Yeghegnadzor i okolice

Rano okazało się, że nasz stróż jedzie do Erewania i może nas zawieźć do... Yeghegnadzoru. Choć nasza trasa wynosiła około 170km, a Yeghegnadzor położony jest jakieś 140km od Erewania w zupełnie przeciwnym kierunku to dla naszego stróża nie stanowiło to problemu. Szkoda tylko, że uparł się by jechać drogą wzdłuż północnego i zachodniego brzegu jeziora, przez co nie zobaczyliśmy południowo-wschodniego wybrzeża. Kierowco-stróż twierdził jednak, że droga wzdłuż wschodniego brzegu jest fatalna. Daliśmy się przekonać.

Po drodze pan kierowca z 10 razy wyraził tęsknotę za "drogą". Chodziło mu o to, że jego zdaniem wszystkie biedy Armenii spowodowane są brakiem połączeń drogowych ze światem. W końcu stwierdził: "no ale jak można mieć drogę skoro Armenię otaczają nie ludzie, a zwierzęta: Azerowie i Turcy. Tylko ta Gruzja i Iran jeszcze jako tako są ok. No i Gruzja ma jednak drogę...". "Droga" stała się symbolem naszej podróży do Yeghegnadzoru. 

Poczęstował nas pan także jabłkami leżącymi na tylnej szybie, jedna z uczestniczek skusiła się, czego później pożałowała...

Pamiętam jeszcze, że przez szosę przebiegało małżeństwo: każdy taszczył długi na 7-8m pal drewna. Pan był bardziej zdecydowany i szybko przemknął z pieńkiem, pani natomiast na środku drogi zawahała się, a każde obejrzenie się wokół powodowało zamachnięcie długaśnym pieńkiem. Był to jedyny raz podczas naszego pobytu w Armenii gdy któryś z naszych kierowców zatrzymał się i przepuścił pieszego. Może to z szacunku dla ośmiometrowego pnia?

Brakło nam też gazu podczas podjazdu na przełęcz Vardenyats na wysokości ok 2400 m npm. Na szczęście okazało się ku zdziwieniu kierowcy, że w baku na paliwo mamy jeszcze parę kropel benzyny. Na przełęczy był Karawanseraj i jak zwykle piękne widoki:

armenia przelecz vardenyats

armenia przelecz yeghegnadzor

 

W Yeghegnadzorze zatrzymaliśmy się w pensjonacie Gohar, na północnych obrzeżach miasteczka. Był to zdecydowanie najlepszy nocleg podczas całej naszej wycieczki po Armenii. Nie dość, że zarówno pokoje, jak i łazienki były wygodne i czyste, to jeszcze jedzenie, którym nas karmiono było wyśmienite. Gospodyni jest w stanie załatwić wszystko, od transportu po degustację wina. Z tej drugiej opcji chętnie skorzystaliśmy zaraz po przyjeździe:

armenia degustacja

 

Krótki kurs korkowania butelek przez gospodarza (w żółtym) i jego żonę: 

armenia degustacja wina

 

Po raz kolejny potwierdziła się stara prawda, że przy winie najlepiej poznawać ludzi i ich kulturę. Szczerze mówiąc, smaku wina już nie pamiętam (piszę te słowa 2 lata po powrocie). Było ono jednak dobre, nawet bardzo. Jednak to co utkwiło mi w pamięci to panująca podczas wieczerzy atmosfera. Opowieści nie tylko o winie i jedzeniu, ale także o sobie, rodzinie itd. 

Pan winiarz był dumny, iż sam Robert Makłowicz nakręcił ponoć z nim odcinek. Całkiem możliwe, bo miejsce to było kopalnią opowieści związanych z jedzeniem i winem.

Następnego dnia odbyliśmy nasz dziewiczy przejazd irańskim środkiem lokomocji. Auto ze znaczkiem konia na masce było szokiem cywilizacyjnym: przeskok z Ład lat 70-tych do konstrukcji opartej o myśl techniczną początku lat 90-tych był spory. Pojechaliśmy do wioski Szatin, z której górska ścieżynka prowadzi do schowanego między bazaltowymi górami monasteru Szativank.

armenia szatinvank droga

armenia szatinvank bazalt

 

Po około godzinie spaceru w górę doliny dociera się do, na pierwszy rzut oka, ruin monasteru:

armenia szatinvank

 

Okazuje się jednak, że monaster jest czynny, o czym świadczy jego wnętrze:

armenia szatinvank wewnatrz

 

Przed świątynią resztki zwierząt budzą nasze wątpliwości jakiego rodzaju obrzędy tutaj się odbywają:

armenia szatinvank poganie

 

Generalnie atmosfera wokół Szatinvanku jest dość osobliwa. Cały czas czujemy na sobie czyjś wzrok, od czasu do czasu w oddali widzimy czyjeś cienie, co jakiś czas zza krzaków wyłaniają się albo krowy albo ich właściciele. Wtedy zrozumiałem dlaczego Turkom przez wieki nie udawało się pokonać Ormian pochowanych w górach. To nie przypadek, że Ormianie ostali się w wyższych partiach, a tureckie plemiona zasiedliły doliny i równiny.

Po powrocie do Szatin kupując wodę mineralną rozczarowaliśmy towarzystwo w sklepie, które brało nas za Rosjan i koniecznie chcieli sprzedać nam w 30-to stopniowym upale butelkę wódki. Skoro jesteśmy Rosjanami to musimy pić wódę. Ot, stereotyp. 

Nasz kolejny driver,  tym razem bardzo młody, miał nas zawieźć do Arpi - królestwa armeńskiego wina. Problem polegał na tym, że znał on po rosyjsku trzy słowa, które w kółko powtarzał: "Твоя родина - Россия?". Cały czas odpowiadałem, że nie, ale po minucie w stylu zdartej płyty padało to samo pytanie. Ciekawe co by było gdybym odpowiedział, że tak. Może przeszlibyśmy na drugi level konwersacji? 

W Arpi od razu trafiliśmy do fabryki wina, gdzie akurat zaczynała się zorganizowana degustacja dla niewiele rozumiejącej z tego co się dzieje wokół zagranicznej wycieczki. 

armenia arpi

 

Stół do degustacji z szkłem made by Coca-Cola:

armenia arpi degustacja

 

Szczególnym rodzajem ormiańskiego wina jest to robione z granatów. Jest ono dość drogie, ale w końcu pozyskanie soku z granatów jest bardziej wymagające. W tych workach leżą granaty, ponoć wyłącznie jadalne (granaty szturmowe trzymają gdzie indziej):

armenia granaty

 

Nie trzeba iść w Arpi do fabryki by kupić wino. Jest ono wszędzie, co kilkanaście metrów przy drodze sprzedawane są wielkie butle z winem i słoiki z przetworami.

Zetknęliśmy w Arpi z nieznanym nam problemem. Otóż chcąc dostać się położonego niedaleko Noravanku stanęliśmy przy drodze by złapać jakiś transport. Zwykle kierowcy czytali w naszych myślach i zanim sami dojrzeliśmy do decyzji by dokądś pojechać oni już nam go proponowali. Nie tym razem. Zniecierpliwieni pięciominutowym oczekiwaniem zatrzymaliśmy w końcu jakieś auto. Okazało się jednak, ze był to winiarz z poprzedniego wieczora i chciał się tylko z nami przywitać. Po kolejnych 5-ciu minutach postanowiliśmy poszukać transportu bardziej aktywnie - dobijając się do drzwi okolicznych domów, przed którymi stały auta. 

Pierwsze podejście było skuteczne, chyba oderwaliśmy dziadka od obiadu bo całą drogę się oblizywał. No chyba, że w ten sposób oganiał się od much, których w aucie były tysiące. 

Wyczytaliśmy w przewodniku, że najlepszą porą na zwiedzanie Noravanku, jednej z największych atrakcji Armenii, jest późne popołudnie gdyż okolica staje się czerwona w promieniach zachodzącego słońca. Wprawdzie nie wiem jak wygląda Noravank o poranku, jednak pod wieczór jest tam pięknie:

armenia noravank

armenia noravank monaster

 

Obok Noravanku jest też restauracja, w której można zjeść tradycyjnie przygotowywane szaszłyki. Tzn. szaszłyki są wszędzie w Armenii. W wielu knajpach zamawianie wyglądało mniej więcej następująco:

- Można u was coś zjeść?

- Tak, oczywiście!

- A macie menu?

- Nie... Ale mamy szaszłyki, zieleninę i sery.

Tym oto sposobem nasza dieta była dość monotonna. Codziennie szaszłyk z kolendrą i serami. Trzynasty szaszłyk z rzędu budził już u niektórych frustrację...

Wróćmy do szaszłyków z Noravanku. W takiej murowanej dziurze rozpala się ogień z wysuszonych gałązek winorośli:

armenia noravank restauracja

 

Na metalowym drążku zawiesza się szpikulce z szaszłykami. Wsadza się to do środka, po czym przykrywa szczelnie pokrywą i uszczelnia szmatami. Powietrze doprowadzane jest z zewnątrz gdzieś bokiem od dołu. Efekty są niesamowite.

armenia noravank szaszlyki

 

Na transport powrotny do Yeghegnadzoru przyszło nam czekać około godziny. To pewnie przez późną porę. W naszej pamięci jednak Noravank został białą plamą na komunikacyjnej mapie Armenii :)


 

 Rankiem pojechaliśmy w stronę Jermuka, armeńskiego kurortu słynącego z leczniczych źródeł. Zanim jednak tam dotarliśmy pojechaliśmy starą drogą do znajdującego się po drodze monasteru Gndevank. Dolina, którą się jedzie jest przepiękna, aż trudno uwierzyć, że tą doliną biegnie droga:

armenia gndevank

 

Samo położenie świątyni również zachwyca (widoczny w dole Gndevank):

armenia gndevank widok gora

armenia gndevank monaster2

armenia gndevank monaster

 

Na dziedzińcu monasteru dwóch mnichów obierało orzechy. I nikogo innego wokół. Sielanka! Z Gndavanku można pójść w górę, w stronę wioski Gndevaz, znajdującej się blisko głównej drogi prowadzącej do Jermuka. Po drodze do Gndevaz takie oto widoki nas otaczały:

armenia gndevank panorama

 

W wiosce Gndevaz postanowiliśmy na poczcie kupić znaczki na kartki do Polski. Pani musiała dzwonić do Erewania by dowiedzieć się jaki znaczek ma sprzedać. I tak się nie dowiedziała. Stanęło na tym, że zostawiliśmy jej pieniądze i kartki. Oczywiście kartki doszły.

Przy poczcie kręcił się jeszcze ten oto osioł:

armenia gndavank osiol

 

Idąc do sklepu by kupić lepioszkę i coś do picia minęliśmy gościa, który nic nie mówiąc wyjął z kieszeni orzechy i po prostu nam je dał. Namierzyliśmy wnet Wołgę, która miała nas zawieźć do Jermuka. Kierowca powiedział, że za parę minut po nas wróci. Okazało się, że pojechał wymienić auto na starego Opla bo Wołgą nie przystoi wozić turystów... :(

Jermuk to dość dziwne miasto, w dodatku dwupoziomowe: na górze jest m.in. park zdrojowy, sanatoria. Schodząc stromo w dół trafiamy do drugiej części Jermuka: są tam wodospady i rzeka.

Po środku parku zdrojowego ulokowany jest staw. Wokół niego festiwal kiczu, piękne obrazy, misiu, z którym można strzelić słit focię, najlepiej z rąsi:

armenia jermuk mis   

armenia jermuk park

 

Najciekawszą atrakcją parku zdrojowego jest ściana, na której jest kilka rurek z ciepłą wodą leczniczą. Przyznaję się bez bicia, że nie starczyło nam odwagi by jej skosztować.

Przy wejściu do parku zdrojowego spotkaliśmy gościa, który oferował wycieczkę swoim jeepem do okolicznych ciepłych źródeł. Pojechaliśmy więc się wykąpać w dziurze z ciepłą wodą gdzieś pośrodku łąk i lasów:

armenia jermuk cieple zrodla 

 

W tej oto dziurze cały czas bulgocze ciepła woda. Można tam wejść w kilka osób. Co kilka minut aktywuje się mini gejzer i mamy jacuzzi na świeżym powietrzu.

Gdy zażywaliśmy kąpieli zjawił się drugi jeep, z którego wysypało się mocno przepite towarzystwo. Okazało się, że to pan młody z Rosji, który robił pijackie turnee po całym świecie w towarzystwie przyjaciela - nowobogackiego Ormianina. Ten drugi był nawet zbyt kontaktowy. Zaczął na wstępie recytować wiersze o swojej miłości do Armenii. Później stwierdził, że spotykał się w Nicei z Magdaleną Cielecką. Zwinęliśmy się stamtąd zdając sobie sprawę, że atmosfera w każdej chwili może wymknąć się spod kontroli, gdyż panowie mieli mocno w czubie i wyglądali na takich, którzy poszukują mocnych wrażeń.

Droga do dziury z ciepłymi wodami prowadzi od sanatorium przez okoliczne górki i łąki. Przez kilkaset metrów jedzie się po tłuczonym szkle - pozostałość z wysypiska huty szkła...

W Jermuku postanowiliśmy zobaczyć jeszcze dolny poziom miasta. Jest tam ciekawy wodospad i formacje skalne:

armenia jermuk dol

armenia jermuk wodospad

 

Wieczorem z przystankiem na szaszłyk w przydrożnej knajpie wróciliśmy do Yeghegnadzoru na nasz ostatni nocleg w wygodnym pensjonacie Gohar...

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!