Kursywą komentarze by Zibi. :D


Nasze tegoroczne plany wakacyjne nie zostały niestety zrealizowane w całości ze względu na braki czasowe spowodowane kilkoma niezależnymi czynnikami: wyjazdem latorośli (musimy wrócić wcześniej, żeby przejąć opiekę nad psem i wyprawić dziecię), próbujemy przesunąć więc urlopy „na wcześniej”, ale okazuje się, że jesteśmy tak ważnymi dla firmy pracownikami, że nie ma takiej opcji, bo te wcześniejsze trzy dni naszej nieobecności niechybnie doprowadzą zakład do upadłości… :wink:

Wyruszamy więc po pracy, w piątek. Jeszcze tylko zakupy jakieś, instrukcje dla dziecięcia (nie wiem dlaczego obsługa pralki automatycznej przerasta możliwości percepcyjne mężczyzn w każdym wieku), potajemne wynoszenie bagaży (pies nie może widzieć, bo ma natychmiast rozstrój żołądka), powrót do pracy (bo zapomniałam z wrażenia zamknąć okien w pokoju i ochrona mnie zawezwała) i jedziemy. 

Cudowna jest ta moja małżonka – „ruszamy po pracy” to było , jak się okazało, tylko moje pobożne zyczenie. Zamiast planowanej 20 z małym plusem ruszyliśmy po godzinie 23, co zaowocowało dotarciem do granicy w okolicach 5 rano, a nie 1-2 jak to ja sobie wymyśliłem

Do granicy w Korczowej docieramy nad ranem i spędzamy na niej 4 godziny. Ukraińcy odprawiają bardzo wolno i Polacy automatem też. 
Za granicą drzemka na stacji OKKO już nie tak komfortowa jak zazwyczaj, bo słoneczko już grzeje, jedziemy dalej do Jaworowa, gdzie chcemy zakupić starter Beeline. Nie jemy już śniadanka w naszym ulubionym Jaworowskim zajeździe odkąd kolega z pracy mieszkający w tym miasteczku uświadomił nas, że jest to lokal lokalnej mafii i ostatnio było tam kilka strzelanin w biały dzień…. 

Kercz - Krym

Startera nie udaje nam się kupić, wszędzie jest tylko Life, ale za potwierdzają się słowa kolegi, że zasypali tę jamę w głównej drodze. Rzeczywiście, jamy już nie ma, jest „normalna” dziura. 

Ta dziura na głównym skrzyżowaniu Jaworowa nadal nie jest „normalna” chyba, że jako punkt odniesienia przyjmiemy to, jak wygladała dwa lata temu. Wtedy był tam lej po bombie, obecnie jest to „lejek” po wybuchu granatu.

Jedziemy dalej. W planie mamy jako pierwszy punkt muzem wojsk rakietowych. Rezygnujemy ze zwiedzania Sofijskiego parku w Umaniu, bo wymagałoby to kolejnego noclegu w trasie i tym samym skrócenia pobytu w Kerczu. 

Na nocleg zatrzymujemy się na obwodnicy Winnicy w kompleksie "Автопорт" (Винница, Турбовское шоссе, 6 км) gdzie do wyboru mamy pokój w budynku hotelowym za 250 hr lub pokój w budynku obok za 190 hr. Wybieramy drugą opcję, gdyż pokoik jest bardzo fajny, nie słychać muzyki z hotelu, w którym trwa świętowanie czyjejś 50-tki, ma łazienkę i nic poza tym nie jest nam do szczęścia potrzebne. 

Kolacyjkę zjadamy na zewnątrz, gdzie czas miło płynie nam na obserwacji gości, a zwłaszcza młodych kobiet toczących dramatyczne walki z kostką brukową o utrzymanie się na niebotycznej wysokości szpilkach w pozycji pionowej. W większości wypadków pojedynek wygrywa kostka i wtedy chyboczące się dziewoje, kiedy tylko kąt przechyłu przekracza 20 stopni ratują panowie siedzący na ławeczkach podbiegając chyżo i łapiąc je dziarsko przed zaliczaniem gleby. :D

Dziewoje podczas tracenia równowagi łapane były bardzo ostrożnie i delikatnie, gdyż makijaż na ich twarzach, był tak intensywny, że Kleopatra wygłądałaby jak blada córka młynarza. Ostrozność była konieczna, aby ta misterna kompozycja, przypominająca stiuki nie odpadła

Zjazd z drogi do muzeum rakietowego o dziwo jest bardzo dobrze oznaczony, trafiamy więc bez trudu. 

Kercz - Krym

Na parkingu stoi kilka samochodów, ale nigdzie nie widać żadnych ludzi, ani też napisu KASA. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Nieśmiało więc oglądamy sobie rakiety (kurcze, wielkie są – jedna z nich ma 33 metry długości, średnicę 3 metry i waży sobie 211 ton i spala 26 ton paliwa w ciągu dwóch i pół minuty lotu) i nagle pojawia się dziewuszka, którą mijaliśmy jadąc gruntowką do muzeum. Okazuje się być przewodniczką, ale prowadzi grupy angielskojęczyczne. My jednak wolimy po rosyjsku… więc dziewczynka prowadzi nas do budynku, gdzie już trwa jakaś wycieczka, ale wojskowy pan mówi, że zapłacimy później, on dużo nie powiedział i później nam dopowie to, co straciliśmy. Facet mówi naprawdę bardzo interesująco i co ważne bardzo wyraźnie. 

Nie udaje mi się oczywiście zapamiętać wszystkiego, Zibi pewnie tu zaraz coś dopisze, ja zapamiętałam tylko, że: rakieta leci do NY 23 minuty, wystrzeliwuje pociski zmylające, więc na radarach widać nie jedną a 50 rakiet, że do dziś dnia amerykanie nie pojęli tego patentu, że mieli tych rakiet dość sporo. 
Potem pan opowiada jak wyglądała służba w jednostce, szkolenie i system odpalania rakiet. Przeraża mnie, że służba trwa 7 dni, że się przez ten czas jest zamkniętym od zewnątrz, 44 metry pod ziemią, że zmieniają się co 8 godzin i funkcjonują na powierzchni pewnie 3 metrów kwadratowych. I jeszcze na dodatek jest to 33 metrowy, metalowy kontener, ważący 125 ton podwieszony za pomocą amortyzatorów w specjalnym szybie. Widzimy na makiecie ten punkt dowodzenia i jestem bardzo ucieszona, że później można sobie zjechać pod ziemię i zobaczyć to na własne oczka. Jest jeszcze sala ze wstrząsającymi zdjęciami z Hiroszimy, z jakimiś pociskami, granatami i takimi tam różnymi rzeczami, których nazw nie zapamiętałam. 

Kercz - Krym
Kercz - Krym

Ja jako wyznawczyni spiskowej teorii dziejów zwracam uwagę na często powtarzaną frazę „teraz nie ma tu broni jądrowej” (podobnie jak w Bałakławie) więc bardzo ciekawi mnie po co w takim razie całość bazy utrzymywana jest w „gotowości do natychmiastowej pracy”. I czy pan pułkownik jest zadowolony z pensji ekskursawoda….. i dlaczego wciąż w promieniu 15 km nie można niczego budować? :roll:

Kończymy teoretyczne opowieści i zostajemy przekazani kolejnemu wojskowemu, który oprowadza nas po terenie z czołgami, samochodami do transportu rakiet, największą rakietą i wyrzutnią, której ogromna gruba pokrywa, ważąca pewnie z kilkanaście ton (sprawdziłam i waży dokładnie 120 ton) odkrywa w się w 7 sekund. Łazimy już raczej samopas, bo pan mówi bardzo szybko, już nie tak wyraźnie i w zasadzie powtarza to, co już słyszeliśmy w pierwszej części wycieczki. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W kolejnym etapie przechwytuje nas kolejny pan w randze pułkownika, który ma nas zawieźć pod ziemię. Udowadnia też, że faktycznie wszystko jest gotowe do pracy, migają na tablicach światełka, nigdzie nie ma grama rdzy ani kurzu, pan pozwala dzieciakom wciskać określone guziczki, włącza się wentylacja itp. Idziemy korytarzem, gdzie pan gromadząc całą wycieczkę przed wejściem do windy opowiada praktycznie to, co już słyszeliśmy. 

Mnie bardzo interesuje wszystko co wokół, stojąc na platformie, gdzie „mamy uważać” zaglądam w dół tej studni, widać drabinki awaryjne i inne dziwne przyrządy. Któraś bardziej znudzona wycieczkowiczka łapie słuchawkę telefonu i nagle z przerażeniem rzuca ją z powrotem….. telefon działa i ktoś po drugiej stronie się odzywa…. Pan mówi, że działa tu wszystko i że jak teraz pierdyknie bomba to my przeżyjemy. Mamy wodę (bo jest własne ujęcie), mamy zapasy jedzenia na 3 miesiące, mamy łączność no i mamy dowódców…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Po chwili pan zaczyna przekonywać wycieczkę, żeby nie jechać tą windą…. Jestem trochę zdziwiona, ale później rozumiem jego postępowanie. Mnie tam nic nie przekona, ale jego argument, że tam jest to samo co na makiecie, a można zaoszczędzić 25 hr sprawia, że z 20 osób zostaje 6. 

Do windy może wejść max 4 osoby (w tym Pan) i reszta czeka, aż ci co zjeżdżają obejrzą sobie wszystko i wrócą. (teraz już wiem, czemu tak przekonywał…) I tak tłok jest porównywalny do jazdy w pociągu relacji Przemyśl-Szczecin z 3 wagonami w tym jednym zarezerwowanym dla kolonii. 

Pierwsza grupka zjeżdża windą wielkości szafy, my czekamy. Ja oczywiście w swej naiwności myślałam, że zatrzymamy się na każdym piętrze, które było widoczne na makiecie, ale kiedy nadchodzi w końcu nasza kolej okazuje się, że nie. Zobaczymy tylko piętro, gdzie odpalano rakiety (3 żołnierzy 8 godzin siedzi kołkiem przypięta pasami w fotelach) oraz piętro, gdzie „odpoczywa” zamienna trójka. Do niego schodzimy po pionowej drabince, bo winda zatrzymuje się co drugie piętro. 

Moja spiskowa teoria nabiera kształtów i jestem przekonana, że na pozostałych piętrach po prostu pracują ludzie ….. :wink:

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W pomieszczeniu odpalania robimy sobie fotki, a później po pionowej drabince złazimy do pomieszczenia odpoczynku, gdzie oczywiście chciałam zajrzeć do szafek, ale były zamknięte… Woda była, kibelek działał….samowar był. Całość jednak baardzo klaustrofobiczna. Żeby ta trójka na górze nie zasypiała, mieli co jakiś czas fałszywy alarm… Nie wiem co robili, żeby ta druga trójka nie dostawała pierdolca mieszkając tydzień w szafie….Podobno mogli iść na wcześniejsze wojskowe emerytury. Z drugiej strony jest to pewien pomysł jak urządzić sobie małe mieszkanko i na kole o średnicy 3metrów mieć sypialnię, kuchnię i łazienkę. :mrgreen:

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Po zakończeniu wycieczki ( 4 godziny mineły nie wiadomo kiedy) kupujemy jeszcze płytę DVD (niestety tylko w języku ukraińskim, co utrudnia nam nieco zrozumienie), na której widać odpalanie rakiet i ich unicestwianie zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami, ale kurczę skąd wiadomo ile ich tak naprawdę było? I skąd wiadomo, że unicestwiono wszystkie?? Pocieszające jest tylko to, że wszystkie wycelowane były w Stany Zjednoczone…. 

Praktycznie nic dodać, ale należy się wyjaśnienie: otóż ta główna „rura” w której znajdował się cały system, nadzoru i dowodzenia ma średnicę 3 metry z małym kawałkiem i umieszczona jest w „rurze” o średnicy 5 metrów z małym kawałkiem i ta mniejsza rura wewnętrzna podwieszona jest na gigantycznych teleskopach z układem żyroskopowym zapewniających stabilność centrum dowodzenia nawet podczas wybuchu nuklearnego. Uzasadnienie przewodnika: „Żołnierzom nie mogła zadrżeć dłoń przy wpisywaniu kodów i odpalaniu rakiet” Dodatkowo prosta arytmetyka pokazuje nam rozmiary windy, która znajduje się pomiędzy „rurami” – 80 na 80 centymetrów. 

To co udało mi się podejrzeć w prześwicie obok windy to układy elektroniczne; wszystkie zbudowane na lampach, a te jak pragnę poinformować odporne są na wszelakie promieniowanie. Komputer na lampach pracuje nawet wtedy kiedy znajdzie się w epicentrum wybuchu. Tranzystor poda szybciej niż promieniowanie osiągnie swoje maksimum. Tranzystor pada w około 0.02 sekundy po „uwolnieniu” promieniowania i cała elektronika pada. A ta stara „lampowa” pracuje jakby się nic nie stało.

Kolejny nocleg wypada nam za Chersonem w kompleksie "Синевир" (трасса Ростов-Одесса-Рени 597 км, с. Токаревка, Бериславское направление) Jest to bardze sympatyczne i zacisze miejsce z własnym jeziorkiem. Prosty pokój z łazienką kosztuje 120 hr, luks (z klimą) 200 hr, domek drewniany z klimą 250 hr. Bardzo miła obsługa, pani dopytywała o której rano wyjeżdżamy, bo kuchnia czynna od 8.00, ale ona może przyjść szybciej zrobić nam śniadanie… 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Wszystkich zainteresowanych informuję, że jeżdżącą reklamą tego miejsca jest kultowe auto ZSRR, zwane przez złośliwców-zazdrośników, sportową wersją czołgu T-34 – ZAPOROŻEC!! Ale nie byle jaki Zaporożec, bo cały obłożony drewnem, można rzec jest wykonany z drewna. Trudno nie zauważyć takiego cacka.
I słówko o miłej pani kelnerce. Otóż kiedy już zdecydowaliśmy się zagościć w tym miłym zajeździe, Małgosia usiadła za stołem, ja parkowałem auto (stajanka bezpłatna, pilnowana przez psa wielkości małego cielaka), pani kelnerka przyjęła zamówienie, ale mijając mnie poinformowała o zamówieniu mówiąc: „Pani już zamówiła czy Pan się na to zgadza?”
Poczułem się jak prawdziwy PAN I WŁADCA…. I było to miłe!

Kercz - Krym

Rano wyjeżdżamy w kierunku Askanii Nowej, gdzie już nie mogę się doczekać safari. Dojazd do rezerwatu nie jest oznaczony w ogóle, mamy więc nadzieję, że nas dobrze pokierowali. Jedziemy i jedziemy w upale pustą drogą przez wysuszone trawy i żaden rezerwat nie majaczy nam na horyzoncie. 

Kercz - Krym

Nagle jak fatamorgana wyrastają drzewa.. i wjeżdżamy do Askanii. Wioski Askania. Tu już są jakieś drogowskazy jedziemy więc dziurami przez jakieś rozpadające się blokowiska i wreszcie pojawia się parking, brama wjazdowa, mnóstwo autokarów i budka KASA. 

W magicznej budce poraża mnie kartka z napisem, że „safari wremjenno nie rabotajet” O to co to znaczy czasowo pytam paną z budki. Pani mówi, że jest zagrożenie pożarowe i safari będzie rabotało….we wrześniu. Niech to szlag. :evil:

Postanawiamy wejść i zwiedzić rezerwat. Hmm…. Powiem tak. Jeśli ktoś jest dendrologiem znajdzie tam coś dla siebie. Jeśli ktoś interesuje się zawodowo drobiem, także będzie zadowolony (różne rodzaje kaczek). Cała reszta będzie miała ochotę wetknąć pawie pióro, które wszyscy namiętnie kupują, w cztery litery administratorowi strony internetowej za brak owej (dość chyba istotnej) informacji o Safari. :cry:

Dobra, jest kilka klatek ze zwierzątkami typu bawół, zebra, jakieś kozy. Jakieś 10 sztuk. Każde powiatowe polskie zoo robi większe wrażenie. 

Kercz - Krym

W oddali majaczy zaś step, po którym miałam śmigać i bratać się z dzikimi kopytnymi na przykład sajgakami – potomkami mamutów. A Zibi miał spróbować mleka antylopy, które ponoć jest lepsze od wiagry. :D Póki co Zibiemu musi wystarczyć mój balsam do ciała, nazwany przez niego „erotomanem”, gdyż za każdym razem, gdy go używam mój mąż chce mnie ciągnąć w krzaki. :D
Wypijamy najlepszy na świecie kwas domowej roboty, sprzedawany przez babuszkę na zagraconym podwórku (ale nie wiem, czy jest to wystarczający powód, by tam jechać) i ruszamy w dalszą drogę. 

Zibi każe mi zapytać pana parkingowego, gdzie jest stacja benzynowa (zazaczona na mapie), bo od jakiegoś czasu świeci nam rezerwa. Pan parkingowy oznajmia, że w Askanii nie ma stacji…. Najblisza za jakieś 40 km…. Studiujemy mapę, by dowiedzieć się, że znaczkiem dystrybutora oznaczone są punkty naprawy…. 

Z duszą na ramieniu ruszamy przez step pocieszając się, że wędrówka na piechotę w palącym słońcu do stacji po paliwo będzie z pewnością fantastyczną przygodą…. 
Na szczęście nasze uno kochane na oparach dojeżdża do dystrybutora….. (pewnie z wdzięczności za wymianę opon na szersze i podniesienie tyłka) 

Nie tylko tyłka, ale i trochę przodu też!!!

Robocop drogowy czyli Zibi jeszcze w ten sam dzień dowozi nas do Kerczu. 

I tylko raz zdarza się niebezpieczna sytuacja na drodze, kiedy to po wpadnięciu w dziurę urywa nam się kołpak, wystrzeliwuje w górę i z kosmiczną prędkością, ruchem koszącym zapiernicza w stronę aut przed nami…pisk hamulców świdruje mi mózg, na szczęście kołpak z hukiem rozstrzaskuje się na poboczu. Ufff. Nikogo nie zabiliśmy. 

Przyznam się bez bicia, że sytuacja była mocno stresująca, wlokłem się za jakimś „gruzawikiem” jadąc pod górke, aż mało nie zasnąłem (tempo żółwia upojonego walerianą), więc kiedy zrobiło się z górki i trochę wolnego miejsca zacząłem wyprzedzać. Nie doceniłem silnika wyprzedzanej ciężarówki. Ta zaczęła gnać jak szalona. Ale nie prędkość była tu najważniejsz tylko dziura na lewym pasie drogi. Lewa strona auta wpadła w nią jak ostrze gilotyny w kark francuskiego arystokraty podczas rewolucji. Ledwo jęk zawieszenia przebrzmiał w uszach, to kątem oka zauważyłem dziwny obiekt latający, który zaczął nas wyprzedzać zwiększając prędkość i pułap lotu. Wystarczy wyobrazić sobie jak leci płyta CD wyrzucona z całej siły.

Przez moment myślałem, że to koło. Kiedy zorientowałem się, że to kołpak odetchnąłem z ulgą, ale tyko na chwilę, bowiem fruwający z zawrotną predkością kołpak kieruje się w stronę czerwonego BMW jadącego z przeciwka…. Pisk hammulcówBMW czasami brzmi mi w uszach i wtedy budzę się zlany potem… 

Należy dodać, że upał panował okropny (miły to on jest ale na plaży, a nie w aucie bez klimy) i przez moment myślałem, że moja małżonka dostała udaru słonecznego. W pewnym momencie zaczęła półgłosem mamrotać: „pewnie, że ochujeliśmy jadąc w taki upał” zaniepokojony stanem zdrowia Małgosi zacząłem bacznie wypatrywać znaku informującego o najbliższym szpitalu. Zamiast niego oczy moje napotkały znak reklamujący sieć restauracji na którym było napisane: „A wy uchu jeli?” Czcionka była duża, miejsca mało słowa i literki zlały się w jedną całość i wyglądało to tak: „A wy uchujeli?” Gra słów polsko-rosyjskich i absolutna zmiana znaczenia tak nas tak rozbawiła, że upał już nam nie przeszkadzał! A tak naprawdę o co chodzi zorientowaliśmy się po trzecim mijanym znaku, gdyż reszta napisu nie miała z zupą rybną (ucha) nic wspólnego - „50 widow wareników”

W Kerczu stajemy w okolicach dworca autobusowego i ruszamy na poszukiwania kwatery. Jest już dość późno, po 17, przewodnik Bezdroża za swoim „biuro pośrednictwa kwater jest w OKOLICY dworca autobusowego” jest zupełnie nieprzydatny. Biura nie znajdujemy. Nie znajdujemy też żadnej babuszki ani żadnego ogłoszenia. Łazimy po tym dworcu jak błędne owce czym wzbudzamy uwagę taksówkarza, który nam pomaga. Ponieważ żaden z telefonów, które ma nie odpowiada bierze nasz numer i obiecuje zadzwonić. Upewnia się jeszcze, że nie szukamy ani full wypasu ani garażu tylko normalnej kawalerki w rozsądnej cenie. My idziemy szukać dalej i trafiamy do hotelu „Lazurnyj” czyli hotelu roboczo nazwanego „BUBA STYLE”. (po przyjeździe wracam do relacji Buby i wiem, że już tam była, a chciałam jej go polecać, nawet fotki robiłam). :P

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W „hotelu” bierzemy pokój na jedną noc. Wtedy dzwoni pan, że znalazł nam mieszkanie za 140 hr. Wracamy do niego po namiary i jedziemy oglądać. Mieszkanie okazuje się być 3 pokojowe, normalne, więc bierzemy. Umawiamy się z panią na rano i wracamy do naszego Lazurnego. 

Rano z radością zjawiamy się w mieszkanku, Zibi pobiera lekcję zamykania i otwierania drzwi magicznym kluczem (ja zrezygnowałam ze słuchania i zajęć praktycznych, po tym jak się okazało, że tym kluczem się nie kręci w zamku tylko ciągnie z użyciem siły) :roll:

Kercz - Krym

rozpakowujemy się, idziemy na kawkę i obczaić co jest w pobliżu, robimy jedzeniowe zakupy i wyruszamy w miasto. Wtedy też dociera do nas straszna prawda, że moje skrzętnie gromadzone ostatnimi czasy notatki na temat tego co zobaczyć w Kerczu i okolicach, niekoniecznie wspominanego w przewodnikach …zostały w Opolu. 

Co ciekawe w Kerczu nie ma tak charakterystycznych jak w Sewastopolu „bocznych uliczek” (czyli wypicowana Bolszaja Morskaja i zdecydowanie rozpadające się domy w każdej jej odnodze). Powiedziałabym nawet, że główne ulice w centrum Kerczu po jednej stronie mają odrestaurowane budynki, a po drugiej całkowity rozpad, albo tak naprzemiennie. 
Widać, że to typowe miasto portowe. Może na pierwszy rzut oka nieładne i mało interesujące, ale na pewno z duszą. Mi się osobiście podobało. Ma swój klimat, piękne plaże wokół (informacja dla Miner72pl: plaża miejska nie znajduje się na portowym nadbrzeżu, Twoje fotki to basen na którym odbywają się zawody.) 

A dokładniej rzecz ujmując to są dwa baseny sportowe zbudowane na otwartym morzu. Jeden zrujnowany w stanie rozpadu, drugi prawie kompletny, z widownią, słupkami startowymi i wieżą do skoków wysokości trzech metrów – doskonale widoczne na Google Earth:45 stopni, 20 minut, 54,92 sekundy NORTH, 36 stopni, 28 minut 30,08 sekund EAST)

Plaża miejska jest przy arszyncewskiej kosie i jest to najładniejsza plaża miejska jaką widziałam. 

Jest to najładniejsza plaża, jeśli spoglądamy i oceniamy plaże z punktu widzenia Bałtyku
Kercz - Krym

Przechadzamy się, o dziwo nie zatłoczonym prospektem Lenina. 
Jest pomnik wodza, jest przepiękna cerkiew Jana Chrzciciela, jedna z najstarszych w Europie wschodniej, schody na Górę Mitrydat, przepiękny gmach gimnazjum. Są uliczni grajkowie, kwas, lody, kafejki, dziewczęta robiące sobie fotki na „nasz kłas” w różnych dziwnych pozach, ale za to z nóżką obowiązkowo zgiętą w kolanie i wysuniętą w tył... Czyli wakacje. 

Można żałować, że deptak jest tak krótki i czuje się niedosyt podczas spaceru, ale tak jak Małgoś napisała, stratę tę rekompensują uliczni grajkowie,rewelacyjny kwas….i dość duży fragment orkiestry symfonicznej – koncerty od 18 do 20 na początku deptaku od strony pomnika – polskie piosenki partyzanckie też grają! Mało brakowało, a wystąpiłbym jako solista śpiewając:

„Rozszumiały się wierzby płaczące, 
rozpłakała się dziewczyna w głos.
Od łez oczy podniosła błyszczące,
na żołnierski na krwawy życia los.
Ref.
Nie płacz dziewczyno ma
Na los co serce rwie 
Nie płacz dziewczyno ma
Bo w partyzantce nie jest żle….”

Cudownie to brzmi w wykonaniu trąbek, saksofonów, gitary i innych instrumentów…Usta same się rwały do śpiewania….
Ja to znam, a Małgoś patrzyła na mnie tak, jak Robert patrzy na najcudowniejszy wykopek starożytny…… róznica pokoleń….

Oj tam, oj tam. Zaraz różnica pokoleń. Oczywiście, że znałam tę piosenkę…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Planujemy, że następnego dnia pojedziemy sobie na arszyncewską kosę sprawdzić stan wysiedlenia i obejrzeć plaże. Ponieważ jednak jest jeszcze jasno Zibi zarządza, że podjedziemy sprawdzić dojazd. Jak już jesteśmy na kosie jedziemy dokąd się da, czyli do bramy jakichś zakładów, skręcamy w bok i dalej plażą postanawiamy dotrzeć na sam koniec kosy jeśli będzie taka możliwość. Mijamy łowiących rybki, zbieramy obłędne muszelki i idziemy, idziemy…. Po pewnym czasie piasek robi się jakiś dziwny, twardy, jakby pokryty jakąś substancją, mi się kojarzy z watą szklaną… nie potrafimy stwierdzić co to jest. Woda też staje się na tyle dziwna, że przestajemy w niej brodzić, jest okropnie brudna, gęsta i czarna, coś jakby morze wywalało jakiś mazut czy coś…. :roll: Dochodzimy do samiutkiego końca kosy. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W drodze powrotnej zmienia się kierunek wiatru i zagadka wody oraz piasku rozwiązuje się w sposoób mało satysfakcjonujący dla nas. Chcieliśmy tam troszkę na tych plażach pustych poleniuchować. Czarna woda okazuje się być po prostu ściekami kanalizacyjnymi, a substancja na piasku to nic innego jak zamoknięty i scalony z piaskiem papier toaletowy…. :evil:
Jakoś odchodzi nam ochota na zabawy plażowe w ścieku (przed oczami mam informacje o cholerze…) Wracając oglądamy sobie pozostałe domostwa. Trochę ich jednak zostało, mają prąd, nie wiem jak z wodą. Działają dwa ośrodki wypoczynkowe. 

Na początku kosy znajduje się bardzo ładna plaża miejska. Na tyle ogromna, że sprawia wrażenie mało zatłoczonej i co ciekawe jest bezpłatna. 

Kolejne miejsce, które odwiedzamy to Eltigen. W drodze zatrzymujemy się jeszcze przy kurhanie Joz-Oba (albo tak nam się wydaje, że to właśnie jest „sto wzgórz”). Dla mnie to po prostu górki z pasącymi się kozami. Oznaczeń żadnych nie ma, więc i pewności, ze to kurhany, a nie porośnięte wyschniętą trawa pagórki – też nie. Ale koza ładna. 

Trzy plany i mapy wydane przez trzy niezależne wydawnictwa kartograficzne wskazywały, że owe sto wzgórz i jedna koza znajdują się naprzeciwko wież telewizyjnych! Jesteśmy konsekwentni i łatwowierni. Uznajemy ten punkt zwiedzania jako zaliczony

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Eltigen prawie bezludny, pracują jakieś ośrodki wypoczynkowe. Dumnie wita nas statek na cokole, kilka armatek i coś sterczące na wysokiej skale. Jest też muzeum, ale okazuje się, że nie możemy wejść, gdyż zapomnieliśmy z domu kasy…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Idziemy więc sobie na plażę. Woda jest tu czyściutka i bardzo ciepła, plaża prawie pusta, może ze względu na upał i parzący piasek.. Jednocześnie wieje bardzo wiatr i cali jesteśmy w piasku… 
Po dwóch godzinkach taplania się w wodzie, zbieramy się w drogę powrotną. Na parkingu ucinamy sobie pogawędkę z parą młodych rosjan z Moskwy na temat tego kto jechał na półwysep Kerczeński lepszą drogą. Nie bardzo chcą nam uwierzyć, że drogi w Polsce nie wyglądają jak autostrada Moskwa-Kijów-Odessa…. :P

Po powrocie do Kerczu Zibi idzie obejrzeć kurhan na dworcu autobusowym, którego nie widzieliśmy za pierwszym razem (sic), ja wybieram zacienioną ławeczkę i papieroska. 

Kercz - Krym

Kontempluję sobie przechodzących ludzi. Uwielbiam irracjonalne zachowania młodych kobiet, podziwiam je bezbrzeżnie za pomysły garderobiano-obuwnicze (a zwłaszcza te szpilki, na których większość niestety nie potrafi się poruszać). Obserwuję sobie podjeżdżającą marszrutkę do której niepiesznie wchodzą ludzie, większość kładzie siatkę na fotel i wychodzi na zewnątrz, bo upał jest niemiłosierny, a tu nagle biegną z wrzaskiem 3 panienki, dopadają marszrutki, prawie dochodzi do bójki, popychają się i wyzywają…. O co chodzi? Chodzi o to, że w kabinie kierowcy są tylko dwa miejsca….. W końcu dwie „zwycięskie” ładują się do kabinki obok pana kierowcy ściśnięte jak sardynki w puszce, zamykają drzwi i dla pewności jeszcze okno…. No cóż….. a taki miały piękny makijaż… Zaczyna on żyć własnym życiem, po jakiejś minucie… spływa.. 

Dalej jedziemy do portu Krym, ponieważ gdzieś wyczytałam, że jest stamtąd przepiękny widok. Niestety widoku nie ma żadnego. To zwykła granica, ze swoimi celnikami, kolejką aut i knajpką. 

Kercz - Krym

Jedziemy więc dalej, kolejny punkt wycieczki to cypel Fonar. Nie wiem, czy do latarni można wejść, ale jedziemy sprawdzić. Po drodze do latarni widać jakąś górę z pomnikiem, ale Zbyś koniecznie chce wjechać na górę z latarnią. Było to dość lekkomyślne posunięcie i mogło skończyć się nieciekawie… bo góra jest na tyle stroma, że ostatni odcinek nasz uniaczek pokonywał z dość dużą prędkością na pierwszym biegu i chwała Zibiemu za refleks w momencie kiedy już byliśmy na jej szczycie. Zaraz bowiem po jej drugiej stronie przywitało nas baaarrrrdzo strome urwisko….. aj aj nie chcę myśleć co by było gdyby….. Do latarni nie można wejść, normalnie jest to czynna latarnia, ale i tak z górki widoki zapierają dech w piersiach. Fale tłuką o brzeg, wiatr rozwiewa włosy i tłumi rozmowy, w takich chwilach człowiek czuję jakąś niewymowną więź z otaczającym go światem…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Ja z wrażenia, że jestem na najdalej na wschód wysuniętym punkcie Krymu postanawiam pójść dalej wzdłuż ogrodzenia latarni, żeby zobaczyć co tam dalej jest…. Nie było to zbyt roztropne w moim obuwiu (klapeczki), ale stromizna górki nie wydawała mi się jakaś wielka…. Zibi sobie odpuścił, a ja szłam i szłam i stwierdziłam, że jak zwykle miałam problem z oceną odległości…. Za latarnię nie dało się dojść, widać było tylko kawałek Rosji, i port, ale nie dało się zrobić zdjęć, ze względu na ciągnące się druty. :x

Wracać postanowiłam przy siatce ogrodzeniowej, bo mi się wydawało, że tak będzie szybciej. I kiedy właśnie swój zamiar wprowadziłam w czyn dostałam prawie zawału, gdy coś grubego, brązowego i długiego jak kij od mopa przepełzło mi centralnie po stopach i zniknęło wijąc się w odmętach suchej trawy…. Stałam jak skamielina, czułam serce walące jak szalone gdzieś w okolicach migdałów, nogi miałam jak z waty, a ze strachu odebrało mi mowę. Kompletnie nie wiedziałam ile tak stoję i gdzie powinnam postawić stopę, żeby czasem na to coś nie nadepnąć. Postanowiłam wrócić na zbocze, gdzie trawa była nieco niższa. I poczekać na Zibiego (sądziłam, że w końcu zacznie mnie szukać), ewentualnie rozważałam jeszcze możliwość rozpłakania się. Stałam tam i stałam i kiedy wrócił mi głos zaczęłam wzywać Męża, ale wiatr skutecznie mnie głuszył. Wpadło mi do głowy, żeby do niego zadzwonić, ale sobie przypomniałam, że drugi telefon został w domu. Kiedy już wydawało mi się, że minęła co najmniej godzina, mąż jakoś mnie nie szuka, a wąż/żmija zawsze może zechcieć wrócić zaczęłam swoje mozolne przemieszczanie się w kierunku auta….. 

Zibi powątpiewał w wielkość tego co mi przepełzło po nogach do czasu, kiedy kolejnego dnia nie spotkał się osobiście z osobnikiem tegoż gatunku…. 

Co oczywiście zrozumiałe nie miałam najmniejszej ochoty włazić na tę sąsiednią górkę z pomnikiem….. Siedziałam sobie w samochodzie z nogami na desce rozdzielczej (na wszelki wypadek) i zastanawiałam się jak Zibi ma zamiar zjechać z tej góry… miejscowi kazali iść pieszo, ale Zibi zauważył jakiś samochód na szczycie i stwierdził, że uno poradzi sobie całkiem tak samo jak terenowa toyota…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Do twierdzy Jenikale było nam dość ciężko trafić, nie ma żadnych wskazówek, kilka razy kluczyliśmy, ale w końcu naszym oczom ukazały się pozostałości twierdzy. 

Ale dwa drogowskazy na fermy strusi po drodze były! Strusi mieliśmy dosyć i jedyny drogowskaz związany z tymi ptaszyskami , który nas uradował brzmiał: „POTRAWY Z MIĘSA STRUSI”

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W drodze powrotnej korzystając z faktu, że słońce już prawie zachodzi postanowiliśmy wspiąć się na owe 430 schodów na górę Mitrydat. Widok na miasto fantastyczny, Pantikapajon nie robi jednak na mnie wrażenia (po Chersonezie chyba trudno o zaskoczenie pozostałościami Kerczeńskimi). Pomnik Chwały na szczycie też jakiś porywający nie jest… więc 430 schodków w dół…. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

 

Następny dzień to wizyta w muzeum Adżymuszkańskich Kamieniołomów. Tu znowu nie zgodzę się z autorem „emocjonalnych pocztówek”… 

Oczywiście czytałam w przewodniku, że tam jest „chłodno” i należy się ubrać cieplej, ale to samo Bezdroża napisały o Aj-Pietri i odkąd kazałam się rodzince ubierać na parkingu, a potem na górze wszyscy zdychali i mieli mordercze spojrzenia postanowiłam nie przejmować się ewentualnym „chłodem”. Kiedy jednak podjechaliśmy w okolice pomnika (uwielbiam ten monumentalizm pomnikowy na Ukrainie) uwagę mą zwróciła pani wypożyczająca kurtki, ludzie wychodzący z podziemi w swetrach bynajmniej nie spoceni oraz tabliczka nad kasą, że wewnątrz jest 9-11 stopni, a wycieczka trwa około godziny. 
Pożyczamy więc kurtki, pani przekonuje mnie jeszcze do zakupu skarpetek, kupujemy bilety (50 hr) i czekamy na naszą godzinę wejścia. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Szczerze mówiąc czytałam ogólne informacje o obronie tych kamieniołomów, ale nie wyobrażałam sobie, że ta historia jest tak przerażająca, poruszająca i wzruszająca. Wywarła na mnie kolosalne wrażenie. Nie odczuwałam egzaltacji (jak sugerują Bezrdoża) w głosie naszej przewodniczki, po prostu słuchałam tragicznej opowieści. Nie było dla mnie ważne kto kogo tam dręczył, nie mam uprzedzeń historycznych, myślałam o tym w kategoriach po prostu ludzkich. „Przegrywamy każdą wojnę, kiedy zaczynamy ją, a ci, którzy przyjdą po nas już nie wiedzą o co szło”. Dla mnie każda wojna, w wymiarze ludzkim jest wyrazem chorych ambicji jednostki, a jej efektem są tylko miliony przegranych. Nie ma zwycięzców. 

Gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości? Jak silna jest wola przeżycia każdej kolejnej minuty, czy są granice nadziei, czy ona nigdy się nie poddaje? Czy warto było być tam kolejną chwilę, czy może jednak wyjść i dać się rozstrzelać? Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie, pytań bez odpowiedzi, zaduma, jakimi pierdołami życia człowiek zaprząta sobie głowę i traci zdrowie…. A prawdziwe cierpienie, rozpacz, jest zupełnie gdzie indziej… 

Jak wielką trzeba mieć charyzmę i autorytet, żeby będąc dowódcą zapanować nad ludnością cywilną w tak ekstremalnych warunkach i sprawić, żeby nie pozabijali siebie nawzajem za łyżkę racjonowanej wody? 

Jak długo można wysysać wodę ze skały i nie połykać jej, ale wypluwać do kasku, żeby na koniec zanieść do szpitala? 
Jak długo można wytrzymać z dzienną racją wody w ilości łyżki stołowej? 
Jak wiele można znieść cierpienia, kiedy amputują ci nogę, a jedynym twoim znieczuleniem staje się szklanka samogonu i kawałek mahorki do wypalenia? 
Jak wiele trzeba mieć w sobie empatii w tym dramacie, żeby umierających podnosić na wyprostowanych rękach jak najwyżej się da, w jedynym miejscu, gdzie widać kawałek nieba wielkości połowy kartki papieru po to tylko, żeby przed śmiercią spojrzeli w światło dnia? 
Jak wiele dni można nucić dzieciom kołysanki, by dać im namiastkę normalności? Jak im tłumaczyć coś, czego dorosły pojąć nie jest w stanie? 
Jak bardzo człowiek może nienawidzieć i zezwierzęcieć, żeby do ujęcia wody pitnej powrzucać trupy? 
Tylko wojna może sprawić, że ludzkie odruchy, człowieczeństwo staje się bohaterstwem. 

Chciało mi się wyć. 

A kiedy gasną latarki na minutę, by oddać hołd tym, którzy tego miejsca nie opuścili, ta ciemność staje się na ten moment wręcz oblepiająca i wtedy pojawia się pytanie: Czy ja bym wytrzymała choćby jeden dzień? I brakuje wyobraźni, by móc sobie odpowiedzieć. 

To była godzina naprawdę wielkich emocji i zupełnie niewakacyjnych refleksji. 

Jakoś długo ten nastrój nie chciał nas opuścić, wystawę obok cała grupa oglądała w zupełnym milczeniu, chociaż już nie było z nami przewodnika…. 

Wewnątrz nie można robić zdjęć. Może to i dobrze…. 

Idziemy stamtąd do pobliskiego Carskiego Kurhanu. Mi się oczywiście wydawało, że tam w środku powinno być mnóstwo fajnych rzeczy… a tymczasem no cóż…. Kto był ten wie… 
Ale ja się nie znam na kurhanach… :P

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Z Adżymuszkaj jedziemy do Bondarenkowa, do wulkanów błotnych. Jedziemy sobie szukając jakichkolwiek znaków, ale oczywiście zapomnij, że coś jest. Musimy zapytać jakiegoś tubylca, bo kręcimy się w kółko. Znalezienie tubylca nie jest proste, ale w końcu jest jakiś dziadzio pasący krówkę. Pan mówi, że mamy skręcić w prawo, na drogę z białego kamienia, pojechać nią do końca, a potem wejść na górkę pieszo i już”uwidzicie wulkany, imienno, kak na kartince”. Czynimy jak dziadziuś kazał, wspinamy się na górkę (z dużą uwagą wypatrując potencjalnych żmij) a na górce/za górką nie ma żadnych wulkanów tylko porośnięte trawą kolejne górki i kolejne i trawy, trawy, trawy…… 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Cholera, zrobił nas w konia? Stawiamy na młodzież. Pytamy dwóch w wypasionym żiguli. Wskazują nam inną drogę, ale za to taką, której uno nie pokona na bank… 

Kercz - Krym

Coś mi się nie chce wierzyć, że to dotarcie do wulkanów to aż taki wielki extrim jest… hmm. Zagadujemy jeszcze dwóch panów na cmentarzu, tłumaczą nam dośc obrazowo, ale po przejściu stepem półkilometrowego odcinka w palącym słoncu znów mamy przed sobą tylko pagórki po horyzont… 

Wracamy do centrum wioski, by sobie podjechać do czegoś co mi się wydaje opuszczoną fabryką, która majaczy w dali… Natrafiamy na jeziorko, przy którym stoi jakieś auto. Droga nie nastraja optymistycznie ani nas ani naszego samochodziku… Zibi idzie zasięgnąć języka i ZWYCIESTWO!!!!!! Tędy jest do wulkanów!!!! Zibi dojeżdża do miejsca, w którym już trzeba porzucić auto. Ja się zastanawiam jak my wjedziemy pod tą górę skoro nie bardzo jest jak zawrócić, mąż mi oznajmia, że na wstecznym…. To mnie jednak nie przekonuje i idę sprawdzić możliwości zawracania choćby i na 16 razy. Przy okazji widzę dość łagodny zjazd z górki i kiedy chcę się tą nowiną podzielić z mężem ten naskakuje na mnie (syndrom niekontrolowanego napięcia emocjonalnego powodowanego dziurawymi drogami), że NIE DA RADY dalej jechać, więc się zamykam w pół słowa i idziemy pieszo. 

Dalej droga jest płaska i dobra, ale cóż, kierownik wycieczki jest zawsze tylko jeden… :wink: Z naszego spacerku bardzo cieszą się wszelkie mieszkające tu owady i z dziką radością chcą dotknąć człowieków, niektóre z takim impetem, że do dziś mam ślad na nodze po zderzeniu z monstrualnym konikiem polnym. 

Kercz - Krym

Na początku troszkę boję się podchodzić blisko bulgoczących stożków, zastanawiamy się, kiedy ostatnio „wybuchły”…ale z czasem człowiek traci czujność i nabiera śmiałości. Nawet tak wielkiej jak dziecko w wieku przedszkolnym i spędza kilka minut na drażnieniu wulkanu patykiem…. :lol:

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Wycieczka i palące słońce jednak trochę dają nam w kość. Kiedy już wracamy do autka Zibi odkrywa Amerykę i mówi: Patrz, cholera z tej strony jest taki łagodny zjazd, mogliśmy autkiem pod te wulkany dojechać. 

Tak kochanie, wiem. Usiłowałam Ci to powiedzieć 3 godziny temu…. 

Przyznaję się do grzechu niesłuchania żony! Byłem przekonany, że trzy płyty betonowe na które zdołałem wjechać kończą się dość ostrym spadem na trawę i tego auto nasze nie pokona (jest jedno auto które pokonuje trzydziesto centymetrowe krawężniki – auto służbowe) a droga, która wcześniej prowadziła na step obsunęła się i raczej nawet Łada Niwa by sobie nie poradziła. Ale prawie godzinny spacer po palącym stepie (w jedną stronę), jak się okazało, był nawet do „przejścia”.

Mamy nadzieję, że obłożenie się błotem z jeziora Czokrak ukoi nasze biedne, nienawykłe do chodzenia nóżki. Jedziemy do Kurortnoje. 
Był to największy koszmar jaki zgotowaliśmy samochodzikowi. Teoretycznie wiedzieliśmy, że do wsi wiedzie gruntowka, ale niekoniecznie mieliśmy świadomość, że ta gruntowka to są same kamienie, że ten odcinek jest taki długi i że tak koszmarnie pyli. 

Największe zaskoczenie na tej drodze to „ucięty” nagle asfalt i brutalna zmiana w gruntowkę. Ale znak ograniczenia prędkości do 40km/h jak najbardziej postawiony na granicy asfalt-gruntowka. 

Kiedy wreszcie spotykamy tubylców pytamy jak dojechać do Czokraka. Mówią, że trzeba się cofnąć i jechać gruntową drogą przez step zgodnie ze znakami na Fermę Strusi. Ja nie wiem co oni tam mają za świra z tymi strusiami, ale fermy do zwiedzania z przewodnikiem nas po prostu prześladowały. Tu też – do fermy znaki są, ale do Czokraka nie, bo po co? Jedziemy więc jak każą, droga jak dla osobówki jednak ekstremalna. To tu po raz pierwszy serce podjechało mi do gardła, gdy na wąziutkich koleinach, górą z jednej strony i urwiskiem z drugiej trzeba było się wyminąć z terenówką… Zibi zjechał i staliśmy pod takim kątem, że byłam przekonana, że zaraz wywalimy się na bok i stoczymy hen, hen…. A potem może znajdą nasze zwłoki turyści tacy jak nasza kochana Buba, bo inni w takie tereny się nie zapędzają… 

Starałem i staram się fotografować drogi jakie pokonujemy, ale w tym przypadku bałem się wypuścić kierownicy z rąk (chyba irracjonalne uczucie, że jak się będę trzymał to przy koziołkowaniu nie wypadnę z auta, jedyny moment kiedy odrywam rękę od kierownicy, to wtedy kiedy sprawdzam, czy mam na szyi „nieśmiertelnik” wytłoczony zgodnie ze standardami NATO, na jakimś festynie wojskowym. Dane podstawowe zapisane – rodzina zostanie zawiadomiona dość szybko!) droga przes step wiodła pod takim kątem, że chwilami miałem uczucie, że prawe koła tracą kontakt z podłożem. 

Bardzo dokładnie wczytywałem się przed wyjazdem w książkę serwisową Fiata, ale widocznie za bardzo skupiłem się na rozdziale poświęconym zawieszeniu, teleskopom, twardości sprężym i wytrzymałości śrób, a opuściłem rozdział podający istotne informacje takie jak ta mówiąca o tym, przy jakim kącie nachylenia auto zaczyna koziołkować.

Jechaliśmy tymi koleinami dość długo, nawet nas ktoś wyprzedził (staliśmy już pod mniejszym kątem), z czego osobiście bardzo się ucieszyłam, bo sobie pomyślałam, że przynajmniej pojedziemy za nim i nie zgubimy drogi…. No cóż – teoretycznie była to myśl słuszna, w praktyce – terenówka nas wyprzedziła(wyprzedziła nas na pseudo mijance – dwie koleiny wyżej, a dwie kilka metrów niżej – kąt nachylenia taki sam), dodała gazu, a kiedy już opadł pył wcale jej nigdzie na horyzoncie nie zobaczyłam. 

I kiedy już widzieliśmy gdzieś w dole przed nami Czokrak i groblę (chyba to było to, ponieważ żadnych ludzi nie dostrzegłam, a wg Bezdroży walą tam tłumy) ujrzeliśmy, jak Buba, dwie drogi opadające wśród pagórków w dół. I cała reszta wycieczki była konsekwencją tego, że oczywiście wybraliśmy złą. I zamiast nad jeziorem znaleźliśmy się we wsi. Gdzie, jak się za chwilę miało okazać to coś co było drogą było tak beznadziejne i kompletnie nieprzejezdne w normalny sposób, że koleiny wśród gór, które pokonaliśmy to bułka z masłem i autostrada. Kiedy udało nam się zaparkować auto przy drodze wyjazdowej (tej szutrówce) bez urwanych kół, z całą miską olejową byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem. Zdjęcie na którym nie mam nóg jest robione z poziomu drogi dla zobrazowania głębokości dziur. 

Kercz - Krym



Kurortne jest okropne. Wypoczynek tu to chyba jeszcze gorsza kara niż baza „Chatynka” na Arabatce. Plaże w ogóle mi się nie podobały, przynajmniej te, które widziałam, woda brudna i mętna, jeden sklep na krzyż… brrr. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W drogę powrotną zabieramy dwójkę turystów, którzy obkładali się błotem i którym uciekła ostatnia marszrutka do Kerczu ( oczywiście odjechała 20 minut przed czasem…). Okazuje się, że mieszkają dwie klatki dalej.. Miło sobie gawędzimy na różne tematy, o Kijowie (gdzie mieszkają), Moskwie, Petersburgu, zabytkach, cenach, drogach… Dzięki temu nie rzucamy z Zibim przekleństw. Pełna kultura drogowa. 

Kolejny dzień jest zachmurzony, zanosi się od rana na burzę, ale skoro ona nie nadchodzi jedziemy sobie zobaczyć ruiny grodziska Mirmekii, a w zasadzie to, co z tych ruin zostało. I pomyśleć, że w szkole podstawowej chciałam zostać archeologiem… :wink:

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Na plaży przy skałkach Zibi ma bliskie spotkanie z wężem/żmiją i daje wiarę temu, co mówiłam na temat tego stwora koło latarni. Mnie bardziej martwi to, że to coś popełzło do wody…. Do tej pory uważałam łażąc po trawach…. (Można wywnioskować, że Małgoś także chodzi po wodzie…..) Chwała Bogu, że stwór ujawnił się już po tym jak sobie posiedziałam z godzinkę na owych skałkach kontemplując morze i otaczającą mnie rzeczywistość. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Jedziemy sobie też na rynek obok dworca autobusowego, gdzie kupujemy od prawdziwie czarnego Murzyna przepyszne herbatki (polecam czarną z egzotycznym owocem guanabana, czymkolwiek on jest). Wieczorkiem łazimy sobie po mieście korzystając z zachmurzonego nieba i odpoczywając od palącego słońca. 

Kolejny dzien to wyprawa do Szcziołkino. Po drodze zahaczamy o lotniskow Bagierowie. Podobno było tajne i nie było go na żadnych mapach. Faktycznie jest ogromne, pasów startowych jest co najmniej kilka, o dziwo proste jak stół, można sobie poszaleć autkiem. 


Kercz - Krym

Kercz - Krym

W oddali majaczy nam pozostałość po wieży kontroli lotów, do której oczywiście musimy znaleźć dojście. Szukamy drogi dojazdowej, bo raczej nie chodzili do niej przez pole. W końcu się udaje, kiedy już uno dalej nie pojedzie, bo beton się kończy, zostaje wąski chodniczek, w większości zarośniety trawami i chwastem idziemy piechotką. Jest strasznie ciężko, bo atakują nas chmary meszek, a to wredne i upierdliwe ustrojstwa są. Zarzucam sobie na głowę plażowe pareo, co utrudnia widoczność i oddychanie, ale przynajmniej nic mi nie wpada do oczu, nosa i ust. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Wieża nawet jakoś się trzyma, niestety ma zwalone schody i nie da się wejść na górę… szkoda…. Jeździmy sobie jeszcze jak wariaci po pasach startowych i natrafiamy na sprytnie zakamuflowane „garaże” dla samolotów. Z daleka wyglądają jak nomalne pagórki lub kurchany! ;-))). 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Na całym terenie (dość sporym) spotykamy tylko jednego człowieka wypasającego kozy. Jak ktoś ma ochotę potestować auto – polecam z całego serca. 

Człowiek, którego spotkaliśmy już przy wyjeździe z lotniska wypasał sobie spokojnie kozy, a my totalnie zagubieni w bezkresach lotniska nie byliśmy pewni, czy jadąc na południowy zachód trafimy do cywilizacji (kurczę, zaczynam operować stronami i kierunkami świata, jak średnio rozgarnięty amerykanin!!!) Dziadek, na moje pytanie czy „do sjeła prawilno jediem?” najpierw zaczął machać rękami, więc powtórzyłem pytanie głośniej. Machanie rękami przybrało na intensywności. Bez oznak zniecierpliwienia wysiadłem z auta kierując się w stronę tubylca. Tubylec przestał machać sięgnął ręką do lewej kieszeni…. I wyciągnął bateryjkę do aparatu słuchowego, który wyciągnął z drugiej kieszeni. Kiedy złożył to wszystko w całość i umieścił aparat w uchu potwierdził nasze przypuszczenia, że „prawilno jediem” Po udzieleniu informacji, bateryjka wylądowała w lewej kieszeni, aparat słuchowy w prawej… i słusznie, ileż można słuchać beczenia kozy.

Jedziemy sobie dalej do Szcziołkino, gdzie mamy w planie oprócz elektrowni oczywiście, obalić kolejną tezę Bezdroży, że na deptaku „siedzą podejrzane typy” oraz zjeść osławione naleśniki. 

Wjeżdżamy betonową drogą na teren elektrowni, ale niestety droga jest zablokowana przez dwie równolegle stojące ciężarówki i wielu panów oraz dźwig, który ładuje betonowe bloki na owe samochody. Przejechać się nie da, postanawiamy więc zajrzeć tu w drodze powrotnej, kiedy już dniówka panów się zakończy. 

Ciężarówki ładują betonowe plyty, z których, jak się zorientowaliśmy powstają okoliczne domostwa. Niektóre z płyt z fabryki „wyszły” już wykafelkowane, więc myśląc po gospodarsku – łazienka już w kafelkach, a i ściana w kuchni nad zlewem w ładnej mozaice.
Podejrzanych typów w Szcziołkino – zero.. Klimatu ze zdjęć Buby – zero. Za to tłumy ludzi niepodejrzanych – wszędzie . Odnajdujemy blok nr 85, a w nim kawiarnię Paradise. Naleśniki faktycznie przepyszne, obsługa cudowna i najpyszniejsza kawa parzona w tygielku (pani właścicielka obiecała zrobić najlepszą jaką umie i słowa dotrzymała). Lokalik jest maleńki i bardzo przytulny. Bardzo tanio. Szkoda, że żołądek ma określoną pojemność i nie można jeść i pić na zapas. W takich miejscach człowiek zaczyna żałować, że nie jest wielbłądem. 

Kilka dni wcześniej zdarzyło nam się zamówić „blińczyki” dostaliśmy po dwa małe zawijańce, no nie powiem, smaczne, ale pozostał niedosyt… W kafejce, restauracyjce(?) „PARADISO” dostaliśmy tak wielkie i smaczne blińczyki, że nasze kubki smakowe poznały znaczenie słowa orgazm…

Kercz - Krym

Szcziołkino w sezonie to zatłoczone blokowisko z bardzo interesującymi rozwiązaniami technicznymi. Czy ktoś zgadnie o co chodziło projektantowi owych schodów? 

Kercz - Krym

Po mojemu to jeden z włascicieli mieszkania na drugim pietrze dorobił się na turystach i kupił sobie mieszkanie na 5 piętrze…. I własnie dysponuje dwupoziomowym mieszkaniem. 

Ze Szcziołkino jedziemy sobie na Kazantip, gdzie Zibiemu udaje się wjechać prawie do wody, 

Kercz - Krym

potem złościmy się jeszcze na właściciela koni, który spętał im nogi tak ciasno, że biedne poruszają się tempem ślimaka i znajdujemy miejsce, gdzie wiatr hula, surferzy szaleją na deskach ze spadochronami (nie wiem jak się nazywa ten sport), a my spędzamy czas na pisaniu patykiem po piasku pozdrowień dla znajomych i zjadamy całego arbuza. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W drodze powrotnej wracamy do elektrowni. Droga już jest przejezdna, parkujemy dość blisko pozostałości i już mamy przedzierać się przez chaszcze, kiedy spotykamy grupkę powracających Rosjan, którzy mówią nam, że nie da się podejść i trzeba od innej strony spróbować. Ruszamy więc razem na podbój strzezonego kawałka. Ja wciąż mam wężową traumę, gapię się więc głównie pod nogi, robienie zdjęć pozostawiam Zibiemu. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Strach mnie żżera tuż przed ostatnią górką na której trawa jest już jak na mój strach za wysoka i odpuszczam wdrapywanie. Zibi z Rosjanami idzie dalej. Kiedy już wydaje mi się, że może udało im się wleźć do środka, bo długo ich nie ma słyszę ujadanie psów…… i za chwilę cała ekipa wraca. Niestety się nie udało. Rżnęli co prawda głupa, że nie wiedzieli, że obiekt chroniony, że nie wolno i takie tam. Może gdyby Zibi był sam udałoby się jeszcze cyknąć fotki dokumentom szykowanym do spalenia, bo mógłby przedłużać dyskusję ze strażnikiem udając, że nie rozumie co mówią, ale że był z ekipą biegle władającą rosyjskim i do tego dość karną to zdjęć jest niewiele. 

Pomimo tego, że nie dało się zajrzeć do środka obudowa reaktora nawet z zewnątrz robi wrażenie. Jak również to, co pozostało wokół. 

Kolejnym punktem staje się twierdza Kercz. Próbujemy dojechać od strony ulicy Cementnaja Słabodka, oczywiście oznaczen żadnych nie stwierdzono, ale napotkany tubylec pomimo chwiejnego kroku i oddechu wskazującego na jakieś 3 promile mówi, że prawilno jedziemy. Ale żadnej twierdzy nie widać… Wracamy do jedynych zabudowań, żeby prawilność drogi potwierdzić, zwłaszcza, że jakoś nie podejrzewam, że są w stanie ją pokonać autobusy wycieczkowe, które do twierdzy podobno docierają. 

Zagadnięta trzeźwa pani mówi, że jechaliśmy dobrze, że „asfaltirowka” doprowadzi nas prawie pod bramę twierdzy. Wspomniana asfaltowa droga wygląda tak: 

Kercz - Krym

Ale faktycznie docieramy pod samą bramę. Zamkniętą bramę. Przy bramie tabliczka, że wejścia są trzy razy, bilet kosztuje 50 hr i zwiedzanie tylko z przewodnikiem. Niech to szlag. Stoimy jak te sieroty rozważając forsowanie bramy/ ogrodzenia z drutu kolczastego/ telefon do Buby, którędy wlazła/ kiedy pojawiają się ludzkie istoty w ilości sztuk dwóch. Jedna z nich okazuje się przewodnikiem i mówi nam, że do najbliższego wejścia jest godzina, ale minimalna grupa to 5 osób. Próbujemy negocjować wejście bez przewodnika, ale tu pani jest nieubłagana, mówi że nie wolno, bo teren ogromny i niebezpiecznie. Pytamy jaka jest szansa na to, że za tą godzinę zbierze się 5 osób. Pani mówi, że żadna, ale jak zapłacimy za te 5 osób to ona nas chętnie oprowadzi. Rezygnujemy z tej propozycji bo nie chce nam się słuchać pani przez 2 godziny (tyle trwa wycieczka) i jeszcze płacić za to 250 hr. 

W tym miejscu telefon do Buby traci sens, gdyż z pewnością nie znaleźlibyśmy drogi, którą szła, a nawet jakbyśmy jakimś cudem znaleźli to z pewnością spotkamy gdzieś tę panią i wtedy nie wiem jak byśmy się tłumaczyli… :oops:

Jedziemy więc sobie w tereny, o których żaden przewodnik nie wspomina, ale na mapie wygląda, że powinno tam być pusto na plażach jeśli jakieś są, no i po drodze jest kuszący wąziutki przesmyk między morzem a słonym jeziorem na mapie oznaczony znaczkiem samochodzika, więc pewnie przejezdny. (między miejscowościami Челядиново а Набережное) 

W istocie jest przejezdny, widoki piękne, droga szeroka na dwa auta, po jednej stronie morze, po drugiej jezioro, w boskim różowym miejscami kolorze. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

W wiosce Набережное jest przepiękne, strome urwisko, w dole puste plaże, czyli dokładnie to, czego szukamy. Zibi wypatruje gdzieś wydeptaną ścieżkę, którą postanawiamy pójść celem zejścia na plażę. Wracamy jeszcze na chwilę do wioski, znajdujemy sklep, zaopatrujemy się w jedzonko i picie i wracamy na znalezioną bezludną plażę. 

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Kercz - Krym

Leniuchujemy sobie kilka godzin oddając się różnym głupim zajęciom na przykład sprawdzaniem jak twarde są muszle. (należy ciosać muszle kamieniem, w różnych miejscach i na koniec stwierdzić, że są twarde) :mrgreen:

Kiedy Zibi zasypia pod parasolem (prawdziwe Homolki na wakacjach :) ) ja jako ta gorzej znosząca leżenie na słońcu, przechadzam się po skałkach i wyleguję na kamieniach obmywanych przez fale. Do czasu kiedy to na MÓJ kamień fala wyrzuca WĘŻA, sądząc po rozmiarach w wieku dziecięcym, zgrabnie pełzającego sobie dalej. Jak nietrudno się domyśleć dystans na kocyk pokonałam z prędkością światła i na tym zakończyłam korzystanie z kamieni i morza.
I tylko opuszczona fabryka poprawia mi humor. 

Kercz - Krym

W drodze powrotnej zatrzymujemy się, by obejrzeć cerkiew w Arszyncewie i ucinamy sobie fajną pogawędkę z popem. Okazuje się, że był w Polsce ponad rok, w pracy, gdzieś pod Warszawą, więc od razu zwrócił uwagę na polską mowę i polską rejestrację. Fajnie mówi po polsku, ale w pewnej chwili pyta, czy może przejść na rosyjski, bo jednak lepiej mu idzie rozumienie niż mówienie. To całkiem jak z nami i naszym rosyjskim. My mówimy do niego po polsku, on do nas po rosyjsku. Z boku wygląda to pewnie nieco dziwnie, ale wszyscy są zadowoleni. Kiedy skarżę się na prześladujące mnie węże dziwi się, bo przez 5 lat pobytu w tym miejscu nie widział ani jednego. Ja to jednak mam szczęście do stworów nieznanej maści…. 

W pewnym momencie nasza rozmowa z popem zostaje przerwana przez dość dobrze zbudowanego mężczyznę postury Pudziana, który pyta się jak trafić do Cerkwi Jana Chrzciciela. Razem z popem wyjaśniamy jak dojechać do centrum. Facet z trudem wsiada do wypasionej srebrnej Toyoty (kark szerszy od zagłówka) i odjeżdża. Przed odjazdem pop upewnia się czy wszystko zrozumiał, bo mówiliśmy po rosyjsku. Widząc nasze zdziwione miny, pop wyjaśnia szeptem: „A bo on taki ciemnawy, rejestracja z Odessy, to pewnie Rumun jakiś”

Kercz - Krym

Kolejny dzień, nasz ostatni w Kerczu wita nas zachmurzonym niebem, (życzylibyśmy sobie takiej pogody na drogę) robimy więc wszelkie niezbędne zakupy i jedziemy poleżeć na plaży miejskiej. (zachmurzone niebo gwarantuje małą frekwencję na plaży i wolne leżaki) 

Kercz - Krym

Na nic się zdało zaklinanie rzeczywistości i pogody. Pomimo deszczowych prognoz ranek wita nas pełnią słońca. Droga powrotna to temperaturowy horror. 43 stopnie. Dla ułatwienia dodam, że uno nie ma klimy. 
Szok termiczny dopadł nas jakieś 40 km przed granicą. Burze, deszcz i 18 stopni. 
Tutaj też pozbywamy się 20 dolarów, których nie chcieli nam wymienić w Kerczu, bo podobno były „zużyte”. Dostaje je pan milicjant jako zamiennik mandatu. Każe je sobie włożyć do zielonej karty, a potem ze zręcznością godną Davida Cooperfielda wsuwa je do swej przepastnej kieszeni. Na wszelki wypadek oddalamy się szybko, zanim je obejrzy… 

Moje wykroczenie drogowe było bezdyskusyjne, mandat jak najbardziej się należał. To informacja dla wszystkich wierzących w wymuszenia, przystawiania „kałacha” do głowy i żądania pieniędzy za nic. Pierwszy mandat na Ukrainie od trzech lat i 12 tysięcy kilometrów…. (poprzednie mandaty wynikające z piractwa drogowego uległy przedawnieniu… ;-)))
Podsumowując kolejny wyjazd na cudowny Krym, możemy stwierdzić, ze po raz kolejny utwierdzilismy się w przekonaniu, że warto pojechać, zobaczyć, chłonąć klimaty znane tylko TAM. Poznać nowych ludzi, nowe miejsca, miejsca niezwykłe, dziwne, klimatyczne… Daleko nam do hardcoru turystycznego typu BUBA STYLE, (Bubeczko wybacz, że Cię tak przywołujemy, ale jesteście z Toperzem wzorcami turystyki, niedoścignionymi wzorcami –wygodnictwo nasze nie pozwala nam Was doścignąć!!! – czytających, a zagubionych w tym miejscu odsyłam do dowolnej relacji Buby), ale na miarę naszych możliwości i chęci odejścia od komfortu zaczynamy trafiać w miejsca o których przewodniki nie wspominają. Oczywiście „karmę dla turystów” też zaliczamy - obowiązkowo.

Wspominając te wakacje, które jeszcze na gorąco w nas są, zaczynamy myśleć o następnych. Oczywiście na Krymie. Bo chyba nie ma nic najwspanialszego, jak kupując miód (co roku kupujemy go na targowisku przy głównej drodze na Krym, gdzieś przy ujściu Dniepru..w okolicach wioski Rakowo) pani sprzedawczyni radosnym głosem mówi: „Diewuszka, a ty w proszłom gadu toże u mienia mied pakupiła?..Ja tjebja zapomniła….” Dla tego pytania, a raczej stwierdzenia warto jechać…

No ja tam nie jestem przekonana, że to w okolicach Rakowa jest, bo miejsce jest tak charakterystyczne, że nie zwracam uwagi na nazwy wiosek. Jak się jedzie z Krymu i minie już wszystkie targowiska z wielką ilością arbuzów i melonów i dyniek, to za ileś tam kilometrów jest właśnie to nasze ulubione. Łatwo poznać, bo jest duże, po obu stronach drogi są stragany z charakterystycznymi warkoczami plaskatej czerwonej cebuli, czosnku i ostrych papryczek. Są też knajpki typu „buda” oraz jedna duża, murowana z klimatyzacją i pysznym, tanim jedzonkiem. Jest też mnóstwo tirów (znaczy dobrze karmią) i samochodów wszelkiej maści oraz autokary. 

Tam właśnie zawsze kupujemy cebulę, czosnek, papryczki i miód (tańszy o jakieś 20 hr na litrze niż w obwoźnych pasiekach) dla siebie i połowy rodziny. Dzięki temu pewnie nie trzepią nas na granicy, bo w bagażniku wali cebulą tak, że klękajcie narody. :mrgreen:

 

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!