Podobnie jak rok temu, z początkiem września pojawiamy sie w Armenii. W Erewaniu jesteśmy jak zwykle o nieludzkiej porze tzn kolo 4 rano. Odebranie bagażu, przepakowanie, pozyskanie pieniędzy i zakup lokalnej karty do telefonu idzie nam nad podziw szybko. Przed 5 jesteśmy już gotowi. Moglibyśmy zjeść śniadanie ale jakoś o tej porze jesc sie nie chce. Pozostaje nam wiec ponad godzine czekania. Jeszcze z Polski dzwonilam do Samuela, z ktorym rok temu jechalismy z Goris do Biurakanu, i obiecal ze zawiezie nas w okolice Martuni. Gdy siedzimy i przysypiamy na lotniskowych laweczkach albo wertujemy mapy oczywiscie atakuja nas cale chmary taksowkarzy. O dziwo sa duzo sympatyczniejsi i mniej nachalni niz rok temu. Nie wiem czy to subiektywne odczucie ale pozostanie do konca wyjazdu. Nie mamy w tym roku wogole problemu z taksiarzami ktorzy czepiaja sie koszuli albo ktorym trzeba wyrywac z rak bagaz ktory juz prawie pakuja do auta. Jeden wprawdzie na tym lotnisku jest ciut namolny tzn idzie sa mna jak podazam do kibelka i mowi ze nas zawiezie gdzie chcemy i najtaniej swiecie. Pytam go wiec o cene dojazdu na Armaghan- i na tym etapie odpuszcza i w jednej chwili rozmywa sie w niebycie… :-)
Samuel przyjezdza z bratem Garikiem. Mowi ze nie powiedzialam mu ile nas bedzie wiec sie martwil czy wejdziemy w jedno auto wiec na wszelki wypadek sa dwa. Wiec wozimy sie w pierwszym brzasku slonca po Erewaniu dwoma czarnymi mercedesami- w jednym my a w drugim nasze bagaze ;) Na stacji paliwowej ostatecznie przepakowujemy sie z calym majdanem do Garika. Samuel wyjezdza dzis wieczorem do Moskwy wiec ma jeszcze pare spraw do zalatwienia a poza tym jest przeziebiony. Troche mi zal takiego obrotu sprawy bo Samuel jest strasznie wesoly, geba mu sie nie zamyka, ciagle zartuje, opowiada rozne kawaly i ciekawostki o okolicy. Jego brat tez jest mily ale porozumiewanie z nim jest mocno ograniczone wiec wiekszosc trasy suniemy w milczeniu. Ale grunt ze jedziemy we wlasciwym kierunku. 
Na stacji, przy tankowaniu gazu, bezwarunkowo trzeba opuscic auto. Wiem ze u nas niby tez trzeba ale nikt tego nie egzekwuje. Od kiedy w Armenii bardzie przejmuja sie jakims BHP niz u nas? Jakos mi cos w tym nie pasuje, cos nie gra i wydaje sie byc mocno podejrzane.. Kilka dni pozniej udaje sie dowiedziec prawdy ;)
Przejezdzamy nas Sewanem. Cala okolice spowijaja mgly i chmury lezace ciezkimi brzuchami na przeciwleglych brzegach. Jezioro jest pelne od lodek- widac wlasnie trafilismy w popularna godzine polowow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po drodze mijamy ogromne bazary. Na jednym sprzedaja wszelaka zwierzyne przydomowa. Krowy stoja powiazane do palikow i drzew, owce klebia sie na pakach ciezarowek, swinskie ryjki wychylaja z bagaznikow starych lad a ptactwo jest trzymane w klatkach, koszykach i skrzynkach aby sie nie rozpierzchlo bezladnie po okolicy. Zaraz obok jest bazar zelazny gdzie mozna nabyc wszystko od srubki po wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Echh.. jakbysmy byli z Samuelem zapewne by sie go dalo namowic zeby nas tu na chwile wysadzil ( a znajac jego poczucie humoru pewnie bysmy skonczyli z kura w plecaku ;) )
Dojezdzamy do Arcwanist jak planowalismy, zegnamy sie z Garikiem i idziemy zwiedzac cerkiewke Vanevank. O tej, dosc wczesnej porze jest jeszcze zamknieta. Obok jest mily sadek z biesiadka w ktorym ucinamy sobie drzemke. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kosciolek mozna obejsc skalnym korytarzem. Wokol niego jest tez sporo chaczkarow i skalnych grot z rzezbieniami na scianach. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W jednej z pieczar jest trumna, ktorej lokator postanowil wybrac wolnosc.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wychodze tez na skaliste zbocze nas Vanevankiem, gdzie szumia lany konopii a widok na swiatynie i okoliczne gory zdaje sie byc bardzo sympatyczny. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Jakis czas pozniej podjezdza lokalny ksiadz i otwiera budynek. Zwiedzamy troche w srodku i rozpytujemy o droge do znaczonego na mapie kolejnego klasztorku zwanego Hnevank.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pakujemy sie w skalisty wawoz pelny jaskin, skal i chlupotu strumyka. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pogoda jest dzis troche nieszczegolna, co chwile zaczyna lac i grzmi gdzies w oddali. Najwiekszy deszcz przeczekujemy w jaskini, obserwujac jak chowa sie za kamieniem lisek o wyjatkowo pieknej i puszystej kicie. Rozwazamy nawet nocleg w tej jaskini, jednak jest ona zdecydowanie jednoosobowa. Nie da rady znalezc dwoch w miare plaskich miejsc pod karimate.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Trafiamy pozniej na ksiezycowy wrecz plaskowyz pokryty wulkanicznym rumoszem, zuzlem i chaczkarami. Teren zamieszkany jest przez owce, barany i pasterzy. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pomykaja tez po nim wypelnione sianem gruzawiki, ktorych niebieski kolor karoserii niesamowicie odcina sie od reszty krajobrazu w ktorej dominuje plowosc i braz.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Odnajdujemy jakies ruiny swiatyni, ale czy to jest wspomniany Hnevank czy cos innego chyba na zawsze pozostanie dla nas tajemnica. Jego polozenie mniej wiecej zgadza sie z opisem trasy przez mnicha z Vanevanku, ale zupelnie nie zgadza sie z mapa, wedlug ktorej obiekt powinien znajdowac sie w plataninie drog gdzies po drugiej stronie wawozu. Kiedys byla tu wies. Teraz zostaly tylko podmurowki, zasypane piwniczki. Z klasztorku zostalo dosc malo- tylko sciany. Nie ma zadnego zadaszonego kawalka co przy kolorze chmur i zblizajacych sie zlowrogich pomrukach - interesowalo nas najbardziej..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wokol po lace rozsypaly sie cale stada chaczkarow poroslych czterema kolorami porostow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Z racji na burze szybko spadamy do wawozu i stawiamy namiot. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Reszta dnia mija nam na jedzeniu, praniu, pluskaniu sie i patrzeniu w niebo. Burza ostatecznie poszla sobie w innym kierunku.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wychodzi na to ze dzis spimy 15 godzin. Slonce nas nie budzi bo oswietla druga strone wawozu a my pozostajemy w chlodnym cieniu skal. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dzis pogoda jest o niebo lepsza. Wylazimy spowrotem na plaskowyz przypatrujac sie sianokosom i pylistym, wijacym sie drogom zmierzajacym w strone poloninnych szczytow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pierwsze z mijajacych nas aut proponuje podwiezienie do wsi ale grzecznie dziekujemy. Jakos zal nam skracac wedrowke wygrzanymi lakami pelnymi suchoroslowych ziol.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Z jednej strony horyzont zamykaja gory, z drugiej niebieska tafla jeziora Sewan.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mijamy tez plac zabaw dla bub gdzie zatrzymujemy sie na krotki postoj.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wioska Arcwanist wita nas kamienistymi zboczami i wszechobecnym sianem przyszykowanym juz w wielkich kopcach na zime.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Przypadkiem odkrywam malutka cerkiewke. Zagladam do kamiennego budyneczku z trawa na dachu ktory biore za piwniczke albo inna szopo-komorke. W srodku uderza zapach swiec, jest pelno swietych obrazkow, krzyzy a z sufitu zwisa mocno dajaca po oczach zarowka.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pod sklepem zagaduje nas Lejert. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chwile gawedzimy, zaprasza nas do domu. Tlumaczymy sie ze mimo ogromnych checi nie mozemy skorzystac z gosciny bo musimy byc dzis wieczorem w Martuni- umowilismy sie z miejscowymi, z Aszotem ktory jutro ma urodziny na ktore jestesmy zaproszeni. Zegnamy sie i idziemy dalej w dol wsi. Kawalek dalej dogania nas auto a w nim Lajert. Mowi ze zawiezie nas do glownej drogi bo to daleko i sie zmeczymy tachajac te plecaki. Przy sklepie sie zatrzymuje i wraca z piwem i slonymi paluszkami. Mowi ze pojedziemy nad Sewan, “na prirodu”, ze pokaze nam piekne miejsce i ze zdazymy na urodziny bo nie zejdzie nam dluzej niz godzinke. W aucie na chyba maksymalnie podkreconych glosnikach gra piosenka: “ja tiebia bum bum bum, my wmiestie bum bum bum, my noczju bum bum bum itd”. Chwile pozniej Lajert wylacza plyte twierdzac ze “eta nie charoszaja piesnia” i teraz nam pusci cos bardziej romantycznego. Kolejna piosenka jest po ormiansku wiec niestety nie jestesmy w stanie ocenic poziomu jej romantycznosci.
Zatrzymujemy sie nad jeziorem w miejscu gdzie bija zrodla mineralne. Spotykamy tu tez Erdema -znajomego naszego kierowcy ktory wlasnie myje lade, ale chetnie przerywa ta czynnosc i dolacza do biesiady. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Lajert bardzo nas zacheca do kapieli pod pobliskim hydrantem ktory wlasnie sika owa mineralna woda. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Opowiada o swoich dawnych wyjazdach do pracy na Syberii, zarowno jako kierowca ciezarowki jak i na budowach i w kopalniach. Od 6 lat juz nie wyjezdza. Mial powazny wypadek samochodowy po ktorym nie odzyskal calkowitej sprawnosci. W wypadku zginal jego kuzyn, ktory nie byl zbyt religijny. Lajert twierdzi ze Bog ocalil go za jego gleboka wiare, ktora od tego czasu jeszcze bardziej sie wzmocnila. Rozmawiamy tez o rybach i rakach z Sewanu, okresach najlpszych polowow i sposobach przyrzadzania ryb na ognisku i grillu. Wynika z tego ze w odroznieniu od np. miesa z barana ryby nie wolno piec na duzym ogniu a tylko nad zarem.
Jedziemy tez zobaczyc kanal Arpa - Sewan ktory w tym miejscu jest po prostu ocembrowanym ciekiem plynacym polami i na koniec wpadajacym do jeziora. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chcialam bardzo zobaczyc ten kanal, przypominajac sobie rozdzial o Armenii w ksiazce “Kirgiz zsiada z konia” Kapuscinskiego. Bylo tam o wielkiej inwestycji kucia podziemnych korytarzy dla wody pod skalami i gorami. Zamarzylo mi sie zobaczyc takie miejsce gdzie owe wody wplywaja w podziemne czeluscie wykute niegdys wsrod blota, osypujacych sie skal i ogluszajacych swidrow. Ale widac wybralam bardzo zly odcinek kanalu do zwiedzania. Trzeba bedzie sprobowac kiedy indziej w bardziej gorskim i skalistym miejscu.

Do Martuni dojezdzamy marszrutka ktora akurat sie napatoczyla. Dzwonimy do Aszota ze bedziemy czekac w miejscu gdzie skreca droga w kierunku przeleczy Selim. Potem sie okazuje ze sa takie dwie drogi i mysmy wybrali sobie ta mniej glowna. Czekamy wiec spora chwile przy okazji nawiazujac u wodopoju nowe znajomosci.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Skomentuj tę część relacji


 

Aszotowi w koncu udaje sie nas znalezc. Ladujemy sie wiec do lady i suniemy w strone wioski Geghovit. Po drodze zatrzymujemy sie przy kilku sklepach oraz ogladamy cerkiewke.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Poczyniamy takze zakupy w wioskowej piekarni, gdzie dzieki znajomosciom Aszota mozemy dokladnie obejrzec piece do wyrobu lawasza i lokalnego chleba. Tutejsze piece chlebowe przypominaja mi wulkany (ktorych w rejonie rowniez nie brakuje). Nie wiem czy to przypadek taki ksztalt czy cos jest na rzeczy ze sie wzorowali na ksztalcie krateru?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pol wioski to rodzina Aszota. Jak nie brat to kuzyn, jak nie kuzyn to syn siostry ojca. Wszyscy wiedza ze przyjechali goscie z Polski i chca sie z nami przywitac i napic.
Wieczorem idziemy zobaczyc mala grote w srodku wsi oraz widok ze skalki na okoliczne gory. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Biegnie za nami orszak kilkunastu chichoczacych dzieciakow. Ponoc kazde chce zobaczyc turyste z zagranicy, a co odwazniejsze rowniez skubnac za plecak czy kurtke, co chyba podnosi ich range w oczach rowiesnikow. Troche czujemy sie jak bialy niedzwiedz na Krupowkach a i Aszot jest chyba troche skrepowany namolna dzieciarnia.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Okoliczne gory jeszcze swieca ostatnimi promieniami slonca a dno doliny w ktorej lezy Geghovit spowija juz wieczorny mrok. Jest to czas powrotu bydla z wypasu. Aszot opowiada ze krowy i owce z calej wsi chodza codziennie razem na pastwisko. Kazdego dnia ktos inny ma dyzur i idzie pilnowac wszystkie zwierzeta. Wiekszosc bydelka pamieta gdzie mieszka i wieczorem same skrecaja do odpowiednich gospodarstw. Zastanawiam sie czy nie zdarzaja sie jakies klopoty ze zwierzaki sie pomyla, albo ktos probuje sobie przywlaszczyc bardziej tlusta owce sasiada. Aszot zarzeka sie ze on swoje barany i cieleta poznaje. Chyba jednak nie wszyscy miejscowi charakteryzuja sie taka spostrzegawczoscia i pamiecia- wiele owiec ma poznaczone zadki kolorowymi sprejami. Ochoczo pstrykam zdjecia lawicy bydla plynacego wioskowymi uliczkami. Ktos z miejscowych zagaduje ze zdziwieniem- te, inostraniec, co fotografujesz? krowy nie widzialas? Mowie wiec ze u nas krowy sa i konie sa. I kur calkiem sporo. Ale owce i barany w naszym regionie to rzadkosc. A osiolki to chyba wogole w Polsce nie wystepuja.. i juz jest jakis temat do rozmowy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ogladamy tez z daleka pagorek kryjacy ruiny jakiejs starozytnej twierdzy. W zeszlym roku przyjechali tu na dwa miesiace wloscy archeolodzy. Cos tam kopali, krecili sie po wsi, ale nie chcieli nawiazywac zbyt duzo kontaktow z miejscowymi

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wracajac wstepujemy na chwile do siostry Aszota i jej meza Miszy. Na stole laduje tolma- cos jakby malutkie golabki. Mieso mielone z cebula i przyprawami zawiniete w kapuste. Wszystko plywa w pomidorowym sosie. Bylo to najpyszniejsze danie jakie mielismy okazje zjesc w Armenii. Probowalam pozniej zamawiac tolme w knajpach ale byla to tylko marna namiastka i dalekie echo tego prawdziwego smaku.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dowiadujemy sie troche o miejscowych zwyczajach np. jak wciaz jest tu wazne aby miec syna. W rodzinach gdzie rodza sie tylko corki sa podejmowane rozne kroki w celu pozyskania chlopca, zarowno slono oplacane w klinikach, rowniez zagranicznych zabiegi medyczne jak i specjalne modlitwy czy czynnosci wrecz ocierajace sie o magie.
Misza probuje nas namowic na wspolne interesy- zeby przywozic z Polski samochody i je opylac w Armenii. Dopytuje jakie sa u nas ceny poszczegolnych marek, jakie cla, mozliwosci montazu gazu i odleglosci czy lepiej by bylo jechac przez Rosje czy przez Turcje i Iran.
Wieczorem impreza u Aszota. Przychodzi Misza z zona, starszy brat z rodzina. Jest tez grupka mlodziezy ktora jednak trzyma sie z boku.
Ogladamy tez wspolnie telewizje, jest w czym wybierac bo Aszot ma “spodek” i kilkadziesiat programow. Jest tez kilka polskich. Na jednym jest akurat pokazywany jakis cyganski festiwal, sa tance i piosenki. Aszot z Misza mowia ze czesto ogladaja sobie polskie kanaly i probuja cos zrozumiec, ale slabo im to idzie. Teraz np. prosza o przetlumaczenie - co to znaczy po polsku “ore ore szabadabada amore” ;)))

Dzis wreczamy Aszotowi prezent ksiezke -album o Polsce i malinowke zrobiona przez mojego tate.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Solenizant poczatkowo sie troche peszy ze nie trzeba bylo, ze prezentem dla niego jest juz to ze przyjechalismy itp ale mowimy ze u nas jest taki zwyczaj ze na urodziny trzeba przyniesc podarek na szczescie dla gospodarza. Mam wrazenie ze sie ksiazka ucieszyl (rano udalo sie podejrzec jak razem z zona wertuja ja, czytaja i cos sobie opowiaja o kolejnych obrazkach. Malinowke szybko chowa do szafki (chyba zeby Misza nie znalazl ;))

Do snu ukladamy sie w pokoju synow. Ze sciany patrzy na nas narysowany olowkiem samochodzik. Obu nie ma teraz w domu. Mlodszy jest w wojsku. Sluzy kolo Sisian. Starszy odsluzyl juz wojsko, spedzil dwa lata w Karabachu, teraz wyjechal do Rosji i nie wiadomo czy tam na stale nie zostanie.
Wojsko w Armenii trwa dwa lata. Ida wszyscy, nawet po studiach. Normalnie biora 18 latkow. Jak ktos sie wybitnie miga od woja to ma wybor- moze isc na dwa lata na etat salowego-sanitariusza i opiekowac sie staruszkami. W tym czasie tez jest skoszarowany i podlega pod sad wojskowy jesli zaniedbuje swoja prace. Ponoc wiekszosc mlodziencow jednak woli stac na granicy z automatem niz od rana do wieczora zmieniac pieluchy i podmywac tylki obcym dziadkom..

Rano budzi nas chrzakanie pod drzwiami. Nastawilismy sobie budziki na 8 ale chyba jest tu w zwyczaju wstawac wczesniej. Gospodarze nie spia juz chyba od conajmniej 2 godzin. Przez okno mamy widok na wielka sianowa piramide.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ogladamy dzis dokladnie gospodarstwo. Dom buduje tu kazdy sam. Tzn z bracmi, kuzynami i sasiadami. Zadne normy, projekty, duperele. Normalny facet potrafi zbudowac dom. Domy buduje sie glownie z kamienia. Drewno nie jest popularne w tym stepowo-pustynnym wojewodztwie. Cegla jest dla politykow i burzujow. Po kamien na budowe jedzie sie na Armaghan albo na Czarna Gore wlasnym gruzawikiem. Jak ktos nie ma swojej ciezarowki to pozycza od brata. Kamien uszczelnia sie glina. Dach pomaga zrobic znajomy majster. Tak samo instalacje elektryczna czy doprowadzenie wody. Kazdy w wiosce na czyms sie zna lepiej, na czyms gorzej. Jedynie do zalozenia gazu trzeba wynajac firme bo inaczej ma sie klopoty. Aszot akurat nie musial bo sam zawodowo zajmuje sie “gazoprowodami” wiec po prostu skrzyknal kumpli z pracy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przed domem stoi lozko z metalowa krata na sprezynach. Ale nie sluzy do spania. Na tej kratownicy wyczesuje sie welne. Wypadaja wtedy z niej kawalki piasku i innych zanieczyszczen.

Ogladamy tez stajnie. Jest nieduza, jako ze na stanie sa zwykle dwa, trzy cieleta i kilka baranow. Krowa zjada przez zime 80 kostek siana, wiec zapas trzeba zrobic znaczny. Zima w Geghovit jest dluga, nieraz sniegi zalegaja od pazdziernika do maja. Temperatury - 30 nie sa tu rzadkoscia. Barany zima ogrzewaja stajnie, jakos tak maja ze wytwarzaja duzo ciepla. Trzeba wiec je trzymac razem z krowami. Same krowy zamarzna.

W piwnicy ogladamy kolejne maszyny- piecyk do lawasza, oddzielacz smietanki od mleka, rozne pompy.

Problemem wioski jest woda. Nie ma tu studni. Woda do celow gospodarczych idzie rurami z rzeki oddalonej stad 30 km. Woda do picia ma jeszcze dluzsza droge do przebycia.

Aszot pali glownie drewnem, bo gaz jest duzo drozszy. Drewno sprowadza sie z polnocy, z okolic Dilidzanu. Miejscowi nie moga jednak jezdzic po nie wlasnymi ciezarowkami bo zaraz policja ich oskubie. Przewozem drewna zajmuja sie specjalne mafie ktore wiedza komu i jak sie oplacac. 

Ogladamy tez ciezarowke. Wiekszosc aut w Armenii jezdzi na gaz, jest tu 5 razy tanszy niz benzyna. Ale nie jest to taki gaz plynny jak u nas. Pompuje sie go do grubosciennych butli pod duzo wiekszym cisnieniem. Dlatego pasazerowie podczas tankowania musza bezwzglednie opuscic pojazd. Wypadki sa czeste. Tydzien temu rozerwalo w Martuni butle w czasie tankowania. Zginely 3 osoby. Butle powinno sie sprawdzac co roku, ale punkty tym sie zajmujace sa piekielnie drogie. Wiec nikt butli nie sprawdza. Aszot tez nie.

Gdy jestem w kibelku przez szpare w podlodze wlazi malenki kotek. Chyba sie mnie tu nie spodziewal bo zalosnie mialczy i obija sie o sciany, niemogac znalezc w nerwach dziury ktora wlazl. Musze przerwac czynnosci kibelkowe zlapac miotajacego sie rozpaczliwie kota (co nie jest proste) i wypuscic. Kotkowi na sloneczku od razu poprawia sie humor i radosnie biegnie do mamy ktora akurat cos upolowala.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Biore tez udzial w kopaniu ziemniakow ktore bedziemy dzis piec w ognisku. Zaraz przy domu jest ziemniaczana grzadka. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kolo domu znajdujemy hantle. Zrobili ja synowie Aszota jak byli mlodsi. Tworzy ja zelazny pret i dwie puszki- konserwy zalane jakby betonem. Nie jest to beton, ale cos duzo ciezszego. Mowili mi co to jest ale zapomnialam. Hantla wazy przynajmniej 10 kg

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dzis urodziny Aszota. Z tej racji jedziemy na impreze na Armaghan autobusem Miszy. Tzn mamy taki zamiar.. Autobusik ma cos popsute z chlodzeniem, nie ma biegow terenowych wiec nie jest do konca pewne czy sforsuje stroma trase na gore 2900 m i czy wogole tam dojedziemy. Misza mowi ze “bedzie jak Bog da”. Nasz pojazd to chyba ГАЗ-53-12-1040 (nie wiem czy ma jakas inna nazwe?). Od lat podobal mi sie niezwykle ten autobusik pelniacy zwykle role sluzbowych przewozow. Ile razy robilam mu zdjecia albo biegalam wokol ogladajac kazdy kawalek blachy. Ale nigdy jeszcze nie mialam okazji nim jechac- do dzisiaj :-)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ten Miszowy ma na masce dodatkowo niedzwiedzia. Nie wiem czy one mialy tak fabrycznie? Na tych modelach wczesniej spotykanych na Ukrainie czy w Gruzji miska nigdy nie bylo. Pozniej jeszcze kilkakrotnie widzielismy w Armenii ciezarowki z “niedzwiedziem przewodnikiem”.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wnetrze autobusiku jest bardzo przestronne, nie do porownania z obecnie masowo uzywanymi marszrutkami gdzie wejscie dwoch turystow z plecakami powoduje calkowite zakorkowanie przejscia. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wnosimy do srodka pudla z zarciem i piciem, naczynia, obrusy a takze drewno na ognisko. Chlopaki rabia drewno w czasie jazdy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Toperz jakos przypadkowo siada na fotelu ktory nie jest przymocowany do podlogi wiec na pierwszym zakrecie ma niepowtarzalna okazje nauczenia sie latac. Jedzie Aszot z zona i corka, Misza z zona, “babuszka” czyli mama Aszota, zona starszego brata (ktory dzis niestety ma dyzur w pracy) i zona mlodszego zmarlego niedawno brata, wraz z dwoma nastoletnimi synami. No i my :-)

Autobus rzezi na podjazdach juz zaraz za wsia, juz na asfaltowej drodze mozna uslyszec ze silnik sie meczy. Wydaje sie ze nie ma takiej mozliwosci zeby pokonal droge na szczyt. Zjezdzamy na pyliste trakty. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Aszot siada kolo Miszy i wspolnie kombinuja gdzie jechac laka, gdzie sciac zakret, gdzie sie rozpedzic. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Samochodzik dzielnie pokonuje kolejne wzniesienia. Co chwile gotuje sie chlodnica. Trzeba otwierac maske i polewac silnik obficie woda. I czekac az ostygnie, a dzisiejsza pogoda temu nie sprzyja bo wystawiony na prazace slonce zimny silnik by sie za 15 minut zagotowal… 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jedziemy tak wiec etapami ale najgorsze odcinki ponoc jeszcze przed nami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Lawirowanie i wybieranie drogi bardziej przypomina gre w szachy niz prowadzenie samochodu. W koncu musimy wysiasc i isc dalej pieszo. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jedzie tylko Misza, babuszka i walowa. Mlode chlopaki rozpiera energia- non stop biegaja to w gore to w dol, skacza po kamieniach jak kozice. Widac ze oni nie wiedza co to zadyszka. Odciazony autobusik radzi sobie lepiej acz jednej gorki za cholere nie moze pokonac. Probuje to z lewej, to z prawej, to stepem obok drogi, to z rozpedu ale ciagle brakuje mu kilkunastu metrow do wyplaszczenia gdzie moglby troche odpoczac i wzmocnic sie przed kolejnym garbkiem. Nie wyglada to dobrze - widac tylko kleby spalin i wszedzie unosi sie zapach palonego sprzegla, opon, ogolnie palonego wszystkiego. Do maski ciezko podejsc- od pol metra juz parzy powietrze. Ostatecznie Misza podejmuje ostatnia probe- wsteczny. Ponoc jako bieg jest mocniejszy niz jedynka. Szybki obrot i autobusik jedzie kuprem do przodu! 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

I udaje sie! Dalej tez nie jest latwo ale gora zaczyna sie wyplaszczac. Ukazuje sie cerkiewka na Armaghanie. Niedzwiedz na masce zdaje sie usmiechac wesolo. “Bog dal”. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dowiaduje sie ze Armaghan zostal nazwany na czesc matki Dawida Sasunskiego- zalozyciela Armenii. Przed cerkwia jest nowy chaczkar- rok temu go nie bylo. Na cokole jest plaskorzezba pasterza z owieczkami.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Najpierw idziemy do cerkwi i zapalamy swieczki. Oprocz nas jest tez na szczycie druga ekipa. Sami faceci + jeden maly chlopczyk. Przyjechali uazami. Chyba tez swietuja urodziny jednego z uczestnikow. Byli pierwsi wiec zajeli pobliska kamienna wiate. Wlasnie rytualnie ubili barana, jego krwia wymazali sobie krzyze na czole i zaczynaja sie brac za szaszlyki.

My przenosimy sie na druga strone jeziora. To znaczy tego co z niego zostalo. Bo jezioro wyschlo. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rok temu kapalismy sie w nim. Teraz bylo 3 miesiace bez deszczu i takie sa skutki. Zostala tylko niecka pelna zastyglego pokruszonego blota. Jakos mi smutno...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Najpierw wszyscy zamykamy sie w autobusie celem wypicia kawy. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Potem ognisko. Aszot z Misza robia szaszlyki. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na solidne podwojne zelazne kije nabijaja mieso, kartoszke, cebule a takze baklazany, pomidory i papryke. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ponoc tu griluje sie wszystko oprocz ogorkow! Warzywa sa gotowe do spozycia gdy skorka staje sie czarna i nadpalona. Wtedy wkraczaja do akcji kobity ktore dokladnie obieraja wszystkie przysmaki ze zweglonej zewnetrznej powloczki, ukladaja pysznosci na talerzach. Na trawie zostaje rozlozony obrus a my siadamy wokol niego na specjalnie przywiezionych kocykach i poduszkach. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nie ma nic lepszego jak pieczony baklazan i pomidor. Pycha! 
Misza bierze do rak zar z ogniska i odpala nim papierosa. Jestesmy w szoku- wogole sie nie poparzyl!
Babuszka dziarsko doi wodke ze wszystkimi. Dowiadujemy sie ze kiedys przez 15 lat pracowala w marynarce w Sewastopolu. Babcia usmiecha sie na wspomnienie starych dobrych marynarskich czasow. Jak kobiety na traktory- to czemu nie na statki?? :)
Spiewamy Aszotowi “Sto lat” po polsku. Piosenka jest o tyle fajna ze refren tu wszyscy rozumieja i gdy leci drugi raz to juz czesc osob spiewa z nami.
Jest tu taki zwyczaj ze ktorys z toastow musi byc za przodkow, za naszych zmarlych krewnych ktorzy odeszli i nie ma ich dzis z namii. Tez zostaje zobligowana do wygloszenia jakiegos toastu w tym temacie. Mowie wiec ze wydaje mi sie ze oni sa tu obecni z nami, ze stoja gdzies z boku i uczestnicza w imprezie, ze ciesza sie ze o nich pamietamy. Nie wiem czemu ale zaraz przychodzi mi na mysl moj dziadek. On zawsze uwielbial ogniska , pikniki “na przyrodzie” i gotowanie zarcia w kociolku. I nigdy nie stronil od dobrych napojow. I na dodatek nosil na codzien taki sam slomiany kapelusz jak dzis ma Aszot. Mysle ze jest duza szansa ze jest dzis na Armaghanie z nami! I cala ekipa pije za mojego dziadka po czym odmawiaja jakas modlitwe po ormiansku.

Na chwile tez zawijamy do ekipy imprezujacej we wiacie. Tu wodka leje sie strumieniami, krwiste krzyze na czolach sie juz troche zatarly. Sa tez tance przy muzyce z niw i uazow. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jeden z ekipy ma jasne wlosy i niebieskie oczy. Zupelnie nie pasuje do reszty. Ale jakos nie udaje nam sie dowiedziec historii jego pochodzenia.

Wracajac Misza sadza mnie za kierownica. Pierwszy raz w zyciu mam okazje prowadzic autobus, zjezdzac z gory wyzszej sporo od Rysow i to jeszcze po pijaku :-) Na poczatku kobity z rodziny ostro protestuja ale jak sie okazuje ze jade duzo wolniej , ostrozniej i mniej po kozacku niz Misza sa nawet calkiem zadowolone. Nie idzie mi tylko zmienianie biegow. Wajcha chodzi tak ciezko ze dwoma rekami nie moge nia drgnac. I Misza musi mi pomagac wrzucac biegi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W domu dojadamy resztki szaszlykow i znow sadzaja nas przy telewizorze. Widac tutaj panuje kult tego pudla taki sam jak w Polsce.. Najpierw leca kanaly ormianskie. Mamy okazje podziwiac gadajace glowy. Ich politycy sa tacy jak nasi- wredne spasione mordy upchniete w garnitury. Tylko umaszczenie troche ciemniejsze i moze ciut bardziej krzykliwi. Chyba nie mowia nic wesolego bo Aszot sie denerwuje i szybko przelacza programy. Teraz leca rosyjskie. Jest cos o przerwaniu walk w Donbasie i odbudowie kopaln poki nikt nie strzela. I o sankcjach nakladanych na Rosje przez UE, ze ponoc tylko Polska i Pribaltyka popiera sankcje, natomiast Wegry, Bulgaria i Rumunia chcialyby handlowac z Rosja a reszcie krajow jewrosajuza problem zwisa. Aszot dopytuje czemu Polacy tak nie lubia Rosjan i ciagle robia im na zlosc. Mowie ze moze ma to poczatki w polsko-rosyjskiej historii, ktora niekoniecznie zachecala do wzajemnej, szczegolnej sympatii i czesto w minionych wiekach przypominala bardziej ormiansko-tureckie odnoszenia niz dobrosasiedzkie uklady. Ze zabory, ze lagry i zsylki, ze Katyn.. Aszot kiwa glowa.. “no no.. i jeszcze niektorzy mowia ze prezydenta wam ubili za to ze pomagal Gruzinom, kto wie jak bylo naprawde...”. 
Troche wytraca mi z rak wszystkie argumenty pytanie skad w takim razie bierze sie obecna przyjazn polsko-niemiecka i polsko-ukrainska- “Oni was przeciez tez mordowali”. Pozostaje stwierdzic ze “taka polityka, jej nikt nie zrozumie” i “tym na gorze zapewne sie to oplaca”.
Miejscowi opowiadaja ze to tez nie tak ze Ormianie kochaja Rosjan tak bezinteresownie. Po prostu nie maja innego wyjscia, bedac zewszad otoczeni wrogami gotowymi w kazdej chwili rozpoczac nowa wojne. Dwie zamkniete na glucho granice, z polnocy Gruzja z ktora oglednie mowiac sie nie lubia, z poludnia Iran, z ktorym niby jest ok, ale to tez muzulmanie i w razie konfliktu z Turcja to wiadomo kogo popra.. Ponoc tylko Rosja zostaje- do handlu, zeby wyjechac do pracy, na lepsze studia, zeby pilnowac ormianskich granic i rozejmu w Karabachu.. (flagi faktycznie pod Araratem widzialam ze nie ormianskie powiewaly).

W Armenii nie ma pracy. Bardzo duzo mlodych wyjezdza do Rosji dla zarobku. Ponoc w Armenii jest 2.5 mln ludnosci a w Rosji jest 6 mln Ormian!!! Pracujacy w Rosji Ormianie maja jeden wielki podstawowy problem. Czesto sa bici przez Rosjan, gdyz tamci mysla ze wszyscy “czarni” tzn z Kaukazu to czeczenopodobni muzulmanie. Ormianie wiec staraja sie nosic duze krzyze na szyi, albo wrecz tatuuja sobie krzyze na przedramionach. Ponoc to bardzo pomaga.

Potem Aszot mimo naszych sprzeciwow wlacza nam polskie kanaly w telewizji. Leca same reklamy. Juz wiem ze jak nie kupie sobie smartfona to nikt mnie nie pokocha, jak nie nabede kremu z jakis kopyt nosorozca to juz za rok bede stara i brzydka. I niebawem wyciagne kopyta jak nie kupie natychmiast bigmegasuper nowego suplementu w kolorowym kartoniku ,w ktorego skladzie nie ma nic procz siana i barwnikow. 
Robi mi sie niedobrze. Chyba wyrobilam swoja "norme telewidza” na 5 lat!


Kolejnego dnia mielismy jechac na Czarna Gore. To gora o czterech szczytach, a na kazdym z nich jest innego koloru piasek. Niestety dzwonia do Aszota z pracy. Byla jakas awaria i o 10 musi sie stawic w Martuni, skad ich pakuja w samochody sluzbowe i rozwoza do roznych miejsc w gorach gdzie sa gazociagi. Ponoc najgorzej sie pracuje w gorach za Kapanem. Sa tam duze problemy z woda i dostarczaja pracownikom do picia jakies cieple,slone i tluste swinstwo od ktorego boli brzuch. Na szczescie teraz jada na polnoc.

Zwiedzamy jeszcze cerkiew ktora ufundowali i zbudowali amerykanscy biznesmeni pochodzacy z tej wioski. Na scianie swiatyni jest umieszczona inskrypcja ze budynek powstal ku pamieci ich rodzicow i dziadkow. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Aszot odwozi nas gruzawikiem na koniec wsi zebysmy nie musieli zapylac z plecakimi pod gorke. Jedziemy przez rozlegle pola, tu dolina jest bardzo szeroka. Dawniej byl tu kolchoz- kilkanascie tysiecy sztuk bydla paslo sie pod Armaghanem. ? wsi tu pracowalo. A potem upadl sajuz. Bydlo zostalo sprzedane, zjedzone albo zasililo prywatne stajnie prezesow. W Geghovit dzis nie ma zadnej pracy poza piekarnia, szkola, sklepami i wlasnym ogrodkiem.
Zegnamy sie na pustynnych lakach pod wulkanem...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zaczynamy lapac stopa w tym samym miejscu co rok temu gdy zeszlismy z Armaghanu po udanym zbieraniu ryb przy elektrowni :-) Znow slonce swieci w pysk, droga malo co jedzie, wzrok ginie gdzies w pofaldowanym horyzoncie plowych gor zamykajacych plaskowyz. I podobnie jak wtedy, teraz tez prawie caly wyjazd wciaz jest przed nami!!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy 

 

Skomentuj tę część relacji


Probujemy pozyskac jakiegos stopa w strone Szatin. Czekamy z pol godziny, wogole nic nie jedzie. W koncu jakas niwa podrzuca nas kilka kilometrow. W miejscu gdzie wysiadamy trzy siostry lapia stopa w przeciwna strone. Jada do Martuni do rodziny. W ich rodzinie bylo 5 siostr i 4 braci. Mowia ze teraz w Armenii zyje sie biedniej niz kiedys wiec ludzie decyduja sie na mniejsza ilosc potomstwa. One maja 5, 4 i 3. Jedna opowiada ze jej synowie sa w Kazachstanie i w “Rusostanie”. Babki chca zmienic plany na dzisiejszy dzien i zaprosic nas do domu w pobliskim przysiolku. Grzecznie dziekujemy i odmawiamy- dopiero co wstalismy od stolu u Aszota. Siostry bardzo sie dziwia czemu toperz nosi kucyk skoro nie jest duchownym i jaki jest cel noszenia przeze mnie tylu koralikow na rekach i biedronek-guzikow na chlebaku. Dopytuja czy to naprawde przynosi szczescie. Zegnamy sie bo stojac razem z nami na pewno nie dojada do Martuni- nikt nie wezmie 5 osob. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Idziemy kawalek pieszo. W koncu zatrzymuje sie niwa. W srodku siedzi tylko kierowca, ale wiezie duzo dlugich plastikowych listewek, ktore zajmuja cala przekatna auta. Wduszanie tam naszych plecakow na pewno skonczy sie zle dla listewek. My to wiemy i kierowca to wie. My bardzo chcemy dalej pojechac a i kierowca chce nam pomoc. Zatem plecaki trafiaja na dach. Toperz je troche przywiazuje zeby nie pospadaly. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Facet skreca w bok do wioski kilka kilometrow przed Szatin. Bardzo nas przeprasza ze nas nie odwiezie na miejsce, ale potem wracajac musialby pokonac stromy podjazd a juz mu sie auto strasznie grzeje. W zamian zaprasza nas do domu, ale jest wczesnie, jestesmy najedzeni jak dzikie osly a poza tym owa wioska lezy nam calkiem nie po drodze.

Chwile odpoczywamy pod metalowymi parasolami na skraju drogi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kolejny stop wiezie duzo chleba. Nasze placaki ukladamy na grubych dechach nad chlebem. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

My pakujemy sie do szoferki. Jest malo miejsca, toperz ledwo domyka drzwi. Ja jestem wduszona miedzy toperza a drazek skrzyni biegow. Przez ten fakt kierowca nie wszystkie biegi jest w stanie wrzucac. Chwile mocuje sie chyba z trojka ale ostatecznie odpuszcza, w koncu nie mamy daleko. Kierowca opowiada ze byl kilka razy w Polsce. Dwoch jego synow wyjechalo do Kaliningradu i dwa razy w roku ich odwiedza. Do Polski jezdza sprzedawac papierosy i kupowac kielbase, ktora bardzo chwali. Mowi ze zazdrosci nam ze zyjemy w kraju w ktorym jest plasko ,nie ma ostrych zim i nieprzejezdnych w zimie przeleczy.

W Szatin kupujemy w sklepie piwo. Chcialam zapytac o domasznie wino albo tutowke ale w ostatniej chwili gryze sie w jezyk. Nie wiem czy jest to oficjalnie dozwolone a w sklepie jest chyba kontrola albo mafia sciaga haracz. Przyjechalo trzech gosci wypasna terenowka, maja biale koszule i wyciagaja jakies papiery z duza iloscia pieczatek. Sprzedawca jest wyraznie podenerwowany zaistniala sytuacja. Kolesie z terenowki daja nam po brzoskwini. Tak pysznej i soczystej to jeszcze nie jadlam. Piwo pijemy na poboczu drogi - podsklepie zatarasowala terenowka. Przychodzi tez do nas miejscowy i na migi zaprasza nas do domu. Gdy odmawiamy przynosi nam duzo jablek.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W mijanej wiosce Artabujnk zwraca nasza uwage spory pomnik. Jest na nim duzo napisow po ormiansku, acz gwiazda na czapce sugeruje przynaleznosc do konkretnej formacji wojskowej. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Obok jest biesiadka- stoly z lawami pod okapem jakby stodoly. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po blizszych ogledzinach budynek okazuje sie byc malutka cerkiewka. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W srodku uderza bzyk much, jest ich tu setki. Nie wiem czy po prostu chronia sie przed upalem czy gdzies leza jakies zapomniane zwloki. 

Nad stolem w dach sa wbite noze, a we wnece stoi sol i olej. Widac miejsce czesto spelnia role biesiadne.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W centrum wsi jest spora szkola. Akurat wychodza z niej uczniowe. Nie wiem czy tylko tutaj, czy w calej Armenii do szkoly chodzi sie w mundurkach? a moze dzis byla jakas akademia? jedno jest pewne - mundurki do zbyt skromnych nie naleza, albo uczennice celowo wybieraja ubranka o trzy numery za male ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Upal jest niezmierny wiec siadamy z piwem pod kolejnym sklepem. W cieniu rozsiadla sie grupka miejscowych. Siedza w kucki albo graja w karty. Domagaja sie aby zrobic wspolne zdjecie a potem wrzucic je na “odnoklasniki”. Sa bardzo zawiedzeni jak mowie ze nie mam tam konta. Wogole duzo miejscowych ludzi komputer utozsamia z “odnoklasnikami”- to sluzy jako komunikator ze znajomymi i rodzina, zarowno z sasiednich miasteczek jak i innych dalekich krajow do ktorych wyemigrowali. Cos takiego jak mail czy picasa malo kto kojarzy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Obok cienistego podsklepia przeplywa ocembrowany wartki strumien. Nie wyglada na sciek czy rynsztok, woda jest czysta i chlodna. Toperz rozwaza wsadzenie tam nog. Ale moze nie wypada? Nikt z miejscowych tego nie robi. Moze i tak wystarcza toperzowe krotkie spodenki- tutaj wszyscy faceci nosza dlugie spodnie, mimo ze sie zar z nieba leje.

Kawalek dalej zatrzymujemy sie przy potoczku ktory wielka rura przeplywa pod droga. Urzadzamy wielkie mycie i pranie. Pogoda jest do tego wymarzona.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ledwo sie powycieralismy i poubieralismy trzeba zas sciagac buty i spodnie- brod- musimy sforsowac rzeczke. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tuptamy dalej wypalonymi sloncem gorami, pelnymi wygrzanych kamieni i kolczastych roslin. Jest bardzo a to bardzo goraco i slonce prazy jak oszalale. Czyli to wszystko co buby lubia najbardziej. No moze oprocz tego ze jest strasznie pod gore!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przy jednym rozwidleniu zastanawiamy sie czy isc dalej droga jezdna czy skrecic w sciezke robiaca wrazenie skrotu. Decydujemy sie isc glowna droga. Potem widzimy ze dobrze zrobilismy bo bysmy sie wpakowali w wawoz gdzie sciezka zapewne zaraz sie konczy. I bysmy mieli drugi Szatinwank!!

Zmierzamy dzis do klasztorku Tsahats Kar ktory ukazuje nam sie wsrod skal sasiedniego zbocza. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widac ze jest cudnie polozony i ze droga jeszcze do niego daleka bo pomiedzy nami jest przepasc a droga zapewne obchodzi wawoz dookola.
Na tym etapie slyszymy warkot silnika i naszym oczom ukazuje sie gazik.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nie musimy machac, zatrzymuje sie sam. Jedzie w nim 6 facetow i dwie babki. Mnie i plecaki udaje sie upchac do srodka ale nie jest latwo. Toperz sie nie miesci. Poczatkowo kierowca oswiadcza ze toperz musi pojsc pieszo a bez plecakow i dziewuszki pojdzie mu napewno latwiej i szybciej. Ale chyba widza nasze zatroskane geby. Moja- bo nie usmiecha mi sie jechac gdzies samej w nieznane z obcymi ludzmi i toperza ktorego nie cieszy zapychanie gdzies kawal pod gore pieszo. Ostatecznie miejscowi wpadaja na super pomysl- zeby toperz kucnal na zewnetrznym schodku kolo kierowcy i uwiesil sie na lusterku. Tak pokonujemy kolejne kilka kilometrow kamienistej trasy. Droga wije sie stromo pod gore. Mam ciagle wrazenie ze auto wyraznie przechyla sie na lewa strone - tzn tam gdzie wisi toperz. Widac ze sto kilo na lewej burcie nie wplynelo dobrze na rownowage pojazdu. Z punktu widzenia toperza wygladalo to jeszcze ciekawiej- zwlaszcza jak widzial pod soba kolejne przepascie albo zastanawial sie czy nim nie przetra o mijana skale. Toperzowi totalnie dretwieja lapy-ponoc mial duza motywacje zeby sie mocno trzymac ;)
Gazikiem podrozuje grupka znajomych zmierzajacych na dacze na impreze. Mowia ze jak po zwiedzeniu klasztorku bedziemy miec ochote to mozemy do nich przyjsc na kolacje i nocleg. Poczatkowo nawet to rozwazamy, ale uroda miejsca przyklasztorkowego jak i spora odleglosc do majaczacych na horyzoncie zabudowan zweryfikowala nasze plany.
Jeden z jadacych gazikiem facetow ma strasznie przekrwione oczy i trzyma przy glowie szmatke co chwile moczona w zimnej wodzie. Raz po raz rozglada sie po samochodzie nieprzytomnym wzrokiem. Siedzaca obok kobieta glaszcze go po glowie i przyklada zimne kompresy na kark. Pytam czy sie uderzyl w glowe- auto tak podskakuje na wybojach ze nie byloby to niczym dziwnym. Ponoc nie- glowa zaczela go tak strasznie bolec nagle i z niczego. Nie wiem czy gosciowi przygrzalo slonce, czy skoczylo cisnienie ale wyglada jakby zaraz mial wykorkowac.. Proponuje ze moge im dac tabletki przeciwbolowe ale nie chca. Mowia ze na daczy maja jakies lecznicze ziola, zarowno do picia jak i kapieli. Wymieniaja ich nazwe ale niestety nic mi ona nie mowi wiec za 5 minut juz jej nie pamietam.
Jedzie sie dosyc przyjemnie choc troche przeszkadza mi lezacy na nodze karnister, wymuszajacy pozysje z wygieciem stopy w bok. Na poczatku mnie to drazni, potem noga zaczyna bolec coraz bardziej, ostatecznie tak cierpnie ze przestaje ja czuc wiec juz jest ok. Ciezko jest tylko potem wysiadac bo musze podjac decyzje czy sie wybijac z tej nogi ktorej nie czuje czy na nia zeskakiwac. W wybijaniu sie mozna sobie pomagac rekami wiec chyba to jest lepsza opcja. Wysiadamy w poblizu klasztorku. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chwile obydwoje podskakujemy i machamy rekami coby odzyskac czucie w poszczegolnych kawalkach. O ile nasi znajomi patrza we wsteczne lusteka to musi to bardzo dziwnie wygladac- jakis rytualny taniec na srodku drogi.

Tsahats Kar to kompleks dwoch dobrze zachowanych swiatyn, przy ktorych jest duzo chaczkarow, plyt nagrobnych, zarowno stojacych jak i lezacych na ziemi. Drzwi cerkiewek sa zabezpieczone plotkami antybydlecymi. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Ciekawa jest plaskorzezba gdzie jakies kotowate stworzenie probuje chyba pozrec krowe (albo nawiazac z nia znajomosc jakiegos innego rodzaju)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nacerkiewne ptactwo tez jest jakies drapiezne

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Obok jest pod drzewem biesiadka i zrodlo. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W wokol gory, gory i jeszcze wiecej gor. I widac twierdze Smbataberd na ktora wybieramy sie jutro. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Szukajac miejsca na namiot odkrywamy ze na pobliskim pagorku ukryly sie ruiny jeszcze jednej niegdys ogromnej swiatyni. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chyba bysmy sie zabuczeli z zalu jakbysmy przegapili ten element okolicznego krajobrazu i np. dowiedzieli sie o nim po powrocie do domu. W ruinach jest duzo lukowatych sklepien i jakby dawnych cel czy bocznych pokoikow. Sa tez napisy wyryte na scianach i cos co przypomina kolo mlynskie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dostepu bronia kolczaste rosliny i krzewy. Przedzierajac sie do ormianskich ruin czlowiek z rozrzewnieniem wspomina delikatne galazki polskich straznikow miejsc opuszczonych- takich jak pokrzywy czy maliny. Tu kolce nie drapia lekko skory tylko wyrywaja spore kawalki miesa. Te mniejsze wbijaja sie gleboko i juz tam pozostaja piekac potem zywym ogniem przez kilka dni.
Przy biesiadce zjadamy kolacje, zapijamy winem sluchajac cykad i wpatrujac sie w coraz wieksza ciemnosc ktora nas otacza. Nad stolem wisi cedzak do makaronu.
Jeszcze przed zmrokiem toperz wypatrzyl na scianie cerkwi weza ktora ma chyba poltora metra dlugosci. Poczatkowo chce mu zrobic zdjecie ale o tej porze dnia musialoby byc z blyskiem. A jak sie gadzina przestraszy i postanowi na nas rzucic? nie… moze zamiast do niego podchodzic lepiej spokojnie i powoli sie oddalic. Niech sobie tu zyje w spokoju wsrod chaczkarow. I z dala od nas. Wpadamy troche w amok- od razu ubieramy buty. Siedzielismy sobie przy kamiennym stole wietrzac stopki. Toperz znajduje tez wielki zelazny pret i dokladnie obstukuje nim miejsce pod namiot. Troche nas kolega wezasty przestraszyl.

Obserwujemy gwiazdy ktorych jest zatrzesienie. Wydaje sie nam ze Wielki Woz jest jakby dziwnie nisko i jakos przechylony. Tu po raz pierwszy wypatruje tez na niebie ciekawa konstelacje ktora na wlasne potrzeby nazywam “Mini Wozik”. Jest to 7-8 gwiazd bardzo blisko siebie poloznych, wrecz jedna prawie na drugiej. Ukladaja sie w ksztalt podobny do znanych “wozow” tylko dyszlem do dolu. Widac ja dosyc nisko nad horyzontem. Towarzyszy nam przez caly wyjazd. Nigdy wczesniej tego motywu na niebie nie widzialam.

Wschodzi tez ksiezyc ktory jest prawie w pelni. Ma dzis wyrazna zdziwiona gebe i wybaluszone oczy. Wyglada zupelnie jak na obrazkach ze starych bajeczek. Moze sie nie spodziewal ze nas tu zobaczy?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Cykady przekrzykuja sie ze stworzeniami ktore kwila w zaroslach porastajacych ruiny.

Rano dosyc duzo czasu schodzi nam na sniadaniu, praniu oraz kwikaniu wokol namiotu i kosciolkow. Probujemy tez wyprostowac pogiete sledzie ktore jak toperz twierdzi zbyt ochoczo wdeptuje butami w skaliste podloze.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Potem postanawiamy wdrapac sie na twierdze Smbataberd. Z daleka podejscie wydaje sie byc masakryczne a tak naprawde nie jest wcale tak stromo.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


A tu widac kosciolek przy ktorym spalismy (przy prawej krawedzi zdjecia, w polowie wysokosci)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Twierdza wyglada jakby niedawno przeszla jakis remont- sporo jest nowego betonu, mury sa rowne i sie wogole nie sypia.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Specjalnie na okolicznosc popasu w tym miejscu niesiemy od wczoraj piwo.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Patrzac w doliny dochodzimy do wniosku ze powinno dac rade zejsc stad prosto do Jeghegis.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nie trzeba bedzie wiec wracac ta sama droga i oszczedzimy jakies 20 km. Na zejsciu poczatkowo jest jezdna droga ktora po chwili nie wiedziec czemu zamienia sie w sciezke ktora zanika. Schodzimy wiec osypujacym sie zboczem. Kawalki zjezdzamy na kuprach zostawiac za soba chmure pylu. Pod wielkim drzewem jest jedyne miejsce gdzie mozna zaznac troche cienia.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W Jeghegis pytamy w sklepie o lawasz, ser, pomidory, cebule. Sprzedawczyni mowi ze zdziwieniem ze nie ma. Wogole jest malo sympatyczna i patrzy nas jak na jakis idiotow ze wpadl nam do glowy tak irracjonalny pomysl jak pytanie w sklepie spozywczym o jedzenie. Sytuacje ratuje jakas przechodzaca babka. Mowi ze tu kazdy ma swoj ser, lawasz i warzywa, a w sklepie sprzedaje sie wodke, piwo i cukierki. Obiecuje tez odsprzedac tam troche domowego jedzenia. Toperz zostaje na lawce pod sklepem z plecakami a ja ide z babka do domu. Prowadzi mnie chwiejnymi schodami na wielki taras przechodzacy w rownie wielki pokoj. Tam juz siedzi jej maz, syn, synowa i dzidzius w kolysce. W pokoju sa tylko miejsca do spania, stol i telewizor. Nie ma zadnych szaf. Sadzaja mnie za stolem i zaczynaja go nakrywac, przynosza serwetki, filizanki, talerze. Gdy mija 15 minut mowie ze ide po toperza ktory napewno sie juz martwi co mnie pozarlo, majac nadzieje ze przynajmniej jeden z chlopakow zrozumial wygloszona kwestie. Gdy wracam z toperzem na stole juz stoi kawa. Czego u licha tak sie przyjelo ze kazdy pije kawe??? Musze wiec wdusic w siebie ta trucizne mimo ze to dla mnie ani smaczne, ani zdrowe.. Pytaja mnie czy chcemy lawasz suchy czy mokry. Bo ja wiem? Mowie ze nooo.. lawasz, taki normalny, do zawijania.. Wiec chyba znowu wychodze na debila ;)
Lawasza zamawiamy 8 kawalkow, ale sa one jakos wieksze niz te co kupowalismy poprzednio wiec mamy problem gdzie go wcisnac aby nie zaplesnial i nie zgniotl sie za bardzo. Toperz postanawia ze wlozy go do plociennego worka w ktorym dotychczas podrozowala karimata i przytroczy na zewnatrz plecaka

W wiosce zwiedzamy tez kosciol. Ma trawe na dachu i bardzo duze chlodne wnetrze przepelnione spiewem ptakow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Lapiemy stopa do Hermon- wiezie nas zolty moskwicz lat 35. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Plecaki umieszczamy w bagazniku i zawiazujemy klape na czerwona sznurowke ktora zawsze mam w kieszeni na takie okazje. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kierowca Saak pracuje w mijanym lesie. Nie wiem na czym polega ta praca czy rabie tam drzewa czy podlewa. Drzewka sa malutkie i ogolnie rachityczne a i obszar zagajnika dosc znikomy. Saak jest tez wlascicielem sklepu w Hermon do ktorego nas zabiera. Robimy zakupy, mamy okazje poznac zone Saaka oraz corke z wnuczka.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dostajemy pomidory i papryke z ich ogrodka. Saak opowiada ze rok temu goscil dwojke turystow. Potem przyslali mu list, ale nikt z calej wsi nie potrafi go przetlumaczyc. Postanawia wiec skoczyc do domu po list-to moze my mu pomozemy. Turysci jak sie okazuje byli Holendrami a list napisali po angielsku. W liscie stoi to czego mozna sie bylo spodziewac- ze dziekuja za goscine, ze bylo milo, ze Armenia to piekny kraj itp. Obiecujemy ze tez przyslemy list. 
Saak podwozi nas kawalek w strone Arates. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Odleglosciowo nie jest to duzy dystans ale jest to dla nas ogromna pomoc bo nie musimy podchodzic pod stroma serpentyne. Ponoc mamy male szanse zlapania stopa do Arates. Nikt tam na stale nie mieszka, tylko kilkanascie osob pracuje w malej fabryczce. Po prostu opuszczona osada przy bocznej, slepej drodze. Tylko czemu do tej opustoszalej wsi prowadzi swiezy i rowny asfalt jakiego prozno bylo szukac na glownej drodze?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pelzniemy wiec rozpalona droga ktora dluzy sie niemilosiernie. Wyobrazamy sobie juz uroczy klasztorek za wsia, nad potoczkiem a obok bijace zrodelko. Oczyma wyobrazni widze juz jak robie pranie i rozwieszam na drzewach a potem pijemy wino, zagryzamy oliwkami i sluchamy cykad skaczacych po chaczkarach.. A tu dupa… Zruinowany klasztorek jest w srodku wioski, miejsca na namiot to przy nim raczej nie ma, a tym bardziej terenu nadajacego sie na kibelek. Wszedzie chaczkary, gruzowisko albo droga… Wody tez brak. Wokol rozsiane sa domy. Czesc faktycznie robi wrazenie opuszczonych ale slyszymy tez muczenie krowy, pianie koguta i pokrzykiwania ludzi. Miejsce jest ladne ale do spania to sie totalnie nie nadaje..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest juz dosc pozno, slonce zaczyna zachodzic. Jedynym wyjsciem jest wypelznac na ktoras z okolicznych gorek. Gorskie drogi prowadza do kosnych lak i tam sie koncza. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Upatrujemy sobie jedna gorke i wlazimy na nia na przelaj. Jest tu kilka dogodnych tzn plaskich miejsc na namiot.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na szczycie gorki widac wyrazny okrag jakby wypalonej trawy. Dziwi jego regularny ksztalt i “ostre” brzegi- tzn tu trawa jest zweglona a centymetr dalej rosna juz nomalne swieze roslinki. Wkrecamy sobie ze jest to zapewne druga przelecz Diatlowa, ze pewnie tu ladowalo UFO, tylko inna ilosc turystow do pozarcia jest tu preferowana przez moce pozaziemskie ;)
W nocy swieci w dole tylko fabryczka, domy sa wygaszone. Czasem jednak zaszczeka gdzies pies. Wies nie sprawia wiec wrazenia opuszczonej, ale tylko “sluchowo”. Zadnego psa, krowy ani czlowieka nie widzielismy tam przez caly nasz czas pobytu. Na sasiednim grzbiecie zamykajacym horyzont blyska jakies regularne swiatlo- wyglada jak latarnia morska.

Slonce budzi nas kolo 8. Zjadamy sniadanie na upalnej, wyprazonej lace, pelnej nieznanych mi roslin.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dlugo siedzimy wpatrujac sie w postrzepione gorskie pasma, w zbocza poryte wawozami potokow, a wszedzie pusto, cicho, tyle kolebia sie plowe trawy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Schodzimy do wioski Arates ze zdecydowanym planem zazycia kapieli w potoku. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nad rzeczka stoi gasienicowy traktor ATZ- Altajskij Traktornyj Zawod.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rzeczka jest cudna, pelna glebokich buniorow, wodospadow, wielkich kamulcow i malutkich jaskin. Plywamy, pierzemy, wygrzewamy sie.. calkiem nie chce nas sie stad odchodzic. Znow plywamy bo udalo sie odkryc nowy bunior, glebszy, z wieksza iloscia wodospadow. Na pluskaniu i cieszeniu sie rzeka schodzi nam przynajmniej ze dwie godziny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wystepuja tu jakies dziwne wodne rosliny

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Brzegi wawozu wygladaja jak skamieniale geby- nawet fryzurki maja!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdy docieramy do Hermon dochodzimy do wniosku ze opanowalo nas lenistwo i najlepiej by bylo zeby nas ktos zawiozl autem na przelecz. Idziemy wiec do sklepu do Saaka coby sie zorientowac w tej sprawie. Pytamy- moze jakis sasiad czy kuzyn ma niwe i chcialby zarobic, dogadamy sie co do ceny. Saak dzwoni, rozpytuje ale chyba nikt nie ma ochoty robic tu dzis za taksowkarza. W koncu Saak stwierdza ze sam nas zawiezie na ta przelecz i to za darmo, nawet nie chce kasy za benzyne. Szkoda tylko ze nie wiedzial wczesniej, teraz wlasnie zaczal naprawiac klamke w swoim moskwiczu. Pyta czy mozemy poczekac 3 godziny. Mowimy ze nie bardzo, ze to dla nas za pozno, ze dziekujemy, pojdziemy pieszo. Na tym etapie Saak mowi zeby zaczekac i zaczyna na szybko skrecac klamke. Nie mam pojecia czemu w pelni sprawna klamka jest tak wazna do pokonania owej trasy. Zaczynam miec tez powazne watpliwosci czy nasz znajomy kiedykolwiek byl na owej przeleczy np. pyta nas czy tyle a tyle gazu wystarczy. Ciekawe czy ow moskwicz wogole da rade tam dojechac- droga na mapie jest znaczona na bialo, jest duzo serpentyn i spore przewyzszenie.. Ja wiem ze Misza na Armaghanie juz udowodnil ze dla radzieckiej mysli technicznej nie ma tras nie do pokonania, o ile oczywiscie hart ducha kierowcy pozwala i “Bog jest z nami”. Dziele sie z Saakiem moimi watpliwosciami co do trudnosci na trasie. On jednak zarzeka sie, ze tam jest normalna droga i kazde osobowe auto da bez problemu rade i ze zaraz pojedziemy. Acz nie pojedziemy prosta droga- musimy najpierw pojechac do Jegegnadzoru po gaz. Na tym etapie calosc wydaje sie juz zupelnie nie miec sensu. Na przelecz jest chyba kolo 20 km, a do Jegegnadzoru conajmniej 30 w przeciwna strone! Na tym etapie do sklepu przychodzi duzo ludzi. Kupuja, ogladaja towar, gawedza, kreca sie w kolko, oddaja co juz kupili i wymieniaja na co innego. Czas plynie, slonce jest coraz nizej. Mamy okazje obserwowac rozne obrazki z zycia wsi np. przeped stada koni

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Probujemy sie pozegnac ale Saak jak mantre powtarza - poczekajcie jeszcze chwile. Gdy nic juz nie zapowiada jakiegokolwiek postepu we wspolnym pokonywaniu drogi na przelecz zabieramy plecaki, tlumaczymy ze na nas juz czas, ze uwielbiamy chodzic pieszo i razno tuptamy naprzod zmeczeni dwugodzinnym czekaniem bez sensu. Po drodze do Goghtanik sa fajne skaly, bazaltowe slupy, organy czy jak to jest w zwyczaju nazywac takie formacje.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przed wsia lapiemy na stopa lade- taksowke odwozaca do wioski jednego z mieszkancow. Kierowca proponuje ze za drobna oplata wywiezie nas polowe drogi na przelecz. Zgadzamy sie. Jest dla mnie szokiem jak osobowa lada swietnie sobie radzi z ta droga. Mimo sporego nachylenia silnik wogole nie wyje. Mimo glebokich kolein i solidnych kamulcow przytarla podwoziem tylko dwa razy. Skodusia to by sie tu na samym poczatku rozpadla na srubki, pomijajac fakt ze wogole by nie pokonala podjazdu pierwszej serpentyny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dalej droga robi sie jeszcze gorsza wiec sciagamy plecaki z lady i tuptamy pieszo. Taksiarz podwiozl nas chyba ? drogi. Moskwicz nie mial szans dojechac na przelecz...

Naszym oczom ukazuje sie coraz wiecej gor, kolejnych pasm, wioseczek zawieszonych na krawedzi wawozow lub wcisnietych pomiedzy ich wysokie cieniste sciany..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Skomentuj tę część relacji


 

Wylazimy na przelecz a potem na gorki ja otaczajace. Na szczycie jednej z nich stawiamy namiot.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na wszystkie strony jest cudny widok na plowe poloniny, przeplatajace sie ze skalami i wawozami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Widac stad tez moj wulkan i prezentuje sie calkiem sympatycznie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kiedys wypatrzylam go na zdjeciu satelitarnym. Zrobila na mnie wrazenie strasznie gleboka dziura krateru (na Armaghanie takiej nie bylo)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


O zmroku obserwujemy zmagania zblakanej niwy, ktora probuje nie spasc w przepasc i pokonac droge po grani sasiedniego pasma. Jest juz prawie ciemno, droga jest kamienista i kreta, wiec autko posuwa sie niesamowicie powoli. Kilkakrotnie mamy wrazenie ze ktos wysiada i oglada droge pieszo. Ostatecznie szczesliwie zjezdzaja w strone wsi.

W nocy zrywa sie straszny wiatr , wiejacy jakos falami. Najpierw slychac ze duje dosc daleko, slychac szum i gwizdy latajace gdzies miedzy skalami i trawami a potem nagle buch! i ten powiew wali w namiot. Zaczyna nim trzepotac, przyginac dach, wydawac dziwne dzwieki jakby charczenie i piski. Boimy sie zeby palakow nie polamalo. Nie spie chyba ze dwie godziny, bo wycia wiatru nie tlumia nawet stopery wetkniete mocno w uszy.

Budzi nas slonce prazace w namiot.

Schodzimy na przelecz, mijamy pozniej rozne bacowki, wypasy- owce, krowy,kozy, a takze ptactwo. Nowoczesne bacowki juz nie sa kryte gontem, nawet nie omszalym eternitem.. Kroluje wylacznie plastik...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pasterze galopuja na koniach przeganiajac bydelko z miejsca na miejsce. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pustynna droga do Karmraszen troche sie nam dluzy, nic nie jezdzi wiec na stopa szansy nie ma.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kawalek od drogi rzuca sie w oczy jaskrawo zielony placek trawy posrod jednolitej plowosci- peknieta rura! Sika woda jak calkiem porzadny gejzer! 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Upal jest spory wiec bardzo przyjemnie jest sie zrosic i wsadzic pysk w strumien zimnej wody. Poczatkowo planuje zrobic tu pranie, w ale malym jeziorku utworzonym z wyplywajacej z rury wody zyje zaba. Nie moge tego zrobic zabie zeby jej maly domek zafajdac mydlinami. Trudno- nie bedzie na jutro czystych koszulek i skarpet. Zaba patrzy na nas ze zdumieniem i na wszelki wypadek nurkuje pod liscie. Probuje jej zrobic zdjecie ale woda natychmiast zalewa aparat. A nad “zrodelkiem” tworzy sie tecza!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Do Karmraszen wkraczamy z ambitnym planem znalezienia sklepu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zarcie nam sie skonczylo i wypadaloby uzupelnic zapasy. Ledwo przekraczamy rogatki wsi gdy spod ziemi wyrasta babka i zaprasza nas do siebie w gosci. Z rozswietlonego upalnego dnia wchodzimy w ciemna i chlodna czelusc kamiennego domu. Na stole zaraz pojawia sie herbata, kawa oraz arbuz i melon. Pozeramy lapczywie owe owoce, takie sa chlodne i pelne wody! Nasza gospodyni ma na imie Amelia. Poznajemy tez jej meza Walusza, ktory bardzo alergicznie reaguje na aparat i prosi aby nie robic mu zdjec. Wogole jest to pierwsza lokalna rodzina gdzie widac ze to babka wszystkim kreci, o wszystkim w domu decyduje. Amelia oprowadza nas po gospodarstwie, pokazuje piec do lawasza i setki przetworow na zime. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wszystko robia tu sami. Pieka lawasz - z maki, wody i drozdzy. Worki maki dostaja np. za krowe. Maka jest sprowadzana z Rosji. W Armenii ponoc nie ma zbytniego urodzaju na zboza i prawie sie ich nie uprawia. Mleko, sery, pomidory, ogorki, papryke, kapuste, ziemniaki- wszystko maja swoje. Zyja dosyc biednie ale nikt nigdy nie jest glodny. Dbaja aby jedzenia bylo pod dostatkiem. Aby tak bylo konieczna jest zapobiegliwosc gospodyni i odpowiednie zebranie plonow i zaopatrzenie piwniczki. 
Najwiekszym problemem w tej wiosce jest zima, ktora trwa tu 6 miesiecy. Sniegu jest zwykle powyzej pasa a mrozy minus 20 sa norma. Ogrzewaja tylko jedna izbe malym zelaznym piecykiem. Amelia twierdzi ze jest tu wtedy temperatura +15 stopni, ale nie wiem czy jest to mozliwe. Armenia cudny kraj ale tych zim to ja im nie zazdroszcze! 
Ich rodzina mieszka w tej chacie od 20 lat. Wczesniej to byl dom zamieszkany przez Azerow. Za czasow Sajuza wogole bylo ich duzo w Karmraszen, prawie 20%. Zyli z Ormianami w miare zgodnie, tzn starali sie zachowac wzgledem siebie chlodna obojetnosc. Zdarzaly sie oczywiscie jakies bojki czy ktos komus zrobil na zlosc, ale wiekszych incydentow nie bylo. A potem przyszla wolnosc i w ludziach obudzily sie demony. Dzis w wiosce nie ma juz zadnego Azera. Pytam czy wyjechali do swojego kraju ale moje pytanie zbywaja milczeniem.
Amalia uczy mnie roznych ormianskich slow, glownie dotyczacych jedzenia i zwierzat gospodarskich. Barusz- ser, lori- pomidor, warunk- ogorek, bibar- papryka, ysz- osiol, dzi- kon, kof-krowa, wochczar- baran, than- jakas potrawa z mleka, cos jak jakies mleko sfermentowane? Sunk-... No wlasnie.. Na tym etapie trwa dlugie wyjasnianie, jakies zawile i trudne do pojecia. Na poczatku mam wrazenie ze chodzi o jakas rybe, ale ostatecznie wychodzi jakby to byl jakis grzyb albo glon? Napewno jest to cos do jedzenia i to cos jest pyszne.
Poznajemy tez jednego z trzech synow Amalii i Walusza- Garika. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wszyscy synowie mieszkaja w Karmraszen i zajmuja sie pasterstwem. Garik przyjezdza na koniu. Gospodarze wybitnie chca zebysmy siedli na konia albo choc go poglaskali ale zwierzak jakos wybitnie sie nas boi i strasznie wierzga, wiec my sie go tez zaczynamy bac i wolimy sie oddalic. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wystarczy ze na chwile znikam z Amalia w ogrodzie to Walusz zaraz wyciaga flaszke i polewa toperzowi. Amalia mowi ze jej maz stanowczo za duzo pije i ma z nim klopot. Pyta czy w Polsce tez mamy takie problemy i czy mamy jakies sprawdzone metody jak sobie z tym poradzic. Toperz potem potwierdza slowa Amelii- przez 10 minut poszly chyba 4 kolejki samogonu, bez zakaszania, bez toastow…
Zostawiamy na pamiatke kieliszek z Polski. Amelia strasznie sie cieszy i potem stawia go na naczelnym miejscu w barku. Wychodzi tez troche smiesznie bo okazuje sie ze jest on o polowe mniejszy od tutaj uzywanych. Jak przelewaja wodke do nowego kieliszka ze starego to prawie polowa zostaje.. Amelia smieje sie ze teraz jak jej maz bedzie pil z nowego, mniejszego kieliszka to moze bedzie pil mniej.
Dziwne tez jest to ze sporo miejscowych nie zna swojego adresu. Jako adres podaja imie i nazwisko i nazwe wsi. Zadnego numeru domu, ulicy, kodu pocztowego. Amelia dlugo szuka w szafie swojego paszportu coby sprawdzic czy tam cos wiecej nie jest napisane. Chcemy wyslac im zdjecia, ale czy one dojda?
Walusz na pozegnanie proponuje zebysmy sie wymienili agrafkami (mam kilka takowych wpietych w plecak- bardzo pomocne do suszenia prania podczas marszu). Walusz mowi ze jego agrafka ma 20 lat i zebym jej nie zgubila. Wyglada zupelnie identycznie jak ta moja. Gospodarz moja agrafke wpina sobie pod marynarke. Ja ta jego w plecak. Czuje sie jakos mocno nierealnie.

Idziemy przez wies i szukamy sklepu. Widac wyraznie ze kiedys dzialal tu spory kolchoz. Stoi sporo pietrowych blokow, duza szkola, boisko sportowe, zruinowane budynki gospodarcze, jakby stajnie. Bloki sa w polowie opuszczone. Czesc mieszkan jest zamieszkana. Czesc pokoi i balkonow, glownie te na parterze sluza jako stajnie oraz magazyny workow, siana, opalu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Osiolek- milosnik gry w kosza

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W jednym z blokow z okna na pierwszym pietrze wystaje krowi leb. Ciekawie sie to komponuje zwlaszcza z doniczka z kwiatkami na parapecie i wiszacym obok termometrem. Nie zdazylam zrobic zdjecia, krowie znudzilo sie podziwianie widokow i zapewne wlasnie schodzi po schodach do swoich pokoi.
Pytajac kilkakrotnie miejscowych o droge, w koncu odnajdujemy sklep. Po prostu jedne z drzwi w jednym z blokow prowadza do wylozonych towarem poleczek. Zapewne nie ma sensu opisywac, kupuja w nim tylko miejscowi, a sklepik jest od lat w tym samym miejscu. Przed sklepem lezy kaloryfer i stoja kinowe krzeselka. Widac dokladnie ze kiedys wioska prosperowala zupelnie inaczej…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rozsiadamy sie na chwile na sklepowych schodach.. Dzieciaczki kopia nieopodal pilke, specjalnie tak zeby przelatywala blisko nas i symulujac zabawe mozna sie bylo choc troche przyjrzec niecodziennym gosciom. Potem to komentuja szeptem miedzy soba (tak jakby glosna rozmowa cos zmieniala i miala jakis wplyw na nasza mozliwosc zrozumienia jej ;) )

Wioska robi wrazenie miasteczka z Dzikiego Zachodu. Pietrowa zabudowa przy pylistej drodze, gdzie wiatr przewala zeschlymi kolczastymi chwastami. Pasace sie stada, kowboje na koniach mknacy po okolicznych stepach. Czasem nawet jakies strzaly slychac tu i owdzie, a jedna luske ktora znalezlismy to chyba kaliber na niedzwiedzia.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chwile siedzimy przy drodze popijajac wodke z gwinta. Nie dla przyjemnosci tylko dla zdrowotnosci. Cos nas dzisiaj troche kreci w brzuchu i czesciej biegamy za krzaczki. Pewnie wypilismy jakas nie taka wode albo za malo sie umylo jakas brzoskwinke. No i plan jest taki zeby sie odkazic od srodka. To zawsze dobrze dziala, a jakos na tym wyjezdzie poki co zbyt rzadko to czynilismy, wiec pewnie przez to nasze klopoty. Rok temu to Piotrek i Mlody bardzo dbali zeby codziennie do kolacji byl odpowiedni trunek :))

Siedzimy dobra chwile na wygrzanym szutrze a droga nic kompletnie nie jedzie w strone Herher. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Decydujemy sie ze jednak pojdziemy zajrzec sobie do wulkanu! :)
Skrecamy w pylista droge prowadzaca do gory. Mijamy opustoszaly kamieniolom.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W tygodniu zapewne dziala- rozrzucone tu i owdzie maszyny sa napewno na chodzie i barak stoi posrodku. Ale niestety nikogo nie ma. A chcielismy pozyskac troche wody.. 
Kawalek dalje spotykamy pasterza na koniu. Zabawne jest jak dziadek chce do nas podjechac a kon sie boi i ucieka w przeciwna strone. Pytamy gdzie mozna nabrac wode a dziadek zaraz nam wrecza swoja butelke. Nie chcemy zabierac pasterzowi wody. Ale on tlumaczy ze jak bedzie potrzebowal to znajdzie sobie zrodlo i odjezdza. 

Dosyc trudno znalezc tu plaskie miejsce na namiot. Zostawiamy wiec plecaki i rozlazimy sie po okolicy. Pod jednym z drzewek udaje mi sie znalezc w miare plaski placyk. Wolam do toperza ze tu jest fajnie. Toperz bierze oba plecaki i idzie w moja strone. Przychodzi lekko zdyszany i mowi ze sie zmeczyl. Przypuszczalnie masa owego ladunku 60 kg nie przekraczala.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Siedzimy sobie obserwujac migracje stad po pastwiskach

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

a potem coraz cieplejsze kolory okolicznych gor.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Karmraszen widziane z gory

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Juz w gasnacym sloncu wpada nam do glowy pomysl zeby dzis isc na wulkan. Zostawic tu plecaki i isc na lekko. Przeciez to musi juz byc blisko! Pniemy sie zatem do gory, od krzaczka do krzaczka, od kamienia do kamienia. Wpadamy po uszy w jakies zagajniki suchorosli a wokol robi sie coraz ciemniej. Jednak bylismy mocno w bledzie. To co mielismy za szczyt szczytem nie bylo. Do szczytu jeszcze kawal drogi. A poza tym i tak juz jest ciemno. Jak niepyszni wracamy. Cala powrotna droge boje sie ze nie znajdziemy namiotu. I zostaniemy tu na sklonie z jednym sweterkiem i bez wody. Namiot udaje sie odnalezc. W oddali sie blyska, mam nadzieje ze jutro szlag nie trafi pogody. Cykady wokol graja a my jestemy strasznie padnieci. Dobila nas ta wieczorna wspinaczka… 

Rano budze sie troche polamana, mialam pod plecami spora mulde. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Sniadanie ....

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

i wspinamy sie na wulkan. Jakbym miala deja vu. ;) Nasz stojacy u podnoza namiot robi sie coraz mniejszy i mniejszy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tak to mozna chodzic po gorach, ani szlaku, ani sciezki, tylko pachnace lany suchorosli pod butami. Kazdy krok to chrupniecie wyzwalajace cudny zapach lekko tracajacy macierzanka.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Spod nog ucieka nam furkoczace ptactwo, pasikoniki giganty i grubasne jaszczurki. Chyba ostatnio dosc marnie jemy bo zaczynam patrzec na rozne biegajace i skaczace stworzenia przez pryzmat tego , ze ciekawe czy by byly smaczne ;)
Wychodzi na to ze wczoraj bylismy gdzies w ? drogi na szczyt. Im wyzej tym mniej suchorosli a wiecej zuzlu. Krater jest mniejszy niz sie spodziewalam i nie robi az takiego wrazenia.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na dole sa jakies ruiny, jakby starej bacowki. Widac tez ze od drugiej strony prowadzi tam droga, zapewne “niwoprzejezdna”. Nie chce nam sie schodzic na dol (biorac pod uwage perspektywe wchodzenia na gore). Troche slabe jest z tymi wulkanami ze sa to gory na ktore trzeba wchodzic dwa razy. Rozsiadamy sie pod slupem okreslajacym chyba najwyzsza czesc szczytu

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

i zabieramy sie za degustacje wina “Anusz” ktore sobie tu przynieslismy. “Anusz” to slowo po ormiansku ktore jest chyba “nietlumaczalne” na inne jezyki. Wypowiada sie je po lyknieciu kielicha. Pozostali biesiadnicy wtedy mowia “na zdrowie”. Wino o tej wdziecznej nazwie jest niestety niepijalne. Chyba nie jest zepsute ale nam po prostu nie smakuje. Korkujemy je spowrotem i zostawiamy na szczycie. Moze ktos sie ucieszy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zbieramy namiot, pozostawione graty i pelzniemy w strone Herher. Nie probujemy nawet lapac stopa, wiedzac ze przed wioska powinna byc cerkiewka, ktora planujemy odwiedzic.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

 

Skomentuj tę część relacji


Docieramy na obrzeza wsi Herher i zaczynamy sie rozgladac za cerkiewka Surp Sion. Udaje sie ja wypatrzec. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest fajnie polozona, na skale, nad rzeka, otoczona pionowymi scianami. No wlasnie- jest blisko, ale za glebokim wawozem. Probujemy sie jakos przebic w tamta stron. Przedzieramy sie przez sady pelne kwasnych jablek, jakies podmokle rowy i spalone laki. Nie przebywamy wcale duzej odleglosci ale udaje nam sie skutecznie zmeczyc. I dochodzimy do krawedzi kanionu. Super… Kamieniem to by juz dorzucil...i coz z tego?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Idziemy wiec wzdluz urwiska w strone wsi- przeciez tam musi byc jakas droga! W koncu odnajdujemy sciezke, mostek wykonany z zalanych betonem rur, calkiem dogodne dojscie. Co ciekawe- jest to jedna z chyba niewielu ormianskich cerkiewek gdzie sie nie da dojechac samochodem! Dnem wawozu plynie potoczek. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po trzech dniach w gorach zapodaje sobie kompleksowa kapiel w potoku. Wlasnie zamierzam zaczac sie wycierac gdy slysze ze toperz (ktory zostal przy plecakach) wola ze ktos idzie. Naciagam wiec nerwowo gacie na mokry kuper, koszulke tyl na przod i na lewa strone… ufff zdazylam! miejscowi nie beda miec zabawnego zdjecia na “odnoklasniki” ;)

Przybyla ekipa sklada sie z miejscowego z Herher oraz dwoch turystow z Erewania ktorych on oprowadza. Zwiedzanie idzie im strasznie szybko wiec po chwili zostajemy znow sami. To znaczy nie tacy do konca sami. Cykady strasznie dzis dra ryja. Jakos wyjatkowo glosno i jakby echo wawozu potegowalo ten dzwiek. W cerkwi ptaszek ma gniazdko przy oltarzu, a jego cwierkanie odbijaja ciemne, osmalone przez tysiace swiec kopuly.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na wygrzanych chaczkarach przycupnela jaszczurka. Udaje ze jej nie ma. Mozna jej polozyc aparat prawie “na twarzy”. Zreszta calkiem niezle jej idzie to udawanie- wyksztalcila sobie idealne maskowanie do ukrywania sie na starym kamieniu pelnym porostow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na scianie cerkwi jest plaskorzezba drapieznego ptaka trzymajacego w szponach krowe. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Cos te krowy mialy tu przerabane.. Tu czyha na nie ptak, w Tsahats Kar znowu jakis lew je napastuje ;)

Namiot rozbijamy z widokiem na kosciolek, skaliste sciany i nasz wulkan. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Miejsce cudne pod kazdym wzgledem..prawie.. Raju nie ma nigdzie.. Nie da rady dlugo usiedziec przy namiocie. Muchy! Wreszcie wiem co czuje krowa na pastwisku gdy obsiada ja tysiac much, gdy wlaza do oczu, nosa, uszu. Jednostajny bzyk i laskotanie dziesiatek lapek. Nawet nie gryza, tylko laza tam i spowrotem, siadaja, a stracane wracaja jak bumerang. Juz wiem po co krowa ma ogon. Ja nie mam. Nie umiem sie tez wachlowac uszami. Uciekamy wiec znow pod cerkiewke. Tam jest wyzej, bardziej wieje i nie ma tych upiornych stad insektow..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rano nie budzi nas slonce. Spimy smacznie chyba do wpol do dziesiatej bo zaslania nas sciana wawozu. Na sniadanie zjadamy resztki (a przynamniej sie nam tak wydaje).

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Idziemy do Herher. W sklepie nie ma za bardzo nic do jedzenia, ale mamy dzis plan dotarcia do glownej drogi, albo nawet do Dzermuka, wiec za bardzo nas to nie martwi. Kupujemy cztery piwa, ale niestety nie da rady wypic ich spokojnie pod sklepem. Zbiegla sie cala czereda dzieciakow, gapia sie na nas i glupkowato smieja.

Idziemy wiec pod kolejna cerkiew polozona we wiosce. Jej wnetrze jest ogromne, chlodne, pelne kolumn i zapachu dawno zgaslych swiec. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chaczkary wystepuja wszedzie- wtopione w sciany i sufity, nieraz w miejscach gdzie by sie czlowiek zupelnie ich nie spodziewal.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Na dachu cerkwi rosnie trawa. Tam sie rozsiadamy i wypijamy dwa piwa. Po rozrzuconych wokol butelkach widac ze nie pierwsi wpadlismy na pomysl pikniku w tym miejscu.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Przez wies idziemy pod prad kawalkady samochodow. Jest ich chyba z 50. Ki diabel? Wszyscy do nas trabia, machaja. Czuje sie jak wchodzac na jakas Polonine Wetlinska i odpowiadajac co chwile “czesc”. Niby bardzo mile, ale na dluzsza mete troche nuzace. Nie daje nam spokoju co to za powod wystapienia tego dziwnego orszaku. Pokrzykujemy wiec na auta majace otwarte szyby. Udaje sie dowiedziec ze dzis jest jakies specjalne swieto kiedy Ormianie odwiedzaja swoich zmarlych na cmentarzach. Wszyscy pojechali rano a teraz wlasnie wracaja z owych odwiedzin.


Potem idziemy w strone nastepnej swiatyni zwanej Chiki Vank poloznej na wysokiej skale. Droga kluczy wsrod kamienistych gor i wyschnietych zrodel.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Cerkiewka na skale jest malutka. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Miejscowi przychodza tu aby rytualnie zabijac kurczaki. Widac na kamieniach swieze slady krwi a w mur powbijane sa piora. Nad drzwiami plaskorzezby ptactwa. Szkoda ze nie udalo sie nam trafic na taki obrzad i moc podpytac miejscowych o rozne zwyczaje, tradycje, wierzenia…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Slady zbrodni ;-)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Siadamy wiec na czystych kamieniach tzn tych polozonych dalej od swiatyni. Odciazamy nasze placaki z kolejnych plynow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zastanawiamy sie jak sie dostac do drogi. Z gory dokladnie widac ze trzeba albo obchodzic wszystko dookola tak jak przyszlismy albo walic prosto w dol do drogi ktora jest niedaleko. Tylko ze ta druga trase przegradza wawoz. I stad nie widac czy uda sie sforsowac jego wysokie sciany czy raczej polecimy gdzies na ryj z lawina kamieni. Podejmujemy probe ale wyrasta pod nami sciana… Wracamy wiec jak niepyszni a niektorzy z nas sa strasznie wsciekli bo znow trzeba isc pod gore… ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na glownej drodze, gdy nabieramy wody, zatrzymuje sie zolta lada. W niej dwoch gosci z piwkiem w reku. Mowia ze za drobna oplata moga nas zawiesc gdzie chcemy, nawet do Dzermuka. Zgadzamy sie. Jeden z nich jedzie do domu po prawo jazdy, drugi zostaje z nami. Jakos na tym etapie ,po chwili zastanowienia przestaje nam sie to wszystko podobac. I coraz mniej mamy ochote gdzies z nimi jechac. Widac ze wypili wiecej niz poczatkowo myslelismy. Cos opowiadali ze zawioza nas do Dzermuka do jakiegos hotelu znajomych, albo do Gnevaz do swoich krewnych (po pewnej historii z Gruzji zdecydowanie wolimy jak nas ludzie zapraszaja do swoich domow..). Czekamy dosc dlugo, zastanawiajac sie jak tu sie wykrecic z umowy. Koles opowiada nam cos o pobliskiej skale, ze mieszka tam (lub kiedys mieszkal) pustelnik. Facet stosuje czas przeszly i terazniejszy zamiennie. Zreszta podobnie jak “wczoraj” i “jutro”, “isc” i “jechac”itp. Powoduje to pewny zamet i metlik w rozmowie, a gosc mowi duzo, glosno i chaotycznie. Widzielismy ze na wskazywanej przez niego gorze byly jakies ruiny, jakby resztki jakiegos muru. Ale zeby ktos tam teraz mieszkal? jakos nie chce sie nam wierzyc. 
Czekajacy z nami kilkakrotnie gdzies dzwoni i drze sie do sluchawki. Widac cos idzie nie po jego mysli. Mowi nam ze kolega zaraz przyjedzie, ale jest problem ze zona zabrala mu komorke. Czas plynie a zolta lada nie wraca. Moze madra zona uznala ze wypil za duzo i kluczyki od auta tez mu zabrala? Ostatecznie udaje sie wymigac od wspolnej jazdy i pospiesznie oddalic. Przez chwile mamy omamy ze nas goni zolta lada i co chwile sie za siebie ogladamy. 


Wedrujac tu sobie polami wioskami zwykle nie ma problemow z nabraniem wody. Wystepuje tu odpowiednik moldawskich studni- sztuczne zrodla- tzn przebite wodociagi. Sikaja one woda pod cisnieniem przewaznie na zgieciach, na zlaczach, przy pokretlach. Czesto rowniez w miejscach calkiem nieprzewidzianych, acz lezace nieopodal duze i ostre kamienie sugeruja na nie calkiem naturalny sposob powstawania nieszczelnosci. Czesto z owych przypadkowych dziur w wodociagach ochoczo korzystaja pasterze i ich stada. Woda tworzy syczace gejzery, w ktorych rozszczepia sie slonce, a wsrod teczowych kropel bujnie porasta miesista roslinnosc. Z daleka miejsca wodopoju mozna poznac nie tylko po syku rur ale takze po zielonych plackach wsrod plowego stepu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chwile pozniej lapiemy na stopa uaza busika i jedziemy nim do jeziora. Jakos sie nam odechcialo na dzis Dzermuka. A poza tym tyle czasu zeszlo na czekaniu ze i tak nie mamy szansy dotrzec tam przed zmrokiem. Ekipa z busika jest sympatyczna. Pytaja nas o przebieg naszej trasy i czy bylismy na wulkanie. Sa w szoku ze moglismy wpasc na tak dziwaczny pomysl aby isc tam pieszo. Po za tym zupelnie inaczej rozumiemy zdanie “byc na wulkanie”. My- jako ze wylezlismy na jego szczyt, oni- jako pobyt “w wulkanie” tzn w kraterze na dno ktorego nam sie zejsc nie chcialo. Teraz nam cholernie zal ze nie zeszlismy do owej dziury. Mowia nam ze jest tam zrodleko i malutka cerkiewka. Fakt widzielismy jakies pozostalosci budynku, ale raczej robilo z gory wrazenie bacowki rozwalonej w stopniu znacznym niz czesto odwiedzanej i czczonej swiatyni. Probuje dopytac tez o pustelnika ze skaly ale nikt z ekipy nic nie wie. Wspominaja cos wprawdzie o jakims gosciu ktory wypasa za Herher barany, stroni od ludzi i rozmawia tylko ze zwierzetami, ale to chyba nie o tego pustelnika chodzilo.
Wysiadamy na wysokosci jeziora, bedacego tak naprawde sztucznym zbiornikiem.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nad jeziorem wspinamy sie na jedna z gorek. Widoki sa super , zjadamy nasze przedostatnie zupki chinskie, pijemy herbatke, stawiamy namiot i jest bardzo milo. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Troche mniej milo sie robi jak zapada zmrok i wlasnie zaczyna grzmiec. Granatowa chmura ktora dzis caly dzien zamykala horyzont zdaje sie przyblizac, widac ze “pozera” kolejne gwiazdy. Ciemnosc co chwile rozswietlaja dalekie poki co blyski. Niedobrze.. a my na szczycie gory.. Gora jest kamienisto-piaszczysta i sledzie nie wchodza za gleboko tzn prawie nie wchodza wcale. Przywiazujemy wiec namiot do okolicznych kolczastych krzewow, mocujemy odciagi kamieniami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kladziemy sie spac z nadzieja ze nagly podmuch wiatru nas nie zwieje ze skarpy do jeziora, nie przyjdzie burza z piorunami albo wichura nie polamie nam tyczek. Mamy w razie czego przygotowany plan awaryjny. Plecaki mamy caly czas spakowane i jakby cos zaczelo byc bardzo zle np. burza podeszla za blisko albo zerwal sie huragan to lapiemy placaki i spiwory pod pache i zbiegamy w dol zbocza do szosy, gdzie stoi wiatka biesiadna. Wyglada jak przystanek PKS ale na wersje “B” sie nada.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po namiot w takim przypadku wrocimy rano (jak jeszcze bedzie po co ;) ). Poki co kladziemy sie spac majac nadzieje ze nasze obawy sa wyolbrzymione i wyssane z palca. W nocy burza podchodzi blizej, leje, wieje, blyska sie z wieksza intensywnoscia i a grzmoty od blyskow sa na jakies 4 sekundy. Juz, juz prawie myslimy o wiacie, ale burza wyczuwa powage sytuacji, zakreca i idzie sobie w cholere..

Noc minela spokojnie. Ranek wstaje pogodny.

Na sniadanie zostala nam jedna puszka rybek i dwie garsci przemielonych, rozgniecionych kawalkow lawasza pomieszanych ze strzepkami rozpadajacej sie toperzowej karimaty. Jemy wiec ze smakiem, snujac marzenia o szaszlykach, kebabach, wspominajac tolme ktora karmili nas w wiosce Aszota i rozwazajac gdzie trafilismy na najlepsze czkmeruli.. mmmmmm, takie mocno czosnkowe, z sosikiem i przypieczona skorka… mmmmmmm… A w Dzermuku bedze knajpa! mmmmmmm…. knajpa!!!!

Dolem jezdza brzuchate gruzy wypakowane zwirem z pobliskiego kamieniolomu. Tu akurat maja pod gorke wiec zawsze slyszymy moment przelaczania na jedynke. I mozna robic zaklady- podjedzie czy nie podjedzie? Podjezdzaja wszystkie, zaden nie musi probowac na wstecznym. Dominuja tu gazy i zily w barwach najczesciej niebieskich. Dobrze znane nam z karpackich bezdrozy krazy i urale prawie tu nie wystepuja. 

Schodzimy do drogi i lapiemy na stopa uaza. Wnetrze jest wypelnione wielkimi bialymi worami, ale nasze plecaki jeszcze udaje sie na owe worki upchnac. Kierowca ma na imie Dzadzun i jedzie tylko kawalek do glownej drogi. Ma strasznie dziwne oczy z ktorych caly czas sie wylewa woda, ktora obciera rekawami. Gada duzo ale malo go rozumiem, bo jak mowi to jakos strasznie bulgocze. Mam wrazenie jakbym wlozyla glowe pod wode.

Przy glownej drodze pierwszym autem jakie nas mija jest kamaz. Nawet mu nie machamy- widac ze cala wywrotke ma wypelniona piachem a do szoferki i tak nie wejdziemy. Ale kierowca sie zatrzymuje i zaprasza na salony. Jak sie okazuje w budce spokojnie jada 3 osoby, dwa wielkie plecaki i jeszcze jest luz! 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gosc jedzie do Sisian wiec wyrzuca nas na skrecie na Dzermuk. I tam stop przestaje brac. Siedzimy wiec martwiac sie ze od knajpy dzieli nas 33 km i czas mija a my sie nie przyblizamy. Fakt - zatrzymuje sie jedno auto, ale cale wnetrze jest wypelnione obrazami. Facet jedzie do Dzermuka na wystawe. Obrazy przedstawiaja glownie nagie kobiece ciala, powyginane w nienaturalnych pozach na tle niezwykle kolorowych motywow roslinnych i swiatla rozpraszajacego sie jakby na mgle. Nie wiem co gosc bierze ale jego dziela mowia ze to cos jest dobre!
Mija nas tez kombajn, z napisem z boku "niwa rastsielmasz", zupelnie taka sama jak z mojej ulubionej piosenki "Kombajniory". Kierowca nam macha, cieszy gebe ale zabrac nas nie zabiera... Wiem ze nie ma gdzie, ale i tak troche zal...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wogole przy tej drodze nagle pojawia sie duzo nowych, blyszczacych aut. Pewnie naleza do kuracjuszy i mijaja nas z piskiem opon. W koncu jedziemy do tutajszej Krynicy (lub Ciechocinka ;-) ) W koncu zagaduje nas taksowkarz, cena ktora proponuje nie jest wcale taka zla wiec sie zabieramy z nim. Wreszcie nadzieja na knajpe staje sie calkiem realna! Kierowca opowiada nam o cieplych leczniczych zrodlach, podupadlych i opustoszalych sanatoriach gigantach ktorych monumentalne bryly pamietaja “lepsze czasy”. Pokazuje nam stara droge do Gndevank (gdzie planujemy wybrac sie jutro), ktora jest dostepna tylko z jednej strony bo z drugiej osypaly sie na nia skaly, calkowicie tarasujac przejazd. Mowi tez ze jak jest potrzeba to zawiezie nas wszedzie gdzie tylko mamy ochote. Z czystej przekory pytam o dojazd do Istisu. To przeciez niedaleko stad, w linii prostej pewnie z 50 km. Ogolnie jest to pytanie retoryczne. O Istisu marze sobie pocichutku od lat. I wiem przeciez ze tam nie ma drogi z Dzermuka. Wiem przeciez ze przebiega tam granica i dojazd mozliwy jest tylko przez Karabach, Stepanakert i nawet z wiza ze stolicy nie zawsze karwaczarskie wojsko chce tam wpuscic turystow. Wiem przeciez ze zaraz za Dzermukiem zaczyna sie dziki pograniczny plaskowyz pelen “niczego”. A pomiedzy tym sa jeziora Al i morze gor. Ot tak, po prostu tylko zapytalam o to Istisu, ot tak dla podtrzymania rozmowy. Przeciez odpowiedz i tak dobrze znam..
Taksowkarz ze smutkiem przyznaje ze on swoja lada do Istisu nie dojedzie… ale… ma znajomego ktory ma dobra terenowke i zna w miare przejezdzne trakty na kelbadzarska strone plaskowyzu. I zaraz nas w Dzermuku do tego goscia zawiezie. Tak w centrum spotykamy mlodego chlopaka o imieniu Arsen. Przedstawia sie nam jako “gorski taksowkarz”. Na jego samochodzie wisi wielki plakat przedstawiajacy turystow kapiacych sie w pobliskim cieplym zrodle. Arsen glownie zarabia wozac turystow do zrodel pod Dzermukiem. Chlopak rzeczywiscie potwierdza slowa taksowkarza- moze nas zawiesc do Istisu, Tsara, Zuara i innych ciekawych miejsc Kelbadzara- waskiego pasma ziem okupowanych oddzielajacego Armenie od Karabachu. Pojedziemy bezdrozem omijajac posty, wojsko i straznikow. Cena za taka wycieczke mala nie jest ale jak sie potem okazuje w tym wypadku nie warto dac sie opanowac skapstwu. Ale nie mozemy jechac tam zaraz teraz. Juz jest popoludniu. Trasa jest daleka i trudna. Trzeba wyjechac przed switem a wrocimy i tak gleboka noca. 
Umawiamy sie na jutro na 6 rano. Poki co jeszcze to do mnie nie dotarlo. Jeszcze nie chce mi sie wierzyc ze moje najbardziej wymarzone miejsce w calej “Armenii” jest na wyciagniecie reki. Dwa lata przekopywania netu i wgapiania sie w relacje. I ja tam tez bede? tak nagle? tak po prostu?
A poki co jedziemy z Arsenem nad pobliskie gorace zrodlo. Polozone jest ono w lesistym wawozie. Z daleka wyglada jak spora, rdzawa kaluza ktora sika i bulgoce. Ma cykle 8 minutowe- mocne bulgotanie i slabsze. Postanawiamy zostac tu na nocleg.. Od Arsena bierzemy telefon i zegnamy sie- do jutra, do 6 rano. 
Do knajpy oczywiscie nie poszlismy. Grunt ze w zaaferowaniu cala sytuacja zachowalismy na tyle zdrowego rozsadku zeby zrobic zakupy.
Wokol zrodla jest duzo miejsc biesiadnych. Wsadzamy kupry do cieplej zrodlanej misy i wcale nie chce sie nam wychodzic. Zwlaszcza ze slonce zaszlo i jakos pochlodnialo. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chwile pozniej przyjezdza lazik z pierwszymi turystami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ci sa spod Erewania i przyjechali tu na szaszlyki. Oczywiscie zapraszaja nas do biesiady. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Szaszlyki!!!! Jest kolo 15, a my o tej rybie z mielona karimata. Na widok stolow zastawianych zarciem jezyki wisza nam do pasa. Szaszlyki sa swinskie i z kury. Domasznia wodka leje sie strumieniami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Chlopaki ida sie jeszcze raz kapac do zrodla. Sa zachwyceni jak donosze im do basenu wodke i zakaski. Pouczaja nawet swoje kobiety ze nalezy nasladowac Polki ktore dobrze dbaja o swoich facetow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jeden z biesiadujacych o imieniu Wartan zaprasza nas do swojego domu pod Erewaniem. Mowi ze jak rok temu jechalismy do Garni to musielismy przejezdzac zaraz kolo jego domu.
Babka z ekipy chce sie zamienic z toperzem na noze. Toperz mowi ze zamiana jest bez sensu ale moze jej dac swoj noz w prezencie. Babce oczy sie zapalaja, geba sie cieszy i zaraz bierze noz w objecia. Do konca imprezy trzyma go jak niemowle w powijaku i nie wypuszcza z rak ani na chwile. 
Pozniej ekipa sie wymienia. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przyjezdzaja imprezowac kolejni turysci o swiezych umyslach i pustych zoladkach. Staje mi przed oczami bajeczka “stoliczku nakryj sie”. Znow miesiwa, pieczone warzywa, slodycze, pelne kieliszki, dym szaszlykow przyslaniajacy slonce wiszace odrobine nizej niz poprzednio. Miedzy biesiadnikami jest Ormianin z Los Angeles, ktory mieszka za oceanem juz 20 lat ale co roku odwiedza swoj kraj w wakacje. Wdaje sie z toperzem w dlugie pogawedki na temat Kaliforni. Owa ekipe przywozi Owik, brat Arsena. Troche nas straszy ze tu zyja niedzwiedzie i powinnismy przy namiotach rozpalic ognisko, zeby cala noc choc troche dymilo. Zbieramy wiec drewno na opal o ktore wcale nie jest tu latwo. Kolczaste krzewy trudno lamac a ziemia jest dokladnie juz posprzatana przez cale hordy milosnikow szaszlykow. W ferworze zbierania i biegania po lesie toperz gubi gdzies okulary. Nie mozemy ich znalezc ani wieczorem ani potem rano (w nasze rano kiedy przyjezdza Arsen tez jest czarna noc..) . Okulary zdecydowanie przepadly.

Od pewnego momentu imprezy chowam aparat i nie robie wiecej zdjec. Nie wiem czemu ale wkrecam sobie ze cieple zrodla+impreza+ aparat= nieszczescie. Pomna przygod zeszlorocznych spod Czarciego Mostu wole nie ryzykowac- jutro aparat bedzie mi bardzo potrzebny!

W miare rozwoju imprezy zaczynam miec troche problem z Owikiem, ktory sie do mnie przystawia a stwierdzenie “odwal sie mam faceta” wedlug niego obowiazuje tylko wtedy gdy ow facet jest nie dalej niz 5m. Opedzanie sie staje sie dosyc uciazliwe i meczace. Ostatecznie kolega Owika wsadza go do auta i odjedzaja. Zostajemy my, namiot, dym z ogniska i niedzwiedzie. W oddali gdzies bulgocze cieple zrodlo a w lesie leza zgubione okulary.

Poznym wieczorem dzwoni jeszcze Arsen. Pyta jak sie mamy , czy nie zmienilismy planow i nadal chcemy bladym switem wyruszac ku Istisu. Pewnie Owik mu opowiedzial o solidnej imprezie nad zrodlem…

W nocy pada i to dosc solidnie. Bardzo sie boje zeby sie nie okazalo ze w Istisu mamy mgle jak mleko….

Skomentuj tę część relacji


Budzik dzwoni o 5.. ratunku! Toz to czarna noc! Nawet zadna, najmniejsza luna swiatla nie pojawila sie jeszcze na niebie. Plus taki ze dokladnie widac gwiazdy- bedzie dzis pogoda. Zwijamy ociekajacy namiot, w nocy mocno lalo. Moze dlatego niedzwiedzie nie wyszly z suchych i zacisznych jam i nas nie zjadly? No bo pracowicie przygotowane i dymiace ognisko szybko szlag trafil.. Arsen przyjezdza przed czasem. W pierwszych przeblyskach slonca suniemy przez uspiony Dzermuk. Miasto to zlepek opuszczonych poradzieckich sanatoriow gigantow i nowych kiczowatych pensjonatow. Molochy z pustymi otworami okien, z zaroslymi trawa podworkami i pordzewialymi odpadajacymi napisami mieszaja sie z upiornie podswietlonymi ultrafioletem fikusnymi balkonikami, kolumienkami i wiezyczkami, ktore w zalozeniu mialy wygladac jak z bajki a wyszlo jak z chorego snu.
Arsen zabral cala torbe jedzenia przyrzadzonego przez jego mame. Sa pierozki z roznym nadzieniem, slodki chlebek z orzechami i rozne owoce. Zabral tez wedki, bo jest plan zeby w jakiejs opuszczonej wsi zlowic rybe a potem zbudowac grill i ja upiec.
Zaczynamy sie wspinac pod gore kamienista droga. Miasto zostaje w dole. Arsen mowi ze latami szukal po gorach najlepszej drogi do Istisu a i tak nieraz sie pogubi. Kilka razy we mgle lub jak zastala go noc musial spac w aucie, bo dojezdzal na skraj jakiegos nieznanego urwiska i nie wiedzial co dalej. Droga faktycznie czesto sie rozdziela, a Arsen wybiera niekoniecznie te glowniejsze skrety. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Momentami droga wogole zanika i jedziemy po prostu laka, albo piargiem z kamieni bo lezaca obok sliczna trawiasta droga jest tak podmokla ze niechybnie by nas zassala. Przekraczamy wbrod rozne potoki gdzie podwozie auta raz po raz robi donosnie bumbum o kamulce. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W koncu wyjezdzamy na rozlegly plaskowyz o wysokosci okolo 3 tys metrow. Teren nazywany jest przez miejscowych Arcachskoje Plato. Wygasle wulkany z dziwnie rozlana lawa, niebieskie tafle jezior i zrodla kilku wiekszych rzek rejonu- Tartara, Worotana. Plaskowyz jest pusty. Kilometrami nie ma tu wsi ani osady, nawet pasterskie namioty trafiaja sie dosyc rzadko. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Wlasnie gdzies tam przekraczamy granice. Granice ktorej nie ma nigdzie procz map i ludzkich umyslow. Dokladnie nawet miejscowi nie wiedza gdzie ona przebiega, nie ma slupkow ani tablic. Zreszta chyba nigdy nie bylo. Najpierw byl Sajuz wiec byla to tylko wewnetrzna granica republik a potem jak Sajuz zniknal to juz zaraz byla wojna. Arsen kilkakrotnie podkresla ze teren przez ktory jedziemy to nie Karabach. Armenia to rowniez nie jest, przejechalismy przeciez chwile temu granice. Arsen nazywa ow caly region Kelbadzar, od azerbejdzanskiej nazwy najblizszego powiatowego miasteczka. Karabach a Kelbadzar to wedlug Arsena duza roznica. Karabach zawsze byl ormiaski, zawsze byl zamieszkany przez Ormian i w wyniku ustalania granic za czasow radzieckich przypadl blednie Azerbejdzanowi. Ormianie walczyli tam o swoje ziemie, swoje miasta i wsie, swoje cerkwie i swoich obywateli.
Natomiast waski pasek Kelbadzaru byl zdecydowanie azerski. Arsen stwierdza “to nie byly nasze ziemie i dlatego teraz sa takie puste” i jakos zaraz szybko zmienia temat i porusza kwestie piekna otaczajacej nas przyrody. Slonce juz wstalo na dobre i cieplymi jeszcze promieniami oswietla mokre od rosy trawy. Wokol jest strasznie duzo orlow. Nie wiem czy akurat tu im jakos dobrze czy po prostu my zawsze przesypiamy ten moment kiedy one wychodza na zer. Doslownie na kazdej skale, na kazdym kamieniu siedzi orzel albo cos bardzo podobnego. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Niektore nie siedza tylko leca z mysza w lapach. Arsen jest mysliwym. Mowi ze na orly nie wolno polowac. To taki przesad. Orzel to tez mysliwy. Zabijesz mysliwego to wkrotce inny mysliwy zabije ciebie. Wogole widac po Arsenie wielki zachwyt nad tym ptaszyskiem. Zatrzymuje sie co chwile, pokazujac nam kolejne osobniki, komentuje gatunki, rozpietosci skrzydel, rodzaje dziobow. Pokazuje gdzie znajduja sie orle gniazda. Ponoc musi to byc miejsce niedostepne. Jesli gdzies choc raz w roku przejedzie auto to orzel nie zlozy tam jaj.

Arsen opowiada tez o swoim wojsku. Sluzyl pod Agdamem 8 lat temu, na jednym z bardziej wysunietych na wschod posterunkow. Jest on poki co pierwszym Ormianinem z ktorym mozna na spokojnie poruszyc temat Agdamu. Wszystkim innym na sam dzwiek nazwy tego miasta zmienial sie radykalnie humor, robili sie zniecierpliwieni, widac bylo ze sa na nas wsciekli ze poruszylismy jakis temat tabu. (zabawne sa rowniez nowe mapy Karabachu gdzie akurat w miejscu gdzie powinien znajdowac sie Agdam jest walnieta legenda ;) ) Pytam czy to prawda ze w tym roku zrobilo sie jakos niespokojnie na wschodniej granicy Karabachu. Arsen twierdzi ze tam spokojnie nigdy nie bylo i ze tam nie ma czegos takiego jak granica, jest tylko “linia frontu” ktora plywa po stepie to w jedna to w druga strone. Za czasow jak byl tam w armii to co miesiac mieli jakiegos zabitego a rannych to nawet nie liczyli. Ponoc tam za Agdamem wojna nie skonczyla sie nigdy, wciaz sie tli i czeka we wpoluspieniu na dogodny moment by wybuchnac na nowo. Cos jednak w tym roku musialo sie tam wydarzyc. Znajomym nie udalo sie wjechac do Agdamu. Wojsko nie wpuszczalo zadnych turystow. W poprzednie lata nie bylo takich problemow z wjazdem do miasta.

Arsen pokazuje nam jezioro Maly Al. Jest tez Wielki Al ale stad go akurat nie widac.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Moja uwage zwraca niesamowita gora- wulkan , ktorego cale podnoze zajmuje zastygla lawa w roznych przedziwnych ksztaltach. Gory, goreczki i jakby fale z zuzlu i zastyglych kamieni. Ciezko by chyba wejsc na szczyt majac po drodze do pokonania taki tor przeszkod. Ciekawe jak to wyglada z blizszej odleglosci. Niestety nie mamy czasu podjechac a jest to jeszcze spory kawal. Arsen tez tam nigdy nie byl.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Im dalej wjezdzamy w plaskowyz tym wiecej gory sie ukazuje

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mijamy po drodze samotny woz z sianem. Ma urwane kolo. Ludzi nie ma. Pewnie poszli po pomoc.

Kawalek dalej mijamy pierwszy pojazd na tym plaskowyzu- ciezarowke. Mijanka na waskiej drodze nie jest prosta. Ciezarowka jest tak wyladowana i niestabilna ze nic nie moze zrobic. My musimy zjechac wiec z drogi a nie ma gdzie bo tylko wokol skaliste skarpy. Ale jakos sie w koncu udaje wspiac na pobocze.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zatrzymujemy sie na chwile u kosiarzy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nasz kierowca tez ich wczesniej nie znal, ale mowi ze w tych regionach kazdy Ormianin to przyjaciel. Czestuja nas kawa, herbata, wodka, na prowizoryczny stol wjezdzaja tez slodycze, lawasz, ser, warzywa. Arsen zabral dwa rodzaje zestawow kieliszkow - jedne dla miejscowych- okolo 150 ml i dla turystow- okolo 50 ml. Troche nam glupio pic z tych turystycznych ale praktycznie tak do sniadania (i to zaraz po wczorajszej imprezie) to wogole nie mamy ochoty i decydujemy sie tylko na symboliczny toast wykrecajac sie wczesna pora. Cala reszta tymczasem zapodaje przynajmniej po trzysta gram.
Fajne jest takie sniadanie wsrod rzeskiego wysokogorskiego powietrza, ze wzrokiem wbitym w daleki horyzont, wsrod niby obcych a tak bardzo przyjaznych ludzi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kosiarze to dwoch braci i syn jednego z nich, Cale lato zbieraja tu siano, a potem sprzedaja je we wsiach niezapobiegliwym gospodarzom, ktorzy niedoszacowali i brakuje im na zime paszy dla bydla. Trawy jest tu pod dostatkiem a kosiarka marki “Kirgistan” stoi nieopodal.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Oprocz siana okolica obfituje tez w niedzwiedzie- o tu- na pagorku mieszka jedna dama z przychowkiem. Dwa lata temu gdy kosiarze poszli akurat po wode do strumienia, niedzwiedz wpadl do ich obozowiska i mocno narozrabial. Wyjadl zarcie i przewrocil piecyk od ktorego splonal namiot.
Zostawiam kosiarzom polski kieliszek na pamiatke. Bardzo sie ciesza choc ich rowniez rozbawila jego pojemnosc a raczej jej brak. Mowia ze walnie sie 5 i moze bedzie w sam raz. Musze nastepnym razem poszukac wiekszych kieliszkow bo troche wstyd…

Niedaleko stad, na gorce znajduje sie stary azerski cmentarz. Jednak ani Arsen ani kosiarze nie chca nam nic o nim opowiedziec oraz nie pozwalaja nam tam pojsc mowiac o minach, niedzwiedziach i braku czasu

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Bracia doradzaja tez Arsenowi zeby pojechal do Istisu inna droga niz ma opracowana, bezposrednio w dol od ich obozowiska z pominieciem wioski Tsar. Za Tsarem zeszlo ostatnio ponoc jakies osuwisko i droga jest zablokowana dla samochodow. Kon jeszcze ostroznie przejdzie, pieszy da rade, a zadne auto nie ma szans ominac kamieni i nie wpasc do wawozu… Troche mi zal. Tsar to wioska polozona na wysokim plaskowyzu (okolo 2tys m), otoczona gorami a z jednej strony przyklejona do 300metrowego urwiska opadajacego do doliny rzeki Tartar. Miejsce idealne na twierdze wiec takowa tu kiedys byla. Ponoc mozna znalezc fragmenty murow. W Tsarze bylo kiedys sporo cerkwi, ale jako ze wioska przechodzila czesto z rak do rak to wiekszosc z nich zostala zburzona. Bylo tam wiele chaczkarow ktore za radzieckich czasow byly uzywane do budowy lokalnej szkoly. Szkola stoi do dzis. Tynk z niej odpada na potege wiec stary rzezbiony kamien znow zaczyna ogladac swiatlo dzienne.
W Tsar mieszka obecnie 20 stalych mieszkancow. Glownie sa to ormianscy uchodzcy z Baku i okolic. Mieszka tam tez Armen i Swieta - para rosyjskich artystow ktorzy urzeczeni pieknem niedostepnej osady porzucili duszne miasto i osiedlili sie w znalezionym opuszczonym domu. W takich momentach staja mi przed oczami opowiesci o Bieszczadach z lat 50 tych, w ktore z przyczyn niezaleznych ode mnie niestety nie moglam sie wybrac.
No i wlasnie do tego Tsara dzis nie pojedziemy. Coz robic.. Bedzie powod aby tu wrocic.
A tu Tsar widziany z daleka (wioska jest tam gdzie wieza przekaznikowa)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

My tymczasem jedziemy dalej. Tu rowny plaskowyz raptownie sie konczy a przed nami otwiera sie ogromny wawoz do ktorego blotnista droga schodzi serpentynami. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Spod kol uciekaja stada jakis przepiorek a Arsen jako zapalony mysliwy klnie ze nie zabral strzelby.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Z serpentyn dokladnie widac miasto-kurort polozone w dolinie i na zboczach kanionu. Tzn dawne miasto bo obecnie nie mieszka tu nikt a wszystkie budynki sa w ruinie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Miasto bylo niszczone dwukrotnie. Raz podczas bombardowan i ostrzalu gdy Ormianie chcieli je zdobyc i drugi raz gdy Azerowie czuli ze nie utrzymaja terenu i wysadzali w powietrze budynki by nie dostaly sie w rece wrogow. 

Kanion usiany jest cieplymi zrodlami i gejzerami, ktore sikaja mineralna woda i klebami pary. Woda pelna mineralow splywajac do rzeki tworzy kolorowe nacieki ukladajace sie nieraz jakby w obrazy i rzezby.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

To wlasnie Istisu (po azerbejdzansku). Zwane tez rzadziej ormianska nazwa Dzermandzur. Obie nazwy znacza “Goraca Woda”.
Miasto nie zostalo ponownie zasiedlone. Saperzy mieli dosc roboty w centralnej czesci Karabachu. Wiec miedzy budynkami od dwudziestu lat hula tylko wiatr a miny siedza w trawie i cierpliwie czekaja swoich dni..

Rzeka Tartar plynie spieniona waskim gardlem wawozu a nad nia wisza ogromne glazy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wjezdzamy do opuszczonego miasta. Rosliny jeszcze nie do konca zezarly asfalt ktorego pokruszne kawalki stercza tu i owdzie. Domy sa mocno zniszczone, widac ze nie rozpadly same tylko ktos im mocno pomagal. Na zelbetowych, pourywanych konstrukcjach zaczynaja porastac drzewa. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wysiadamy przez najwiekszym sanatorium. Gdy gasnie silnik uszy uderza cisza… Arsen patrzac na mury wielkiego budynku i z usmiechem od ucha do ucha wola “Salam alejkum”. To mial byc niby taki zart z tym muzulmanskim pozdrowieniem. Niby nic takiego ale w tym miejscu brzmi jakos strasznie. Robi mi sie zimno i nieprzyjemny dreszcz przebiega po plecach.. Toperz mowi ze mialby teraz Arsen mine jakby uslyszal spomiedzy scian odpowiedz.. Arsenowi rzeczywiscie mina rzednie twierdzac ze wtedy wszyscy w trojke bysmy mieli “pozamiatane”. 
Mury na szczescie milcza, ignorujac glupi dowcip…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Arsen wbiega do budynku, mowi ze min tu akurat tu nie ma i gadajac przez komorke znika nam z oczu. My wchodzimy tylko kawalek, poki widac bylo ktoredy szedl Arsen. Wnetrze jest zniszczone totalnie.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ostatecznie wracamy na asfalt i jego sie trzymamy. Spacerujemy sobie ze wzrokiem wbitym w ziemie (rozgladam sie i robie zdjecia tylko gdy stoje stabilnie na duzym placie asfaltu). Przypominaja mi sie wszystkie wojenne ksiazki o Czeczeni, ze chodzac niby trzeba uwazac na dziwne linki i metalowe przedmioty. Wszystko wiec co wyglada na sznurek albo kawalek zlomu omijamy szerokim lukiem. Na ile to kit a na ile prawda mam nadzieje ze nigdy sie nie dowiem.

Gdzie do cholery polazl ten Arsen? zezarlo go cos czy jak? mogl chociaz cos powiedziec…

Patrzac na zawalone sciany i stropy rozmyslam czy po wojnie zabrano stad wszystkie ciala poleglych? czy pod tonami betonu, metr od nas wciaz leza ormianskie i azerskie kosci? Nie chcialabym tu nocowac. Pewnie w blasku ksiezyca i wsrod wycia wilkow nie tylko “salam alejkum” mozna tu uslyszec…

Za wielkim sanatorium zaczyna sie park. Stoi w nim pomnik. Jest dosyc zniszczony ale dosc dobrze zostal widoczny napis “Mir”. Jest to chyba ostatnie slowo ktore pasuje do tego miejsca…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdzies dalej w tym parku lezy ogromna glowa Lenina. Lezy sobie na boczku wtulona w trawy. Jest na tyle wielka ze czterech chlopakow nie dalo rady jej postawic na szyi. Niestety o jej istnieniu przeczytalam dopiero po powrocie do domu...

Arsen pojawia sie nagle tak jak zniknal. Przeprasza ze tak dlugo go nie bylo ale musial porozmiawiac przez telefon. Nie wiem czemu musial robic to na osobnosci. I tak w zab przeciez nie rozumiemy tego co mowi do telefonu.

Odwiedzamy jeszcze gejzerki. Sikaja, bulgotaja i sycza. Robimy sie cali mokrzy bo nawet nie wchodzac w glowny strumien wody, cale powietrze jest i tak przesiane mineralna mgla.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przygladajac sie z bliska zrodlom wpada sie jakby w inny swiat. Zastygle mineraly tworza przedziwne mozaiki , jakby drogie kamienie czy nieznane egzotyczne rosliny. Momentami mam wrazenie jakby to byla skora jakiegos potwora, ktory zaraz sie obudzi, wstanie i nas zezre. Albo przynajmniej wciagnie pod ziemie w bulgoczace czeluscie. W chlupiacy gejzer nie moge zbyt dlugo sie wgapiac. Nie wiem czemu ale po pewnym czasie kreci mi sie w glowie i zaczynam widziec rzeczy ktorych nie ma…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Czesto dawne ujscia zrodel tak zarastaja mineralami ze tworza sie czopy korkujace i woda musi szukac nowego ujscia na powierzchnie. Dlatego czesc dawnych wanien i basenow jest sucha a woda kolorowym wodospadem zaczyna splywac gdzies po niedostepnych scianach wawozu.

Na wyjezdzie z miasta stoi pomnik z plaskorzezbami typowymi dla minionych czasow. Pomnik jest ponoc mocno zaminowany wiec robie zdjecia tylko z drogi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jadac dalej spotykamy dwoch gosci na koniach ze strzelbami. Arsen pyta ich o przejezdnosc kolejnych drog. Gdyby poprosic kogokolwiek aby narysowal rozbojnikow to wlasnie chyba tak by wygladali. No moze oprocz tych bananow na gebach :-)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przejezdzamy przez kolejne wawozy, brody na rzekach i wyludnione wsie pelne ruin. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Znaki drogowe w tym rejonie bywaja troche malo czytelne

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wszedzie drzewka owocowe uginaja sie pod ciezarem owocow. Arsen wylazi na jedno z drzew i straca duzo jablek a my je zbieramy do koszulek i czapek. Sa troche twarde i kwasne ale na kompot beda swietne. Potem wjezdzamy pomiedzy zruinowane zabudowania i strzasamy caly wor jablek. Te sa czerwone i przepyszne w smaku. Nigdy jablko ze sklepu nie bedzie miec smaku jablka z zapomnianego sadu. I to nie chodzi o to ze jest bardziej slodkie, kwasne czy twarde. Moze to glupio zabrzmu ale jest cos takiego jak smak dzikosci ;) Napychamy sie tymi jablkami tak ze ledwo mozemy sie ruszac. Cale wnetrze auta zostaje przysypane jablkami. Walaja sie wszedzie, na polkach na siedzeniach, po podlodze. Mam nadzieje ze zadne w krytycznym momencie nie wpadnie pod pedal hamulca...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W ciszy i szumie wiatru mam wrazenie ze slysze odglosy zwyklej zamieszkanej wsi. Tak jakby ktos nawolywal bydlo, jakby szczeknelo wiadro przy studni, zawyla pila albo zaszczekal gdzies pies. Ciagle ogladam sie za siebie by przekonac sie ze to znow zludzenie, ze nie ma tu nikogo procz nas i to chyba ptak, albo rzeka tak chlupocze po kamieniach jakby ukladajac sie w brzmienie kwiku bawiacych sie dzieci.

Arsen mowil przed chwila ze te wszystkie wsie sa pominowane a teraz sam ochoczo biega miedzy ruinami i skacze po drzewach. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mowi ze patrzy pod nogi i jest wszystko ok. Ja dokladnie widze gdzie patrzy Arsen. Gapi sie wylacznie do gory bo tam zwisaja galezie pelne jablek. My staramy sie nie schodzic z drogi i czujemy sie troche nieswojo. Jak Arsen wlezie na mine to raz ze szkoda milego chlopaka a dwa ze i my jestesmy wtedy w czarne dupie. Bo zostajemy w jakiejs dolinie nawet nie wiemy dokladnie ktorej. Auta nie odpalimy zeby jechac po pomoc ( sa problemy z wlaczeniem silnika i wlasciciel stosuje za kazdym razem jakies zabiegi magiczne aby tego dokonac). Poza tym drogi powrotnej przez gory i tak nie pamietamy a nawet gdybysmy pamietali to predzej bysmy rozwali auto na pierwszym wawozie niz gdzies dojechali. Zasiegu nie mamy, bo dzialaja tylko karty lokalnych sieci.
Nie wiem tez jak reprezentanci wojska lub lokalnych wladz by podeszli do obcokrajowcow ktorzy zajezdzaja do takiego Karwaczaru autem na ormianskich blachach i bez dokumentow, maja za to na tylnym siedzeniu miejscowego w paru kawalkach i jeszcze na dodatek nie maja w paszporcie ani kararabachskiej wizy ani granicznych pieczatek…
Ostatecznie okazuje sie ze albo my jestesmy panikarzami i mamy gacie strachem podszyte albo Arsen ma wiecej szczescia niz rozumu.

Jedziemy w komplecie dalej kamienistymi traktami wsrod skalistych zboczy pelnych wodospadow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Arsen pyta czy u nas w Polsce tez sa takie drogi czy wszedzie jest autostrada. Mowie ze sa takie drogi ale w wiekszosci przypadkow nie wolno po nich jezdzic autem- sa w gorach albo w w lesie. Arsen calkiem nie rozumie mojej odpowiedzi. “Jasna sprawa ze nie kazde auto przejedzie ale jak ktos ma dobra terenowke to wtedy moze, nie?”. Mowie ze tez nie moze, bo grozi mandat. I zeby jeszcze bardziej go zdziwic mowie ze nie mozna u nas stawiac namotu gdzie popadnie, palic ognisk w lesie, a w wielu rzekach czy jeziorach jest zakaz kapieli. Ba! w niektore miejsca w gorach to nawet wejsc pieszo nie mozna, trzeba sie trzymac wylacznie wyznaczonych sciezek (nie Arsen, min tam nie ma! ;-) Arsen ma coraz bardziej okragle oczy ze zdziwienia.. “To co wy robicie w wolnym czasie jak wszystko jest zabronione? jak spedzacie urlop?” Jak? Jedziemy do Armeni!!! :-)

W kolejnych dolinach mijamy zruinowana fabryke wody mineralnej a przy niej rowniez zrodla i baseny termalne. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest tez nieopodal ogromny gejzer sikajacy woda z rury na kilka metrow do gory. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Juz tu bysmy sie chcieli wykapac ale Arsen mowi zebysmy poczekali na Zuar bo tam jest najfajniej.

Ciekawe ile tu jest po bocznych dolinach i wawozach jaskin z naturalnymi wannami do cieplych kapieli, bulgoczacych pieczar i roznokolorowych podziemnych naciekow ktorych nikt nigdy nie odkryl? Miejscowi nie maja w zwyczaju wlazic w jakies podejrzane dziury w ziemi, a tym bardziej nie czynia tu tego turysci… Moze gdzies tu czai sie drugi Czarci Most?

Nie wiem czy to przypadek ale Karwaczar omijamy oplotkami. Nie wjezdzamy do miasta, choc wydaje mi sie ze z tego powodu musimy troche nadlozyc drogi. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wjezdzamy w doline rzeki Tuthun. Ciezko by sie tu jezdzilo stopem. Przez caly dzien minelismy chyba z 10 aut (i dwa konie ;)). Zamieszkale wioski sa duzo rzadziej rozrzucone niz w Armenii. Czesto w dolinie sa tylko jakies pojedynczo rozsiane domy, sprawiajace wrazenie lepianek, cudem odratowanych ruin czy kryjowek rozbojnikow. Sklep widzialam raz. W dolinie Tuthuna sa tylko trzy zamieszkane wsie, reszta dawnych osad jest opuszczona. Niektore miejsca zamieszkuja , jak to nazywa Arsen- “koczownicy”. Ludzie ktorzy pojawiaja sie tu sezonowo, o roznych porach roku, czesto nie wiadomo skad i po co. Czesto znikaja tak samo zagadkowo jak sie pojawili.
Zreszta tu kazdy jest przyjezdny. I pewnie kazdy z obecnych mieszkancow tych pustych dolin ma w zanadrzu ciekawa do opowiedzenia historie, co przywialo go akurat tu…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Wglab doliny rzeki Tuthun prowadzi wykuty w skalach tunel.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Powstal on w latach 60 tych. Wczesniej mieszkancy musieli sie dostawac do swoich siedzib przez gory i wysoka przelecz od drugiej strony. Gory wokol robia sie coraz wyzsze a dolina jest strasznie waska, wcisnieta gleboko pomiedzy skaly. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Strome zbocza porasta las. Gdzies slyszalam ze tu i w Karabachu wystepuje totalne zaprzeczenie pieter wystepowania roslinnosci gorskiej. Tu lasy lisciaste dochodza do 3 tys metrow. Droga wije sie przy potoku. Tereny ogolnie wygladaja na mocno niedzwiedzie. Arsen potwierdza, ze jest ich tu sporo. Wiele miejsc nad potokami wyglada dogodnie pod namiot ale chyba nie spalabym tam zbyt dobrze. Czasem przy drodze wlocza sie krowy. Nie wiem czy boja sie min i dlatego trzymaja sie glownych traktow? Skubia trawe po rowach, leza na srodku drogi pozwalajac sie omijac autom i spogladaja na nas jakims takich smutnym wzrokiem…

Jedziemy do Zuara- ponoc najwiekszego i najpiekniejszego gejzeru. Dlatego nie kapalismy sie w Istisu i innych mijanych basenach. Zuar jest fajny, ale troche mnie rozczarowal. Te wczesniej mijane byly o niebo klimatyczniejsze. Jest tu dosc rojno i gwarno. Przy zrodle sa biesiadki, na parkingu stoi kilka aut. Po calym dniu dominujacej pustki i zdziczenia czuje sie tu niemal jak na Krupowkach!
Przy gejzerze sa dwa baseny- nizszy z chlodniejsza woda i wyzszy z cieplejsza. Ponoc jest w nich okolo 50 i 70 stopni. Ponoc zasada jest taka ze trzeba odsiedziec 5 minut w dolnym basenie, 5 minut w gornym a potem chlupnac do lodowatego strumienia. Wczesniej w dolnym zrodle nalezy sie jeszcze wysmarowac blotem, ktore ma dzialanie lecznicze na skore oraz stawy. W nizszym basenie siedze 5 minut, nacieram sie brunatna mazia i wcale nie mam ochoty wychodzic tak mi dobrze. To wyzsze kapielisko to istny ukrop! Pare sekund jestem w stanie tam wytrzymac. Chwile dluzej i zupa z buby gotowa! Juz wiem co czuja raki ktore ponoc gotuje sie na zywca. Plus taki ze gorne zrodlo cudnie bulgocze!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Brzegi basenow sa usiane kolorowymi naciekami, robiacymi wrazenie fantazyjnie wycinanych kwiatow, lisci i koronek.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Arsen mowi ze najgesciej jest tu jesienia i wczesna wiosna,jak juz zejda sniegi i mozna dojechac autem a jest wciaz na tyle zimno ze goraca kapiel jest wieksza atrakcja niz teraz.
Dzis oprocz nas sa jeszcze dwa auta Ormian ze Stepanakertu robiacych sobie szaszlyki, jakas rodzinka spod Erewania i dwie Niemki. Do dziewczyn zaprowadza nas babka pilnujaca baraczku obok zrodel. Prosi abysmy im wytlumaczyli zasady korzystania z basenow. Ona probowala ale bez rezultatow. Wedlug niej dziewczyny boja sie wejsc do wody, od 15 minut chodza w strojach kapielowych wokol kamiennych mis i macaja wode rekami.
Niemki przyjechaly samochodem klasyczna droga przez Stepanakert. Dzis jeszcze planuja wrocic do Armenii. Ponoc juz od trzech tygodni sa w podrozy acz wygladaja jakby przed chwila wyszly od fryzjera, kosmetyczki i nalozyly swiezy makijaz (juz wiem dlaczego boja sie wejsc do wody ;) ). Ich ponetny sposob bycia bardzo sie podoba naszemu Arsenowi ktory ochoczo probuje nawiazac z nimi kontakt zatrudniajac nas do wspolpracy. Rozmowa jest bardzo zabawna i przypomna gluchy telefon. Dziewczyny po niemiecku uzgadniaja ze soba jakas wspolna kwestie po czym mowia to do toperza po angielsku, toperz powtarza do mnie po polsku a ja do Arsena po rosyjsku. Tak samo wraca odpowiedz. Czesto po drodze informacja ulega takim modyfikacjom ze jej wersja koncowa sporo rozni sie od poczatkowej ;)
Tak to umilamy sobie czas siedzac kuprami w cieplej wodzie albo na krawedzi basenu i chlupiac nogami w bulgoczacym plynie.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Arsen probuje namowic dziewczyny zeby nie wracaly do Erewania przez Goris bo to nie po drodze tylko jechaly przez Wardenis. Dziewczyny troche sie wykrecaja- nie znaja drogi, boja sie o swoj samochod i o to czy nie beda miec jakis klopotow na wojskowych postach. Arsen proponuje zeby jechaly za nami to on we wszystkim pomoze.
Potem Arsen bierze wedki i mowi ze idzie zlapac pstraga. Te z kelbadzarskich rzek ponoc nie maja sobie rownych, zwlaszcza w formie szaszlyka. I tu akurat jest gdzie go wygodnie upiec. Fakt - wszyscy jestesmy juz glodni. Zaraz jak Arsen znika zaczyna lac, grzmi i niebo zaciaga sie calkowicie. Ktos mi kiedys mowil ze ryba najlepiej bierze podczas deszczu ;) Chowamy sie do samochodu. Niemki chyba nie maja czasu dluzej czekac wiec machaja nam i odjezdzaja w sina dal (ciekawe ktoredy pojechaly?)
Arsen wraca chyba po godzinie. Jest zly, zmarzniety, kompletnie przemoczony i bez ryby. Biegnie szybko do zrodla, wskakuje od razu do tego goracego i wraca juz z usmiechnieta geba.

Okazuje sie ze bedziemy wracac inna droga- przez Wardenis i przelecz Sotk. Raz ze pogoda sie zepsula i na plaskowyzu zeszly zapewne mgly i latwo sie pogubic. No i Arsenowi konczy sie gaz w aucie, a tu nigdzie nie zatankuje. Zapobiegawczo wzial tez caly bak benzyny ale cos sie zepsulo w przelaczniku i na benzynie silnik natychmiast gasnie. W Wardenis Arsen liczy ze znajdzie stacje gdzie przy kopalniach zlota. Acz nie wiadomo wogole czy tam dojedziemy bo wedlug wyliczen gazu mamy za malo na ta ilosc kilometrow. A do karnistra nie wezmiemy zapasu… Arsen mowi ze jak Bog da to dojedziemy. Jakbym to juz gdzies slyszala :)
Nam pomysl innej trasy bardzo sie podoba- fajnie ze poznamy nowa droge i miejsca gdzie nas jeszcze nie bylo.
Gdzies przy tej drodze stoi post. Szlaban, baraczek z gosciem w mundurze, znak z napisem “stop -kontrol” i cos tam o jakis dokumentach. No to pieknie, beda klopoty… Ale szlaban jest taki polotwarty. Arsen przyspiesza i spokojnie miesci sie pod szlabanem a zolnierz ledwo co odrywa oczy od gazety…

Mijamy pojazd pancerny na pomniku- pamiatke po kilku bohaterskich chlopcach ktorzy do upadlego bronili pobliskiej osady przez przewazajacymi silami najezdzcy. Nie jestem tak do konca pewna kto akurat w tej wsi byl najezdzca acz nie poruszam tego drazliwego tematu.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pytam Arsena gdzie tu moge isc do kibelka. Mowi ze wybor jest prosty- trzeba isc tam gdzie sa smieci, lezy papier toaletowy, sa slady krowich plackow albo zalatuje kloaka. Jesli tam nawet byly miny to ktos je juz wczesniej znalazl ;) Ide wiec droga i sie rozgladam. Udaje sie wypatrzec takie miejsce. Sa i stosy butelek, i krowie lajno, i jakies zuzyte pampersy, i zapach zwala z nog. To mini wysypisko-wychodek to kwadrat jakies 10 na 10 metrow.Tuz obok sa czyste laki porosle niezdeptana swieza roslinnoscia. Widac wiecej ludzi stosuje arsenowa metode… Ale ze krowy tez????

Droga na przelecz coraz bardziej wchodzi w mgly. Gory wokol rosna, ale po chwili znikaja w chmurach.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdzies na czarnej nitce zuzlowej drogi, wsrod mgly jak mleko, przekraczamy granice.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zjezdzamy w strone Wardenis

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W Sotk Arsen szuka gazu. Jest jakas przykopalniana stacja ale dzis zamknieta.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Najblizsza stacja w Wardenis. Arsen ma mine nieciekawa. Wskaznik juz dawno pokazal zero i jedziemy chyba na oparach. Dojezdzamy jakos do Wardenis. Stacja jest ale 3 km za miastem. Auto kaszle, co chwile gasnie. Ostatecznie stajemy na srodku ruchliwej drogi, silnik sie ksztusi i koniec jazdy… Wokol auta trabia.. Powoli zapada zmrok.. Chyba bedzie trzeba go pchac te 3 km do stacji.. Ciekawe czy przypadkiem nie jest pod gore.. Rozwazamy tez chodzenie po domach z prosba o holowanie.. I wtedy zalapuje benzyna! caly dzien nie chciala a teraz siup i jedzie! “Bog dal” :-)

Juz ciemna noca suniemy w strone Dzermuka. Prosimy Arsena zeby nas odwiozl do Gndevanku. Gdzies tam kolo klasztorku chcemy rozlozyc sie na nocleg.
Dopiero teraz opadaja emocje i dopada nas straszliwe zmeczenie. Dopiero teraz zaczynam czuc wczorajsza impreze, wstawanie przez switem, caly dzien prawie bez jedzenia (jakos z wrazenia zapomnielismy o obiedzie i wcinalismy tylko jablka). Nie mam ochoty nic jesc, nawet pic herbaty. Nie chce mi sie rozkladac namiotu, opisywac dnia, wyjmowac spiwora i karimaty. Mam ochote tylko polozyc sie, zamknac oczy i nic nie musiec. Toperz na szczescie wykazuje wiecej sily i zdrowego rozsadku i mnie do podstawowych czynnosci biwakowych przymusza. Jak w jakims transie rozpakowuje plecak, wlaze w spiwor. A w glowie mi huczy taki kalejdoskop wrazen ze po chwili juz nie wiem gdzie jestem, kim jestem , co zdarzylo sie naprawde, a o czym czytalam kiedys w ksiazkach. Slysze wokol siebie jakies dzwieki ale nie wiem czy to sen czy jawa. Przez pewien czas nie moge usnac ale nie moge sie tez obudzic. Mam tylko wrazenie ze wpadam w jakis ciemny krater, gdzies w nim wiruje wraz z kolorowymi naciekami z mineralow a wokol bulgocze woda.

Skomentuj tę część relacji


Do Gndevanku dojechalismy ciemna noca. Wokol skaly, osuwiska kamieni, zupelnie nie wiadomo gdzie rozbic namiot. W dolinie jest klasztor gdzie mieszka kilku mnichow. Arsen twierdzi ze ich zna wiec mimo poznej pory dobijamy sie do bram. Pytamy gdzie mozna rozbic namioty. Ponoc na terenie klasztoru nie jest to przyjete, ale kawalek ponizej jest biesiadka pod orzechem, jest zrodelko, stol z lawami. Jeden z mnichow mowi calkiem dobrze po polsku- kilka lat mieszkal i pracowal w Olsztynie. Miejscowi mnisi nosza dlugie brody i chodza boso.

Wstajemy kolo 8. Cudownie sie spalo po pelnym wrazen dniu, wsrod grania cykad, ciurkania pobliskiego zrodla i dalelekiego ujadania klasztornych psow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widoki z naszego noclegu

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Idziemy zwiedzac klasztor- maja tu fajne zrodlo, wodosadzik i apetyczny ogrod warzywny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

I ciekawe chaczkary z wizerunkami zwierzat.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mam tez wrazenie ze mnichow bardzo mecza przewalajacy sie po dziedzincu turysci. Chyba by woleli posiedziec w ciszy i spokoju.
Spotykamy tez wycieczke turystow z Soczi. Opowiadaja ze w latach 90tych byli na wycieczce w Polsce. Zwiedzili Krakow, Wieliczke, Oswiecim i Zakopane. Zachwalaja pyszna kielbase.

Do glownej drogi postanawiamy isc pieszo i nie lapac stopa. Nasze postanowienie okazuje sie malo wazne- i tak nic nie jedzie. Dolina pelna jest skal o dziwnych ksztaltach, bazaltowych slupow, jaskin, zastyglego blota a w wawozie szumi potok. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest tez wodospad przelewajacy sie przez skaly w bocznej dolinie.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Warto by tu zajrzec za kazda skale, w kazda boczna dolinke, pod skalne zalomy i do jaskin.

Mijamy tez wrota skalne z jakas pamiatkowa tabliczka. Niestety w zasiegu wzroku nie ma zadnego miejscowego zeby go spytac co tam jest napisane. Cztery odszyfrowane przez nas znaki sugeruja ze to cos zwiazanego z II wojna swiatowa ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W dolinie jest hodowla pstragow i chyba dwa domy, wygladajace na zamieszkane sezonowo.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pokrzepiamy sie jablkami z opuszczonych kelbadzarskich wsi- mamy ich pol plecaka.

Idac ta droga przychodzi na mysl ze stawiany w Polsce znak drogowy “uwaga spadajace odlamki skalne” jest u nas mocno naciagany i przesadzony. Tu takiego znaku nie widzialam.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na jednym z kamieni mam wrazenie ze widze twarz...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na glownej drodze lapiemy od razu stopa prawie pod samo Goris. Gosc skreca do Tatew i wysadzi nas na skrzyzowaniu. Po drodze widzimy nieciekawy wypadek. Policyjny radiowoz wypadl z drogi i sie poturlal w dol zbocza. Jest solidnie obity ze wszystkich mozliwych stron. Wlasnie wyciaga go dzwig.
Mijamy tez kilku turystow na rowerach. Jeden z nich sprytnie na podjezdzie zlapal sie z tylu ciezarowki przewozacej traktory gasienicowe i sobie odpoczywa.

Za skretem na Sisian nagle i niespodziewanie zmienia sie pogoda. Znika slonce i upal. Wjezdzamy w cos co wyglada jak zwarta sciana mgly. Robi sie szaro i cholernie zimno. I leje na dodatek. A my wysiadamy w koszulkach, krotkich spodniach i slonecznych okularach jakbysmy sie z choinki urwali. Pospiesznie biegniemy pod dach opuszczonej stacji benzynowej, ubieramy sie w cieplejsze rzeczy, naciagamy kurtki. I jeszcze po lyczku czegos na rozgrzewke i mozna dalej lapac stopa.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdy juz pakujemy sie do auta ktore sie zatrzymalo podjezdza taksowkarz i dopytuje czy my do Tatew a jak nie do Tatew to gdzie i ze on nas tam zawiezie. I probuje przekonac kierowce zeby nas oddal. Co za skurwiel, z takim to bym nigdzie nie pojechala, chocbym miala nocowac w rowie przy drodze. Kierowca na szczescie go splawia. I chyba powiedzial mu pare dosadnych slow. Facet jedzie do Kapan i bardzo nas zacheca abysmy pojechali od razu do tego miasta. Dziwi sie dlaczego wszyscy turysci jada do Goris a dalej na poludnie malo kto dociera. Kusi nas gora Khustup, ktora ma ponad 3 tys metrow wysokosci a u jej podnoza jest jakies cudowne lodowate zrodlo. Ponoc przepijajac ta woda mozna samemu wypic 2 butelki wodki i czuc sie swietnie. Pewnie bysmy z gosciem pojechali, ale juz dzwonilismy do Nadii ze przyjedziemy i glupio by bylo teraz sie nie pojawic. Kierowca postanawia nas odwiesc pod same drzwi hostelu zebysmy nie zmokli. W calym Goris zalega gesta mgla, wiec miasto wyglada zupelnie inaczej niz rok temu. Zupelnie nie wiemy w ktora strone do Nadii. Kilkakrotnie pytamy wiec ludzi o ulice Khorenaci ale nikt nie wie, nikt nie slyszal, takiej ulicy tu nie ma. A tu nagle szok- wlasnie jestesmy na tej ulicy.
W hostelu pelno ludzi. Nadia upycha nas w jednym z pokoi. Jest strasznie zalatana ze wzgledu na ilosc turystow, trzeba przygotowac pokoje, cos posprzatac, cos ugotowac. Od zeszlego roku hostel sie rozbudowal- sa nowe pokoje na parterze i mamy wrazenie ze gospodyni juz ciezko to wszystko ogarnac. Nie ma wiec za bardzo czasu zeby tak jak rok temu siasc sobie na tarasie i na spokojnie pogadac, powspominac dawne czasy.
Na dworze dalej leje. Jest strasznie zimno. Jak pogoda sie nie poprawi to chyba nasz caly wyjazd dalej w gory bierze w leb.

W hostelu oprocz nas jest dwoch Portugalczykow, ktorzy glownie pija z uwielbieniem miejscowy koniak i zajmuja sie pielegnowaniem swoich fryzur (zelowanie, tapirowanie). Jest Niemka z ktora dzielimy pokoj, ktora twierdzi ze Polska to kraj w rozpadzie bo kiedys tam byla i przez 2 tygodnie wydala tylko 10 marek i nie miesci sie jej w glowie ze gdzies moze byc tak tanio. Poza tym uwaza ze rower to najwspanialszy i najbardziej wydajny srodek transportu i popada prawie w euforie rozwazajac zalety tego pojazdu. (Dziwne jest tylko to ze po Armenii porusza sie wylacznie taksowkami). Jest tez Amerykaniec z Teksasu, bardzo halasliwy i z przyklejonym usmiechem od ucha do ucha. Ciagle sie myje i perfumuje, wiec zblizajac sie na 2 m czlowiek juz sie odbija od sciany silnego zapachu drapiacego w gardlo. Twierdzi ze ta podroz zmienila jego zycie i czuje sie troche zagubiony. Cale zycie powtarzali mu ze muzulmanie sa zli a ostatnio poznal kilku Iranczykow i byli pozytywnymi ludzmi. Zeby jeden- to moglby byc przypadek. Ale kilku???
W hostelu zamieszkuje tez para Francuzow, ktorzy sa wiekszymi zmarzluchami niz ja- nawet obiad jedza w puchowych kurtkach i zimowych czapkach. Kobita mowi tez Nadii ze jej sie nie podoba hostel, ze jest drogo,brzydko, sa zle warunki i niedobre jedzenie. Nadii jest bardzo przykro i mi sie potem zali ze lzami w oczach. Jest tez Litwin ktory jedzie na rowerze do Indii. Opowiada o swoim rowerze niestworzone rzeczy np. ze ma jakis akumulator ktory laduje sie gdy zjezdza z gorki i potem latwiej chodza pedaly na podjazdach. Omawiajac przerzutki, lancuchy i mocowanie ramy rzuca roznymi nazwami firm i cenami, co bardzo imponuje Amerykancowi. Potem pokazuje mu jakies zdjecia roznych czesci rowerowych na telefonie , po czym razem ida ogladac pojazd w orginale. Niemka znow wpada w euforie, ale ogranicza sie do ogladania roweru na smartfonie. Rano z nieznanych przyczyn rower zostaje zapakowany w torbe i jedzie z Litwinem marszrutka w strone iranskiej granicy. Sa tez Australijczycy ktorzy nawet jak jedza nie odrywaja wzroku od ekranow swoich laptopow. Opowiadaj tez cos ze "Gruzje maja zaliczona” bo byli w Batumi, Mcchecie i Kazbegi. Jak wyjdzie slonce to pojada do Tatew celem zaliczenia Armenii. Wogole cala ich podroz trwa 3 miesiace i maja “do zrobienia” kilkanascie krajow. Powierzchowne zwiedzanie tlumacza brakiem czasu i koniecznoscia pospiechu. W tym celu zamierzaja siedziec w hostelu az sie poprawi pogoda, wiec wedlug prognoz trzy do pieciu dni.

Dostanie sie do kibla w hostelu w tym roku graniczy z cudem. Nie ma gorszej rzeczy jak kibel razem z lazienka. Chcesz siku i stoisz pod drzwiami godzine przebierajac nogami, czekajac az sie kolejny gogus zrobi na bostwo albo jakas dama postanowi poprawic prysznic ktory brala trzy godziny temu.

Rano pogoda sie nie poprawila. Pranie nie schnie, wyprana toperzowa koszulka prawie zgnila, pachnie jakby powstalo w niej jakies nowe zycie. Rozwiesic nie ma gdzie, bo pokoj jest maly i Niemka zaraz robi fochy jak sie za bardzo rozwloczy bagaz. 
Planowalismy spedzic w Goris 2-3 dni, ale szukanie w gorach naszej rozpadliny w takiej mgle sie mija z celem. 
A poza tym jakos zdazylismy sie juz stesknic za lasem, stepem i szeroka przestrzenia.

Ruszamy z buta na obrzeza Goris, mijajac rozne ciekawe obrazki..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Probujemy cos zlapac w strone Kapanu. Zatrzymuje sie biala terenowka na rosyjskich blachach. Kierowca jedzie tylko do Worotanu. Pochodzi z tej wioski i wlasnie zamierza odwiedzic rodzine. Od lat mieszka kolo Soczi, ma tam prace, dom, zone, dzieci, nowe zycie. I wielu ormianskich sasiadow. Mowi ze w Armenii zyje 2.5 mln Ormian a w Rosji 6 mln. Nasz kierowca bardzo lubi Polakow, mowi o nas “bracia”. Lubi tez Niemcow i Francuzow. Duza niechecia natomiast pala do Anglikow (ze ponoc chciwi i nie liczy sie dla nich rodzina) i Wegrow. Wegrzy podpadli mu podczas jakiegos NATOwskiego szczytu i spotkania oficerow z roznych krajow. Bylo to rok lub dwa lata temu. Byli tam zaproszeni takze przedstawiciele Armenii i Azerbejdzanu. I azerski oficer zarabal w hotelu toporem ormianskiego wyslannika. A Wegrzy zamiast “zrobic przykladowy proces miedzynarodowy” odprawili zabojce pod sad do Azerbejdzanu. A tam koles dostal pochwale, medal i uscisk dloni prezydenta. Od tego czasu nasz kierowca nienawidzi Wegrow.
Z innych ciekawostek opowiada o Czarcim Moscie ze lepiej tam nie bywac. Pytamy czemu- bylismy rok temu i bardzo sie nam podobalo, ze fajna impreza, baseny, jaskinia, kamienne wanny z cieplymi zrodlami. Ponoc jaskin jest tam wiecej. I za ta w ktorej mysmy sie kapali, jakby isc z pradem rzeki, sa jeszcze kolejne jaskinie, tylko nikt stamtad nie wrocil. Kto poszedl dalej to slad po nim ginal. Cial smialkow nigdy nie odnaleziono. Legenda glosi ze bywaja tam “innoplanetanie”, sa wrota w inny wymiar, albo osiedlily sie zle moce. Ponoc nazwa “Czarci Most” wziela sie wlasnie stad… Dziwnie w zbitce z tym brzmi opowiesc Samuela, ktory zachecal nas zeby szukac kolejnych jaskin nad Worotanem, ponoc ciekawszych, z piekniejszymi naciekami niz ta w ktorej bylismy. Czy sam tam kiedys byl? czy ktos mu tylko opowiadal? czy moze wierzyl ze my “zlamiemy legende” skoro jestesmy z daleka i o niczym nie wiemy i uda nam sie wrocic z “miejsca zlych mocy”?
Kierowca z czarnomorskiego wybrzeza wysadza nas przy elektrowni wodnej w wiosce Worotan.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Probujemy pozyskac jakis transport w strone Kapanu. To glowna droga na Iran, myslalam ze bedzie sznur aut a tu raczej pustki. Jedzie cos sporadycznie, ale mimo wolnych miejsc nie chca nas zabrac. Trabia, machaja, migaja swiatlami i jada dalej. Tkwimy tu ponad godzine. Na domiar zlego sciagaja sie lokalne wyrostki. Niezbyt milym tonem pytaja co tu robimy, cos komentuja, co chwile glupkowato sie smieja. Laza wokol nas i puszczaja z komorek smiechy idiotow oraz odglosy bekania i pierdzenia. Majac takich czterech “aniolow strozow” to juz napewno zadne auto nie stanie… Opuszczamy wiec dogodne miejsce przy wysepce i klnac straszliwie oddalamy sie w strone serpentyn. Miejsce pozornie wydaje sie duzo gorsze- przy zakrecie, na stromym podjezdzie gdzie droga jest waska. Ale na przekor wszystkiemu chwile pozniej zatrzymuje sie iranskie auto. Jedzie nim trzech turystow, ktorzy wracaja do domu. Auto zapodaje jeszcze zapachem fabryki i nowosci, nawet zaglowki sa jeszcze w folii. Jadac raz po raz wjezdzamy w geste chmury, to znow w dolinach przeblyskuje slonce. Nie mozemy sie zdecydowac czy jedziemy od razu do Kapanu czy wysiadamy w Arcwanik i szukamy gorskiego klasztorku Jeritsvank. Kilkakrotnie zmieniamy zdanie co do celu naszej podrozy, co wprawia Iranczykow w totalne zamotanie jako ze porozumiewanie jest i tak ograniczone.
Ostatecznie wysiadamy w Atcwanik bo akurat wlasnie wyszlo slonce. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pod sklepem wypijamy piwo i zjadamy dwa potwornie slodkie ciastka

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Obok przejezdza osiolek wyposazony w kolo zapasowe.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W gornej czesci wsi pytamy o droge babke ktora zamiata ulice. Zaprasza nas na herbate. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ma na imie Nora i mieszka od lat sama. Nie ma nawet zwierzat gospodarskich bo nie pozwala jej na to zdrowie. Ma czworo dzieci ale wszystkie mieszkaja w Rosji- w Moskwie, Rostowie, Stawropolu. Przyjezdzaja do niej czasem, gdzies raz na dwa lata, jako goscie. Jej dwudziestokilkuletni wnuk zginal ostatnio w wypadku gdzies na Syberii. Babcia nie miala nawet szans pojechac na pogrzeb. Zreszta i tak chlopaka widziala tylko dwa razy, ostatnio jak konczyl podstawowke.. Nora opowiada o dawnych czasach w Arcwanik. Ze bylo lepiej, dom byl pelen dzieci, dla mlodych byla praca w okolicy. Rodziny sie nie rozjezdzaly po swiecie, rodzice, dzieci, wnuki, wszyscy mieszkali razem, w domu bylo rojno i gwarno. Ona cale zycie przepracowala w szkolnej stolowce jako bufetowa. Szkola dalej jest ale stolowki juz nie ma.
Babcia jest mila, poczestunek jest smaczny ale z kazdego kata tego domu wylazi taki smutek ze az do oczu cisna sie lzy. 

Pogoda jakby sie poprawiala, jest slonecznie, co chwile wylaniaja sie z mgiel jakies widoki.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mijamy tez kibelek- przydrozna slawojke z ktore nie omieszkam skorzystac. Nie wiem czemu w podlodze sa dwie dziury. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W srodku pod sciana stoi krzeselko z wyrwanym blatem. Rurki okalajace miejsce po siedzeniu sa owiniete szmatkami. Pewnie krzeselko sluzy starszym ludziom ktorzy maja problem z kucnieciem nad dziura.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na rozstaju drog pytamy o droge mijajaca nas ciezarowke. Odpowiada nam po czym oferuje podwiezienie kawalek. Kierowca pracuje w pobliskiej zwirowni. Tlumaczy nam dokladnie jak dotrzec do cerkiewki. Bardzo sie dziwi ze sie o niej dowiedzielismy, ponoc jest to miejsce malo znane i nie przypomina sobie zeby sie tu kiedys krecili jacys obcokrajowcy. Wjezdzamy w mgle. Konczy sie ladna pogoda. Nic nie widac, tylko biale rzolane wokol mleko. I znow jest zimno a cale powietrze przesiane jest wilgocia. A pod sklepem juz sie wygrzewalismy i rozwazalam ubranie krotkich spodni. Gdy wysiadamy na rozdrozu, kierowca sie zamysla i stwierdza ze podwiezie nas pod sama cerkiewke. Obok jest bacowka z baranami i sa tam tez duze psy. Boi sie zeby nas nie pogryzly jak bedziemy isc tam we mgle.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wysiadamy pod sama cerkwia. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tzn jakies 20 metrow od niej gdzie jej zupelnie nie widac. zauwazamy ja dopiero wpadajac na mur. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pogoda jest totalnie do bani, wlasnie zaczyna siapic deszcz. Cerkiewka jest w ruinie, widac ze kiedys byla naprawde ogromna. Kierowca radzi nam zebysmy spali w srodku i rozbili tam namiot. Bedzie cieplej i bardziej sucho. Troche sie boimy ze w nocy zerwie sie wiatr i ze nam jakies kamienie ze stropu spadna na leb, wiec namiot stawiamy w pobliskim gaju. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W cerkiewce jemy, pijemy i siedzimy caly wieczor gapiac sie w dziwnie poruszajace sie we mgle ksztalty...

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W calej okolicy jest mnostwo roznoksztaltnych pajeczyn usianych kropelkami wody. To wszechobecna mgla tak osiada. Jak chwile stoje nie pod dachem to tez tak zaczynam wygladac.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pasterz z bacowki chodzi z owcami w ta i spowrotem i pohukuje. Owce odpowiadaja mu donosnym beczeniem. Mam wrazenie ze maja ze soba dobry kontakt i brzmi to jak rozmowa, momentami jak klotnia lub zaloty ;)

Rano widac ciut wiecej ale szalu tez nie ma. Obszczekuja nas psy pilnujace stad ale na gest podnoszenia kamienia reaguja prawidlowo.

Lapiemy na stopa autobus pelen zolnierzy. Chlopaki maja jednostke gdzies tu w gorach i wlasnie jada na przepustke do domow. Atmosfera w autobusie jest wesola, ciagle slychac chichoty i spiewy. Obok nas siedzi Walusz z wioski Vardavank. Z nim najlepiej udaje sie nam porozumiec wiec tlumaczy nam co mowia inni. Z drugiej strony siedzi Gaga zwany przez kolegow Tadzykiem. Mowia ze wszyscy sa Ormianami oprocz niego jednego, ktory przyjechal z daleka i tak pokochal ormianska ziemie ze postanowil wstapic do wojska aby ja bronic. Nie wiem czy to prawda bo mamy wrazenie ze Gaga jest maskotka oddzialu i wszyscy lubia z niego zartowac. Np. chwile pozniej mowia ze walczyl w Wietnamie tylko tak mlodo wyglada. Chlopak siedzacy przed nami to Aram. Pochodzi z wioski gdzie sa tylko trzy domy i nie dochodzi zadna droga. Jest najbardziej ruchliwy z ekipy, ciagle zartuje wywolujac salwy smiechu kolegow. To kogos skubnie, to pociagnie za ucho, to zabierze czapke. Na przedmiesciach Kapanu pokazuje toperzowi przydrozny burdel i porozumiewawczo mrugajac oczami sugeruje ze moze by tu razem wysiedli.
Autobus caly czas podskakuje na wybojach- nie da rady zrobic ostrego zdjecia

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wysiadamy w Kapanie, robimy zakupy i idziemy kawalek przez miasto szukajac stacji benzynowej celem zasilenia Marusi. Na polamanych betonowych plytach kolo stacji zjadamy soczyste brzoskwinie.
Suniemy dalej przez blokowiska pelne powiewajacego miedzy blokami prania. Co za fajne i pozyteczne wykorzystanie przestrzeni gdy sie ma maly balkon! Jak fajnie potem musi pachniec takie pranie powiewajace na sloncu a nie scisniete na paru sznurkach w malej kanciapie. Czuje tu wiele bratnich dusz widzac babki rozwieszajace kopiaste miednice ubran, recznikow, poscieli. Pranie jezdzi na obrotowych sznurkach na wysokosci kilku pieter. Oczyma wyobrazni widze Olawe ze sznurami rozciagnietymi miedzy blokami i usmiecham sie w duchu do swoich marzen…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rozgladamy sie tez za knajpa. Jakos tak wyszlo ze od poczatku wyjazdu nie trafilismy do zadnego baru. Jakos zawsze cos stanelo na przeszkodzie i wcinamy ciagle tylko lawasz z serem i warzywami. W koncu udaje sie wypatrzec dogodny obiekt, pewnie jakiegos szaszlyka tam maja. Dzieli nas od knajpy 50 metrow gdy ktos nas wola. Pod blokiem siedzi Gaga Tadzyk, z kumplami i juz w cywilu. Zaprasza nas na laweczke a jakis mlody zaraz biegnie do sklepu po mrozona kawe w kubeczkach przypominajacych jogurt. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Siedzimy wiec tak popijajac kawe (tzn ja udaje ;-) ) wymieniajac usmiechy z cala ekipa bo niestety z nikim porozumiec sie nie potrafimy. W koncu Gaga wpada na rewelacyjny pomysl! Dzwoni do Walusza, komunikuje mu o wesolym przypadkowym spotkaniu. Po czym Walusz zaczyna robic za tlumacza. Telefon chodzi wiec w kolko, z rak do rak, bo kazdy chce o cos spytac, cos sie dowiedziec, cos skomentowac. Tak wiec sobie gawedzimy na kapanskim blokowisku. Chlopaki polecaja nam do zwiedzenia cerkiewke Vahanavank polozona na obrzezach miasta a najbardziej wycieczke w strone gory Khustup gdzie jest ponoc najpiekniej i jest najwiecej niedzwiedzi. Zwykle Khustup widac z Kapanu ale dzis gora schowala sie we mgle. Wszyscy tez ogladaja nasze zdjecia z wojskowego autobusu. 
Cos chyba knajpy nie sa nam dane na tym wyjezdzie ;)

Skomentuj tę część relacji


Na obrzezach Kapanu probujemy zlapac stopa. Na poludnie od Goris stop wybitnie bierze gorzej niz w innych rejonach Armenii. Aut jedzie calkiem sporo, ale tylko trabia, machaja, blyskaja swiatlami, ale nikt nas nie chce wziac. Nie chcac tu spedzic nocy decydujemy sie tez machac na taksowki. Z Surykiem jedziemy do Wahanavanku, cerkwi, ktora wedlug przewodnika jest polozona w dolince, a tak naprawde to siedzi dosyc wysoko na gorskim zboczu. Gory sa tu zupelnie inne niz w pozostalych czesciach Armenii, sa jakby ciut wyzsze, bardziej strome, skaliste, oblepione zwartym kozuchem lisciastego lasu. Drzewa i krzewy zaczynaja juz powoli nabierac jesiennych kolorow, co w polaczeniu ze skalkami powoduje ze troche mi przypominaja Pieniny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pod cerkwia spotykamy odpoczywajacych policjantow, babke i faceta, ktorzy przeprowadzaja z nami dokladny wywiad odnosnie naszych rodzin, wykonywanych zawodow, wynagrodzen w Polsce, zwiedzonych miejsc w Armenii oraz naszych planow na blizsza i dalsza przyszlosc. Po zakonczonym wywiadzie facet oznajmia “to teraz mozecie spokojnie zwiedzac, zdrowia, szczescia , pomyslnosci”. Widac zboczenie zawodowe wylazi nawet jak po cywilu odpoczywa ze znajomymi “na przyrodzie”.
Cerkwia opiekuje sie facet pomieszkujacy w blaszanej przyczepie.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Opowiada nam o historii zabytku, ze ponoc byl juz prawie w calkowitej ruinie i 30 lat temu zaczela sie rekonstrukcja do ktorej uzyto nowych solidnych materialow. Niedawno skonczono ow “remont” i kosciolek jest ladniejszy niz “kiedykolwiek przedtem”.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rozwazamy nocleg na tutejszych biesiadkach ale jest jeszcze bardzo wczesnie (kolo 14). Poza tym bliskosc miasta, dochodzaca tu asfaltowa droga i fakt ze dzis sobota -wskazuja ze moga sie tu zwalic straszne tlumy. Jako ze napatoczyla sie nastepna taksowka to jedziemy pod twierdze Baghaberd, w okolice wioski Nerkin Giratagh. Ciekawe jest ze taksiarz z Kapanu wogole nie wie gdzie to jest. Dzwoni wiec do swojego szefa i rozpytuje o droge. Tamten mu mowi ze to gdzies strasznie daleko i dzis juz tam nie damy rade dojechac, bo trzeba wyjechac wczesnie rano. Wedlug mapy to kwestia kilkunastu kilometrow. Taksiarz wiec dzwoni do innego kolegi. Ten dla odmiany mowi ze trzeba wrocic do Kapanu (czyli w przeciwna strone niz chcemy) i szukac kolo jakiegos sowchozu. Ostatecznie udaje sie nam go przekonac zeby pojechal we wlasciwa strone wedlug naszej mapy. Facet jest wyraznie zaniepokojony i troche nieufny gdzie my planujemy go wywiesc. Troche protestuje jak ja siadam kolo niego a toperz na tylnym siedzeniu. W czasie jazdy kilkakrotnie sie odwraca i ciagle gapi sie w lusterko zamiast na droge- chyba sprawdza czy toperz mu jeszcze nie ucina glowy maczeta. Po drodze jeszcze kilkakrotnie pyta o droge roznych ludzi. Zatrzymujemy sie tez na chwile w przydroznym wagoniku. Toperz z naszym kierowca wypijaja razem kawe, co kolesia chyba troche uspokaja. Ja w tym czasie bawie sie z dwoma malymi kotkami.

Droga biegnie skalnymi wawozami

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przy drodze na skale stoi pomnik niedzwiedzia z kluczem w pysku. Jest to obecnie symbol i herb prowincji Siunik. Ponoc kiedys jakis misiek spadl tu ze skaly do potoku i sie zabil. Ta czesc Armenii slynie jako najbardziej niedzwiedziowy rejon kraju (oprocz Karabachu oczywiscie gdzie miskow jest chyba wiecej jak ludzi)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Podczas jazdy taksiarz wyjmuje ze schowka butelke perfum, odkreca okno i wyrzuca ja na pobocze. Ped powietrza znosi ja troche w inna strone, turla sie wiec po asfalcie, podskajuje i laduje na srodku drogi. Byla szklana wiec az dziwne ze sie nie rozbila. Widzac moje okragle ze zdumienia oczy kierowca zaczyna sie usprawiedliwiac. Mowi ze juz wczoraj mu sie perfumy skonczyly i ze byla to tylko pusta butelka. I ze rozumie moje zdziwienie ale naprawde tam juz nic nie bylo. Ormianie nie sa tacy rozrzutni zeby wyrzucac dobre rzeczy, naprawde..
Taksiarz wysadza nas na skrecie drogi do Nerkin Giratagh, zarzekajac sie ze za skarby swiata dalej nie pojedzie bo tam zadnej twierdzy nie ma i jest droga tylko na terenowke. Wysadza plecaki i juz go nie ma. To co mowil nie jest prawda- droga nosi spore znamiona asflatu a i fragmenty naszej twierdzy widac na pobliskiej gorce. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


U podnoza zamkowej skaly przebiega jakis gazociag, rurociag, jakies przemyslowe cos. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pod rurami jest budka straznika. Pytamy owego stroza o droge do twierdzy. Nawet nie dlatego ze nie wiemy jak isc ale chcemy zeby nas obejrzal i zapamietal ze turysci poszli na twierdze. Coby nie bylo potem w nocy sytuacji ze koles zobaczy na twierdzy podejrzane swiatelka, zobaczy ze cos tam lazi i pomysli ze ten ktos chce zrobic krzywde rurociagowi i jeszcze zacznie strzelac albo co.. Widzialam ze w kanciapie mial karabin. Mial tam tez dwa psy jamnikoksztaltne i garnek jakiejs paszy w zapachu przypominajacej bigos. Tlumaczy nam dokladnie rozklad przytwierdzowych sciezek, pyta gdzie bedziemy spac. Mowimy ze w namiocie na gorze. Koles wiec troche rozpacza nad naszym losem: “biedne dzieci, zmarzniecie, zmokniecie itp” po czym sie zegnamy.
Twierdza byla chyba kiedys ogromna. Zostaly fragmenty murow i baszt wkomponowanych w skaliste zbocza. Przypomina mi to troche jurajskie zamki, z ta roznica ze tu nie ma biletow, tlumow, parkingow, skoszonej trawki i calych tablic zakazow. No i widoki ciut ladniejsze.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Siedzimy sobie wiec na gorze, skaczemy po skalkach,jemy, pijemy i obserwujemy jak chmury przewalaja sie przez okoliczne szczyty skalistych gor. Ciagle pojawiaja sie jakies nowe gory, ktore jeszcze chwile wczesniej siedzialy we mgle. A te co byly nagle znikaja.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Toperz pod jednym z kamieni znajduje cos co wyglada na skorpiona. Nie wiem czy to skorpion, nie wiem czy ten gatunek jest jadowity, nie wiem jakie bylyby skutki i jak by nalezalo sie zachowac jakby nas to cos upierdzielilo. Jedno jest pewne ze troche zesmy sie wystraszyli i juz na tej gorce nie siadalismy na trawie i nie zostawialismy ani na chwile rozpietego namiotu.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Namiot postawiamy sobie wczesniej coby wysechl. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

I wychodzi ze zrobilismy to na ostatnia chwile, bo niebo sie zawleka i ledwo co zdazamy pochowac nasze klamoty zanim rozlewa sie na dobre. W dole we wiosce slychac jakas dyskoteke i gwizdy- nie wiem czy pasterzy na krowy czy chlopakow na dziewczeta.

Rano wszystkie gory wokol spowija mgla. Schodzimy i zatrzymuje sie pierwsze auto- lada kombi wiezie nas do Kadzaranu. Z gosciem dosc trudno sie porozumiec. Wydaje mi sie ze zrozumial jedynie dwie kwestie- ze chcemy z nim jechac do Kadzaranu i ze zwykle sypiamy w namiocie. Wbija sobie wiec do glowy ze chcemy postawic namiot w srodku miasta i probuje nas odwiesc od tego pomyslu. Wywozi nas wiec gdzies na obrzeza miejscowosci, gdzie jest maly skwerek z laweczkami i pomnikami rzeczy bliskich temu miastu-kopalni, gornika, niedzwiedzia. Kierowca mowi ze tu bedzie dobre miejsce na namiot.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Z ulicznych plakatow dowiadujemy sie ze miastem partnerskim Kadzaranu jest Zodino, ale poki co jeszcze nie sprawdzilam gdzie ono jest

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Miasto nie jest duze. Tworza go glownie blokowiska, tym odrozniajace sie od dotyczczas mi znanych ze tu do klatek schodowych wchodzi sie po kladkach od razu na wysokosc pierwszego pietra.


Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdy w sklepie, po zakupach, na zakonczenie dukam “sznorakalucjun” to uradowana sprzedawczyni daje mi caly worek pysznych ciastek. Chyba miejscowi sobie zdaja sprawe ze to ich “dziekuje” jest duzo trudniej wymowic niz np. “barew dzez” ktore zawsze mowie na dzien dobry. “Dzien dobry” jakos nigdy nie budzi takiego entuzjazmu! Ciastka zjadamy juz na schodach sklepiku,bo sa wyjatkowo przepyszne, po czym toperz proponuje - idz buba jeszcze do jakiegos sklepu i powiedz to magiczne slowo jeszcze raz ;) Jejku! tak przyjechac tu i umiec gadac po ormiansku! chyba by nas miejscowi nie wypuscili i upasli jak tuczne gesi! ;)

W sklepie nie bylo pomidorow. No przeciez nie pojedziemy do Meghri bez podstawowej rzeczy do jedzenia! lazimy wiec dalej po miescie. Miedzy blokami stoi busik i sprzedaja tam rozne warzywa. Chyba to jakies hurtowe miejsce bo wszyscy miejscowi kupuja na worki. Sprzedawca pyta mnie ile kg pomidorow chce i zaczyna juz ladowac do wielkiej siatki. Mowie mu wiec ze tylko te 4 pomidorki co trzymam w rekach. Wszyscy sie wiec smieja i mowia zebym je sobie wziela i zycza smacznego.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nad miastem na wysokim stromym pagorku widac ruiny wioski. Nie wiem czy byla to jakas wioska azerska czy mieszkajacy tam niegdys ludzie pozniej przeprowadzili sie do blokow. Teraz mi jakos zal ze ani tam nie poszlismy ani nikogo nie zapytalismy o to miejsce

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wylazimy na peryferia, gdzie droga zaczyna sie wspinac ku przeleczom, niknie we mgle i dalej, jesli wierzyc mapom, to sunie w strone Meghri.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Samochodow jezdzi malo. Bardzo malo. Przeciez to jest glowna droga ktora leci na Iran! Zastanawiamy sie czy przypadkiem glowna droga teraz nie jest ta nowo zbudowana ktora wiedzie z Kapanu do Meghri przez Tsav. Acz z tego co slyszelismy to niby ruch tam jest jeszcze mniejszy ze wzgledu na ogromna liczbe serpentyn, bardziej strome podjazdy i czeste osuwiska. 
Wiekszosc mijajacych nas aut jedzie kawalek dalej i zawraca. Nie mam pojecia po co oni tam jezdza ale mijaja nas po kilka, kilkanscie razy. Po godzinie znam juz na pamiec marki aut i numery rejestracyjne.. Kwitniemy na tych obrzezach Kadzaranu chyba ze dwie godziny i nic nie wskazuje na rychla poprawe naszego losu. Co gorsza pojawia sie jakis Kitajec z plecaczkiem, staje jakies 100 metrow przed nami i jak gdyby nigdy nic zaczyna machac na samochody. Przeciez to jest bezczelnosc! Kitajec podskakuje, biega po calej ulicy. Co za skurwiel! Teraz to nas napewno nikt nie zabierze… Rozwazamy zeby sie cofnac kawalek i stanac przed nim ale jest tam zwezenie drogi, jakis most, a dalej juz miasto sie zaczyna, boczne osiedlowe uliczki itp… Zniecheceni idziemy szukac taksowki. Mlode szczyle spod hotelu rzucaja jakies astronomiczne ceny i glupkowato sie smieja. Kawalek dalej zagadujemy dziadka w zielonej ladzie. Pol godziny krazymy po miescie zeby nabrac benzyny. W tym celu odwiedzamy dom dziadka i dwie stacje benzynowe. Potem mijamy mgliste przelecze 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

skad czasem przeblysnie widok na odkrywkowe kopalnie otaczajace Kadzaran. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widac ze w wyrobiskach jezdza bielazy, ciezarowki- potwory ktore rzadko wyjezdzaja na drogi. Od dawna mi sie marzy zeby takim gdzies kawalek pojechac. Sprawa trudno wykonalna bo pake ma wysoko i zwykle wiezie na niej skaly, zwir albo piasek. A szoferke ma jednoosobowa. Ale moze kiedys?
https://www.youtube.com/watch?v=UaX-woCyqwA

Na jednej z przeleczy mijamy rozkraczona lade… Dwoch gosci zaglada pod maske. Wokol roztacza sie zapach palonego sprzegla.. Obok na poboczu stoi ze smutna mina bardzo dobrze nam znany Kitajec i drapie sie w glowe…

Gdzie dzis jedziemy? Przeczytalam w przewodniku ze niedaleko wioski Liczk jest wrecz rajska dolina, miejsce dawnej osady, obecnie opuszczonej. Stoi tam jedynie samotny klasztorek Dzwaravank a wokol jest mnostwo pieknych i dogodnych miejsc na biwak..
Dojezdzamy do wioski Liczk. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rozpytujemy o Dzwaravank. Miejscowi nic o czyms takim nie slyszeli. Myslimy ze pewnie nas nie rozumieja. Dziadek z zielonej lady probuje nam pomoc. Znajomosc ormianskiego nie jest tu jednak sprawa przesadzajaca. Naprawde nikt nic nie wie…
Idziemy wiec dalej przez otoczona gorami wies zagadujac kolejne osoby.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ktos w koncu zalapuje- Dzwaravanku tu nigdzie nie ma, ale niedaleko jest dawna wioska Zvar i jest tam stary kosciol. Wiec brzmialoby to Zvaravank. To musi byc to! 

Dolina okazuje sie byc srednio opuszczona, przynajmniej dzis. Stoja w niej jakies budynki przemyslowe, jakby jakas przepompownia. Wokol niej , na ogrodzonym terenie szykuje sie chyba jakas impreza, stoi duzo samochodow, gra muzyka, kreci sie tlum ludzi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Cerkiew jest kawalek dalej, wsrod krzakow i hald zwiru z mini kopalni odkrywkowej. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Budynek jest duzy. W srodku jakies rury, kable, wyglada jakby sluzyla za magazyn. Przy cerkwi jakas rodzinka zbiera szypownik. Muchy chca nas zjesc zywcem. Godzina zaczyna sie juz robic taka ze warto by pomyslec o miejscu na nocleg. Nie wiem czemu ale cos mi mowi ze nie mozna tu spac, ze to zle miejsce, ze trzeba stad uciekac i to natychmiast i jak najdalej. Nie wiem co jest przyczyna, ale zdarza mi sie to niezwykle rzadko, taki jakis wewnetrzny nakaz ucieczki. Tu w Armenii po raz pierwszy. Miejsca byly ladniejsze, brzydsze, bardziej dogodne na nocleg czy mniej. Ale wszystkie byly przyjazne. A to nie jest. Nie wiem czego sie boje, czy ludzi z tej pobliskiej imprezy, czy niedzwiedzi, czy Azerow z Nachiczewanu (granica jest bardzo blisko, biegnie gdzies pobliskimi, olesionymi wzgorzami). Toperzowi tez tu jakos nie pasuje na nocleg.
Pospiesznie oddalamy sie spowrotem w strone Liczk, a rozne dosadne epitety na autora naszego przewodnika sypia sie wokolo. Planujemy ze jak sie uda trafic na stopa to jedziemy do Meghri i tam szukamy jakiejs kwatery. Jak nic nas nie zabierze z Liczk to bedziemy spac w krzakach gdzies za wsia. Znad Nachiczewanu znow zaczynaja ciagnac ciemne chmury.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdy idziemy droga zatrzymuje sie biala niwa. Przypuszczamy ze pewnie chca pogadac albo o cos zapytac bo napewno nas nie podwioza- nie maja juz miejsca. W srodku siedzi facet,dwie babki, troje dzieci i sporo bagazu. To ta rodzinka co zbierala pod Zvaravankiem szypownik, zapamietali nas! I okazuje sie ze lada niwa to bardzo pojemny samochod! 8 ludzi, dwa wielkie plecaki, 5 siatek i wielki wor szypownika! 
Rodzinka mieszka w Vardanadzor, w polowie drogi z Liczk do Meghri. Zapraszaja nas do domu na herbate. Mowimy ze nie da rady, bo musimy dojechac do Meghri przed zmrokiem zeby znalezc tam nocleg. Zatem proponuja ze zostaniemy u nich na noc, a do Meghri pojedziemy wieczorem razem ...i nie czekajac na odpowiedz biegna do sklepu po ciasto.. Jedziemy pod dom, do ktorego zaprosili nas Suraz i Edgar. Kiedys nalezal do Azerow ktorzy uciekli z tych terenow. Dom jest niewyobrazalnie olbrzymi. Glowny przedpokoj jest wielkosci mniej wiecej dwoch naszych mieszkan w Olawie. Zima dzieciaki jezdza tam na rowerze. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Glownym miejscem biesiadowym jest zadaszona czesc ogrodu, tam sadzaja nas za stolem.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Edgar zabiera jeszcze toperza na obchod gospodarstwa, pokazuje mu kury, kroliki. W ogrodzie rosnie wszystko. Jakiego owoca czy warzywo bym sobie nie wymyslila to tam zapewne roslo . No dobra, bananow nie bylo ;) Jako ze z gospodarzami mamy mozliwosc porozumienia jedynie na zupelnie podstawowym poziomie i szybko koncza sie tematy, Suraz zaraz biegnie po sasiadke zeby nam bylo weselej i zebysmy mieli z kim pogadac. Irina jest sporo starsza od naszych gospodarzy. Pochodzi z Baku, z ktorego z powodow wiadomych musiala wyjechac dwadziescia lat temu. Mowi ze dla osoby wychowanej w wielkim, kosmopolitycznym miescie jest bardzo trudno przestawic sie na zycie w malej wiosce wcisnietej pomiedzy skaly. Twierdzi ze Erewan to tez prowincja. W Baku ponoc kwitlo zycie kulturalne, robilo sie interesy, ciagle przewalalo sie miedzynarodowe towarzystwo, a pociagi , autobusy, statki i samoloty odjezdzaly we wszystkie strony swiata. Irina tam studiowala, potem pracowala w szkole. Swietnie odnajdywala sie w szybkim, wielkomiejskim gwarze. Twierdzi ze przez stulecia mieszkancy tego miasta mowili o sobie “Bakincy”, po prostu miejscowi, niezaleznie czy byli Azerami, Ormianami, Rosjanami,Zydami czy Arabami. Ale przyszly lata 90 te i okazalo sie ze Irina jest Ormianka… Mowi ze mimo wszystko jest szczesliwa. Miala krewnych w Armenii, udalo im sie wyjechac cala rodzina i w komplecie dotrzec na miejsce. Wielu dawnych znajomych, sasiadow nie mialo tyle szczescia. Juz nigdy nie nawiazala z nimi kontaktu. W Vardanadzor sa gory, przydomowa chudoba czasem uszczuplana przez niedzwiedzie, jeden sklep. A jedynym powiewem szerokiego swiata sa ciezkie iranskie tiry smigajace w strone Meghri.

Pytamy tez o tykwy ktore wszedzie wisza w ogrodzie, czy to sie je czy co sie z nimi robi. Okazuje sie ze tykwy maja jedynie walory ozdobne i Irina zaraz biegnie do domu i nam przynosi garsc nasion.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Potem jeszcze przychodzi dziadek czyli ojciec Edgara i kolezanka z synkiem, ktora jechala z nami wszystkimi niwa z Liczk. Na stol wjezdzaja rozne pysznosci. Najbardziej zapadaja mi w pamiec orzechy w sloiku, jakby zamarynowane na slodko. Sa chrupiace i maja kolor ciemnego granatu. Plywaja w prawie czarnej, slodkiej , jakby gestooleistej zalewie. Probuje sie dowiedziec jaki jest przepis, chocby mi go zapisali po ormiansku, jakos potem by sie szukalo tlumacza. Obiecuja ze napisza ale jakos ostatecznie do tego nie dochodzi.
Niesamowita sprawa sa tez dzieci miejscowej rodzinki i ich znajomych. Podczas gdy biesiadujemy za stolem czy zwiedzamy ogrod, caly czas towarzyszy nam trojka dzieciakow w wieku 3 do 8 lat. Nie wyja, nie krzycza, nie tupia nogami, nie marudza ze im sie nudzi. Nie probuja wrzaskiem non stop czegos wymuszac na doroslych, nie wymagaja aby caly czas je zabawiac. Obserwuje je jak radosnie sie bawia, w berka, pileczka, jak ukladaja sobie na betonie pozrywane listki, jak rysuja na chodniku kreske i potem przez nia skacza itp Dwukrotnie jechalismy tez z nimi samochodem i nie bylo jakiegos marudzenia ze nudno, niewygodnie, raczej ochoczo zbieraly z rodzicami szypownik albo cieszyly sie nocna wycieczka. Nie wiem czym to jest spowodowane.. Ostatnio w Polsce coraz czesciej jak sie spotka rodzine z dziecmi, w sklepie, schronisku, knajpie, pociagu, to ciagle sa skrzywione geby, wrzaski, proby narzucania swojej woli, wymuszania krzykiem roznych zachcianek…

Wieczorem nasi gospodarze przypominaja sobie ze chcielismy jechac do Meghri. Ciemno juz jest, nic nie widac ale skoro turysci chcieli zobaczyc pograniczne miasteczko to trzeba ich tam zabrac. Pakujemy sie znow do niwy w 8 osob (teraz jest luz bo nie ma worow szypownika i nasze plecaki tez zostaja w Vardanadzor). Suniemy waskim ciemnym wawozem, czasami rozswietlanym reflektorami wielkich ciezarowek. W Meghri jak to w nocy- swieca calodobowe sklepy z alkoholem, stacje benzynowe, kasyna, burdele. Zatrzymujemy sie kilkakrotnie aby obejrzec jakies pomniki, nowe chaczkary czy pamiatkowe tablice zapisane dlugimi szeregami robakow. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jedziemy tez obejrzec przejscie graniczne. Nasi znajomi tlumacza sie nam i przepraszaja ze nie zabiora nas na wycieczke do Iranu. Sami tez tam nigdy nie byli. Ormianie potrzebuja tam wizy (Polacy zreszta chyba tez…). Widzimy ze po drugiej stronie granicznej rzeki tez sa gory. Cale zbocze swieci swiatelkami domow a dalej tylko ciemnosc. Przy przejsciu nie ma prawie osobowych aut. Tylko brzuchate ciezarowki, wielkie paki kontenerow i cystern. Nie wiem czy przejscie jest zamkniete, czy sa jakies dlugie kontrole, bo wszystko stoi bez ruchu. Oczyma wyobrazni widze biesiadujacych tam gdzies tirowcow, opowiadajacych sobie o przygodach i klopotach z trasy. Fajnie by moc kiedys z takimi gdzies kawalek pojechac…

Jako ze zwiedzilismy miasto to wracamy do domu. Powoli ukladamy sie do snu. W ramach podziekowania za goscine, wybieram dwa najladniejsze gliniane kieliszki i zanosze je Suraz. Na poczatku wogole nie chce ich przyjac, ale tlumacze ze to taki podarek, ze to u nas taki zwyczaj itp. Po czym ona szybko biegnie do barku i przynosi nam koniak. Ze jak podarek to musi byc w obie strony. Potem przynosi jeszcze litrowy sloik tych pysznych orzechow. Jak tak dalej pojdzie to chyba bedziemy wracac ladem bo do samolotu 50 kg plecakow nie wezma…

W nocy jak ide do kibelka to czuje sie nieco dziwnie. Wszedzie jest ciemno, widac tylko waska smuge mojej latarki ktorej wlasnie juz prawie zdechly baterie. Zerwal sie wiatr, ale jakis taki cieply. Jakby w chlodne nocne powietrze uderzyl powiew z goracego pieca. Skad tu taki wiatr skoro wokol tylko gory? Wiatr przynosi ze soba tez jakis dziwny zapach ktorego nie potrafie zidentyfikowac, ni to zapach rozgrzanego zwiru, ni to wodorosty... A w ogrodzie wybitnie cos lazi duzego, szelesci miedzy fasola, tykwami i szklarniami. Mlaska i chrumka. Do domu wracam pedem, w wyniku czego wywalam sie na schodach i robie troche halasu. Mam nadzieje ze nie pobudzilam gospodarzy.

Skomentuj tę część relacji


Rano zjadamy sniadanie z gospodarzami z Vardanadzor, zegnamy sie i wychodzimy na droge. Pierwszy pojawia sie uaz, ale jedzie tylko dwa kilometry. Chwile pozniej staje tez karetka pogotowia. Pytaja czy wszystko w porzadku i odjezdzaja. Wyglada na to ze chyba maja obowiazek zatrzymac sie jak im ktos macha.
Chwile pozniej zatrzymuje sie cysterna. Wiezie beton i jedzie w strone Erewania. Iranskie tiry przewaznie jezdza w grupach. Chyba tak weselej i bezpieczniej. Tu akurat jada w trojke. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gramolimy sie do wysokiej kabiny po kilku stopniach i obreczach. Wchodzac i wewlekajac plecak tracam koszyk z termosem i innymi spozywczymi produktami. Kostki cukru wysypuja sie na kocyk. Jest mi strasznie glupio, zbieram cukier calymi garsciami starajac sie wszystko przeniesc spowrotem do pudelka. Nie wiem po jakiemu sie mowi do Iranczyka ale probuje powiedziec “przepraszam” w roznych jezykach jakie mi przychodza do glowy. Chyba zrozumial ktoras z moich prob bo sie usmiechnal. Sadowie sie na lozku do spania z tylu, razem z plecakami. Toperz siada kolo kierowcy wiec ma lepszy dostep do okna, widokow i robienia zdjec. Kierowca zwraca nam uwage ze w samochodzie powinno sie jechac bez butow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Iranczyk fajnie pije herbate. Nalewa pol kubka z termosu (wiecej sie wychlapuje), wklada do ust dwie kostki cukru i pije. Jedziemy bardzo wolno. Samochod jest chyba strasznie ciezki przez ten beton i na podjazdach osiagamy zawrotne predkosci 20-30 km/h. Na zjazdach kierowca przelacza specjalna wajche, zaczyna wtedy cos mocno buczec i samochod toczy sie powoli acz rownomiernie. Wyglada to na jakies centralne hamulce. Chcialoby sie pogadac ile betonu z nami jedzie, czy wie co z niego bedzie zbudowane, dlaczego oplaca sie wozic beton az z Iranu. Ale niestety nici z pogawedki- kierowca po rosyjsku czy angielsku rozumie tylko kilka prostych slow (po polsku tez probowalam - po mnichu z Gndevanku wszystko jest mozliwe ;) ) Rozmowa na migi tez nie wskazana, lepiej chyba zeby kierowca patrzyl na droge.
Jedziemy wiec sobie w milczeniu a melodie wycia silnika przerywaja jedynie skoczne wchodnie rytmy plynace z glosnika. Mi sie nawet calkiem podoba ale toperz cierpi niemilosiernie,raz z racji lepszego sluchu a poza tym ma glosnik przy samym uchu. Nasz Iranczyk najbardziej lubi te piosenki z wysokimi, wibrujacymi, kobiecymi glosami, ktore wwiercaja sie w glowe. Jak akurat takie leca to podkeca maksymalnie dzwiek i sobie spiewa pod nosem, traktujac kierownice jak bebenek. Toperz robi sie zielony i wciaga glowe w ramiona.

W samochodzie oprocz normalnego klaksonu jest tez trabka. Ma inny dzwiek i jest bardziej donosna. Trabke uruchamia kierowca pociagajac za sznurek zwisajacy z sufitu. Mam wrazenie ze w innych okolicznosciach uzywa sie klaksonu a w innych trabki. Klaksonem sie karci albo wyraza niezadowolenie np. jak ktos ci zajedzie droge albo wyprzedza w niebezpiecznym miejscu. Trabka pozdrawia sie jadace z przeciwka iranskie samochody albo daje znaki kolegom np. “ruszamy” albo “zjezdzamy na postoj”.

Pogoda jakby sie poprawiala. Mijamy kilka wysokich przeleczy z ktorych wreszcie cos widac. Jak jechalismy tedy zielona lada to bylo widac tylko mgle..Mijamy Kadzaran otoczony wielkimi wyrobiskami odkrywkowych kopaln. 
Z rozwiewajacych sie mgiel wylaniaja sie coraz wyzsze szczyty..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Mijamy zawieszone nad przepasciami chaczkary polaczone z biesiadkami. Rzezbiony krzyz, wiata, laweczki. Czy na pamiatke miejsca gdzie ktos polecial w przepasc?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pierwszy krotki postoj kibelkowy wypada nam gdzies za miastem wsrod skalistych gor, grania cykad i drogi osypujacej sie do stromego wawozu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Ciezko kibelkowac na osuwajacej sie skarpie zuzlu. Acz trzymajac sie drzewa czynnosc okazuje sie wykonalna.


Gdzies po drodze migaja nam szare pudelka blokowisk Kapanu, wkomponowane w gory pokryte kolorowych kozuchem roslinnosci. Od dolu wszystko oplataja rury, od gory- mgla…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zatrzymujemy sie na dluzszy popas w miejscu wygladajacym jak dawna opuszczona stacja benzynowa. Za sajuza pewnie pelnil taka funkcje. Dzis przezywa druga mlodosc. Robi wrazenie jakby na wpol dziko zostal zagospodarowany na hotelik, knajpke, burdelik- ogolnie punkt zborny dla iranskich tirowcow. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Budynek zdobi zardzewialy napis “benzin”. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Byc moze paliwo rowniez mozna tu kupic. Inny proponowany tu asortyment nigdzie nie jest wyszczegolniony w formie pisanej. Interesem kreci ufryzowana kobieta w wieku mocno srednim. Ona wita przybylych, podaje kawe, herbate, piwo. Przed budynkiem pod zadaszeniem stoja lozka, tapczany na ktorych wypoczywaja kierowcy. Jedni spia, inni sacza rozne napoje, rozprawiajac zywo na jakies tematy lub patrzac gdzies w sina dal.


Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Czesc lozek z tylu obiektu jest pozbawiona materacy i podejrzewam ze sluza do wyczesywania welny, ktorej cale worki stoja na zapleczu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nad lozkami na betonowych scianach jest duzo malunkow- serduszka, podpisy, jakies wyznania. Napisy wystepuja w trzech alfabetach. W srodku budynku jest kilka pomieszczen. Za glownym wejsciem dalej w kolejnych futrynach nie ma drzwi- wisza zaslonki.

Za budynkiem jest dostep do wody i suszy sie pranie

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Budynek posiada lewe zlacze elektryczne - poplatane kable podlaczone do pobliskiego slupa.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest tez kibelek typu wychodek. Robi wrazenie niezbyt solidne, sciany trzymaja sie na slowo honoru. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Najbardziej jednak zaciekawia podloga- nie deski, nie beton a misiata wykladzina… Po kiego diabla ona tam? zeby lepiej trzymala wilgoc i zapach??

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kolo budynku , oprocz kierowniczki, kreci sie rowniez kilka mlodszych dziewczyn. Pala papierosy, ziewaja albo maluja paznokcie.

Nasz kierowca zarzadza posilek. Otwiera “barek” znajdujacy sie z boku ciezarowki, odpala gazowa butle. Wyjmuje wielka patelnie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przychodza koledzy z innych tirow, z krzeselkami. Przysiada sie takze Arleta, jedna ze stacyjnych dziewczat, ktora wyraznie klei sie do naszego kierowcy. Widac ze juz sie znaja z wczesniejszych przejazdow. Tirowcy zaczynaja obierac i kroic na patelnie caly wor pomidorow. Nie wiemy jakie sa zwyczaje, czy jemy razem czy kazdy swoje. Wyjmujemy wiec jakies pasztety, Marusie, rozkladamy na betonie serwetke. Chlopaki sugeruja nam zebysmy to schowali. Wyciagam wiec papryki ktore tez trafiaja na wspolna patelnie. Cebula sie nie nadaje i zostaje odlozona na stolik. Do pomidorow i papryki dolewaja oliwe, sypia duzo przypraw. Wszystko to dusi sie pod przykryciem okolo pol godziny. Wychodzi przepyszna , jednolita pasta ktora smarujemy chleb.

Na deser dostajemy slodki batonik wygladajacy jak zafoliowany kabanos. Sklada sie z ubitych zmielonych bakalii i orzechow, jest smaczny ale potwornie slodki.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wszyscy iranscy kierowcy zachwycaja sie broda toperza. On jeden wyglada tu jak porzadny muzulmanin ;) Ale czego oni se sami nie zapuszcza jak im sie to tak podoba?? Tego juz nie rozumiem!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po obiedzie nasz kierowca i Arleta znikaja gdzies na jakies pol godziny. Pozostali dwaj tirowcy wlocza sie w kolko, poziewuja ,pisza smsy, pokazuja sobie na telefonach jakies smieszne obrazki. 

Babka glownodowodzaca trzepie materace, zamiata, zbiera puste butelki i papierki do wiadra i wyrzuca je rytualnie na pryzme za budynkiem. Pryzma niedlugo siegnie dachu...

“Na stanie” jest tez czarny piesek wyjadajacy resztki po biesiadach. Kreci sie pod kolami ciezarowek, prawie klejac sie do opon. Jak to mozliwe ze przy takim sposobie bycia jeszcze nie zostal rozjechany?

Okolo dwoch godzin spedzamy w tym tajemniczym zajezdzie gdzie zagladaja wylacznie wlasciciele zoltych tablic w czarne robaki.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W koncu nasz kierowca wraca. Arleta macha na pozegnanie. Zapewne chlopaki wroca tu niejeden raz…

I znow jedziemy. Znow serpentyny, przelecze, droga w gore to w dol. Ryk zmeczonego silnika albo buczenie centralnych hamulcow. Mgly i postrzepione szczyty. Nowy asfalt, szutrowe kawalki i dziury. Zakret w lewo i znow w prawo. Zapach benzyny lub palonego sprzegla. Swidrujaca muzyka w nieznanym jezyku lub charczaca proba uruchomienia lokalnego radia. Chlodny podmuch wiatru, ped powietrza z otwartego okna lub lekki zaduch ciasnej kabiny
I waska wstazka szosy przebijajaca sie przez pofaldowany teren. Jejku! Jak prosto jest zbudowac droge w takim plaskatym kraju jak Polska… Kolo Worotanu otwiera sie przezd nami iscie kowbojski kanion. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kowboi i bizonow brak, ale sa za to osiolki z tobolami, nieufnie patrzace na mijajace je cysterny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gory, przelecze, wsie… I desperackie ormianskie auta pedzace twardo na czolowke zelaznym potworom. 

Droga z Kapanu do Goris kilkakrotnie przekracza formalna granice z Azerbejdzanem. Ciezko nawet powiedziec w ktorych miejscach. Nie ma to obecnie znaczenia, bo tam i tak jest Karabach.. Jedynie z rzadka rozsiane tabliczki “uwaga miny” informuja o istnieniu tej niewidzialnej granicy i przypominaja o smutnej historii tych ziem.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tak milo wyglada zaminowany teren miedzy poludniowa Armenia a Karabachem

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przed Goris stajemy jeszcze na kawe. Zuzlowa zatoczka, rozlozony stolik, krzeselka, radosc na twarzach nad dymiacym imbrykiem. To nie napoj, to rytual. I znow musze wypic to czarne swinstwo bo nie wypada inaczej. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nasi Iranczycy do wszystkiego jedza chrupki. Pochlaniaja tego ogromne ilosci, do obiadu, do kawy, podjadaja tez po drodze. Dzis nasz kierowca zjadl sam 4 ogromne paczki. Ja zjadlam chyba trzy sztuki i mam tak zaklejone zeby ze nie domyje ich chyba przez tydzien. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dzien chyli sie ku wieczorowi. Wysiadamy przy skrecie drogi na Sisian. Pakujemy plecaki, przeciagamy sie prostujac zastane kosci. Krotkie pozegnanie z kierowca. Pozostali pozdrawiaja nas buczacymi trabkami. Tiry wypelnione betonem odjezdzaja w strone zachodzacego slonca. W strone kolejnych gor, przeleczy, kaw , przydroznych zajazdow i malutkich burdelikow.
Powodzenia chlopaki!!!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Skomentuj tę część relacji


Tuptamy w strone Sisian. Daleko dzis nie zajdziemy bo slonce sie wlasnie chowa za gory, wypelza ciemnosc i zaczyna duc mocny wiatr. Idziemy po prostu przed siebie bo chcemy choc kawalek odejsc od glownej drogi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Docieramy do miejsca gdzie drogowskaz na prawo wskazuje droge na Zorac Karer- skupisko glazow o nieznanym pochodzeniu. Ponoc zostaly tu zgromadzone przez ludzi w czasach prehistorycznych i odgrywaly jakas role rytualna lub astronomiczna. Hipotez jest duzo, rozni naukowcy sie tym emocjonuja i mocno spieraja- ale poki co nic nie zostalo udowodnione. Po lewej stronie drogi widac niewielki pagorek z mini kamiennym kregiem, regularnym i rownym. Tu bedziemy spac. Po przeciwleglej stronie drogi jacys Francuzi stawiaja swojego campera, wyciagaja z niego z stolik, krzesla i duza mocno swiecaca lampe.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Odpalamy Marusie w srodku kamiennego kregu. Niech sie bidulka choc raz poczuje jak prawdziwy rytualny ogien.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po zmroku przy kamieniach pojawiaja sie jeszcze rosyjscy turysci. Robia po ciemku duzo zdjec naskalnych rytow i cos tam zartuja ze znaja prawdziwe zastosowanie tajemniczych dziurek w kamieniach. Cos tam bylo o bacach i braku owiec w okolicy ;) W 5 minut oblatuja cale wzgorze i Zorac Karer odhaczaja jako zaliczony. Cos tam jeszcze mowili ze na dzis (!) maja jeszcze do zwiedzenia Noravank i Areni.
Nie wiem czy bija jakis rekord w stylu “Armenia w trzy dni” ale troche to tak wygladalo ;)

Namiot stawiamy nieopodal. Mamy nadzieje ze nas nie odwiedza zadne zle moce z prehistorycznych kamieni. Zwirowa droga mimo poznej pory ciagle cos jezdzi. Nad Sisian raz po raz wybuchaja kolorowe pioropusze sztucznych ogni. W nocy bardzo blisko przechodza burze. Bija pioruny i leje. Wygladajac z namiotu ciagle mamy wrazenie ze ktos do nas idzie, ze ktos stoi na pobliskim pagorku i nam sie przyglada. Patrzac katem oka nawet jakby sie troche ruszal. W dzien ow kamienny osobnik wyglada calkiem niepozornie. Zupelnie inaczej niz w swietle blyskawic..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Rano mamy okazje dokladniej sie przyjrzec pobliskim kamulcom, ktore wybitnie wygladaja na spreparowane na potrzeby turystow. Tworza rowniusienki okrag, a wyryte na nich petroglify wygladaja jakby ktos je wydrapal wczoraj. Nie wiem jaka role to miejsce pelni. Moze jakby ktos nie mial czasu lub ochoty isc na prawdziwy Zorac Karer albo jechac na gore z malunkami naskalnymi - to tu ma wszystko w pigulce i to w duzo lepszym stanie? Jak widac po wczorajszym wieczorze nowe kamulce swoja role spelnily ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pogoda od rana jest niepewna. Niby wychodzi slonce ale jest ono jakies mocno kaprawe.. Horyzont jest zamglony, wyzsze gory siedza w chmurach i widac ze gdzieniegdzie mocno polewa. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Zwirowa droga przechodza duze stada owiec i koz.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Idziemy na Zorac Karer, ktory na tle gor prezentuje sie calkiem malowniczo. Im blizej podchodzimy tym jego urok mocno spada. Turystow jest tu wiecej niz kamieni. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kazdy kamien ma wymalowany sprejem numer. Nie wiem po kiego diabla... Ze jakby ktos chcial ukrasc zeby bylo wiadomo ze brakuje akurat trzydziestego szostego? 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kamien nr 18 cos chyba przeskrobal, bo trafil do karceru. Odseparowano go od towarzyszy i oglada swiat zza krat..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tutejsze kamienie, od innych spotykanych w Armenii, odrozniaja sie tym ze nie wolno ich dotykac o czym informuja duze tablice wypisane rowniez po angielsku.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jak gdzies wystepuje duzo turystow to jest zwykle jednoczesnie duzo zakazow. Czasem sie zastanawiam co jest skutkiem a co przyczyna. Czy turysci niszcza wszystko jak szarancza i to powoduje stawianie zakazow, czy turysci lgna do otabliczkowanych miejsc z zakazami bo tam sie czuja bezpieczniej i bardziej swojsko? 
Zageszczenie ludzi w owym miejscu przekracza kilkunastokrotnie tutejsze normy do ktorych zdazylismy juz przywyknac. Wszedzie otacza nas chmura zapachow dezodorantu i wycie rozkapryszonych dzieci. Zarzadzamy szybki odwrot..

Na pylistej drodze przez step znow zaczynamy sie czuc normalnie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nasza radosc jednak nie trwa dlugo- zaczyna lac. Niebo zaciaga sie na dobre, robi sie szaro i zrywa sie lodowaty wiatr. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W strugach deszczu docieramy do Sisian.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Probujemy zlokalizowac jakies centrum celem pozyskania jedzenia. Ludziska pochowaly sie po domach, ciezko kogos zapytac o droge. Ciagle nas wodzi gdzies po peryferiach. Szukamy knajpy ale bezskutecznie. Barow nigdzie nie ma- jest za to salon pieknosci w opuszczonym budynku. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Niby nie idziemy tak dlugo ale dopuckalo nam tak ze jestesmy cali mokrzy i zmarznieci.
Przypadkiem wlazimy na hotel Dina i decydujemy sie w nim zanocowac. Rozwieszamy mokre ciuchy, robimy pranie i ruszamy na miasto w poszukiwaniu zarcia. Do knajpy nigdy bysmy nie trafili bez pomocy miejscowych. Budynek stoi miedzy glowna droga a rzeka, ale napisy, brama - skierowane sa w strone rzeki, tak jakby od niej naplywali glownie klienci.. Nazeramy sie po brzegi szaszlykami. 
Popoludniu pogoda sie poprawia, wychodzi slonce a chmury gdzies przepadaja. Z jednej strony dobrze a z drugiej troche nam zal ze tak pochopnie podjelismy decyzje o noclegu w hotelu zamiast sie troche wstrzymac i teraz postawic namiot pod Vorotnavankiem tak jak planowalismy. Juz zaplacilismy za nocleg wiec pozostaje zlozenie Vorotnavankowi krotkiej wizyty. Po drodze super widoki na wawoz rzeki Worotan. To ta sama rzeka nad ktora szybuje kolejka do Tatew, ta sama co przeplywa pod Czarcim Mostem, jej ogromny kanion rowniez otwiera sie w drodze z Goris do Kapanu. Wychodzi na to ze chyba na calej dlugosci jest taka malownicza!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Mijamy tez miejscowosc w ktorej stroja resztki jakiejs swiatyni. Miejsce to jest ponoc uwiecznione na ktoryms z ormianskich banknotow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Vorotnavank wyglada jak kameleon. Zupelnie wtopil sie w otaczajacy krajobraz- kolorem, ksztaltem, faktura. Jakby nie byl dzielem ludzkich rak tylko fragmentem tego surowego krajobrazu zawieszonego nad wawozem…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wokol klasztorku jest sporo chaczkarow i plyt z wyrytymi motywami z zycia codziennego.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest tez drzewko obwieszone ofiarnymi szmatkami

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Obiektu pilnuje jakis dziwny gosc. Lazi caly czas za nami z zacieta mina, nie usmiechnie sie, nic sie nie odezwie. Nie odpowiada zagadywany. Nawet “dzien dobry” nie odpowiedzial, tylko jakos dziwnie lypie.

Wracamy do Sisian pieszo- stopem.

Wieczorem wloczymy sie po miescie. Szukamy kosciolka Sisianvank. Po drodze trafiamy na komunistyczny pomnik wokol ktorego auta jezdza jak po rondzie. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jest tu tez mala kaskada, jak dla mnie duzo bardziej malownicza od tej erewanskiej.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pakujemy sie w platanine waskich sciezek w starej dzielnicy miasta. W ciasnych przesmykach zmrok zapada szybciej niz na szerokiej przestrzeni. Przed kamiennymi domkami siedza babuszki. Od jednej z nich dostajemy gruszki. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Sisianvank polozony jest na wzgorzu nad miastem.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wylazimy tez pod pomnik polozony jeszcze nieco wyzej. Widac stad cale Sisian, droge do Vorotnavanku. Analizujemy tez droge do Tanahat, klasztorku pod nachiczewanska granica gdzie planowalismy ruszyc jutro ale chyba juz nie starczy nam czasu. Musi zostac na nastepny raz..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przychodzi tez do nas zmartwiony dziadek. Bezskutecznie szuka swoich dwoch krow. Dziadek chyba zle widzi o zmierzchu- krowy widac pasace sie na zboczu. Jedna z nich udaje sie zlapac. Druga wykorzystuje sytuacje jak zjezdzam ze skarpy z lawina kamieni i daje noge. Mam nadzieje ze trafi sama do domu. Acz mam wrazenie ze wszelaka przydomowa chudoba dobrze sie odnajduje na ulicach tego miasteczka

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wracamy juz zupelna noca kluczac ciemnymi uliczkami miasta. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nabywamy jeszcze wino z granatow ktore spozywamy w milym zarosnietym parku otaczajacym nasz hotelik. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

W hotelu Dino oprocz nas bytuje tez okoliczny “kryminalnyj krug”. Gdy ide do kuchni pozyskac wrzatek na herbate zaczepia mnie kilku gosci z cygarami w zebach, w garniturach i z sygnetami wielkosci piesci. Dopytuja sie czy my tu sluzbowo czy wypoczynkowo. I czy naprawde niczym nie handlujemy. “Delegacja czy wczasy?” I swidruja oczami. Sa nieco zawiedzeni moja odpowiedzia. Wyglada zupelnie jakby oczekiwali na kogos z warkoczami w zielonej czapce, z kim mieli w planie zrobic dobry interes.

Kolejny dzien wstaje pogodny ale bardzo wietrzny. Niezawiazana pod szyja czapka zaraz laduje w rowie, a suszace sie na plecaku pranie zrywa mimo ze jest poprzypinane agrafkami. Lapiemy stopa w strone Erewania. Lada ktora nas zabiera jedzie tylko do wioski Tzghuk. To chyba znak. Skoro juz sie tu znalezlismy nie wypada nie isc poszukac opuszczonego osiedla nad jeziorem Spandarian. Osiedla ktore widzielismy przez tafle wody rok temu, na naszym dziwnym biwaku. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nie wiemy dokladnie gdzie to osiedle jest. Kluczymy wiec bocznymi drogami, probujemy wylezc na pagorki aby sie rozejrzec. Droge przegradzaja nam wawozy z rzeka wiec musimy szukac przepraw i brodow.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

A potem sie okazuje ze trzeba bylo po prostu isc za wies starym asfaltem w strone tamy.

Osiedle tworzy okolo 10 jednopietrowych blokow z grubego betonu ktore nigdy nie zostaly ukonczone. Wokol jest tez kilka ruin innych budynkow, chyba o gospodarczym przeznaczeniu. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widac stad tame na rzece i zabudowania jakby malej elektrowni. Czesc z nich robi wrazenie porzuconych a czesc chyba nadal dziala. Wsi stad nie widac. Na przeciwleglym stoku widac bacowke. 
Gdy krecimy sie po ruinach podjezdza lada z miejscowymi. Zatrzymuja sie i robia wrazenie jakby sie nam przygladali dluzsza chwile. Idziemy wiec w ich strone. Chcemy pogadac- zapytac co tu bylo, co mialo byc, czemu budynki nie zostaly ukonczone itp. Niestety gdy podchodzimy lada daje po gazie i odjezdza...i tylko tuman kurzu unosi sie nad droga…

Przez pola wracamy do glownej drogi.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Dalej podwozi nas busik, ktory po dach jest zaladowany skrzynkami po bananach. Wydawaloby sie ze drewniane skrzynki nie ulegaja kompresji, jednak dla miejscowych nie ma rzeczy niemozliwych. Nasze plecaki mieszcza sie bez problemu. 
Jedziemy do Areni.

Skomentuj tę część relacji


Wysiadamy w Areni. Poczatkowo chcemy isc do cerkiewki ale okazuje sie ona byc dalej niz przypuszczalismy. Od strony wsi odziela ja ostra skarpa a dogodna droga dochodzi od przeciwleglej strony, trzeba by obejsc cala wies. Chyba nam sie nie chce, stad tez dobrze widac ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przy drodze stoi tu duzo roznych przetworow na sprzedaz. Glownie wino i jakies dziwne napoje ktore wygladaja jakby do butelki nawsadzac pokrojonych brzoskwin i zalac woda. Na straganach mozna tez nabyc rozne owoce. Chcemy kupic kilka brzoskwin ale dziadek daje je nam za darmo, wzbrania sie, nie chce przyjac pieniedzy. Jeszcze nam je myje zebysmy od razu zjedli. Zjadamy je na bialym murku nad rzeka. Murek byl chyba niedawno bielony wiec zaraz mamy cale biale kupry, wygladamy jak sarenki. Brzoskwinie sa tak soczyste ze cali jestesmy w lepkim soku. Nawet nie ma jak otrzepac kuprow i nie uswinic sie jeszcze bardziej ;) Gdy probujemy sie jakos ogarnac np. wycierajac rece w trawe, podjezdza dwoch gosci na motorze- Armen i Aszot. Pytaja czy nie trzeba nam w czyms pomoc np. zawiesc nas do Noravanku. Sa troche zawiedzeni gdy mowimy ze w Noravanku bylismy juz rok temu a teraz planujemy dotrzec w okolice Jelpin. Potem idziemy do winozawodu, ktory rok temu polecil nam Samuel. Zabawne jest ze pracownicy sklepu nas pamietaja. Mowia ze przyjechalismy z taksiarzem z Goris i bylo z nami jeszcze dwoch chlopakow. Przeciez u nich codziennie przewija sie kupa ludzi?? Jak mozna miec taka pamiec?? Probujemy rozne gatunki wina. Ostatecznie wybieramy trzy- z granatow i dwa z winogron- wytrawne i polslodkie. Z brzoswin nam nie smakuje, jakies takie mdle. Malinowe tez nie, jakies takie gorzkie. Nie wiem czemu bo malinowe wino w Ligatne na Lotwie bylo przepyszne. Jakos nie chce mi sie wierzyc zeby lotewskie maliny byly lepsze od ormianskich (acz moze malina lubi zimno i deszcz?)
Przy degustacji win spotykamy tez innych turystow np. emerytowana nauczycielke z Moskwy. Babka jest przerazona waga naszych plecakow, a zwlaszcza mojego. Jej przerazenie wzrasta gdy widzi jak dokladamy tam 4.5 litrow wina. Dziwi sie tez jak to mozliwe ze spimy od trzech tygodni w namiotach i jeszcze nas nic nie zjadlo. Mowi tez ze wygladamy jej na ludzi z Pribaltyki. Jak widac celowala calkiem niedaleko.
Babka kupuje chyba z 20 butelek wina i taksowkarz z ktorym przyjechala robi chyba trzy kursy do auta zeby to wszystko pozanosic. Nie wiem czy ona zamierza to wszystko wypic w kilka dni (za tyle ponoc wraca do domu) czy bedzie nadawac jakis specjalny szklany bagaz w samolocie 
Dalej podwozi nas mlody chlopak z dziewczyna. Sa bardzo zdumieni gdy prosimy zeby nas wysadzili posrodku niczego, jakies 2 km przed wioska Jelpin. Pytaja kilkakrotnie czy wszystkow porzadku, czy nic sie nie stalo. Tlumaczymy ze stad nam najblizej w gory, ze tam ladne skaly, ze wlasnie taki byl nasz plan zeby tu dotrzec ale ich zdziwienie pozostaje na tym samym poziomie.
My tymczasem tuptamy przez winnice i pastwiska ku skalistej gorze ktora stad wyglada jak skalne miasto. Poczatkowo planujemy spac w ktorejs z pieczar bo wlasnie zaczyna padac.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy


Spora czesc drogi pod skaly jest bardzo stroma. Tzn drogi tam nie ma zadnej, nawet sciezki. Zostawiamy wiec plecaki pod jedna skala i dalej wspinamy sie na lekko.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przy blizszym poznaniu wychodzi ze to chyba skalne miasto nie jest. Pieczary sa bardzo plytkie i wygladaja na naturalne groty. Jedna wprawdzie jaskinia wybitnie nosi slady ludzkiej dzialalnosci- ma zbudowany murek z kamieni. Jest ona jednak na tyle wysoko ze nie dajemy rady tam wylezc. Nie mamy pojecia jak mozna sie tam dostac. Moze trzeba sobie przyniesc drabine, albo jest gdzies w skale jakis tajny tunel?

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Skala jest bardzo krucha. Wyglada z bliska jak drobne kamyczki pozlepiana glina czy blotem.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

To nas ostatecznie zniecheca do noclegu w jamach- w nocy poleje, powieje i jeszcze sie nam to wszystko na leb osypie. Lezace pod skala ogromne kamulce zdaja sie to potwierdzac, wyglada na to ze one kiedys spadly.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Jakos na chwile przezd zachodem slonca chmury sie przewiewaja i cala okolice oswietlaja cieple, wrecz pomaranczowe promienie. Mozna sie wiec do woli nacieszyc widoczkami

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Schodzimy nizej na laki i tam stawiamy namiot.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Toperz mnie caly wieczor straszy niedzwiedziami. Nie wiem dlaczego akurat dzisiaj, wczesniej tego nie robil, choc pare razy nocowalismy w miejscach zdecydowanie bardziej misiowych. Kilkakrotnie sciagam na zoomie jakies niezidentyfikowane duze ruszajace sie wsrod skal ksztalty. Na szczescie sa to zawsze krowy ;)

Wieczorem padamy na pysk. Jestesmy jakos tak zmeczeni ze nawet nie wypijamy zadnego wina.
A w tle caly czas mruczy droga- iranskie brzuchate tiry ciezko sapiac podjezdzaja na przelecz Tuk Manuk.

Poranek budzi nas pogodny, sloneczny i cieply. W taki dzien jak dzis mozna sie w pelni nacieszyc urokiem okolicy. Nie wiem czemu ale prowincja Wajoc Dzor jest tym kawalkiem Armenii ktory najbardziej przypadl mi do gustu. Niby mowia ze tam na poludniu ladniej, ze wyzsze gory, ze bardziej zielone, ze glebsze wawozy.. Nie ma jednak nad plowy step i cieply oddech skal. Tu bym mogla spedzic caly wyjazd zagladajac w kolejne dolinki, za nastepne skaly i szukac zagubionych po gorach cerkiewek. Nie wiem tez czy to przypadek ale tu jest zwykle ladniejsza pogoda i nieporownywalnie lepiej bierze stop!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Sniadanie trwa dzis dlugo. Bardzo dlugo. Wkrajamy do menazki wszystkie warzywa jakie mamy, mieszamy z majonezem. A do tego wino. Nie mozemy sie zdecydowac ktore. Slonce zaczyna coraz bardziej dogrzewac acz rzeski wiatr przypomina ze jestesmy dosc wysoko i nie ma tu miejsca na duchote.. Dlugo nie chce sie nam pozbierac i ruszyc dalej. Zreszta nigdzie sie nam nie spieszy. Ostatecznie gdy konczymy pierwsza butelke wina decydujemy sie jednak ruszyc dalej, wzdluz skal w strone wioski Aghavnadzor.

Caly dzien tuptamy stepem wsrod skal. Zeschniete rosliny chrupia nam pod butami. Wylegujamy sie na rozgrzanej drodze albo w cieniu skal. Pyski omiata nam cieply acz swiezy wiatr dajacy poczucie przestrzeni i wolnosci. Otaczajacy nas swiat zaweza sie do trzech kolorow- plowego, blekitu i malej domieszki bieli tworzacej drobne ciapki na niebie i skalach. Inne kolory zdaje sie ze nie istnieja i nigdy nie istnialy. Jakos cieszy fakt ze i my swoim wygladem nie zmacilismy tak bardzo tej harmonii barw. Wygrzewajac sie w pyle drogi choc przez chwile czujemy sie fragmentem tego krajobrazu.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przez caly dzien po drodze spotykamy dwoch ludzi - pasterzy spiacych w cieniu wielkiego kamienia. Obok sa tez dwa konie. Mijamy rowniez jakas malutka osade- widac z daleka kilka domkow majaczacych wsrod skal.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Spotykamy tez jeden samochod

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Nie przeszlismy dzis zbyt duzo. Ale za to wypilismy drugie wino, tym razem z granatow

Na plowej przelaczce miedzy skalami postanawiamy spedzic kolejna noc. Popoludnie mija nam na wspinaniu sie na pobliskie skalki

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

oraz leniuchujac, przyrzadzajac zarcie i kolejne herbatki

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widoki mamy dzis jeszcze rozleglejsze niz wczoraj. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Otaczajace nas gory zdaja sie byc jakies dziwnie pomarszczone, karbowane, jak skora dinozaura albo stos tajemniczych sprzetow przykryty przescieradlem..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Az nie chce sie wierzyc ze ten waski przesmyk , ten ciemny wawoz dokads prowadzi. Tedy wlasnie jedzie sie do Noravanku..

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Widac tez Areni z cerkiewka do ktorej nie chcialo nam sie isc.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Pasmem gor na ktore patrzymy idzie granica z Nachiczewanem, ma ona dosc paskudna slawe.. Z tego co opowiadal Aszot czy Arsen poborowi wola juz sluzyc w Karabachu.
Chcialoby sie tam kiedys polazic po widocznych stad wioskach i nizszych gorkach.. ale niestety nie udalo mi sie nigdzie zaczerpnac informacji na jaka odleglosc mozna do tej granicy bezpiecznie podejsc, nie narazajac sie na rozne dziwne przygody.

Wgapiamy sie w odlegle pasma poryte pylistymi drogami i znaczone zielonymi plackami malych osad. Porownujemy to z mapa dziwiac sie nie raz ze w tak niedostepnych i zawieszonych na krawedzi przepasci miejscach mozna postawic ludzkie siedziby

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

A tam dalej , jesli mapa nie klamie, widac juz chyba nachiczewanskie szczyty i doliny.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Wieczorem znacznie poprawia sie widocznosc i wylazi zza gor szpiczasty stozek Araratu!

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po zmroku zauwazamy dziwna rzecz. Na ciemnej pustej gorze nad nami pojawia sie silny reflektor ktory kilkakrotnie miga, zapala sie i gasnie. Na pewno nie byly to swiatla zwyklego samochodu tylko cos znacznie mocniejszego. Jak patrzylismy wczesniej nie widzielismy tam zadnych zabudowan. Po chwili scena sie powtarza. Z gory po przeciwleglej stronie doliny, gdzies nad Noravankiem odpowiada miganie rownie silnego swiatla. Na wszelki wypadek gasimy latarki, nie chcac sie mieszac w ta tajemnicza rozmowe, zwlaszcza nie znajac tematu ani kontekstu.. W nocy jak wstaje do kibelka to raz jest ciemno, a za drugim razem swiatlo znow miga, tylko troche w innym miejscu, duzo nizej na zboczu gory.

W nocy mamy tez goscia. Cos przylazlo od strony gor. Najpierw slyszymy z dali jakby szczekanie, ale jest ono jakies zdecydowanie nie psie. Szczekajacy obiekt podlazi w okolice namiotu, obiega go dookola i niucha. Poszczekuje dalej ale kazde szczekniecie na koncu przechodzi jakby w lekkie wycie lub chichot. Chyba bardziej w chichot. Kreci sie kolo nas dobra chwile. Przelatuje mi przez glowe pomysl zeby wyjsc z namiotu i zaswiecic mu latarka w oczy. Przedwczoraj zmienialam baterie wiec swiatlo jest mocne. Raz moze zaspokoje ciekawosc co to jest a dwa moze kolega sie przestraszy i ucieknie, tym samym dajac nam spokojnie dalej spac. Juz prawie wylaze ze spiwora gdy przypominam sobie reflektor na zboczu… Ostatecznie szczekacz sam sie oddala i juz do nas nie wraca.
Potem pytalam ludzi co to moglo byc i byly sugestie ze to szakal.. Zupelnie nie wiem jakie odglosy wydaja szakale i czego sie mozna po nim spodziewac.

Rano Ararat prezentuje sie chyba jeszcze okazalej.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po prawej gora z ktorej blyskalo dziwne swiatlo

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Namiocik w szerszej perspektywie

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Schodzimy dzis w strone wsi Aghavnadzor. Po drodze kolejne typowe dla Armenii “sztuczne zrodlo”.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kawalej dalej toperz chce mi pokazac ladnego weza o jaskrawo zolto-zielonym brzuszku. Idziemy wiec za nim a waz nagle niespodziewanie zmienia kierunek i przepelza mi po butach.. Kurde… dobrze zesmy nie szli ogladac tego olbrzyma z Tsahats Kar…

Mijamy dziwny budynek. Stoi samotnie w gorach i wyglada jak bunkier. W srodku jest tabliczka z regulaminem BHP ale jest daleko, nie da sie do niej dosiegnac. Udaje sie jedynie sciagnac ja na zoomie. Spora jej czesc jest zaslonieta deska. Z dostepnej czesci tekstu udaje sie wywnioskowac ze to cos jest opisywane symblem НУП i jest jakies niezbyt bezpieczne dla tam pracujacych. Jest wysokie napiecie (pradu??) , przynajmniej co godzine trzeba wentylowac cysterne i wlazac tam trzeba miec ubranie dokladnie zakrywajace rece. Dalej jest deska…
Wiszaca na scianie trupia czacha i nieprzyjemny zapach jakby wyziewow z laboratorium powoduje ze cykamy pare zdjec i szybko sie oddalamy.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Po powrocie udaje sie dowiedziec troche wiecej o znaczeniu tajemniczego skrotu НУП, majacego zapewne cos wspolnego z dalekosiezna lacznoscia
viewtopic.php?f=4&p=91151&sid=d17494191d96e80c8c2a2727abaae65d#p91151


Docieramy do wsi Aghavnadzor.. Nie wiem czy to przypadek ale tu tez dominuje plowosc i blekit.. tak samo jak w gorach…

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Przy cerkwi zadomowil sie gieroj. Zwykle zdawalo mi sie ze takie osobniki zbytnio nie lubia sie ze swiatyniami, ale jak widac bylam w bledzie. Tutaj zdecydowanie sa ze soba w dobrej komitywie.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Od miejscowych dostajemy dwie kiscie winogron. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Tuptamy w strone Areni.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Cale okolice wsi to ogromne plantacje winogron. Wlasnie trwaja zbiory. Ludziska zbieraja owoce do wiader, z nich sa przesypywane do skrzyn i pudel a ze skrzyn prosto na paki gruzawikow. Znow dostajemy dwie kiscie, tym razem ogromne. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Gdy siedzimy na poboczu i pozeramy podarek podjezdza do nas autem jeden ze zbieraczy. Przedstawia sie jako Hamlet i zaprasza nas do domu. Rok temu byli u niego turysci z Petersburga. Zaprosil ich na kawe, zostali trzy dni. Niestety musimy podziekowac i odmowic. Chcemy byc dzis wieczorem w Erewaniu. Jutro wracamy do domu. Jak nas wessa tu gdzies na wsi to zostaniemy do wiosny (hmmm.. moze to by nie bylo takie zle??;) ) Bierzemy adres, mowimy ze moze za rok i ze smutkiem sie oddalamy. Nie chce sie wracac…

W Areni znow kupujemy wino, jedno z nich chce przywiesc mamie, drugie znajomemu. Bierzemy wino w plastikowych butelkach, jak beda w szkle to napewno nasz bagaz przekroczy dopuszczalna wage.. Obsluga winozawoda lypie na nas podejrzliwie.
Jakby mieli deja vu ;)

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Lapiemy marszrutke do Erewania. Marszrutka jest nowa wiec oczywiscie nie ma w niej miejsca. Naszymi plecakami klinujemy tak przejscie ze juz nikt nie moze normalnie wejsc ani wyjsc. Jakby to byl jakis poczciwy PAZik to by i problemow nie bylo…

W Erewaniu jak zwykle- nocleg u Stiopy, wyzerka w “Kaukazie”, Kaskada stoi jak stala, Ararat tez. Koczownicy-bezpanstwowcy siedza na lawkach z dobytkiem jak rok temu.

Odwiedzamy lokalna poczte. Biorac adresy od wielu miejscowych dostawalismy je bez kodow pocztowych, ulic, numerow domow. Tylko “Armenia, nazwa wsi, pobliskiego miasta i imie, nazwisko”. Nie wiem jak to tu dziala ale wiele ludzi nie przywiazuje wagi do tego na jakiej ulicy mieszka, pod jakim numerem. Kilku rzucilo sie do szaf w poszukiwaniu paszportow, liczac ze tam beda jakies dokladniejsze dane adresowe. Niestety w paszportach tego tez nie ma. Jeden Aszot podal nam normalny adres- z kodem na region, ulica, numerem domu. Wiec to i w Armeni istanieje.. I listy do Aszota sa jedynymi co do ktorym mam pewnosc ze po wyslaniu z Polski je otrzymal.. Bojac sie ze tegoroczne listy nie dojda poszlismy w Erewaniu na poczte, zapytac o kody pocztowe do Wajk, Meghri.. Babki w okienkach robia okragle oczy i zdumione miny, zupelnie jakbysmy probowali zamowic hipopotama pieczonego w buraczkach. Mowia ze one nie wiedza. Nie daje za wygrana- moze maja ksiazki, tabele z tymi kodami, moze w komputerze mozna znalezc? Nie ma nigdzie. Zbiegaja sie wszystkie coby obejrzec tych cudacznych obcokrajowcow przychodzacych z jakimis wydumanymi prosbami. Dzwonia gdzies kilkakrotnie telefonem, dziubia w komputery. Ostatecznie udaje sie owe kody odnalezc ale trwalo to grubo ponad pol godziny. Strach pomyslec co by bylo jakbym sprobowala kupic koperte albo znaczek pocztowy ;)

Mamy tez w tym roku szczescie byc w Erewaniu w sobote, w dzien gdy bazar zwany Wernisazem wystepuje w najbardziej rozbudowanej formie. Wloczymy sie wiec pomiedzy kramami. Sa zarowno stoiska typowo dla turystow- koszulki, magnesiki, pamiatki. Ale sa tez regiony targu gdzie spotkac mozna glownie miejscowych, cos jakby gielda staroci, lumpeks, klunkry. Kupujemy metalowy, podwojny kij do szaszlykow. Taki sam jak mial Aszot na Armaghanie, gdy pieklismy miecho i wszelkie warzywa. Chce go podarowac rodzicom, zeby byl na stanie w domku w Kotach i mam juz wizje jak wprowadzamy na polska ziemie tradycje pieczenia w ognisku pomidorow i baklazanow! Toperz podchodzi do zakupu nieco sceptycznie. Mowi zebym sie zbytnio nie przywiazywala do kija bo w samolocie mi go napewno odbiora. Kij chyba jednak robi wrazenie i budzi szacunek. Jak go niose przez miasto (mimo ze go trzymam za ostrze) ludzie jakos dziwnie schodza mi z drogi..
Na bazarze trafiamy tez na kilka stoisk z radzieckimi odznakami. Kilka fajnych udaje sie nabyc, zatem kolekcja sie rozrasta. 

Armenia, Karabach - relacja z podrozy
Armenia, Karabach - relacja z podrozy
Armenia, Karabach - relacja z podrozy
Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Kilka innych bardzo mi sie podoba ale ceny zaczynaja siegac set i tysiecy zlotych. Tyle kasy za kawalek blaszki?? :shock: W ich wartosci moglby sie juz rozeznac jedynie prawdziwy kolekcjoner. Ponoc sa bardzo rzadkie, a ich autentycznosc potwierdzaja ksiazeczki z pieczatkami pochodzace z czasow ich nadawania konkretnym ludziom. Sprzedawca o kazdej odznace potrafi opowiadac przynajmniej pol godziny.

Nadchodzi wieczor, cykady znow graja.. A my musimy stad wyjezdzac.. A dopiero co przyjechalismy.. A tam w Polsce ponoc juz zimno, nie ma lawasza i plowych pustych gor..

Na lotnisku wkraczamy w nieprzyjazny sztuczny swiat plastiku cuchnacy detergentem i klima. Jak latwo od tego syfu odwyknac.. Dzis jest tu chyba jakis “miedzynarodowy dzien czystosci” bo cale zastepy sprzataczek zachowuja sie jak mrowki w mrowisku w ktore ktos wsadzil kija. Biegaja w kolko i wszystko poleruja. Ciagle przeganiaja nas z miejsca na miejsce bo akurat tam gdzie siedlismy musi przejechac myjacy wozek sikajacy piana na wszystkie strony. Pasazerowie raz po raz sa przepedzani z lawek, lawki sa odwracane do gory nogami a stado pan rzuca sie na nie z nozykami, gabkami i szmatkami. Najpierw je skrobia, potem myja a na koniec poleruja.

Armenia, Karabach - relacja z podrozy

Na odprawie bagazowej nie jest lepiej. Trafiamy na jakas wredna sluzbistke ktora odrzuca nasze plecaki. Po pierwsze wyciaga nam wino i mowi ze ono dalej nie poleci, bo alkoholu nie wolno przewozic w plastikowych butelkach. Chodzi oczywiscie o bagaz glowny, a nie podreczny. Mozna przewozic alkohol w butelkach szklanych. Wolno przewozic rowniez w plastiku wode, soki, kompoty. Rok temu przewiezlismy wino bez problemu wiec teraz jak durnie powiedzielismy prawde co jest w butelkach. Babsko czepia sie tez Marusi, otwiera ja, obwachuje, pyta co to jest i twierdzi ze tego wozic nie wolno. Ostatecznie przychodzi jakis jej przelozony aby jej laskawie wytlumaczyc jak wyglada kuchenka benzynowa, do czego sluzy i ze jak jest pusta to nie ma przeciwskazan zeby latala w samolocie. O dziwo kij do szaszlyka nie wzbudza niczyich podejrzen
Teraz pozostaje problem co zrobic z winem. Mamy go trzy litry i jako ze pare godzin temu wypilismy w “Kaukazie” dwa dzbany to nie mamy ochoty wlewac w siebie kolejnego. Napewno tym jedzom go nie zostawimy. Obojetnie czy by mialy go wypic czy wylac to szkoda dobrego trunku.. Biore wiec butelki pod pache i ide szukac jakiejs sympatycznej geby. Trafiam na dziadka- taksowkarza. Usmiecham sie do niego a on podchodzi i pyta gdzie mnie zawiesc. Mowiemu ze nie zamierzam nigdzie z nim jechac ale chce mu dac wino. Mina bezcenna :) Opowiadam mu nasza smutna historie. Dziadek oczywiscie sie bardzo ucieszyl z podarku. Drugi raz sie cieszy gdy dowiaduje sie ze jestesmy z Polski. Twierdzi ze bardzo lubi Polakow bo to kraj o wspanialej i bohaterskiej przeszlosci. Facet okazuje sie byc emerytowanym nauczycielem historii. Mowi ze bardzo podoba mu sie polska literatura a juz calkiem ulubiona ksiazka jest “Pan Wolodyjowski”, ktorego glowna postac jest bohaterem narodowym Armenii! Na tym etapie to ja wybaluszam na niego oczy. Czemu Polacy z Wolodyjowskim na czele sa otoczeni przez Ormian taka sympatia??? To bardzo proste! Bo walczyli z Turkami! Przedmurze chrzescijanstwa, Chocim, Wieden, te sprawy :) Jako ze cala Trylogia rowniez nalezala do moich ulubionych ksiazek, ktore przeczytalam kilkanascie razy to sobie gawedzmy o roznych szczegolach. Niesamowite jest ze gosc tez wzial do rak wspolczesne mapy i probowal poszukiwac wspominanych w ksiazce miejsc. Dokladnie wie ze w Jampolu jest teraz ukrainsko - moldawska granica, a Raszkow lezy w Naddniestrzu. Cieszy sie bardzo gdy mu opowiadam jak zwiedzalismy zamek w Kamiencu Podolskim i ze wisi tam specjalna tablica poswiecona Wolodyjowskiemu.
Ale nie moge dlugo gadac.. Musze wracac. Toperz pewnie i tak sie niepokoi gdzie polazlam.. i zaraz zamkna bramki..

I znow trzeba czekac caly rok na cykady...

KONIEC (przynajmniej na ten rok.. )

Skomentuj tę część relacji

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!