Jezioro Sevan - pierwsze podejście

Z naszych skromnych przygotowań do wyjazdu wiedzieliśmy, że nad Sevan jechać trzeba. Jak mus to mus. Ruszyliśmy więc. Oczywiście to nie takie proste jak mogłoby się na pozór wydawać. Trzeba najpierw dotrzeć na pętlę busów jadących w odpowiednim kierunku, znajdującą się na obrzeżach miasta. W Erewaniu chyba nie ma centralnego dworca autobusów dlatego jadąc w dowolnym kierunku trzeba znaleźć odpowiedni mini-dworzec.

Na naszej pętli przystąpiliśmy do nierównej walki. Gdy marszrutka wjeżdżała tłum rzucał się w jej kierunku i zanim my zdążyliśmy zapytać dokąd jedzie busik, ten był już załadowany po dach. Tablice były pisane tylko szlaczkami, więc byliśmy bez szans. W dodatku plecaki nie działały na naszą korzyść. Przystąpiliśmy więc do intensywnej nauki szlaczków. Dzięki przepuszczonym czterem marszrutkom potrafiliśmy rozpoznać trzy pierwsze litery ze słowa Sevan. Taka wiedza i odpowiednia taktyka desantowa pozwoliła nam upolować kolejną marszrutkę. 

Droga z Erewania nad Sevan jest dość dobra, w większosci dwupasmowa. Oczywiście styl jazdy miejscowych spowodował wypadek po drodze, jednak nam udało się bezpiecznie dotrzeć do miasta Sevan, skąd nasz busiarz podrzucił nas za drobną dopłatą w okolice półwyspu, na którym znajduje się monaster. 

armenia sevan monaster

 

Popełniliśmy tutaj pewien błąd. Otóż bez rozejrzenia się po okolicy postanowiliśmy zanocować na półwyspie. O ile sam monaster jest malowniczo położony i widoki wokół są niczego sobie, to jednak cały półwysep to galeria kiczu, śmieci i zdezelowanych quasi-kempingów. W dodatku przewija się tam mnóstwo ludzi, gdyż jest to obowiązkowy punkt programu każdej wycieczki. 

My zamieszkaliśmy w tym hotelu po prawej:

armenia sevan nocleg

 

A tutaj ciemna strona półwyspu w całej okazałości:

armenia sevan mordor

 

Na szczęście była też jasna strona półwyspu Sevan:

armenia sevan

armenia sevan2

 

Po zjedzeniu obiadu w miejscowej restauracji stwierdziliśmy, że trzeba pozwiedzać okolice. Z wielkim trudem udało nam się dojść do wjazdu na półwysep. Tą trudnością nie była ani odległość ani ukształtowanie terenu. Otóż, dosłownie co minutę podjeżdżało do nas auto z propozycją podwiezienia. Dla miejscowych nie do pomyślenia był spacer wzdłuż drogi. Odmawiając dziesięciokrotnie podwózki dotarliśmy do knajpki ulokowanej na początku półwyspu. Knajpka otoczona była zacnie:

armenia sevan smieci 

 

Wewnątrz nie było tradycyjnej sali, a wyłącznie "sale VIP". Z tym patentem spotkamy się później wielokrotnie. Kelner nie znał rosyjskiego co spowodowało, że zamiast po 50 gram koniaku dostaliśmy całą butelkę. Dzięki temu w dobrych humorach ruszyliśmy na podbój miasta Sevan. Jadąc zdezelowaną Ładą kierowca częstował nas drobnymi, pomarańczowymi owocami, których było mnóstwo na gałęzi leżącej na desce rozdzielczej jego auta. Taka jadalna, kolczasta ozdoba.

W samym mieście nic ciekawego nie ma poza licznymi sklepami, w których półki z alkoholem uginają się od wszelakich dóbr:

armenia sevan sklep 

 

Obładowani zakupami postanowiliśmy złapać taksówkę by zawiozła nas do naszego uroczego baraku na półwyspie. Nic nie zapowiadało, że ten dzień będziemy jeszcze długo wspominać. Gdy wsiedliśmy do taksówki, tradycyjnie nawiązaliśmy rozmowę z kierowcą, ten po krótkiej chwili stwierdził, że jego brat mieszka w Polsce dlatego trzeba to opić. Krzyknął, że jego samochód dzisiaj jest naszym samochodem i zawiózł nas na raki...

Na poniższym zdjęciu uchwycony mniej więcej moment, w którym nasz taksówkarz przemienił się w naszego kompana:

armenia sevan taxi

 

Wylądowaliśmy w małej przydrożnej budce, nieopodal brzegu jeziora Sevan. W budce tej świeżo złowione raki sprzedawało małżeństwo Ormian, ziomków naszego kierowcy. Pomimo barier językowych (na prowincji w Armenii niewielu mówi po rosyjsku) dzięki kilku łykom paliwa rakietowego (nie wiem z czego to robią ale trzeba to pić z dala od ognia by nie wybuchło), którym zwyczajowo Ormianie goszczą innych, udało się nawiązać dialog. Po chwili do budki zaczęli napływać coraz to nowi lokalsi, a nas traktowali jak jeszcze większą atrakcję turystyczną, niż my ich. 

Oto nasza niepozorna imprezownia:

armenia sevan raki

 

Wewnątrz budy trzymano mnóstwo raków, po które co jakiś czas ktoś przyjeżdżał. Ponoć jeden z odbiorców zabrał raki by wysłać do Francji. 

armenia raki

armenia raki2

 

W pewnym momencie nasz kierowca, nazwany roboczo Armanim (pokazał na swoją koszulkę z napisem "Armani" i powiedział, że jest patriotą i nosi koszulkę z Armenią na sercu) zabrał trochę raków i pojechał je przygotowywać. Okazało się, że niedaleko była restauracja jednego z ziomków i to tam nasze raki były przygotowywane. Najlepsze jest to, że restauracja była nieczynna i otworzono ją tylko dla nas. Po jakimś czasie Armani zabrał nas z budy i zawiózł na ucztę rakową. Przy akompaniamentach harmoszki (grał właściciel restauracji) poznawaliśmy Armenię jej smaki. 

armenia raki muzyka

 

Niestety zbyt duża dawka paliwa rakietowego nie pozwoliła nam w pełni docenić podanych raków, jednak wspomnienie pozostało do dzisiaj - w dodatku ani Armani, ani małżeństwo od raków, ani właściciel restauracji nie wzięli od nas pieniędzy. A podobno takie rzeczy tylko w Erze (bywały).

W nocy Armani odwiózł nas w nocy do naszego baraku. Nie bardzo wiem jak, ale odwiózł...

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!