasza i ojciec Artioma. I oczywiscie miejscowi nie pozwolili by ich goscie musieli isc daleko z siatkami- odwiezli ich furmanka.. A ja siedzialam w tym czasie przed namiotem na karimacie...Niech to szlag!!!!!! jak sobie los ze mnie zakpił... Moglam tam być!!! Ile zdjec, ile wspomnien... A tak można tylko sluchac z zalem opowiesci np. jak Wczesniak zrobil furore w calej wsi otwierajac piwa obrączką! Wreszcie zauwazylam jakieś pozyteczne zastosowanie tego popularnego gadzetu, którego sensu noszenia nigdy nie widzialam. Az mi przyszla ochota by sobie jednak takie sprawic!

Na otarcie łez pozostaje jedynie konsumpcja zawartosci czarnego worka. I ognicho!!! Wczesniak i Jacek jakos szybko wykruszaja się z imprezy przyogniskowej i nurkuja w czelusciach namiotu. Jedynie dzielny Grzes zalicza tego wieczoru obie imprezy! Zatem gramy, spiewamy, jemy, pijemy, co chwile brodzac w wodzie w poszukiwaniu większej ilosci chrustu. Spiew i dzwieki gitary, pomieszane z kumkotem żab, niosa się po bagnach. Pewnie jego daleki pomruk slychac i we wiosce gdzie wczoraj rozbrzmiewaly weselne przyspiewki i dalej, hen! Nad rozlewiska Prypeci gdzies przy bialoruskiej granicy. Kladziemy się spac bardzo pozno. Wypilismy nawet część podarkow- malych zubrowek, które zabieramy zawsze by np. dac w podzięce goszczacym nas miejscowym.

Obrazek

Kolejnego dnia ruszamy, już dla niektorych po raz trzeci, w strone Mutwickich sklepow. Wczesniak dostaje od znajomych sało. O 12 ma być marszrutka, do Zadowża, wsi , która jest w polowie drogi do Lubieszowa , do którego zmierzamy. Marszrutka przyjezdza tak nabita, ze wlozenie do niej 6 osob z plecakami wydaje się niemozliwe. Acz jestem pewna , ze gdyby kierowca mocno zahamowal to by się zaraz okazalo , ze miejsca jest jeszcze bardzo dużo..
Ludziska stoja nawet na schodach i ani mysla się przesunac czy bardziej upychac.. Zatem zostajemy na przystanku... Następna marszrutka jutro..
Nie pozostaje nam nic innego jak piesza wedrowka do Lubieszowa, wspomagana łapaniem stopa.
Pierwsze auto zatrzymuje się chyba 5 min po odjechaniu marszrutki. Ja ląduje kolo kierowcy a chlopaki w bagazniku za kratka.

Obrazek

Obrazek

Droga wiedzie brukowanymi traktami, będacymi polaczeniem kostki i kociego łba. Nie jedzie się po tym zbyt dobrze, więc po obu stronach drogi są wyjezdzone piaszczyste pobocza.

Obrazek

Tak jak wczoraj dominowaly w krajobrazie bagna to dziś tylko suche, piaszczyste, pachnace zywica lasy, wrecz wydmy, porosniete sosna, porostem i szczeciniasta trawa. Kierowca opowiada nam o pobliskim jeziorze Nobel , które poleca na letni wypoczynek. Wysiadamy w Łoknicji, bo kierowca dalej jedzie gdzies w lasy, gdzie z mapy wynika, ze wogole nie ma zadnych drog.
We wiosce nasza dzielna ekipa zdobywa kolejne „podsklepie”. Wyczyn ten oczywiscie trzeba uczcic. Uczta nie jest zwyczajna- dziś mamy sało!!
Nie odchodzimy daleko od sklepu, tylko na rogatki wsi, gdzie w rowie postanawiamy czekac na kolejnego stopa. Sielanka więc trwa, umilana opowiesciami Wczesniaka i Jacka o ich czasach licealnych. Droga prawie nic nie jezdzi.. czasem przemknie jakas łada, zaladowana po dach towarem, albo wesola rodzinka trzymajaca na kolanach torby i kilkoro dzieci. Czasem woz konny jadacy zwykle 500m do najblizszego pola. Najwięcej jest motocykli, które jednak nawet przy najlepszych chęciach nie są w stanie zabrac 6 osob z plecakami ;) Jednak gdy macham auta często się zatrzymuja, aby przeprosic i wytlumaczyc się czemu nie mogą nas zabrac.

Obrazek

Obrazek

W koncu trafia się cos na ksztalt autobusu robotniczego, ale wiezie nas tylko do rozdroza przed wsia Kutyn. Ów stop okazuje się dla mnie bardzo pechowy. Wysiadajac sciagam sobie na noge duzy, metalowy i niestety pełny karnister.. Na szczescie cofam noge na czas i upada tylko na duzy palec. Palec puchnie, sinieje i boli jak szlag, ale chyba nie jest zlamany skoro moge nim ruszac. Rano jest najbardziej opuchniety, nawet ciezko zmiescic noge do buta.. Potem jest już raczej lepiej, ale palec o swojej obecnosci będzie mi przypominal do konca wyjazdu.. Ba! nawet kilka tygodni po powrocie...
Tymczasem kustykam sobie do wsi, gdzie grupa ochoczo zatrzymuje się u kolejnego „piwopoju”.

Obrazek


Co zwraca uwage w większości wsi- prawie w kazdej stoi przynajmniej jeden krzyz przydrozny. Wszystkie są teraz pieknie i kolorowo przystrojone, glownie za pomoca roznobarwnych chust i wstążek. Nie wiem czy to tak zawsze czy tylko na jakieś majowe swieta.

Obrazek

Obrazek

Drugie rzucaja się w oczy okna.. Przewaznie niebieskie, z ramami wycinanymi we wzorki, rzezbionymi fragmentami czy malowniczymi okienniczkami. Czasem widac babuszke jak miesza farbe w malym garnuszku by na wiosne odswiezyc okno swojej chałupki. Zza szyb bardzo często wygladaja na swiat piekne kwiaty doniczkowe a czasem i ciekawski kot. W czasem zakurzone i pokryte pajeczynami okienko przypomina tylko o czasach dawnej swietnosci, gdy zapomniany domek tętnil jeszcze zyciem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu chyba mieszka jakiś weteran

Obrazek

Do Zadowża podjezdzamy marszrutka. Przy sklepie Wczesniak i Jacek tworza lokalne siedlisko hazardu- graja w karty na ukrainski bilon :-)

Obrazek

Nieopodal zatrzymal się obwozny skup ziemniakow. Nie wiedziec czemu ostatnio na Białorusi strasznie podrożały ziemniaki. Z tego powodu Bialorusini wykupuja te tansze ukrainskie prawie na tony!!

Obrazek

Na biwak rozbijamy się zaraz za wsia, w suchym , piaszczystym sosnowym lasku.

Obrazek

O dziwo - komarow jest tu dużo więcej niż w sercu bagien! Chca nas pożrec zywcem! Mnie nawet nie gryza, ale właża do nosa, oczu, uszu..

Grzes wyciaga wodke- zabojce o smaku ziolowym. Niestety , nie było mi dane jej sprobowac. Acz może na szczescie, bo jej dzialanie jest piorunujace. Impreza szybko się konczy, wszyscy padaja spac. Spi się wyjatkowo dobrze, na mieciutkim mchu pośród zapachu szyszek..


CDN
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Postautor: buba » śr 15 cze, 2011 10:56

Kolejnego dnia dalej suniemy droda w strone Lubieszowa. Zatrzymujemy ciezarowke , która wiezie na pace cielaka. Niestety nie chca nas zabrac, twierdzac , ze cielak może być dla nas niebezpieczny. Wielka szkoda!! A moglby to być niezapomniany stop!

W wiosce Sudcze zatrzymuje się furmanka. Miejscowi mowia, ze nie mogą patrzec jak „biedne turusty” męcza się idac po upale i niosac plecaki. Nie mogą nas zawiesc daleko, ale kawalek przez wies- zawsze cos! Zabieraja mnie i toperza wraz z plecakami oraz plecak franka. Babka opowiada nam o pobliskim jeziorze oraz zacheca abysmy kiedys przyjechali do niej latem na wypoczynek. Zapisuje nam adres i rysuje mapke jak trafic do jej chałupy.

Obrazek

Z nastepnej wsi łapiemy już autobus do Lubieszowa. W miasteczku bez problemu odnajdujemy hotel „Mrija”. Wyczytałam gdzies na necie, ze wlasciciel obiektu organizuje rozne „ekskursje” dla turystow: spływy pychówkami i motorowkami, czy wyprawy na głuszcze. Niestety hotel okazuje się być zwyklym motelem dla tirowcow polozonym dość obrzydliwie przy glownej szosie do przejscia granicznego z Białorusia. Na domiar zlego ani wlasciciel ani jego zona się nie palą do organizowania czegokolwiek... No i nawet nie ma wolnych miejsc- acz mozemy rozbic namioty na trawniku za hotelem. Zawsze cos... ale zadna rewelacja...

Zamawiamy żarcie i zastanawiamy się co dalej. Az tu nagle jak z nieba spada nam Michał- zapoznajemy go w hotelowej knajpce. Jest przewodnikiem warszawskiego biura podrozy „Horyzonty” i właśnie prowadzi wycieczke po Polesiu. Opowiada nam o wyprawie na gluszcze , których nie było tzn. maj to już za pozno na ogladanie tokowisk oraz o bani w niedalekiej wiosce Zarika. Wies ta lezy w malowniczych rozlewiskach rzeki Stochid, idzie się tam przez groble i wiszace mostki, a znajomy Michala- Wala ma tam banie. Jako ze wszyscy z ekipy podchodza entuzjastycznie do pomyslu skorzystania z bani, Michał dzwoni do Wali i uprzedza , ze będzie mial gosci. Ba! To nie koniec! Odwozi nas jeszcze busikiem az do kładki na Stochodzie! :-)

Tak jak Michal robi na nas wrazenie osoby niezwykle sympatycznej, otwartej i uczynnej, z która chcialoby się spedzic jeszcze niejeden dzien, impreze i ognisko, tak reszta polskiej ekipy jest jakas nieco dziwna.. Nikt nie przychodzi się nawet z nami przywitac, przyłączyc do rozmowy, czy wychylic razem kielicha. Co ciekawe- na 9 osob z tej ekipy tylko jedna była chetna na skorzystanie z bani... Na pierwszy rzut oka interesuja ich tylko lubieszowskie prysznice, do których ustawiaja się w kolejce i o nich rozmawiaja..

Zegnamy się z Michałem i ruszamy przez rozlewiska w strone Zariki. Po drodze towarzyszy nam widok na łódki, kładki, szuwary i chylace się ku zachodowi slonce, przegladajace się w rozlewiskach wypełnionych rechotem żab.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stawiamy namioty przy domku Wali i przy dzwiekach gitary czekamy na 22, wtedy będzie wolna bania!!!

Obrazek

A z tego pomostu skaczemy do starorzecza Stochodu jak się już upieczemy w bani!

Obrazek

Obrazek

Bania robi na mnie rewelacyjne wrazenie, lepsze niż ta na Krymie. Składa się z kilku pomieszczen. Jedno to bania wlasciwa, z półeczkami do siedzenia, piecem pełnym nagrzanych kamieni do polewania, kłebami pary i brzozowymi witkami, które moczymy w goracej wodzie i się ochoczo nawzajem okladamy :-) Jest goraco, duszno i niezmiernie pachnie roznymi wonnymi ziolami i wygrzanym drewnem.
W drugim pomieszczeniu jest ciut chlodniej, ale nadal się nie zmarznie. Można zasiasc za stolem, na ktorym czeka na nas woda i wyjatkowa pyszna ziolowa herbata, której fusy pachna jak najpiekniejsza kwiecista łąka. Są tez rozniste talerze, które daja nam do myslenia, ze pewnie można było u Wali zarcie zamowic... Zjadlo by się teraz jakieś „miesko po polesku”, pieczone ziemniaczki albo pielmieni plywajace w masle.. :-( Tymczasem nie pozostaje nam nic innego jak pocieszac się miedowucha gryczana, która w warunkach sauny okazuje się być wyjatkowo wydajna ;)
Gdy już czlowiek poczuje się zbyt upieczony, wybiega się truchcikiem na zewnatrz i chlup! z pomostu do wody. Do chlodnej wody Stochodu, w ktorek przeglada się ksiezyc, plywaja nenufary, pachnie wodorostem i woda az się trzęsie od żabich koncertow! Jakos nie umiem się przelamac , zeby tak od razu wskoczyc do zimnej wody. Najpierw wsadzam nogi, potem się ochlapuje i dopiero jakos stopniowo zanurzam w ciemne odmęty.. Jednak za ostatnim razem pomost jest już tak mokry od chlupotow i jak biegne to wpadam w poslizg, spadam z pomostu bokiem i razem z glowa nurkuje z wielkim pluskiem gdzies między trzcinami. I faktycznie- tak jest najlepiej!!!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wypytujemy tez Wale o plywanie łódkami. Można, ale tylko na wioslach, bo teraz jest czas ochronny ze względu na tarło niektorych ryb. Motorowka nie wchodzi w gre.. Zatem odpada wycieczka na Prypec, bo nikomu przy zdrowych zmyslach nie będzie się chcialo tak daleko na wioslach ciagnac..

Bardzo wczesnym rankiem, gdy wychodze z namiotu do kibelka, wszedzie wogol sciela się cudowne mgly. Caly swiat wydaje się jakiś nierealny, jak fatamorgana , która zaraz, za sekunde zniknie i zostanie tylko w pamieci. Jak to dobrze, ze chodze do kibelka z aparatem :-)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejnego dnia nadchodzi smutny czas pozegnan. Wcześniak, Jacek i Grzes nas opuszczaja.. Wczesniak z Jackiem jada do Kowla i gdzies tam w rejonie beda szukac miejsca po wiosce , w której niegdys mieszkala Jackowa babcia. Grzes musi wracac na wesele kuzyna.
My z toperzem i frankiem ruszamy ku wsi Swałowicze.

Kierowca autobusu z Lubieszowa dlugo nie może zrozumiec, ze chcemy bilet do wsi Szłapań. Chce nam sprzedac do Lubjazi, bo tam jest jezioro i tam jezdza turysci. W koncu udaje się kupic wlasciwy bilet, ale pol autobusu probuje nas przekonac, ze zle robimy. Ostatecznie tylko jakieś trzy babki przez pol drogi rozprawiaja o biednych turystach , którzy nie rozumieja ukrainskiego i przez to nie stosuja się do zyczliwych porad miejscowych i jak bardzo się rozczaruja jak wysiada w Szłapaniu a tam nie będzie jeziora ;)

W Szłapaniu faktycznie jestesmy bezgranicznie rozczarowani.... Nie ma sklepu!!

Zatem czeka nas nie tylko 12 km do Swałowiczow, ale jeszcze 5 do wsi Hocuń po zakupy.

Obrazek

Stopa nie udaje się zlapac, mijaja nas glownie furmanki z gnojowka. W Hocuniu szybkie zakupy, spotkanie z wyjatkowo namolnym menelkiem i sniadanie zjadamy na rozdrozu pod drzewem.

Dalsza droga do Swałowiczów jest upiorna- zdaje się nie mieć konca. Zwirowa, szeroka droga, po bokach jakieś zagajniki. I przez 10km tak samo, jakby się stalo w miejscu, tylko jakas taśma zwijala się spod nog. Zaduch, kąsajace komary i wijaca się wsrod zarosli droga jak wykuta rynna. Zakret w lewo, zakret w prawo, dluga prosta, komar z lewej, komar z prawek, 5 komarow w nosie i oczach.. A Swałowiczow wciąż nie widac... mam nieodparte wrazenie, ze droga idzie w kółko, a w tym miejscu już byliśmy chwile temu.

Obrazek

Po pewnym czasie jednak los okazuje się łaskawy i nas uwalnia z zapętlonej drogi- na horyzoncie pojawia się wies.. Pierwszy rzuca się w oczy cmentarzyk na piaszczystej wydmie, bardzo kolorowo przyozdobiony.

Obrazek

Obrazek

Dalsza część wsi wyglada zupelnie jak skansen- karpacka Libuchora może się schowac!! Przynajmniej co drugi dom i prawie kazda stodola są kryte strzecha, wokół studzienne żurawie. W powietrzu unosin się zapach kwitnacych bzow i sadow. Do tego piaszczyste wygrzane drogi, gdzie woz zapada się po ośki a obok leniwie rozlewajaca się Prypeć.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zagaduje nas piorąca kobieta mowiac , ze turysci zawsze rozbijaja namioty za wsia na gorce. Wioska ta okazuje się mieć jedna wyrazna ceche rozniaca ja od zagubionych w bagnach Komor- o jej istnieniu wiedza turysci i ich obecnosc nie budzi tu zdziwienia. Przyjezdza tu latem jakas babka z Krakowa, jakiś Tomasz, dziś przemknal busik pelen warszawiakow (zapewne to ci od Michała). Miejscowi wiedza, ze turysta fotografuje ptaki i stare domy, stawia namiot na gorce i kąpie się w Prypeci. Nie mamy szans wykazac się orginalnoscia ;)

O wiosce dowiedzieli się już i bogaci Kijowianie. Gdzieniegdzie stawiaja sobie dacze, albo przerabiaja stare chalupy. Niestety zakup domu przez przybysza z miasta zwykle jest rownoznaczny z wycięciem w pień sadu i pachnacych bzów.. Niektorzy widac staraja się zachowac drewniany klimat wioski, stawiajac np. ciekawe wyplatane płotki... Jednak na okna już im fantazji nie starcza...

Obrazek

Wody nabieramy przy domu u babuszki, dostepu do którego broni „autostrada mrówek”. Studnia jest tu niezwykle gleboka , a woda przejrzysta i pyszna. Dziadek zapewnia o czystosci wody „bo filtrowana przez piasek”.

Obrazek

Babcia opowiada , ze we wsi nie kupi już mleka, zostaly tylko 2 krowy.. Wspomina tez dawne czasy, gdy nie było drogi a dzieci plywaly łodkami do szkoly. Dziś droga jest, ale dzieci juz nie ma..
Mimo, ze wokół tyle bocianow.. Maja gniazdo prawie na kazdej chalupie, wysiaduja ochoczo jajka, klekotaja... ale już się zepsuly- dzieci nie przynosza.. ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Franek troche wyrywa do przodu i spotyka wyjatkowo niesympatycznego goscia. Przed chalupa siedzi sobie trzech takich gburow, popijaja i graja w karty. Widzac samotnego turyste zaczynaja pokrzykiwac, ze dalej isc nie wolno, ze zabronione, ze trzeba zaplacic itp. Gdy okazuje się , ze jest nas więcej , facet spuszcza z tonu i na pytanie „czemu nie można dalej?”, tylko macha ręką, ze „mozna , mozna” i glupkowato się smieje.. Dowcipnis zakichany się znalazl..
Idziemy więc dalej, ale niesmak troche pozostal..

Namioty , jak przystalo na turyste, stawiamy na gorce z niesamowitym widokiem na Prypec. Wokól sosnowy las pylący mlodymi szyszkami, piachy, piachy i widok az hen! Na bialoruska strone, gdzie tylko lasy ,bagna i dzika pustka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy ostatnim domu spotykamy kociaka i szczenię. Piesek zdecydowanie cierpi na ADHD,jest wszedzie!! Biega, skacze, popiskuje, przewraca się , koziołkuje, warczy, podgryza, nastawia się do glaskania, ociera nam się o nogi i wiesza u nogawek, caly czas wydajac radosne szczeknięcia. Jego radosne podejscie do swiata nie omija i kotka- który bedac 5 razy mniejszy nie zawsze podchodzi tak samo radosnie do szamotaniny ostrych psich zabkow. Kociak ratunku przez zaduszeniem czy rozszarpaniem w zabawie szuka na plocie, który niestety jest troche chybotliwy i kociak raz po raz spada. A na dole już czeka psinka merdajac ochoczo ogonkiem! Probujemy więc znalezc jakieś bezpieczne miejsce na posadzenie kota, ale o to nie tak latwo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Odciagamy więc uwage psiaka od puszystej zabawki, co konczy się tym ze piesek biegnie za nami.. Nastepuje więc rzucanie się po namiocie, szarpanie sznurkow, wyrywanie śledzi, rozwłóczanie smieci. Zainteresowanie naszym obozem czasem przerywa pogon za motylkiem, ptaszkiem albo zdziwienie odglosem toperzowego dzwoneczka. Probujemy szczeniaka odprowadzic, odniesc, przepędzic, wystraszyc- na próżno..
W koncu pojawia się wlasciciel zaniepokojony brakiem psa w obejsciu. Niestety okazuje się nim nasz „dowcipny znajomy”... Widac, ze w szczeniaka jest wpatrzony jak w slonce i mu się bardzo nie podoba, ze przyszedl za nami. Probuje nas tez przekonac , zebysmy zlozyli namioty i poszli spac do niego, bo u niego się spi „w poscieli”. Kilka razy opowiada , ze do niego latem przyjezdza z Krakowa mercedesem Tomasz. Na „mercedesem” kladac najwiekszy nacisk. Chce nam tez sprzedac jakiś „sunduk” albo zabrac do lasu na biale grzyby. Glownie chce zabrac gdzies mnie bez kolegow i robi do mnie jakieś glupie miny. Oburza się , ze nie rozumie jak rozmawiamy ze soba oraz ze nie chcemy nigdzie z nim łazic. Robi na nas coraz bardziej niemile wrazenie i naprawdę cieszymy się niezmiernie jak w koncu idzie w cholere. Jakos wybitnie mu źle patrzylo z kaprawych oczek..

Zatem kolacje konczymy sami, patrzac jak plywaja łodki, szumia trzciny i zmrok zapada nad Prypecią.

Ranek wstaje upalny- grzechem byloby się nie wykąpac w rzece. Woda dość mulista i mętna, ale chyba czysta, bo zyja w niej cale stada dorodnych pijawek. Temperatura wody jeszcze mocno majowa i dalej od brzegu dosyć mocny prąd. Przed kąpielą upewniam się jeszcze w która strone Prypeć płynie, a dokladniej czy znajdujemy się przed czy za czarnobylska zoną ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wypluskani zbieramy się powoli do powrotu. Po niebie ciagna ciemne chmury i zaraz jak nic nam doleje..

We wiosce odkrywamy jeszcze tajemniczy grób. Samotny , za gospodarstwem, w polu. Czemu nie z innymi na cmentarzu? Otoczony plotkiem, ze zbutwialym krzyzem. Brak tabliczki informujacej kto tam lezy i od kiedy. I nikogo wokół zeby spytac..

Obrazek

Zaraz za wsia zaczyna lać. Na szczescie udaje się nam zlapac stopa- uaza, ktorym jedzie jakiś mundurowy i zawiezie nas do samego Lubieszowa! Po drodze zbacza z drogi , zeby nam pokazac jezioro Lubjaź. Rzeczywiście miejsce sympatyczne: zruinowane kołchozy, pasące się konie i wielka tafla jeziora. Widac jakieś wyspy, łódeczki- warto by tu kiedys wrocic.

Obrazek

W Lubieszowie łapiemy autobus do Łucka. Leje caly czas. Mijamy bagniste rzeki, wioski, korki spowodowane przez stada krów czy dworcowa kure- samobójce.

Obrazek

Obrazek

W Łucku osiedlamy się w „kimnatach widpoczynku” na dworcu autobusowym. Recepcja w przechowalni bagazu, przyćmione swiatlo i kręty ,zagracony korytarzyk sugeruja wielki klimat, ale pokoje już niestety po remoncie- zostaly tylko stare kontakty i kaloryfery.
Babka , u której się kwaterujemy chowa zgrabnym ruchem nasze paszporty do szuflady, twiedzac , ze „odda jutro”. Jakos zwykle spisywali tylko dane a paszport wracal do nas.. Troche tak dziwnie łazic wieczorem po miescie bez dokumentow, ale coz zrobic? Grunt, zeby jutro oddala.. bo nie mamy nawet zadnego potwierdzenia.. A jutro już inna babka na porannej zmianie... I szukaj wiatru w polu...

Odwiedzamy w miescie dwie przydworcowe knajpki, kupujemy rozne trunki i biełomory. Wieczorem konsumujemy nabyte kahory ogladajac lokalne wydanie „Mam talent”. Zwraca uwage chlopak , który potrafi się poruszac jak robot.

Rano jedziemy do Lwowa elektriczkami, z przesiadka w Sapiżance.

Obrazek

Obrazek

Pociag w Łucku jest potwornie nabity. Tłum tworza glownie emeryci, którzy zmierzaja na swoje dacze w okolicach Ławrowa. Poczatkowo gadamy z facetem, który pochodzi spod Lubieszowa, więc dokladnie zna tereny po których wedrowalismy. Facet ze zdziwieniem mowi, ze my tu niby przyjechalismy szukac lokalnego kolorytu i przyrody a pijemy coca-cole? Czemu nie kwas albo sok brzozowy? Robi mi się tak strasznie glupio, ze najchetniej bym się schowala pod ławke.. A na cole nie moge patrzec jeszcze przez tydzien..
Gość opowiada , ze ow sok brzozowy jest tu bardzo popularny, jako miejscowy przysmak i lekarstwo na oczyszczenie organizmu. Ponoc w co drugiej wsi nacina się brzozy, podstawia naczynia i zbiera cenny płyn. Az dziwne, ze nie spotkalismy się tu z owym sokiem ani razu.
Przysiada się tez babka opowiadajaca o wyjazdach do rodziny do Zamościa, uprawianiu dzialki czy zaletach trzymania w domu psow i kotow.
Wogole to ¾ tego pociagu jedzie na dzialki. Kazdy ciagnie ogromna torbe, a w niej kwiatki, sadzonki owocowych drzewek, kawalki szklarni, skladane krzeselka czy kielbase na wieczorne ognisko. Jezdza tak codziennie, cale dnie spedzajac na sloncu, wsrod przyrody, kopiac w ziemi i dogladajac plonow- „bo ziemia to zycie”. Mowia, ze mlodych ciagnie tylko do miejskiego zgielku, ale po 60tce to czlowiek zaczyna pragnac kontaktu z natura, ciszy i wiejskiej sielanki. Doznaje szoku- siedzaca obok mnie babka ma 8 letnia prawnuczke, a wyglada na gora 60 lat! Kilka osob nas już zaprasza na swoje dzialki, zawile tlumaczac jak dojsc do ich domku, a nie wpasc w szpony innego goscinnego sasiada. W Ławrowie pociag pustoszeje..

Obrazek

Dalej przesiadka, Lwow, nasza ulubiona knajpa, gdzie barmanka chyba zaczyna nas już kojarzyc. W marszrutce do Szegini dochodzi do kłotni między grupka polskich turystow a miejscowymi kobietami. Turysci polskim zwyczajem otwieraja wszystkie okna robiac niesamowity przeciag, co przeszkadza miejscowym. Pol drogi wyrywaja sobie z rąk okienne uchyty. Wybitnie jestem za babkami- raz, ze tez nie lubie jak mi wieje, a dwa, ze czuje wyrazna niechec do tej grupki rodakow , traktujacych miejscowych z wyrazna pogarda i wyzszoscia.
Zreszta ciekawe skad ta roznica- ze w Polsce takie umilowanie otwartych okien, a na Ukrainie wrecz przeciwnie?

Na ukrainskim przejsciu pusto, za to na polskim tlum. Wyglada na kilka godzin czekania, więc już prawie rozsiadam się na plecaku, ale „mrowki” pokrzykuja do pogranicznikow: „Tu wasi turysci, z plecakami, wpuscie ich bokiem! Otworzcie im drzwi, oni nie przejda przez bramke”. Straznik wyjatkowo daje się namowic, wpuszcza nas, a z okazji skorzystalo tez kilka sprytniejszych „mrowek” wpychajac się bokiem bez kolejki. Dziś jakos dokladna kontrola, każą otwierac plecaki, grzebia w srodku, jak za dawnych lat. Ja oczywiscie nie zglaszam zadnych papierosow, przeciez nie pale..
Na smierc zapomnialam o moich biełomorach! A celniczka je oczywiscie znajduje.. ;)Przekonana , ze przewoże ich więcej zaglada nawet do menazek i kubkow. Sprawe ratuja ukrainskie prezerwatywy, które znalazlam 2 lata temu w pociagu Odessa- Lwów w moim worku z posciela. Od tego czasu już chyba 5 razy jechaly na Ukraine i wracaly zapomniane gdzies na dnie kieszonki plecaka. Celniczka pyta: „co w tej kieszeni”, więc ja jej na to, ze „rzeczy osobiste”. „Tak? Na pewno nie... Pewnie biełomory, proszę otworzyc”. Wypada pogniecione pudelko, celniczka robi się cala czerwona, a w tle slychac komentarze, chichoty i radosne okrzyki mrowek :) Na tym się konczy kontrola. W spiworze tym razem moglam przewiezc XIII wieczne ikony ;)

Mamy tez okazje ogladac bardzo smutna scene.. Już za polska kontrola jedna z babek uderza o cos siatka.. Rozbija się butelka z wodka.. Trzask, charakterystyczny zapach i smuga plynu cieknacego po podlodze.. I ten bezgraniczny smutek w oczach... Zmarnowany kurs.. Dzisiejszy dzien nie wyjdzie na plus..

A potem już tylko dlugi, monotonny, nocny powrot przez Polske.. Musimy wygladac odrazajaco bo mamy caly przedzial dla siebie :) zatem spi się wygodnie :)

A na Polesie trzeba wrocic- i to najlepiej w tym samym skladzie, bo ekipa tym razem dopisala wyjatkowo!!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


półkresowianin
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 52
Rejestracja: pn 26 kwie, 2010 11:22

Postautor: półkresowianin » pt 24 cze, 2011 15:46

Świetna relacja! :) Zawsze jak oglądam twoje zdjęcia zastanawia mnie ile kosztuje ta twoja wyprawa... ;)


Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Postautor: buba » ndz 03 lip, 2011 15:41

półkresowianin pisze:Świetna relacja! :) Zawsze jak oglądam twoje zdjęcia zastanawia mnie ile kosztuje ta twoja wyprawa... ;)


wiesz co... nie mam pojecia ile kosztowala.. wyjelismy kasy chyba za 600zl, jakies 500 UAH mielismy z poprzedniego wyjazdu i duzo kasy przywiezlismy spowrotem... ;)

ogolnie za noclegi nie placilismy, tylko za komnaty w łucku, a tak to przejazdy i zarcie/picie.. ciezko oceniac ile taki wyjazd kosztuje jako ze w jedzeniu i piciu to kazdy sobie inaczej poczynia ;)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


tatanka
Kolegialny Asesor
Kolegialny Asesor
Posty: 131
Rejestracja: pt 10 lip, 2009 11:13

Postautor: tatanka » wt 16 sie, 2011 23:52

Buba, pamiętam że zanim wcięło kawałek Twojej relacji tutaj, padło pytanie o ten środek przeciwko komarom i pokazałaś chyba nawet fotki tego cuda. Niestety, potem zjadła czarna dziura kilka postów. Mam prośbę, mogłabyś jeszcze raz zdradzić nazwę tego komar kilera?


mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Postautor: mi » śr 17 sie, 2011 06:30

buba pisze: Celniczka pyta: „co w tej kieszeni”, więc ja jej na to, ze „rzeczy osobiste”. „Tak? Na pewno nie... Pewnie biełomory, proszę otworzyc”. Wypada pogniecione pudelko, celniczka robi się cala czerwona, a w tle slychac komentarze, chichoty i radosne okrzyki mrowek :) Na tym się konczy kontrola. W spiworze tym razem moglam przewiezc XIII wieczne ikony ;)



Ja tam zawsze szmugluję jakieś fajki na własny użytek, rzecz jasna :D Ale zawsze mam je w torebce, w której sprytnie mieści się wagon cienkich LM, a jakoś nigdy nie chcą grzebać mi w torebce...

Swoją drogą zadziwia mnie, że celnicy są zawsze tacy śmiertelnie poważni i nigdy nie podejmują żartobliwego tonu... :roll: Mają to w umowie o pracę zapisane czy jak?

W tym roku znudzony celnik po otwarciu naszego bagażnika dostał w twarz oparami cebuli i czosnku z lekką nutą paryczki, powiedział, że ta cebula to jest normalna cebula i po co my to targamy.. My oczywiście gorąco zaprzeczyliśmy, ale przerwał nasze wywody nad wyższością plaskatej cebuli nad okrągłą cebulą suchym zapytaniem: "wódka, papierosy, ikony, broń?" Chciałam jakoś ocieplić atmosferę i odpowiedziałam: "Byliśmy co prawda w muzeum rakietowym, ale nie dawali prezentów".

Gdyby wzrok mógł zabijać leżałałabym martwa jak nic....


Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Postautor: buba » pn 05 wrz, 2011 11:48

tatanka pisze:Buba, pamiętam że zanim wcięło kawałek Twojej relacji tutaj, padło pytanie o ten środek przeciwko komarom i pokazałaś chyba nawet fotki tego cuda. Niestety, potem zjadła czarna dziura kilka postów. Mam prośbę, mogłabyś jeszcze raz zdradzić nazwę tego komar kilera?


http://allegro.pl/nowy-repel-97-deet-60 ... 96274.html
mielismy ten oraz słabszy- 55%

wogole polecano mi produkty zawierajace DEET w duzych stezeniach. Normalnie w sklepach, aptekach trudno dostepne. Czasem w wedkarskich. Najlepiej kupic przez neta

mi pisze:Chciałam jakoś ocieplić atmosferę i odpowiedziałam: "Byliśmy co prawda w muzeum rakietowym, ale nie dawali prezentów".

Gdyby wzrok mógł zabijać leżałałabym martwa jak nic....


to tak jak celnik wskazal na wioslo i spytal "co to jest?". A ja odpowiedzialam "wioslo...chyba widac ze nie tresowany hipopotam" ;) Ten wzrok tez zabijal!! :lol:
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2165
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Postautor: buba » czw 09 kwie, 2015 12:45

Dzis natrafilam w necie na filmiki krecone podczas przejazdu poleska kolejka Antoniwka- Zariczne, milo sobie bylo przypomniec te klimaty! :mrgreen: Jednak zdjecia to nie do samo zeby oddac atmosfere- nie ma np. stukotu kol ;)



"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/


Awatar użytkownika
Yakin
Radca Stanu
Radca Stanu
Posty: 305
Rejestracja: pn 02 kwie, 2012 22:37

Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie

Postautor: Yakin » śr 15 lut, 2017 21:32

buba pisze:Dzis natrafilam w necie na filmiki krecone podczas przejazdu poleska kolejka Antoniwka- Zariczne, milo sobie bylo przypomniec te klimaty! :mrgreen: Jednak zdjecia to nie do samo zeby oddac atmosfere- nie ma np. stukotu kol ;)


Gdzieś na forum jest dłuższy reportaż filmowy o tej kolejce :). Tylko teraz nie mogę namierzyć :evil:

E: Znalazłem :D http://www.rivne1.tv/Info/?id=3794