W zasadzie nie pamiętam skąd wziął się pomysł na wyjazd do Armenii. Chyba miał to być kontrast do poprzednich wakacji w Bułgarii. Jak można było wpaść na pomysł by jechać na urlop nad bułgarskie morze? Nie wiem. Sam sobie zadaję do dzisiaj to pytanie...

armenia wstep

Z pewnością ważnym czynnikiem przemawiającym za Armenią było uruchomienie bezpośrednich lotów z Krakowa do Moskwy Aerofłotu, tym samym można było kupić bilet za 1200pln w obie strony na trasie Kraków - Moskwa - Erewań (w tym czasie bezpośrednie połączenie LOTu z Warszawy do Erewania wychodziło drożej).

Tak oto Armenia miała stać się antybułgarią ale nie wiedzieliśmy czego się tam spodziewać, wszyscy dookoła opowiadali o Gruzji jak o raju na ziemi, a o Armenii mało kto wspominał, a jeśli już, to nie były to zbyt pochlebne opinie: że drogo, że nic nie ma itp, itd. Z braku czasu sami też nie przygotowaliśmy się do wyjazdu, nawet nikt nie przeczytał przewodnika, nie wzięliśmy też namiotów, bo skoro nic nie ma to po co nam namioty? Wiedzieliśmy, że jest tam koniak, jezioro Sevan, góry, monastyry, góry, koniak, Karabach, góry, szaszłyki i jeszcze raz góry. Śmiało można powiedzieć, że Armenię poznawaliśmy na żywioł, bez jakichkolwiek uprzedzeń i wyobrażeń, które mogłyby wpłynąć na naszą percepcję. 

Orientacyjna trasa naszej wycieczki:

 


Tym sposobem wieczorem 21 września AD 2012 wylądowaliśmy w Erewaniu. Pierwszą rzeczą jaka nas zaskoczyła to terminal lotniska. Po wielu doświadczeniach w prowincjonalnych lotniskach byłego ZSRR spodziewałem się post-radzieckiego baraku, gdzie bagaż wydawany jest ręcznie, a toaleta jest na zewnątrz. Otóż terminal w Erewaniu jest nowoczesny, przemyślany i zadbany. Wygląda jak na średniej wielkości lotnisku Europy Zachodniej. Europę przypomniało także to, że za taksówkę można było zapłacić uniwersalną walutą, wprawdzie nie Euro, a rosyjskimi rublami Zawsze to coś :)

Po krótkich poszukiwaniach zarezerwowanego wcześniej hostelu w centrum miasta, udało nam się ulokować w przerobionym na hostel mieszkaniu na ostatnim piętrze bloku. W sąsiednim pokoju egzystował młody Ormianin Celowo nie używam czasownika "mieszkał", gdyż ów człowiek rozmawiał bez przerwy przez telefon przez 48h naszego pobytu. Trudno powiedzieć by ktoś mieszkał skoro cały czas rozmawia przez telefon. No cóż, bywa i tak.

Standard hostelu, jak i jego otoczenie przypominało Ukrainę albo Mołdawię. Ku naszemu rozczarowaniu Azja nas nie zaatakowała. W dodatku 21 września okazał się być świętem narodowym w Armenii, przez co w ścisłym centrum miasta trwały imprezy i tysiące ludzi spacerowało po ulicach. Co gorsza, pierwsza knajpa, w której siedliśmy by spróbować miejscowego wina była bardziej europejska niż te w Berlinie, czy Paryżu. Długo musieliśmy się nachodzić by znaleźć swojskie miejsce na kolację. W końcusię udało: ogródek przysłonięty blaszaną konstrukcją, telewizor Rubin na zewnątrz i pierwsze zetknięcie z kępą traw (głownie kolendry) na talerzu:

armenia knajpa

armenia jedzenie

Dzięki tej kolacji jeden z naszej czwórki spotkał się z Azją, a właściwie to jego żołądek spotkał się z Azją. Nawet spore ilości koniaku nie przeszkodziły azjatyckiej burzy wywołującej brązowy deszcz :)


 


Garni i Gerhard

Następnego dnia ruszyliśmy ochoczo na zwiedzanie okolic Erewania. Na pierwszy ogień padły Garni i Gerhard. Aby tam dotrzeć należało piętnaście razy się przesiąść z busika na busik i już po godzinie byliśmy na pętli busików jadących w interesującym nas kierunku. W większości wypadków konieczne jest dopytywanie miejscowych o to, który busik jest nasz, gdyż tablice marszrutek często są pisane wyłącznie po ormiańsku. Nasze wątpliwości co do tego, czy wskazany busik jest na pewno nasz wzbudzały leżące na podłodze ogromne worki z cukrem. W sumie nie byliśmy pewni czy to busik czy ciężarówka:

armenia cukier   

Poza nami nikogo nie dziwił cukier, nawet to, że małym busiku było go z tonę. Nikogo nie dziwiło również to, że większość cukru (w worach po 50kg) zabierały ze sobą wysiadające po drodze stareńkie babuszki. 

Obciążony cukrem i pasażerami busik produkcji ZSRR, wyglądem przypominający pojazd kosmiczny z nieodbytej podróży radzieckich kosmonautów na księżyc, niespiesznie mknął po górzystej drodze w stronę Garni. Czasami rozpędzaliśmy się do zawrotnych 30km/h i chyba wyprzedziliśmy nawet jakiś rowerzystów (oczywiście obcokrajowców, bo któż z miejscowych zasuwałby na rowerze po górach?). W błędzie jest ten, kto sądzi, że przeszkadzała nam ta prędkość! Przez większość trasy za oknami roztaczają się widoki na ośnieżone zbocza góry Ararat. Nie wiedzieliśmy wówczas, że to była jedyna okazja na sfotografowanie tej pięknej góry. Otóż popołudniami Ararat często znika w chmurach. Pomimo, że byliśmy później kilkukrotnie w miejscach dogodnych do obserwacji Araratu to jednak go nie dojrzeliśmy. Tym sposobem będąc 2 tygodnie w Armenii nie mamy ani jednego zdjęcia Araratu :)

Garni to niewątpliwie piękne miejsce. Na skraju wioski znajduje się pozostałość po starożytnej twierdzy, zaś centralnym punktem jest zbudowana z bazaltu pogańska świątynia wybudowana na cześć boga słońca - Mitry. Jak widać na poniższych zdjęciach twierdza jest nadal czynna. Czego strzegą jej mury - nie wiadomo, może tych dziewic pozujących na tle świątyni :) Zwyczaje też się niewiele zmieniły: noszenie baldachimów, rydwany itp. Tylko trochę Mercedesów przybyło...

armenia garni

armenia garni baldachim

armenia garni rydwan

 

Wspomniana dziewica pozująca do zdjęcia:

armenia garni dziewice

 

A samo Garni położone jest zacnie. Takie oto widoki dookoła:

armenia garni okolica

armenia garni okolica2

 

A takie doznania można mieć z znajdującej się w pobliżu knajpy, w której można wypić nie tylko piwo Ararat, czy koniak Ararat. Można także kupić fajki Ararat i kilka innych rzeczy o nazwie Ararat. Można nawet zjeść kilka arkuszy chlebo-papieru. Otóż Armeński chleb (o ile nie jest tzw. lepioszką) to cieniutka płachta złożona z 10 razy - w sklepach sprzedawany jest w formie złożonej, w worku foliowym. Gdyby sprzedawano ten chleb w formie rozłożonej to w wielu małych wiejskich sklepikach arkusze wystawałyby przez okno. Pomimo, że ciężko się je ten chleb, to jest to jednak wyrób praktyczny: mając dwa takie arkusze, jeden można rozłożyć jako obrus na stół, a drugi można zjeść w kulturalnych warunkach :)

armenia garni knajpa

 

Kilkanascie kilometrów w górę od Garni znajduje się monaster Gerhard. Jak widać na poniższych zdjęciach jest on dośc popularnym miejscem wśród lokalnej ludności:

armenia gerhard

armenia gerhard monaster

armenia gerhard monaster2

 

W dodatku trafiliśmy na ślub, co zwiększyło jeszcze ilość odwiedzających. Szkoda tylko, że mina panny młodej nie była zbyt wesoła. Ale to może wina pana młodego.

armenia gerhard slub

 

Wewnątrz świątyni, jak i we wszystkich ormiańskich monasterach królują świeczki i surowe wnętrza:

armenia gerhard monaster swiece

 

W tym, w Gerhard dodatkową ozdobą był strumyk płynący przez wnętrze:

armenia gerhard monaster strumyk

 

Pełni wrażeń z pierwszego pełnego dnia pobytu wsiedliśmy do starej Łady, której właściciel zawiózł nas za 3000 AMD (około 7 USD) do Erewania. Zresztą taksówkarz był skłonny nas zawieźć w dowolne miejsce za 3000 AMD. Nie wiem tylko, czy jego samochód podołałby temu wyzwaniu.

Taksówki w Armenii są generalnie tanie gdyż niemal wszystkie auta jeżdżą na gaz> Nie, nie LPG, a taki gaz do kuchenek. Tankowanie trwa wieki bo gaz wtłaczany jest na specjalnych stacjach za pomocą wężyka od kuchenki. Trzeba wówczas wyjść z samochodu bo ryzyko wybuchu jest zbyt duże nawet dla Ormian. Wadą tego rozwiązania, poza stratą czasu wynikającą z półgodzinnego tankowania co 300km, jest niewielka pojemność bagażników. Nawet do dużego mercedesa wchodzą max. 2-3 plecaki. 

Zdecydowaną większość samochodów stanowią auta made in USRR: Łady i Wołgi. Zdarzają się także stare Mercedesy, ale tylko te, które mogą jeździć na gaz od kuchenek. W dodatku zachodnie samochody chyba wszystkie są po przejściach. Stacyjki większości są wyłamane, co może świadczyć o tym, że Niemiec naprawdę płakał ale nie jak sprzedawał auto, ale jak rano go nie znalazł po domem. Za pierwszym razem wywołuje zdziwienie, że kluczyk ze stacyjki może wypaść w trakcie jazdy, a silnik nie gaśnie. Po pewnym czasie nie robi to już wrażenia.  

Po powrocie do Erewania dowiedzieliśmy się czego strzegą żołnierze w Garni. Otóż chodzi o inwazję żab-mutantów. Erewań był już opanowany przez zielonych przybyszy:

armenia erewan zaba


Jezioro Sevan - pierwsze podejście

Z naszych skromnych przygotowań do wyjazdu wiedzieliśmy, że nad Sevan jechać trzeba. Jak mus to mus. Ruszyliśmy więc. Oczywiście to nie takie proste jak mogłoby się na pozór wydawać. Trzeba najpierw dotrzeć na pętlę busów jadących w odpowiednim kierunku, znajdującą się na obrzeżach miasta. W Erewaniu chyba nie ma centralnego dworca autobusów dlatego jadąc w dowolnym kierunku trzeba znaleźć odpowiedni mini-dworzec.

Na naszej pętli przystąpiliśmy do nierównej walki. Gdy marszrutka wjeżdżała tłum rzucał się w jej kierunku i zanim my zdążyliśmy zapytać dokąd jedzie busik, ten był już załadowany po dach. Tablice były pisane tylko szlaczkami, więc byliśmy bez szans. W dodatku plecaki nie działały na naszą korzyść. Przystąpiliśmy więc do intensywnej nauki szlaczków. Dzięki przepuszczonym czterem marszrutkom potrafiliśmy rozpoznać trzy pierwsze litery ze słowa Sevan. Taka wiedza i odpowiednia taktyka desantowa pozwoliła nam upolować kolejną marszrutkę. 

Droga z Erewania nad Sevan jest dość dobra, w większosci dwupasmowa. Oczywiście styl jazdy miejscowych spowodował wypadek po drodze, jednak nam udało się bezpiecznie dotrzeć do miasta Sevan, skąd nasz busiarz podrzucił nas za drobną dopłatą w okolice półwyspu, na którym znajduje się monaster. 

armenia sevan monaster

 

Popełniliśmy tutaj pewien błąd. Otóż bez rozejrzenia się po okolicy postanowiliśmy zanocować na półwyspie. O ile sam monaster jest malowniczo położony i widoki wokół są niczego sobie, to jednak cały półwysep to galeria kiczu, śmieci i zdezelowanych quasi-kempingów. W dodatku przewija się tam mnóstwo ludzi, gdyż jest to obowiązkowy punkt programu każdej wycieczki. 

My zamieszkaliśmy w tym hotelu po prawej:

armenia sevan nocleg

 

A tutaj ciemna strona półwyspu w całej okazałości:

armenia sevan mordor

 

Na szczęście była też jasna strona półwyspu Sevan:

armenia sevan

armenia sevan2

 

Po zjedzeniu obiadu w miejscowej restauracji stwierdziliśmy, że trzeba pozwiedzać okolice. Z wielkim trudem udało nam się dojść do wjazdu na półwysep. Tą trudnością nie była ani odległość ani ukształtowanie terenu. Otóż, dosłownie co minutę podjeżdżało do nas auto z propozycją podwiezienia. Dla miejscowych nie do pomyślenia był spacer wzdłuż drogi. Odmawiając dziesięciokrotnie podwózki dotarliśmy do knajpki ulokowanej na początku półwyspu. Knajpka otoczona była zacnie:

armenia sevan smieci 

 

Wewnątrz nie było tradycyjnej sali, a wyłącznie "sale VIP". Z tym patentem spotkamy się później wielokrotnie. Kelner nie znał rosyjskiego co spowodowało, że zamiast po 50 gram koniaku dostaliśmy całą butelkę. Dzięki temu w dobrych humorach ruszyliśmy na podbój miasta Sevan. Jadąc zdezelowaną Ładą kierowca częstował nas drobnymi, pomarańczowymi owocami, których było mnóstwo na gałęzi leżącej na desce rozdzielczej jego auta. Taka jadalna, kolczasta ozdoba.

W samym mieście nic ciekawego nie ma poza licznymi sklepami, w których półki z alkoholem uginają się od wszelakich dóbr:

armenia sevan sklep 

 

Obładowani zakupami postanowiliśmy złapać taksówkę by zawiozła nas do naszego uroczego baraku na półwyspie. Nic nie zapowiadało, że ten dzień będziemy jeszcze długo wspominać. Gdy wsiedliśmy do taksówki, tradycyjnie nawiązaliśmy rozmowę z kierowcą, ten po krótkiej chwili stwierdził, że jego brat mieszka w Polsce dlatego trzeba to opić. Krzyknął, że jego samochód dzisiaj jest naszym samochodem i zawiózł nas na raki...

Na poniższym zdjęciu uchwycony mniej więcej moment, w którym nasz taksówkarz przemienił się w naszego kompana:

armenia sevan taxi

 

Wylądowaliśmy w małej przydrożnej budce, nieopodal brzegu jeziora Sevan. W budce tej świeżo złowione raki sprzedawało małżeństwo Ormian, ziomków naszego kierowcy. Pomimo barier językowych (na prowincji w Armenii niewielu mówi po rosyjsku) dzięki kilku łykom paliwa rakietowego (nie wiem z czego to robią ale trzeba to pić z dala od ognia by nie wybuchło), którym zwyczajowo Ormianie goszczą innych, udało się nawiązać dialog. Po chwili do budki zaczęli napływać coraz to nowi lokalsi, a nas traktowali jak jeszcze większą atrakcję turystyczną, niż my ich. 

Oto nasza niepozorna imprezownia:

armenia sevan raki

 

Wewnątrz budy trzymano mnóstwo raków, po które co jakiś czas ktoś przyjeżdżał. Ponoć jeden z odbiorców zabrał raki by wysłać do Francji. 

armenia raki

armenia raki2

 

W pewnym momencie nasz kierowca, nazwany roboczo Armanim (pokazał na swoją koszulkę z napisem "Armani" i powiedział, że jest patriotą i nosi koszulkę z Armenią na sercu) zabrał trochę raków i pojechał je przygotowywać. Okazało się, że niedaleko była restauracja jednego z ziomków i to tam nasze raki były przygotowywane. Najlepsze jest to, że restauracja była nieczynna i otworzono ją tylko dla nas. Po jakimś czasie Armani zabrał nas z budy i zawiózł na ucztę rakową. Przy akompaniamentach harmoszki (grał właściciel restauracji) poznawaliśmy Armenię jej smaki. 

armenia raki muzyka

 

Niestety zbyt duża dawka paliwa rakietowego nie pozwoliła nam w pełni docenić podanych raków, jednak wspomnienie pozostało do dzisiaj - w dodatku ani Armani, ani małżeństwo od raków, ani właściciel restauracji nie wzięli od nas pieniędzy. A podobno takie rzeczy tylko w Erze (bywały).

W nocy Armani odwiózł nas w nocy do naszego baraku. Nie bardzo wiem jak, ale odwiózł...


Dilijan

Kolejny ranek nie należał do łatwych, nie tylko z powodu spożytego paliwa rakietowego. Rano okazało się, że nasz barak otwarty jest na oścież i brakuje kilku przedmiotów, w tym zegarka. Rozmowa z gospodarzem obiektu była bezowocna, zwłaszcza, że ni w ząb nie znał rosyjskiego. Dopiero sprowadzony lokalny autorytet wysłuchał naszego problemu. Oczywiście wszystkie podejrzenia miejscowych skupiły się na bogu ducha winnym Armanim, ale według ichniejszej logiki gość, który nas w nocy odwiózł musiał nas okraść. Lokalny mędrzec wydumał, że jak mu powiemy jakim autem jeździł Armani to będą w stanie go zlokalizować. Po setnym tłumaczeniu, że kradzieży dokonano rano, a nie w wieczorem skapitulowałem i odpowiedziałem mu, że Armani jeździ białą Ładą. Tym samym poszukiwania zawęziły się do około 70% samochodów w Armenii. Gdy jednak pokazaliśmy im zdjęcie Armaniego na aparacie, wtedy mędrcy stwierdzili, że to jednak na pewno nie Armani nas okradł bo to równy gość. Poczułem niesamowitą ulgę gdy nie musiałem im więcej tłumaczyć, że to nie Armani jest winien zamieszania. 

Po oswojeniu się z myślą, że zegarek przepadł i oczyszczeniu Armaniego z zarzutów pojechaliśmy na północ, do Dilijanu. Oczywiście podróż zaczęliśmy od tankowania gazu do butli w bagażniku. Droga z Sevana do Dilijanu prowadzi albo przez tunel albo starą drogą przez przełęcz. W tę stronę wybraliśmy wersję z tunelem. Po jego przekroczeniu wjeżdża się w zupełnie inny świat. Dookoła wszędzie lasy, a powyżej górnej granicy lasu łąki i pastwiska. Krajobraz przypominał trochę Karpaty Wschodnie:

armenia lasy

 

Samo miasteczko Dilijan nie jest jakieś szczególnie piękne, choć w przeciwieństwie do Sevanu posiada stare centrum z kilkoma ciekawszymi budynkami.

armenia dilijan2

armenia dilijan

 

W centrum Dilijanu ulokowane jest jezioro, które w lecie pewnie służy za miejsce wypoczynkowe:

armenia dilijan jezioro

 

W Dilijanie zanocowaliśmy w pensjonacie polecanym przez Lonely Planet: Nina B&B. Ten pensjonat to nic innego jak spory dom leżący na obrzeżach miasta. Warunki całkiem fajne, dobre jedzenie podawane z paliwem rakietowym (niewielkie ilości są mimo wszystko polecane po każdym posiłku by nie spędzić reszty wakacji na desce).

Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w okolice, gdzie czekać na nas miała piękna przyroda i Fioletowo - wioska Mołokan, starego odłamu prawosławia, którzy mimo ówczesnych zakazów pili mleko. Trzeba przyznać, że współcześni Mołokanie różnią się strojem od innych ludzi, natomiast czy piją nadal mleko nie mieliśmy okazji się przekonać. 

Samych Mołokan nie fotografowaliśmy by nie pomyśleli, że sprawdzamy czy nie nadużywają mleka, natomiast trzeba stwierdzić, że ich wioska położona jest uroczo:

armenia molokanie

armenia okolice dilijanu

armenia okolice dilijanu2

Na jednym ze zdjęć widać malowniczo położoną linię kolejową. Niestety, podobnie jak większość tras, tak i ta nie obsługiwała ruchu pasażerskiego. Widocznie wożą tamtędy wyłącznie cysterny z mlekiem :)

 

W drodze powrotnej kierowca zjechał z drogi by koniecznie pokazać nam cudowne źródełko, które wypływało spod nasypu kolejowego. Sama woda pachniała podobnie jak nasyp. Nie ośmieliliśmy się jej spróbować bo mogłoby nie starczyć paliwa rakietowego u Niny by nas zdezynfekować.

armenia zrodelko 

 

Kolejnego dnia Nina skombinowała nam zaprzyjaźnionego kierowcę. Miał on miał dwukrotnie wyższe stawki niż pozostali kierowcy. Zawieźć miał nas do największych atrakcji okolicy: monasterów: Haghartsin oraz Goshavank. Na pierwszy ogień poszedł położony w lesie, na wzgórzu Haghartsin

armenia haghartsin

armenia haghatsin monaster

 

Natomiast do Goshavanku chcieliśmy zrobić sobie spacer. Dlatego dojechaliśmy do jeziora Parz, skąd przez lasy i łąki mieliśmy wygodnie dojść do Goshavanku. Jezioro Parz położone jest dość wysoko w górach - było tam trochę sprzętu pływającego i jakieś budy. W lecie pewnie życie tam kwitnie. Pod koniec września były tylko kaczki i gęsi.

armenia parz jezioro

armenia parz jezioro budy

armenia parz kaczka

 

Pierwsze dwie godziny spędziliśmy na podchodzeniu i schodzeniu na wzniesienie, na które nie powinniśmy wchodzić. Z głównej drogi od jeziora idącej w las trzeba odbić w lewo po niecałym kilometrze, zaraz za rzeczką. Niech nikogo nie zmylą strzałki z drogowskazami na początku drogi. W kluczowym miejscu ich nie ma!

Właściwa droga wiedzie przez łąki powyżej górnej granicy lasu. Widoki na północą stronę są niczego sobie.

armenia droga do goshavank

armenia goshavank okolice

armenia goshavank widoki

 

W okolicy kręcą się jacyś pasterze i można nawet spotkać przejeżdżający UAZ. Gdy spytaliśmy gości z samochodu o drogę to wskazali nam chyba jedyny nieprawidłowy kierunek. W pewnym momencie wyłania się widok na wioskę Gosh i przytulony do skały Goshavank. Wprawne oko go wypatrzy na poniższej fotce:

armenia goshavank

 

Zbliżając się do wsi Gosh monaster Goshavank staje coraz lepiej widoczny:

armenia goshavank monaster

 

Jeśli nie zjedzą was setki ujadających we wsi psów to macie szansę podejść pod sam monaster:

armenia goshavank monaster2

 

Wioska Gosh ewidentnie utrzymuje się z turystów odwiedzających monaster, dlatego jest tu kilka sklepów i knajpka, w której na zupę czekaliśmy raptem 3 godziny :)

armenia wioska gosh

 

Pod koniec dnia złapaliśmy transport  do Dilijanu. Wiózł nas gość o aparycji goryla. Miał on jednak niezwykłe umiejętności: pędząc starą Ładą 100km/h krętą górską drogą w dół wymieniał kartę sim w telefonie nie patrząc na drogę długimi chwilami.

Podsumowując, Goshavank smakuje zdecydowanie lepiej jeśli się do niego dojdzie niż dojedzie. Dlatego zaczynajcie od jeziorka Parz!

Wieczór w pensjonacie u Niny minął nam w międzynarodowym towarzystwie: byliśmy my, był gość z Izraela, była para 40-to letnich Niemek, z których przynajmniej jedna była w ciąży i chyba sama nie wiedziała co tam robi, było młode małżeństwo z niemowlęciem, on Szwed, ona Ormianka ze Szwecji. Prowadziliśmy wszelakie dyskusje: Izraelczyk przekonywał wszystkich, że Izrael to normalny kraj i że Europa ma problem z migrantami. Szwed się oburzał twierdząc, że jego żona-Ormianka nie jest żadnym problemem, a jego Szwecja przyjmuje wszystkich bo Szwedzi są po prostu mili. My z kolei nie mogliśmy się nadziwić, że Szwed wynajął w Armenii samochód i jeszcze się nie zabił wśród miejscowych kierowców. Tylko Niemki milczały gdyż, jak już wspomniałem nie bardzo wiedziały co tam robią. 


 


Jezioro Sevan - podejście nr 2: Szorża

W związku z tym, że krajobrazy wokół Dilijanu były zbyt swojskie zrezygnowaliśmy z dalszego eksplorowania północnej Armenii. Postanowiliśmy dać jeszcze jedną szansę jezioru Sevan. Tym razem wybraliśmy miejscowość z dala od zgiełku. Wybór padł na położoną na wschodnim wybrzeżu jeziora Szorżę. Intuicja nas nie zawiodła. Było to miejsce gdzie szpaki zawracają i nawet diabeł nie mówi dobranoc (przynajmniej na przełomie września i października).

Ku zdziwieniu kierowcy wybraliśmy drogę nie przez tunel a górą, przez przełęcz. Widoki były fajne, głównie na północną stronę. Tylko nasza Łada ich nie doceniła - ze dwa razy trzeba było schładzać silnik.

armenia awaria lady

armenia przelecz dilijan

 

W stronę jeziora widoki były mniej imponujące, może dlatego, że pod słońce, a może dlatego, że różnica wysokości między przełęczą i taflą jeziora jest niewielka, w porównaniu z różnicą między Dilijanem i przełęczą. na poniższym zdjęciu w oddali widać jezioro Sevan:

armenia przelecz sevan

 

W Szorży wysiedliśmy pod sklepem. To było centrum kulturalne miejscowości. Na wstępie wypiliśmy kawę (parzoną w sklepie) i kupiliśmy 0,5l wódki by odkazić ranę po znalezionym właśnie kleszczu. Czy nie wspominałem, że w Dilijanie było zbyt podobnie do polskich klimatów? Nawet kleszcze tam są!

W sklepie załatwiliśmy także nocleg: były to położone niedaleko domki kempingowe. Wprawdzie wyglądały na opuszczone ale ponoć to wina końca sezonu. Może to dlatego na podłodze rozsypana była trutka na myszy?

Po zostawieniu plecaków w naszych barakach poszliśmy się przejść. Na mapie zachęcająco wyglądała górka, nieco na południe od Szorży, położona na niewielkim półwyspie, który w połączeniu z znanym już nam półwyspem na Zachodzie jeziora rozdziela Sevan na dwie części. Nasza górka była widoczna gołym okiem. Miała wprawdzie ok 2500m. npm, ale wyglądała tak jakby dało się na nią wejść i zejść w ciągu godziny. Oto widok na z Szorży:

armenia szorza

 

Szybko okazało się, że w godzinę to my nawet nie wejdziemy na połowę jej wysokości, mimo, iż towarzyszył nam bohaterski kundel mieszkający na co dzień pod naszym domkiem (dosłownie pod, nie obok).

Takie oto widoczki z drogi pod górę:

armenia szorza sevan

 

Im wyżej się wspinaliśmy tym Szorża stawała się coraz mniejsza. Na poniższym zdjęciu widać Szorżę w całej okazałości. Jak widać dzielnice sypialne znajdują się w głębi lądu, zaś część turystyczna, rozrywkowa i węzeł komunikacyjny bliżej brzegu jeziora. Widoczna linia kolejowa kończyła się u podnóża góry, na którą wchodziliśmy. Pasażerskich pociągów tam brak, zresztą towarowych wydawało nam się, że również nie ma. One jednak były. Jeździły w środku nocy. A, że nasze baraki stały kilka metrów od torów to po każdym przejeździe takiego pociągu z prędkością ok 5km/h budziliśmy się z przekonaniem, że właśnie nastąpiło trzęsienie ziemi. 

armenia szorza-gora

 

Ze szczytu góry rozpościerał się piękny widok na jezioro i okoliczne góry. Grzbietem tych gór biegła granica z Azerbejdżanem:

armenia szorza granica

 

A tu widok na południowa stronę jeziora:

armenia szorza widok na jezioro

 

Po powrocie do Szorży zaczęliśmy się rozglądać za czymś do jedzenia. Oczywiście z pomocą przyszedł nam sklep. Okazało się, ze pełni on także funkcję kuchni i restauracji. Gość powiedział, że w tej chwili wszystkie (tzn. jeden) stolik na zapleczu ma zajęty ale jak przyjdziemy za godzinę to będzie dla nas ryba z grilla. Tak też się stało, przy czym była to zdecydowanie jedna z najlepszych ryb jaką jadłem w życiu. Nie przeszkadzało nawet to, że była wsadzona na gorąco do arkusza papiero-chleba i włożona do reklamówki. Nie przeszkadzało, że jedliśmy ją brudnymi łapami bo sztućców nie było. Później okazało się, że tą rybą był pstrąg sewański, który znajduje się pod ścisłą ochroną.

Najedzeni poszliśmy łapać ostatnie promienie słońca na brzegu jeziora. Miejscowi wykorzystywali plażę to mycia swoich ład. Po takim posiłku naprawdę nam to nie robiło różnicy. Wieczorem do naszych baraków zapukał stróż, który przyniósł nam świeżo ugotowane raki. Wspomnienia sprzed kilku dni na nowo odżyły: Sevan, raki, baraki, paliwo rakietowe... Tym razem postanowiliśmy nie igrać z losem i ograniczyliśmy się tylko do raków.

armenia szorza raki

 


Yeghegnadzor i okolice

Rano okazało się, że nasz stróż jedzie do Erewania i może nas zawieźć do... Yeghegnadzoru. Choć nasza trasa wynosiła około 170km, a Yeghegnadzor położony jest jakieś 140km od Erewania w zupełnie przeciwnym kierunku to dla naszego stróża nie stanowiło to problemu. Szkoda tylko, że uparł się by jechać drogą wzdłuż północnego i zachodniego brzegu jeziora, przez co nie zobaczyliśmy południowo-wschodniego wybrzeża. Kierowco-stróż twierdził jednak, że droga wzdłuż wschodniego brzegu jest fatalna. Daliśmy się przekonać.

Po drodze pan kierowca z 10 razy wyraził tęsknotę za "drogą". Chodziło mu o to, że jego zdaniem wszystkie biedy Armenii spowodowane są brakiem połączeń drogowych ze światem. W końcu stwierdził: "no ale jak można mieć drogę skoro Armenię otaczają nie ludzie, a zwierzęta: Azerowie i Turcy. Tylko ta Gruzja i Iran jeszcze jako tako są ok. No i Gruzja ma jednak drogę...". "Droga" stała się symbolem naszej podróży do Yeghegnadzoru. 

Poczęstował nas pan także jabłkami leżącymi na tylnej szybie, jedna z uczestniczek skusiła się, czego później pożałowała...

Pamiętam jeszcze, że przez szosę przebiegało małżeństwo: każdy taszczył długi na 7-8m pal drewna. Pan był bardziej zdecydowany i szybko przemknął z pieńkiem, pani natomiast na środku drogi zawahała się, a każde obejrzenie się wokół powodowało zamachnięcie długaśnym pieńkiem. Był to jedyny raz podczas naszego pobytu w Armenii gdy któryś z naszych kierowców zatrzymał się i przepuścił pieszego. Może to z szacunku dla ośmiometrowego pnia?

Brakło nam też gazu podczas podjazdu na przełęcz Vardenyats na wysokości ok 2400 m npm. Na szczęście okazało się ku zdziwieniu kierowcy, że w baku na paliwo mamy jeszcze parę kropel benzyny. Na przełęczy był Karawanseraj i jak zwykle piękne widoki:

armenia przelecz vardenyats

armenia przelecz yeghegnadzor

 

W Yeghegnadzorze zatrzymaliśmy się w pensjonacie Gohar, na północnych obrzeżach miasteczka. Był to zdecydowanie najlepszy nocleg podczas całej naszej wycieczki po Armenii. Nie dość, że zarówno pokoje, jak i łazienki były wygodne i czyste, to jeszcze jedzenie, którym nas karmiono było wyśmienite. Gospodyni jest w stanie załatwić wszystko, od transportu po degustację wina. Z tej drugiej opcji chętnie skorzystaliśmy zaraz po przyjeździe:

armenia degustacja

 

Krótki kurs korkowania butelek przez gospodarza (w żółtym) i jego żonę: 

armenia degustacja wina

 

Po raz kolejny potwierdziła się stara prawda, że przy winie najlepiej poznawać ludzi i ich kulturę. Szczerze mówiąc, smaku wina już nie pamiętam (piszę te słowa 2 lata po powrocie). Było ono jednak dobre, nawet bardzo. Jednak to co utkwiło mi w pamięci to panująca podczas wieczerzy atmosfera. Opowieści nie tylko o winie i jedzeniu, ale także o sobie, rodzinie itd. 

Pan winiarz był dumny, iż sam Robert Makłowicz nakręcił ponoć z nim odcinek. Całkiem możliwe, bo miejsce to było kopalnią opowieści związanych z jedzeniem i winem.

Następnego dnia odbyliśmy nasz dziewiczy przejazd irańskim środkiem lokomocji. Auto ze znaczkiem konia na masce było szokiem cywilizacyjnym: przeskok z Ład lat 70-tych do konstrukcji opartej o myśl techniczną początku lat 90-tych był spory. Pojechaliśmy do wioski Szatin, z której górska ścieżynka prowadzi do schowanego między bazaltowymi górami monasteru Szativank.

armenia szatinvank droga

armenia szatinvank bazalt

 

Po około godzinie spaceru w górę doliny dociera się do, na pierwszy rzut oka, ruin monasteru:

armenia szatinvank

 

Okazuje się jednak, że monaster jest czynny, o czym świadczy jego wnętrze:

armenia szatinvank wewnatrz

 

Przed świątynią resztki zwierząt budzą nasze wątpliwości jakiego rodzaju obrzędy tutaj się odbywają:

armenia szatinvank poganie

 

Generalnie atmosfera wokół Szatinvanku jest dość osobliwa. Cały czas czujemy na sobie czyjś wzrok, od czasu do czasu w oddali widzimy czyjeś cienie, co jakiś czas zza krzaków wyłaniają się albo krowy albo ich właściciele. Wtedy zrozumiałem dlaczego Turkom przez wieki nie udawało się pokonać Ormian pochowanych w górach. To nie przypadek, że Ormianie ostali się w wyższych partiach, a tureckie plemiona zasiedliły doliny i równiny.

Po powrocie do Szatin kupując wodę mineralną rozczarowaliśmy towarzystwo w sklepie, które brało nas za Rosjan i koniecznie chcieli sprzedać nam w 30-to stopniowym upale butelkę wódki. Skoro jesteśmy Rosjanami to musimy pić wódę. Ot, stereotyp. 

Nasz kolejny driver,  tym razem bardzo młody, miał nas zawieźć do Arpi - królestwa armeńskiego wina. Problem polegał na tym, że znał on po rosyjsku trzy słowa, które w kółko powtarzał: "Твоя родина - Россия?". Cały czas odpowiadałem, że nie, ale po minucie w stylu zdartej płyty padało to samo pytanie. Ciekawe co by było gdybym odpowiedział, że tak. Może przeszlibyśmy na drugi level konwersacji? 

W Arpi od razu trafiliśmy do fabryki wina, gdzie akurat zaczynała się zorganizowana degustacja dla niewiele rozumiejącej z tego co się dzieje wokół zagranicznej wycieczki. 

armenia arpi

 

Stół do degustacji z szkłem made by Coca-Cola:

armenia arpi degustacja

 

Szczególnym rodzajem ormiańskiego wina jest to robione z granatów. Jest ono dość drogie, ale w końcu pozyskanie soku z granatów jest bardziej wymagające. W tych workach leżą granaty, ponoć wyłącznie jadalne (granaty szturmowe trzymają gdzie indziej):

armenia granaty

 

Nie trzeba iść w Arpi do fabryki by kupić wino. Jest ono wszędzie, co kilkanaście metrów przy drodze sprzedawane są wielkie butle z winem i słoiki z przetworami.

Zetknęliśmy w Arpi z nieznanym nam problemem. Otóż chcąc dostać się położonego niedaleko Noravanku stanęliśmy przy drodze by złapać jakiś transport. Zwykle kierowcy czytali w naszych myślach i zanim sami dojrzeliśmy do decyzji by dokądś pojechać oni już nam go proponowali. Nie tym razem. Zniecierpliwieni pięciominutowym oczekiwaniem zatrzymaliśmy w końcu jakieś auto. Okazało się jednak, ze był to winiarz z poprzedniego wieczora i chciał się tylko z nami przywitać. Po kolejnych 5-ciu minutach postanowiliśmy poszukać transportu bardziej aktywnie - dobijając się do drzwi okolicznych domów, przed którymi stały auta. 

Pierwsze podejście było skuteczne, chyba oderwaliśmy dziadka od obiadu bo całą drogę się oblizywał. No chyba, że w ten sposób oganiał się od much, których w aucie były tysiące. 

Wyczytaliśmy w przewodniku, że najlepszą porą na zwiedzanie Noravanku, jednej z największych atrakcji Armenii, jest późne popołudnie gdyż okolica staje się czerwona w promieniach zachodzącego słońca. Wprawdzie nie wiem jak wygląda Noravank o poranku, jednak pod wieczór jest tam pięknie:

armenia noravank

armenia noravank monaster

 

Obok Noravanku jest też restauracja, w której można zjeść tradycyjnie przygotowywane szaszłyki. Tzn. szaszłyki są wszędzie w Armenii. W wielu knajpach zamawianie wyglądało mniej więcej następująco:

- Można u was coś zjeść?

- Tak, oczywiście!

- A macie menu?

- Nie... Ale mamy szaszłyki, zieleninę i sery.

Tym oto sposobem nasza dieta była dość monotonna. Codziennie szaszłyk z kolendrą i serami. Trzynasty szaszłyk z rzędu budził już u niektórych frustrację...

Wróćmy do szaszłyków z Noravanku. W takiej murowanej dziurze rozpala się ogień z wysuszonych gałązek winorośli:

armenia noravank restauracja

 

Na metalowym drążku zawiesza się szpikulce z szaszłykami. Wsadza się to do środka, po czym przykrywa szczelnie pokrywą i uszczelnia szmatami. Powietrze doprowadzane jest z zewnątrz gdzieś bokiem od dołu. Efekty są niesamowite.

armenia noravank szaszlyki

 

Na transport powrotny do Yeghegnadzoru przyszło nam czekać około godziny. To pewnie przez późną porę. W naszej pamięci jednak Noravank został białą plamą na komunikacyjnej mapie Armenii :)


 

 Rankiem pojechaliśmy w stronę Jermuka, armeńskiego kurortu słynącego z leczniczych źródeł. Zanim jednak tam dotarliśmy pojechaliśmy starą drogą do znajdującego się po drodze monasteru Gndevank. Dolina, którą się jedzie jest przepiękna, aż trudno uwierzyć, że tą doliną biegnie droga:

armenia gndevank

 

Samo położenie świątyni również zachwyca (widoczny w dole Gndevank):

armenia gndevank widok gora

armenia gndevank monaster2

armenia gndevank monaster

 

Na dziedzińcu monasteru dwóch mnichów obierało orzechy. I nikogo innego wokół. Sielanka! Z Gndavanku można pójść w górę, w stronę wioski Gndevaz, znajdującej się blisko głównej drogi prowadzącej do Jermuka. Po drodze do Gndevaz takie oto widoki nas otaczały:

armenia gndevank panorama

 

W wiosce Gndevaz postanowiliśmy na poczcie kupić znaczki na kartki do Polski. Pani musiała dzwonić do Erewania by dowiedzieć się jaki znaczek ma sprzedać. I tak się nie dowiedziała. Stanęło na tym, że zostawiliśmy jej pieniądze i kartki. Oczywiście kartki doszły.

Przy poczcie kręcił się jeszcze ten oto osioł:

armenia gndavank osiol

 

Idąc do sklepu by kupić lepioszkę i coś do picia minęliśmy gościa, który nic nie mówiąc wyjął z kieszeni orzechy i po prostu nam je dał. Namierzyliśmy wnet Wołgę, która miała nas zawieźć do Jermuka. Kierowca powiedział, że za parę minut po nas wróci. Okazało się, że pojechał wymienić auto na starego Opla bo Wołgą nie przystoi wozić turystów... :(

Jermuk to dość dziwne miasto, w dodatku dwupoziomowe: na górze jest m.in. park zdrojowy, sanatoria. Schodząc stromo w dół trafiamy do drugiej części Jermuka: są tam wodospady i rzeka.

Po środku parku zdrojowego ulokowany jest staw. Wokół niego festiwal kiczu, piękne obrazy, misiu, z którym można strzelić słit focię, najlepiej z rąsi:

armenia jermuk mis   

armenia jermuk park

 

Najciekawszą atrakcją parku zdrojowego jest ściana, na której jest kilka rurek z ciepłą wodą leczniczą. Przyznaję się bez bicia, że nie starczyło nam odwagi by jej skosztować.

Przy wejściu do parku zdrojowego spotkaliśmy gościa, który oferował wycieczkę swoim jeepem do okolicznych ciepłych źródeł. Pojechaliśmy więc się wykąpać w dziurze z ciepłą wodą gdzieś pośrodku łąk i lasów:

armenia jermuk cieple zrodla 

 

W tej oto dziurze cały czas bulgocze ciepła woda. Można tam wejść w kilka osób. Co kilka minut aktywuje się mini gejzer i mamy jacuzzi na świeżym powietrzu.

Gdy zażywaliśmy kąpieli zjawił się drugi jeep, z którego wysypało się mocno przepite towarzystwo. Okazało się, że to pan młody z Rosji, który robił pijackie turnee po całym świecie w towarzystwie przyjaciela - nowobogackiego Ormianina. Ten drugi był nawet zbyt kontaktowy. Zaczął na wstępie recytować wiersze o swojej miłości do Armenii. Później stwierdził, że spotykał się w Nicei z Magdaleną Cielecką. Zwinęliśmy się stamtąd zdając sobie sprawę, że atmosfera w każdej chwili może wymknąć się spod kontroli, gdyż panowie mieli mocno w czubie i wyglądali na takich, którzy poszukują mocnych wrażeń.

Droga do dziury z ciepłymi wodami prowadzi od sanatorium przez okoliczne górki i łąki. Przez kilkaset metrów jedzie się po tłuczonym szkle - pozostałość z wysypiska huty szkła...

W Jermuku postanowiliśmy zobaczyć jeszcze dolny poziom miasta. Jest tam ciekawy wodospad i formacje skalne:

armenia jermuk dol

armenia jermuk wodospad

 

Wieczorem z przystankiem na szaszłyk w przydrożnej knajpie wróciliśmy do Yeghegnadzoru na nasz ostatni nocleg w wygodnym pensjonacie Gohar...


Goris i Tatev 

Jadąc z Yeghegnadzoru do Goris osiągnęliśmy niesłychany sukces. Otóż do naszej kolejnej Łady (tym razem Samary) do bagażnika po raz pierwszy zmieściły się wszystkie cztery plecaki. Po raz pierwszy nie trzeba było trzymać przynajmniej jednego plecaka na kolanach. Radość była tym większa, że trasa miała ponad 100km. A po drodze jak zwykle niezłe widoki:

armenia droga do goris

 

I ekologiczny transport hybrydowy, traktorowo-autobusowy:

armenia traktor

 

W Goris zameldowaliśmy się w psycho-pensjoancie, który oficjalnie nazywa się Lyova Mezhlumyan B&B. Wyjątkowość tego miejsca nie podlega dyskusji. W ogrodzie, pod blaszanym daszkiem stoi włączony telewizor, którego nikt nie ogląda, po ogródku zasuwają żółwie, co chwilę ktoś się pojawia nie wiadomo skąd i zaraz znika. Jakiś dziadek zaczął pokazywać jakiś rzekomy ewenement na pobliskim drzewie (wieczorem ten sam dziadek donosił nam paliwo rakietowe, więc może te ewenementy to jego robota). W dodatku w ciągu kilkunastu minut przerzucono nas chyba trzykrotnie z jednego pokoju do drugiego. 

armenia goris tv

armenia goris zolwie

 

Aby nie dać się przerzucic po raz kolejny do innego pokoju poszliśmy zwiedzać okolice. Największą atrakcją Goris jest tzw. skalne miasto, znajdujące się na wschodnich obrzeżach miasta:

armenia goris skaly

armenia goris skalne miasto

 

Obok skalnego miasta jest cmentarz, gdzie można zobaczyć lokalne zwyczaje. Jeśli ktoś był kierowcą to na nagrobku ma namalowaną ciężarówkę itp.

armenia goris cmentarz

 

W pobliżu Goris, kilka kilometrów na wschód, w stronę Karabachu jest jeszcze jedna ciekawa atrakcja: wiszący most nad głębokim wąwozem:

armenia goris most wiszacy

armenia goris most

 

Pomimo, że most jest nowy to nie polecam tej atrakcji osobom z lękiem wysokości, zwłaszcza, że ulubioną zabawą miejscowych chłopaków jest podskakiwanie na nim by przechodzące panny piszczały z przerażenia.

Wieczorem trafiliśmy w naszym psycho-pensjonacie na huczną imprezę. Okazało się, że kilkunastoosobowa grupa Ormian z Erewania przyjechała tam w oczekiwaniu na swojego "brata", który wracał właśnie z wojskowych szkoleń doszkalających na terenie Karabachu. Impreza trwała w najlepsze, grillowały się setki kurczaków, jednak żołnierz nie wracał. Okazało się, ze w jednostce wybuchła mina i przyjazd się opóźnił o kilka godzin. Gdy w końcu bohater dojechał wryło nas na jego widok. Spodziewaliśmy się zwinnego żołnierza, który walczy z nie-ludźmi Azerami (jak to mówią w Armenii). Przyjechał natomiast wielki spasiony rudy knur. Na wejściu wrzucił w swoje 150 kilowe cielsko z 15 kurczaków (nie przesadzam). Gdy pojadł i popił towarzystwo w ciągu pięciu minut spakowało się i ruszyło w drogę do Erewania. Widać mobilność jest w krwi Ormian. Nie wiem w jakiej formie są pozostali żołnierze Armenii, ten jednak wyglądał jak pocisk dużego rażenia albo broń taktyczna. 

Następnego dnia poprosiliśmy gospodarza naszego psycho-pensjonatu by załatwił nam Wołgę byśmy mogli pojechać w 6 osób do Tatev. A ze znanych nam armeńskich pojazdów tylko Wołga dawała szansę na pomieszczenie naszej czwórki i przygarniętego Anglika, który miał jakieś 2m wzrostu. Anglik ten, roboczo nazwany przez nas Długopisem przyjechał do Goris wraz z parką jadących do Iranu Niemców. To znaczy, pan był Niemcem, natomiast Pani była Polką tylko za wszelką cenę próbowała to ukryć i rozmawiała z nami po angielsku. No cóż, bywa i tak.

Po długich poszukiwaniach znalazł się szczęśliwiec z Wołgą. Najpierw miał nas zawieźć do stacji nowoczesnej kolejki górskiej, którą można dotrzeć wprost pod monaster Tatev. Jechaliśmy bocznymi drogami by uniknąć ew. spotkania drogówki. Kierowca chyba bardziej obawiał się nie tego, że jedziemy w szóstkę, ale reakcji władz na rozmiary Długopisa. Oto nasz wehikuł na jednym z postojów (rzekomo dla podziwiania widoków):

armenia tatev wolga

 

Po dojechaniu do stacji kolejki okazało się, że trafiliśmy na jeden z dwóch dni w roku, gdy kolejka jest nieczynna z powodu konserwacji. Z daleka widać jednak było, że kolejka zbytnio kontrastowała z tym co działo się dookoła więc nie mieliśmy dużego żalu omijając taką atrakcję:

armenia tatev kolejka

 

Tym samym nasz plan wycieczki został zmodyfikowany. Musieliśmy podjechać autem, to znaczy Wołgą pod monaster. Po drodze, na dnie doliny kierowca zatrzymał się i powiedział by zejść po schodach w dół i można się tam wykąpać. Faktycznie, w dole stał betonowy basen z drabinką. Wokół krzaki i chaszcze, trochę skał i komarów. Zrezygnowaliśmy szybko z pomysłu kąpieli. Było tam tak pięknie, że nawet nie zrobiliśmy zdjęcia. Dopiero niedawno, czytając relację Buby doznałem olśnienia, gdyż okazało się, że wystarczyło zejść po kolejnej drabince i lądowało się w jaskiniach wypełnionych wodą. No cóż, jest po co wracać. Teraz rozumiem już reakcję drivera, który zdziwił się, że nie zabawiliśmy dłużej na dole...

Klasztor Tatev to jeden z symboli Armenii i jej historii. Położony wysoko na niedostępnych skałach przez wieki opierał się najazdom ulubionych przez Ormian Turków.

armenia tatev widok

armenia tatev

 

Wnętrze Tateva jest również fascynujące. Gra świateł robi wrażenie:

armenia tatev swiatlo

armenia tatev wnetrze

 

Trafiliśmy w dodatku na chrzest lub inny podobny obrzęd. Kapłan w czarnym kapturze odprawiał modły nad grupką dorosłych osób.  pewnym momencie przerwał i zrobiło się zamieszanie. Okazało się, że wśród artykułów spożywczych złożonych na ołtarzu czegoś brakuje. Szybko doniesiono brakującą butelkę z olejem jadalnym i ceremonia była kontynuowana...

armenia tatev chrzest

 

W Okolicy Tateva naszą uwagę zwróciły jeszcze dwa pojazdy:

armenia tatev czajka

armenia tatev osiol

 

Nowoczesna kolejka linowa naprawdę tam nie pasuje...


Nagorny Karabach

Dalszy plan zakładał powrót do Goris, pożegnanie z Długopisem, zabranie plecaków i dalsza jazda z naszym dziadkiem do Karabachu. W tym miejscu muszę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie podróżowania armeńskimi taksówkami. Chodzi o muzykę. W każdym, nawet najbardziej rozwalonym aucie był transmiter FM spięty z pendrivem. Wydawać by się mogło, że dzięki temu lecieć będzie wszelaka muzyka. Otóż nie! Prawie w każdej podróży słuchaliśmy armeńskiego disco po rosyjsku w tonacji tureckich dźwięków. Najbardziej utkwiły nam dwa hity wykonawcy Саро: Марина oraz Я так хочу тебя любить. Próbka tego czym w kółko katował nas dziadek całą drogę do Karabachu:

 

Cała podróż do Karabachu minęła nam na wysłuchiwaniu opowieści skąd strzelano do dziadka, a skąd on strzelał i ilu cholernych Azerów załatwił. Dziadek nie mógł się doczekać kolejnej wojny z Azerbejdżanem bo, jak stwierdził teraz Ormianie pognali by Azerów do samego Morza Kaspijskiego. Jak widać atmosfera jest tam nadal napięta. Nie wiem tylko czy dziadek widział naszego Knura - obrońcę Armenii. Mógłby jego bojowy duch nieco upaść.

Granicę Armenii i Karabachu wytycza głęboka dolina. Na granicy znajduje się posterunek graniczny. Trzeba się tam zadeklarować, dostaje się od ręki papier, z którym trzeba w Stepanakercie udać się do Ministerstwa by zalegalizować pobyt. Przy wyjeździe z Karabachu papier ten trzeba zwrócić. W sumie przekraczanie granicy nie stanowi problemu.

Dziadek zawiózł nas prosto do wspomnianego ministerstwa w Stepanakercie. Tam po ok. 30 minutach mieliśmy wbite do paszportów wizy Karabachu. Dzięki nim, aby pojechać do Azerbejdżanu musimy wymienić paszporty. Ponoć można uzyskać te wizy na osobnej kartce, nam ta sztuka jednak się nie udała. 

W Stepanakercie zanocowaliśmy w pensjonacie na ulicy Kamo. Nazywał się wg przewodnika Ella & Hamlet. Jeśli Ella to imię gospodyni, to Hamlet musiał być gospodarzem, który pod niebiosa wychwalał Jaruzelskiego. Jak widać w Karabachu Jaruzela wspiera nawet Hamlet. Nieźle.

Samo miasto Stepanakert było bardziej Europejskie od Erewania. Czysto, dość bogato, sprawna komunikacja miejska oparta o autobusy, a nie marszrutki. Bardzo pozytywne wrażenie. 

armenia stepanakert

armenia stepanakert-centrum

 

Wieczór minął na poszukiwaniach czegoś do jedzenia. Mały bunt przeciwko szaszłykom spowodował, że przemaszerowaliśmy kilka kilometrów po Stepanakercie i ostatecznie zjedliśmy... szaszłyki. Były naprawdę niezłe. Ognisko rozpalane było przy użyciu suszarki do włosów. Szaszłyki był tak dobre, że następnego dnia też je zjedliśmy w tym samym miejscu. 

Pod koniec dnia poszliśmy jeszcze na koniak z Karabachu (lub jak wolą Ormianie: Arcachu). Zawędrowaliśmy do wypaśnego lokalu "Rossija". Nasze wrażenie było takie, że to coś a'la nieformalna placówka dyplomatyczna Rosji. Przy wejściu szwajcar spytał czy jesteśmy dziennikarzami czy naukowcami. Gdy go rozczarowaliśmy przyznał się, że codziennie rano sprawdza czy proch pod łóżkiem jest suchy i gotowy na ew. wojnę.

Kolejnego dnia ruszyliśmy eksplorować Karabach. Najpierw obowiązkowa wizyta pod pomnikiem-symbolem Karabachu: Dziad i Baba. Pomnik ten jest uwieczniony na wszystkich dokumentach, znaczkach itp. 

armenia dziad

 

Dalej pojechaliśmy do najbardziej znanego monasteru w Karbachu: Gandzasar. Znajduje się on jakieś 50km na północ od Stepanakertu, w lesistych wzgórzach. Jest on bardzo podobny do większości monasterów, które widzieliśmy w Armenii. W pewnym momencie następuje przesyt nie tylko szaszłyków ale także monasterów. 

armenia karabach monaster2

armenia karabach monaster

 

U podnóża górki, na której ulokowany jest monaster trafiliśmy na dwie dodatkowe atrakcje. Mur wyłożony azerskimi tablicami rejestracyjnymi. Coś jakby wystawa skalpów...

armenia karabach tablice

 

...oraz kamiennego cudownego  lwa:

armenia karabach lew

 

W drodze powrotnej poprosiliśmy kierowcę by zawiózł nas do Agdamu, zniszczonego podczas wojny o Karabach miasta azerskiego. Gość długo się opierał, mówiąc, ze przecież tam nic ciekawego nie ma, że nie warto itp. W końcu dał się przekonać. Miasto faktycznie to obraz nędzy i rozpaczy. Same ruiny i górujący nad nimi minaret, ponoć służący jako wieża obserwacyjna dla stacjonujących tam wojsk. Pomiędzy ruinami widać opuszczone sady. Można stać w czymś ogródku i zajadać się pięknymi granatami. Generalnie Ormianie unikali tematu Agdamu. Woleli opowiadać o bestialstwach Azerów. Na pytanie, dlaczego nie chcą odbudować tego miasta, stwierdzili, że jest im ono potrzebne dla ormiańskiej diaspory za granicą. Gdy Ormianie wszystkich krajów postanowią wrócić do ojczyzny to Agdam będzie jak znalazł miejscem dla nich.

armenia agdam granat 

armenia agdam ruiny

armenia agdam ruiny domu

 

W przeciwieństwie do większości terenów Karabachu, Agdam leży na równinie, ciągnie się ona aż do Baku. Nie ma więc naturalnej granicy na Wschodzie między Karabachem i Azerbejdżanie. Wymowne było to, że w Agdamie telefony złapały azerską sieć komórkową. 

Zamiast do Stepanakertu, wróciliśmy do położonego pięknie na wzgórzu miasteczka Szuszi. Miejsce to było przedmiotem zaciętych walk i przechodziło kilkukrotnie z jednej strony na drugą. Walczącym nie chodziło z pewnością o walory krajobrazowe Szuszi lecz o jego strategiczne położenie. Władając Szuszi można kontrolować połowę Karabachu, w tym jego stolicę. Ponoć zajęcie tego miejsca przez Ormian przechyliło szalę zwycięstwa na ich stronę w czasie wojny.

Ślady walk są widoczne na każdym kroku:

armenia szuszi

armenia szuszi minaret

armenia szuszi ruiny

 

Odchodząc kilkaset metrów od centrum, na kraj urwiska możemy zapomnieć o wojnie i podziwiać okoliczne widoki:

armenia szuszi widoki

armenia szuszi panorama2

 

Jak widać nawet młode pary przyjeżdżają tu na sesje zdjęciowe:

armenia szuszi wesele

 

Mając w perspektywie 5-cio godzinną podróż busem z Stepanakertu do Erewania zainteresowaliśmy się otwieranym właśnie połączeniem lotniczym między stolicami Karabachu i Armenii. We wszystkich mediach trąbiono, że 1 października 2012 roku ruszy takowe połączenie. Azerowie ogłosili, że zestrzelą ten samolot, gdyż będzie to naruszenie ichniejszej przestrzeni powietrznej (nie uznają utraty Karabachu), zaś Ormianie powiedzieli, że pierwszym rejsem poleci sam prezydent. Nie chcą trafić na pierwsze strony światowych gazet w roli Franciszka Ferdynanda z 1914 roku pokornie rozejrzeliśmy się za busami. Te, jak się okazuje rano odjeżdżają co chwilkę z dworca autobusowego. A samolot do dzisiaj nie został uruchomiony...


 


Khor Virap i Aragats

Podróż powrotna w stronę Erewania była męcząca. Z tym większą przyjemnością wysiedliśmy z busika w okolicach monasteru Khor Virap, nie dojeżdżając do Erewania. Monaster ten, a w tle Ararat to jakieś 90% znanych nam pocztówek z Armenii. Nam udało się zobaczyć sam monaster, zaś Ararat był w chmurach. Trudno. Khor Virap prezentuje się najbardziej malowniczo z niewielkiego wzgórza. To właśnie stamtąd zrobiono zdjęcia na tysiące pocztówek.

armenia khor virap ararat

 

Na dziedzińcu monasteru spotkaliśmy pana, który musiał chwilę wcześniej wsadzić palce do kontaktu, co wyprostowało jego wąsy:

armenia khor virap wasy

 

Spod Khor Virap udaliśmy się w stronę najwyższego szczytu obecnej Armenii (czyli nie Ararat) - góry Aragats, mającej niecałe 4100 m. npm. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze miasteczko Asztarak, gdzie zjedliśmy szaszłyki i zrobiliśmy zakupy na czekający nas następnego dnia spacer na Aragats. Po raz pierwszy jechaliśmy taksówką nie napędzaną gazem. Nie wiem czy jej właściciel nie zdążył zamontować instalacji, czy był jakiś inny powód.

Aby być jak najbliżej góry ulokowaliśmy się w obserwatorium astronomicznym w Byuraan u podnóża Aragatsu. Mieliśmy tylko jeden dzień na wycieczkę w górę, a że nie mieliśmy namiotów nie chcieliśmy wieczorem ryzykować drogi do stacji meteo na górze, gdyż poza sezonem mogło okazać się, że nie da się tam zanocować bez wcześniejszej awizacji. 

Hotel w obserwatorium był bardzo klimatyczny. Stary budynek, z czasów przedwojennych, sufity wysokie na 4 metry, lekki remont wykonany, dzięki temu było nawet Wifi i ciepła woda. Wprawdzie światło przygasało gdy kończyło się prysznic ale nie można mieć wszystkiego. W hotelu byliśmy sami, wieczorem wokół nie było absolutnie nikogo.

Rankiem złapaliśmy auto, które zawiozło nas na górę, po wcześniejszej wizycie na stacji benzynowej ulokowanej wewnątrz budynku:

armenia aragats benzyna

 

Podróż krętą drogą na górę zajmuje około godziny, piechotą pewnie z 2 dni.

Auto dojeżdża do stacji meteo, nad jeziorkiem. Jest tam nawet jakaś knajpka i mnóstwo miejsca na rozbicie namiotu (jak się go ma):

armenia aragats baza2

 

Widok z bazy na szczyt:

armenia aragats jeziorko

 

Aragats ma dwa wierzchołki: łatwo dostępny południowy o wysokości około 4000m npm. I północny, wyższy, trudniej dostępny  - wymaga dłuższej wyprawy, na którą nie mieliśmy ani czasu ani sprzętu.

Przy podejściu pod górę dawał się we znaki brak aklimatyzacji. Wjazd autem z 1400m npm. na 3200m npm. i spacer na 4000m npm. był szokiem dla naszych organizmów. Zdecydowanie lepiej byłoby przenocować na 3200 i rano ruszyć w górę. My nie mieliśmy już wyjścia i trzeba było walcząc ze słabościami pruć pod górę oddychając skarpetkami. 

armenia aragats

 

Widoki na górze są niesamowite, zwłaszcza w kierunku północnego wierzchołka:

armenia aragats3

armenia aragats panorama

 

Oto widok na południowy szczyt (w tle północny):

armenia aragats szczyt

 

Cała trasa w obie strony zajmuje 3-4h. Na górze długo się nie posiedzi gdyż jest tam dość zimno.

Rozległych widoków w stronę Erewania nie doświadczyliśmy gdyż nad większością zamieszkałych dolin w Armenii unosi się dym z palonych ognisk (pewnie od szaszłyków).

Po powrocie do hotelu w obserwatorium wspiął się przez okno do naszego pokoju szalony astronom, który koniecznie chciał nas zabrać o drugiej w nocy na podziwianie jakiejś wyjątkowej fazy Jowisza. Niestety, po spacerze w górach nie dalibyśmy rady wytrzymać do drugiej w nocy, zwłaszcza, ze rano czekała nas podróż w stronę lotniska.

 


 

Po drodze na lotnisko zahaczyliśmy jeszcze o degustację koniaków w fabryce Noe na przedmieściach Erewania. Fabryka kontrastuje z większością miejsc w Armenii. Jest odremontowana i zadbana. 

armenia noe

 

Naszym przewodnikiem była pani, która lekko przesadziła z makijażem. Za to dała nam do degustacji nie tylko koniaki ale także 100-letnią maderę:

armenia noe degustacja

 

Jako, że zostało nam jeszcze trochę czasu do samolotu, pojechaliśmy jeszcze zerknąć na katedrę Zvarnots, a raczej to co z niej pozostało:

armenia ruiny

 

I to był ostatni punkt naszego programu w Armenii. Później było tylko lotnisko, samolot do Moskwy wypełniony po brzegi koniakiem ze sklepu bezcłowego i dwudniowy weekend w deszczowej Moskwie z koncertem Ruki Vverh! na zakończenie :)

 

Za niektóre zdjęcia dziękuję A. i F.

 

Zachęcamy do komentowania relacji na naszym forum

 

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!