Tam,gdzie "nic nie ma" część I - Oczaków

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Tam,gdzie "nic nie ma" część I - Oczaków

Post autor: mi » sob 07 sie, 2010 22:16

Zapadła decyzja – JEDZIEMY. Trochę bardzo późno jeśli chodzi o możliwość zakupu biletów, ale co tam, może się uda. W tym roku nie na Krym, ale Oczaków i Skadowsk ze względu na kuszące kosy i wyspę Dżarlygacz. :D

E-kvitok uprzejmie mnie informuje, że biletów Lwów-Mikołajew na interesującą nas datę brak. Hmm…. No cóż, pojedziemy przez Kijów – tu bilety są. Postanawiamy kupić je jutro. Nazajutrz okazuje się jednak, że są dwa dostępne miejsca do Mikołajewa – hurrrraaaa!!!!! Oba dolne, nie boczne, tylko, że przy ubikacji… Przestrzegano nas przed tymi miejscami, że beznadziejne, że smrodek itp. Itd. Szybki telefon do Buby, która zaprawiona jest w podróżach kolejami i jest dla nas w tej kwestii niekłamanym autorytetem. My jeśli chodzi o pociągi jesteśmy nowicjuszami. Buba mówi, że nie śmierdzi. Decydujemy się więc na zakup. Na powrót już niestety e-kvitok nie chciał mieć nic wolnego, więc kupujemy przez Kijów.
Całe szczęście, że udaliśmy się na opolski dworzec PKP godzinę przed odjazdem, bo oto naszym oczom ukazał się widok porażający: nasz pociąg jeszcze na tablicy odjazdów nie figuruje, a wszystkie wyświetlone mają opóźnienie od 50 do 240 minut… cholera… nie zdążymy na autobus do Lwowa… Na szczęście zapowiadają jakiś przez Katowice co to miał pół dnia temu odjechać, pędem do kasy po bilety i udaje się! Wyruszamy pociągiem do Katowic i tu oczywiście mamy miejsce stojące tuż przy kibelku, który w Polskim pociągu jak wiadomo na 100% śmierdzi, ale i tak jesteśmy zadowoleni, że w ogóle udało nam się do pociągu wejść.

W Katowicach na autobus czeka jakieś 6 osób, więc uspokajamy się, że wejdziemy. Autobus przyjeżdża zapakowany…. Zapomnieliśmy, że jest piątek i Ukraińcy wracają do domu na weekend… ale i tu się udaje. Akurat jest tyle miejsc co ludzi. Uff… Na granicy stoimy aż 4 godziny chociaż przed nami jest tylko jeden autokar. W końcu docieramy do Lwowa, mamy dużo czasu, pociąg dopiero o 17.15. Zostawiamy plecaki na dworcu, upał morderczy, jakoś przechodzi nam ochota na dostawanie się do centrum, postanawiamy połazić po uliczkach niedaleko dworca. Idziemy sobie na bazar, gdzie „odporne” na upał leżą sobie kiełbasy i inne surowe mięska…..
Obrazek
Oglądamy sobie uliczki i zapomniane już u nas wynalazki jak saturator z wodą z sokiem i autobusy z paliwem na dachu

Obrazek Obrazek

i porażającą krzywiznę ulic i dziury… oj jazda samochodem po Lwowie to jednak duże wyzwanie dla zawieszenia musi być….

W końcu jest nasz pociąg. Okno nasze się oczywiście nie otwiera, :x ale za to otwarte jest to na korytarzu przy kibelku, mamy nadzieję, że jakieś nieśmiałe podmuchy powietrza dotrą i do nas… pocieszające jest, że jedziemy w nocy i może nie będzie tak gorąco. Naszymi sąsiadami z górnej półki jest rodzinka 2+1 która zaczyna jedzenie zanim jeszcze pociąg rusza.
Fascynujące jest to, że Ukraińcy jakby nie znają pojęcia kanapki na drogę. Kanapki się robi w pociągu. W ruch idzie nóż, kroi się chleb, kiełbasa, obierają ogórki i pomidory. Kiedy pociąg rusza oni są już po jedzeniu, prowadnica daje pościel i zaczyna się szykowanie spania. Jednak jest duszno, powietrze z korytarza nie chce jakoś docierać do nas…, ale rzeczywiście nie śmierdzi, Buba miała rację. Ciekawi mnie jeszcze kolejka do ubikacji, w której stoją kobiety z ubraniami w rękach… Okazuje się, że połowa wagonu się przebiera…. Nie wiem jakich akrobacji dokonują te niewiasty, w tym małym kibelku, gdzie nie ma czego gdzie położyć…. Dlaczego nie przebierają się pod prześcieradłem na łóżku???? :wink: Niewyjaśniona zagadka. Dobrze, że jesteśmy zmęczeni, zasypiamy i jakoś przeżywamy tę noc, ale łatwo nie jest.

Na dworcu w Mikołajewie stoją marszrutki do Oczakowa, więc spokojnie postanawiamy wypić poranną kawkę przed dalszą drogą. Kawa jest jak to na Ukrainie w rozmiarach krasnalowych i do tego z urzędu słodka jak ulepek, zapomnieliśmy krzyknąć „bez sachara” i już wielka łycha cukru ląduje w tym naparstku do kawy….
Obrazek
Po kawce okazuje się, że wszystkie marszrutki do Oczakowa już pojechały bez nas, kiedy będzie następna? Nie wiadomo, ale na pewno będzie. Czekamy jakieś pół godzinki, gawędząc sobie miło z taksówkarzami, a potem wprowadzamy w życie plan B czyli jedziemy na dworzec atobusowy (marszrutka nr 8 lub 21 международный автовокзал). Stamtąd odjeżdżają autobusy do Chersonu, Odessy, Holej Pristani, Lazurnego, i jeszcze w milion innych kierunków. Kierowcy tych marszrutek stoją na chodniku i każdy drze się w niebogłosy dokąd jedzie. Wśród tej kakafonii miejscowości nie słyszymy Oczakowa, więc pytamy pierwszego z brzegu kierowcę. Zanim nam jednak odpowie uprzejmie zapyta po jaką cholerę chcemy jechać do Oczakowa, skoro on nas chętnie zawiezie do Zelaznego Portu, gdzie jest pięknie i na pewno nam się spodoba…. Nie chcemy jednak z nim jechać i w końcu ulega i pokazuje nam skąd jadą autobusy do Oczakowa. :D

W Oczakowie na dworcu najpierw odprawiamy taksówkarzy, ponieważ zupełnie nie mamy pojęcia dokąd chcielibyśmy dać się zawieżć, potem wchodzę do budynku awtowagzała, żeby posprawdzać dokąd jadą autobusy, ale w budynku jest sklep ze skórami… no cóż, w takim razie czytam uważnie tabliczki przystankowe żeby sprawdzić czy mamy jakieś bezpośrednie połączenie do Chersonu. Jest!!! I to rano, więc dotrzemy do kolejnego punktu naszej wyprawy - Skadowska przed nocą!!! Teraz już możemy szukać noclegu. Wyjmujemy wydrukowany jeszcze w Polsce plan miasta, lokalizujemy kierunek: morze i ruszamy. Przed bramą dworcową zatrzymuje nas miła pani, która oczywiście ma nocleg jakiego szukamy i oczywiście jest to niedaleko.
Dobra, idziemy z nią. Po drodze dowiadujemy się szczegółów owego noclegu, które coraz bardziej odbiegają od naszych wstępnych założeń…. Ale pani uspokaja, że jak nam się nie spodoba to jej sąsiedzi wynajmują super pokoje nawet z telewizorem, pełen luksus, po 50 hr od osoby. Opowiada nam też o swoich koleżankach, które dorabiają za granicą, we Włoszech i nawet wczoraj dwie pojechały do Polski na zbiór truskawek. Hmmmm…. Truskawek… :roll: coś mi się widzi, że u nas sezon truskawkowy już się skończył i boję się myśleć w jaki sposób koleżanki będą dorabiać, ale zostawiam to dla siebie…

Docieramy w końcu do owego domu, w którym jest dla nas pokój, to jednak nie było blisko… Pokój nam się nie podoba, bo jest wielkości szafy, prysznic z beczki za ceratową zasłonką z tak brudnym drewnianym podestem, że normalnie widzę skaczące bakterie, grzyby i inne mikroby utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie chcemy tego lokum i nawet wolę sobie oszczędzić widoku toalety.

Idziemy oglądać ten super luksus u sąsiada… O mój ty Panie Boże…. :shock: :shock: Szkoda, że nie mam kamerki….. Smród rozkładającego się jedzenia powala od wejścia na posesję, w letniej kuchni miliony talerzy z resztkami i pasące się na nich muchy, wszędzie niewyobrażalny brud. Pan sąsiad jednak mówi, że zaraz to posprząta bo się gości nie spodziewał….
Prowadzi mnie do tego super lux pokoju przez inny pokój, który zamieszkuje wraz ze swoim bratem, mam pełen przegląd ich garderoby w zaawansowanym stadium brudu porozwalanej dosłownie wszędzie, w lux pokoju także…. Ale to nie problem – my sobie herbatkę zrobimy w kuchni, a on szybciutko to posprząta…. Nie, jednak nie. Może pan nie sprzątać, nie chcemy tu być ani sekundy dłużej… Muszę jednak jeszcze zobaczyć kuchnię, która ma sprawić, że zmienię zdanie, bo jest mikrowela, którą pan odkopuje spod garnków, talerzy i szklanek z zawartością w zaawansowanym stadium zgnilizny i różnego typu wyhodowanych szczepów pleśni. W końcu jednak udaje nam się opuścić posesję, pani nas przeprasza, za bałagan u sąsiada. Bałagan…. wydawało mi się, że bałagan to jednak ma inne znaczenie…

Chcemy już podziękować pani i szukać na własną rękę, ale nie jest to wcale proste. Pani ma jeszcze z pięć koleżanek, które chętnie nam wynajmą i koniecznie musimy to zobaczyć. Oglądamy więc inne pokoje wielkości szafy, gdzie oprócz łóżek nie ma nic, nawet miejsca na położenie plecaka, dziury w ziemi będące toaletą, umywalki pod drzewem i prysznice, w których woda jest po grafiku i tylko raz dziennie można korzystać i kiedy w końcu udaje nam się przekonać panią, że sobie sami damy radę jesteśmy najszczęśliwymi ludźmi pod słońcem!.

Udajemy się z naszymi plecakami, które jak to zwykle bywa z każdym metrem stają się jakby cięższe, w kierunku morza. Przysiadamy w jakimś parku, który okazuje się być parkiem ogromnego sanatorium dla dzieci. Postanawiamy, ze Zibi zostaje z bagażami, a ja idę namierzyć pensjonat, który gdzieś tu powinien być. Kiedy już tak idę i idę prawie na koniec świata dostrzegam w końcu pensjonat składający się z kilku bardzo luskusowych budyneczków zbudowanych z bali. Boję się, że chęć wzięcia prysznica spowoduje chwilowy zanik szarych komórek i wezmę pokój za każdą cenę…. Ale okazuje się, że wolnych pokoi brak. A cena też raczej nie dla nas – 400 hr od osoby…. Wracam więc do Zibiego i ruszamy szukać dalej.
Pytamy taksówkarza o pokoje w nieco lepszym standardzie niż te, które tu większość oferuje. Mówi, że takich nie ma. Jak to nie ma? Wszyscy mieszkańcy myją zęby pod gołym niebem? Mówi, że większość. Idziemy więc szukać mniejszości.

Napis „wynajmuję pokoje z udobstwami” jest nafjajniejszą rzeczą jaka nas do tej pory spotkała w Oczakowie. Zanim objawi się gospodyni zdążymy już obejrzeć ładne wykafelkowane łazieneczki i toalety, stoliki z krzesełkami w gąszczu winrośli….ślicznie tu jest, niestety jest wolny tylko pokój 4 osobowy. Gospodyni jednak poleca nam sąsiadkę, u której pokoje są po 60 hr od osoby. Zgadzamy się, sąsiadka też się zgadza, chociaż nie miała w tym roku w planach wynajmowania bo jej się nie chce, a poza tym oczekuje koleżanki.
Ale jakoś chyba sprawiamy wciąż dobre wrażenie pomimo zmęczenia i braku świeżości… Najpierw obszczekuje nas ratlerek, potem oglądamy kuchnię, w pełni wyposażoną, do całkowitej dyspozycji, toaletę, łazienkę, basen do masaży, ale bez wody i dwa pokoje, oba z balkonem, mamy sobie wybrać, który nam się bardziej podoba. Pokój wybrany, kąpiel wzięta, idziemy szukać bankomatu oraz miejsca, z którego mogłyby odpływać jakieś kutry na Kinburską kosę i wyspę Berezań.
Miasteczko jest bardzo dziwne, opustoszałe jakby, mało ludzi, w niczym nie przypomina nadmorskich miejscowości. Idziemy na ślepo w kierunku przeciwnym do morza w poszukiwaniu budki z pieniędzmi.
Obrazek Obrazek Obrazek

Nie bardzo jest się kogo zapytać o drogę… Znajdujemy pomnik Lenina na placu znaczy ciepło, ciepło, zaraz powinno być jakieś centrum…jest też jeden żywy człowiek na ulicy, pędzimy do niego z pytaniem o bankomat i dowidujemy się, że: teraz w prawo i na czwartym skrzyżowaniu w lewo i będzie. Ponieważ skrzyżowania są tam na akord, dosłownie co 50 metrów po chwili mamy bankomat. No to teraz trzeba wrócić do plaży. Nawet nam się udaje. W Oczakowie nie ma ulicy biegnącej wzdłuż plaży zwanej przeważnie Nabiereżną… Na plaży do której schodzi się kilkoma prostopadłymi uliczkami też jest raczej pustawo.. Stoją jakieś pordzewiałe kutry, w zasięgu wzroku nie ma niczego, co choć trochę przypominałoby przystań. To co ją mogłoby przypominać okazuje się być pływającym akwarium… Ale są też wędkarze, jednak nie miejscowi, ale potwierdzają, że pływa tu coś na Kinburn, ale nie wiedzą skąd, wiedzą natomiast, że po plaży chodzą z megafonem i zapowiadają, więc na pewno się jutro dowiemy.
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Postanawiamy więc jutro poplażować, posłuchać głośników i ewentualnie sprawdzić możliwość dostania się na Tendrę.
Wieczorem poznajemy koleżankę naszej gospodyni, która zostaje nazwana „Kierowniczką Zamieszania”, ponieważ jej energia, gadatliwość i dociekliwość wprowadzają pewien zamęt w wielkim domu zamieszkanym przez spokojną panią z pieskiem. . Kierowniczka sadza nas w kuchni, częstuje herbatą i donieckimi cukierkami i przesłuchuje na okoliczność pochodzenia, pracy, zarobków, realiów życia w Polsce, naszych planów wakacyjnych i życiowych, rodziny, Euro 2012… normalnie magiel.

Na plaży dowiadujemy się, że pływa kuter na Kinburn, trzy razy dziennie. O Tendrze nikt tu nie słyszał, o wynajęciu łódki zapomnij, nie ma łódek, jedynymi rybakami są turyści. Jest tylko ten jeden kuter. Podpływa albo pod kawałek betonowego podestu na który dociera się z plaży lub do „przystani” do której idzie się przez morze, mniej więcej do pół uda w wodzie jakieś 150 metrów.

Obrazek Obrazek

O wyspie Berezań wszyscy słyszeli, wiedzą, że ją mają, ale nie wiedzą czy cokolwiek tam dociera. A w ogóle to po co my tam chcemy płynąć? Tam nic przecież nie ma… To zdanie będziemy jeszcze słyszeli podczas naszego pobytu wiele razy, w związku z różnymi miejscami, które chcemy zobaczyć.

Wieczorkiem studiujemy sobie naszą mapę Kinburskiej kosy z 1942 r, obmyślamy plan przemieszczania się, jazdy Uralem na morską stronę i takie tam. Postanawiliśmy popłynąć pierwszym rejsem o 9.00, żeby mieć jak najwięcej czasu na wyspie i wrócić ostatnim kursem o 16.00. Mapę nieopatrznie zawlekliśmy ze sobą do kuchni, gdzie wzbudziła natychmiastowe zainteresowanie Kierowniczki, która radośnie nam oznajmiła, że też płynie na Kinburn i w takim razie popłyniemy razem. Przeraziła się brakiem w naszym ekwipunku parasola plażowego, który jest na Kinburnie niezbędny, ponieważ „tam nic nie ma, nawet drzewka i dostaniecie udaru”. Była tak przekonująca, że nawet przez moment rozważaliśmy wypożyczenie parasola w drodze na kuter…. A potem jak Kierowniczka zniknęła z pola widzenia, mózg zaczął pracować normalnie i śmialiśmy się z siebie chyba z pół godziny. Przy okazji nam się przypomniało, że sobie wykupiliśmy na stołówce śniadanie na jutro i w związku z powyższym musimy popłynąć o 10.00 dzięki czemu nie będziemy płynąć z Kierowniczką 

Po śniadanku na które zaserwowano nam owsiankę, chlebek, pomidorek, ogórek, bułeczki piernikowe i ziemniaki z kotletem poszliśmy na plażę, gdzie już kilka osób czekało na kuter. Kiedy tłumek zaczął gęstnięć, pojawił się pan z megafonem, żeby poinformować nas, że kuter przypłynie do tego miejsca, gdzie trzeba przez morze iść. Rozgorzała dyskusja, bo z kolei inna pani z megafonem kazała przyjść do kawałka betonu przy plaży. W wyniku zamieszania część udała się „przez morze”, część została. Po jakiś 10 minutach, ci co poszli zostali zawezwani przez megafon do powrotu. W końcu kuter przypłynął, pani spisała nazwiska wsiadających i popłynęliśmy.
Obrazek
W najśmielszych snach nie przewidzieliśmy, że ten kuter praktycznie nie płynie na Kinburn tylko na jego najwęższy z wąskich koniec, gdzie wcale nie potrzeba żadnych ciężarówek, żeby dostać się na drugą stronę wyspy, ponieważ jest do przejścia jakieś 50 metrów…. Cholera, to nie tak miało być… na wyspie jest oczywiście bar i kilka innych budek z kawą i herbatą, ale wszyscy prawie biegiem lecą na drugą stronę na plażę. Nie jest więc ona taka znowu bezludna. Robimy kilka fotek pomnika Suworowa (Lenina o dziwo nie było) i kiedy docieramy na plażę wita nas wrzask Kierowniczki „Margarita, tutaj, tutaj” i szalone machanie… Tłumaczymy, że nie będziemy się opalać tylko spacerować i doprawdy nie ma potrzeby, żeby cisnąć się pod jednym parasolem….

Im dalej od ludzi na plaży tym większe ilości meduz. Niektóre z nich mają ogromne rozmiary. Do wody nie odważam się na tych bezludnych kawałkach wejść. Na tym kawałku, który mogliśmy zobaczyć znajdujemy jedną zdechłą rybę i jednego zdechłego ptaka. Z roślinności występują tylko stepowe trawy spalone słońcem i osty jakich wszędzie pełno oraz komary i inne fruwające ustrojstwa niewidomego pochodzenia i nazwania. Są jeszcze łowiska midij (to taki rodzaj omułka, który występuje tylko tam). Mamy przyjemność skosztowania już doprawionych midij i muszę przyznać, że są przepyszne. To jedyne „owoce morza” które mi naprawdę smakują.
Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek
W związku z tym, że jesteśmy na najwęższym końcu kosy, szanse na dostanie się wgłąb wyspy praktycznie zerowe, postanawiamy wracać wcześniejszym rejsem.

W czasie popołudniowej przechadzki po Oczakowie zauważamy drogowskaz „Лагерна коса” Oczywiście słowo „kosa” powoduje na naszych twarzach szeroki uśmiech. Przepytujemy naszą Kierowniczkę na okoliczność sposobu dostania się na nią, czy daleko, czy piechotką da radę, czy może jakaś marszrutka tam jeździ (aczkolwiek w naszych rejonach miasteczka nie widzieliśmy ani jednej). Nie mija 5 sekund od zadania pytania, a już nasza Kierowniczka przekonuje naszą gospodynię, że nigdzie nie wychodzi, choć lato w pełni, że nie można cały dzień bujać się na ogrodowej huśtawce w objęciach z psem itp., itd. Za następne pół minuty jest postanowione, że gospodyni zawozi nas jutro wszystkich na Łagierną kosę swoją Toyotą Rav 4.

Punktualnie o 9 rano ładujemy się do Toyoty i jedziemy na kosę. Jest do niej jednak dość daleko. Podobno jeżdżą jakieś marszrutki, ale nie mijamy żadnej. Dojazd do kosy jest sporym wyzwaniem nawet dla Toyoty. Po drodze mijamy domki i pokoje do wynajęcia, kurcze trafić tu na nocleg, to już całkowita kaplica. Do miasta daleko, do morza jeszcze dalej…

Kosa okazuje się być zajęta przez kilkanaście ośrodków wypoczynkowych przez które nie można przejść nad morze…. Bramy i strażnicy i nawet próba przekupstwa kończy się fiaskiem… Pozostaje nam płatne wejście przez jeden z ośrodków. Plaża jest tu bardzo szeroka, ludzi nie tak wiele jak na sezon. Kierowniczka, gospodyni i pies pływają na zmianę (zawsze któraś nińczy piesa), my idziemy wzdłuż wybrzeża, widać stąd jak na dłoni wyspę Berezań,
Obrazek

mamy więc nadzieję, że stąd uda nam się do niej dostać. Dostrzegamy kuter komponujący załogę, biegniemy…. No niestety płyną na Kinburn…. Pytamy, czy pływają na Berezań, pływają!!!!! Hurrraaa. Pytamy o której i słyszymy, że o piątej. Postanawiamy zostać i płynąć, a do domu wrócić….jakoś. Niestety pan sprowadza nas na ziemię mówiąc, że popłynie o piątej, ale jak się zbierze grupa 10 osób, a on nie wie czy się zbierze, bo tam przecież na tej wyspie nic nie ma….. jasna doopa. Wracamy więc i idziemy sobie na kraniec kosy, gdzie morze łączy się z rzeką.
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Wracamy więc, nasza ekipa plażowa się zbiera, bo Kierowniczka chce jeszcze zdążyć na miejski bazarek. Ochoczo zabieramy się razem z nimi, lubimy bazarki. Widzieliśmy go już, ale był zamknięty. Kierowniczka zaznacza, że ona tylko szybciutko ziemniaki kupi i wracamy, więc postanawiamy zostać na rynku i sobie spokojnie połazić, a stąd do domu jest już niedaleko. Gospodyni z wyrazem głębokiego bólu na twarzy zostaje w swojej klimatyzowanej toyocie.
Obrazek
Po mniej więcej godzinie wychodzimy z bazarku i po prostu wyrzuty sumienia wbijają nas w rozgrzany asfalt: oto stoi nasza toyota i mruga do nas światłami…. Jezu… czekają na nas…. Podchodzimy więc szybciutko a tu niespodzianka: gospodyni pyta nas gdzie jest…Kierowniczka…..:) Jakoś do tej pory nie wróciła z tych szybkich zakupów….
Niestety nie wiemy, nie spotkaliśmy jej. Zostawiamy udręczoną gospodynię i idziemy poszukać kas kolejowych (w Oczakowie nie ma kolei, ale zobaczyliśmy na planie owe kasy) celem nabycia biletów dla Buby jak tylko nastanie magiczna data 45 dni przed… Kasy znajdujemy, są czynne w określone dni, aczkolwiek upewniam się w sklepie, bo okna takie zakurzone i łańcuch na drzwiach taki pordzewiały, że wygląda jakby zamknęli je jakieś 20 lat temu. Okazuje się, że czynne, jak najbardziej… ale gorzej u nas z liczeniem. Niestety 45 dni wypada akurat w dzień wyjazdu… no cóż kupimy w Chersonie. Oto efekty naszego spacerku po mieście:
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Kiedy kierowniczka dowiaduje się, że wyjeżdżamy rano następuje wieczorna wymiana adresów, zdjęć sobie nie da zrobić , zaprasza nas do Doniecka, obdarowuje słodyczami i żegnamy się. Upewnia się jeszcze czy zamówiliśmy taxi (tak, zamówiliśmy, ale pewności, że przyjedzie nie mam) i już możemy iść spać. Rano schodzimy cichuteńko, żeby nikogo nie zbudzić, a zwłaszcza ujadającego ratlerka, a tu w kuchni Kierowniczka….  jednak wstała, żeby dopilnować naszego wyjazdu. Biega co chwilę sprawdzać czy jest nasze taxi (nie ma), w końcu wyłazimy z plecakami na ulicę, żeby tak nie latała.. Taksówka nie przyjeżdża, ale to nie problem, bo Kierowniczka ma już 3 wizytówki od innych taksówek, które na wezwanie przyjadą, zamawia nam jedną z nich, opiernicza Bogu ducha winnego człowieka za tego, co to nie przyjechał. Pan przesłuchuje nas jak wyglądał ten, co nas olał, jakie miał auto itp. Dochodzę do wniosku, że gdybym miała coś kiedyś w życiu zeznawać na policji zamknęli by mnie w pięć sekund jako główną podejrzaną motającą się w zeznaniach…. Widziałam tego taksówkarza, gadałam z nim z 5 minut, opierałam się o jego auto zaledwie wczoraj, ale za chiny nie umiem opisać ani jego ani auta…. Zibi zapamiętał markę i kolor… Taksówkarz mówi, że wie o kogo chodzi, przeprasza nas i solennie obiecuje, że zrobi z nim porządek. Jak dobrze, że wyjeżdżamy…

Na dworcu stoimy sobie grzecznie pod tabliczką z naszym autobusem do Chersonu, ale autobusu jakby nie ma… Idę sobie połazić po sklepie ze skórami i nagle się okazuje, że za wieszakami jest okienko i jest to pani od dworca autobusowego! Pytam czy autobus do Chersonu przyjedzie a Pani na to
- A gdzieś ty dziecko widziała ten autobus?
- Na tabliczce na stanowisku 1
- To nie wolno tam patrzeć, to nieaktualne, te tabliczki są z 1964 roku… Trzeba czytać to, co na kartkach na moim okienku.

Na kartkach jest wszystko oprócz interesującego nas połączenia. No cóż, jedziemy do Mikołajewa, a stamtąd do Chersonu.

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2167
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Post autor: buba » ndz 08 sie, 2010 21:32

mimo ze relacje juz slyszalam- tak milo przeczytac ja jeszcze raz!!!!
mi pisze:i porażającą krzywiznę ulic i dziury… oj jazda samochodem po Lwowie to jednak duże wyzwanie dla zawieszenia musi być….
oj wyzwanie... ;) bo nie tylko na droge trzeba patrzec a przede wszytskim na innych kierowcow , ktorzy cos takiego jak kolor swiatla nie uwazaja za dogmat a jedynie za sugestie ;)
mi pisze:umywalki pod drzewem
ja tam sie nastawiam na znalezienie kwatery z umywalka pod drzewem i prysznicem z beczki!! :) nie ma jak ogrodowa lazienka!! :)
mi pisze:Miasteczko jest bardzo dziwne, opustoszałe jakby, mało ludzi, w niczym nie przypomina nadmorskich miejscowości
jaki to bylby blad jakbysmy omineli oczakow!!! gdyby nie wasz wypad- bysmy uznali ze jest "z drogi" i nie pojechali! a to jedno zdanie wystarcza na zachete :)


ciekawe czy we wrzesniu beda jeszcze meduzy...

aha..i zapomnielismy lokalizacji tego opuszczonego domu w oczakowie , z malowidlem na scianie.. :( jaka to byla ulica?
Ostatnio zmieniony ndz 08 sie, 2010 22:21 przez buba, łącznie zmieniany 1 raz.
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Post autor: mi » ndz 08 sie, 2010 22:20

To była ul. Szmidta, na tym planie co masz to tam gdzie zaznaczone kasy biletowe na pociągi (od kas na prawo patrząc na plan) :D

A łazienek ogrodowych tam pod dostatkiem, najbliżej morza to proponuję okolice ul. Kurortnej

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2167
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Post autor: buba » czw 12 sie, 2010 18:47

fajna relacja z kinburnskiej kosy
z racji braku dogodnych polaczen łódkowo-autobusowych na kinburn trzeba chyba tak:
;) ;)
http://www.ivki.ru/ikapustin/tourism/perehod2.htm

moze choc do rybalcza ruszymy w jego slady.. (dalej to chyba odpuscimy....)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

ODPOWIEDZ