Po ubiegłorocznym wyjeździe do Kirgistanu plan na urlop w 2014 był jeden: spróbować znaleźć jeszcze fajniejszy kraj, o ile w ogóle jest to możliwe. Wybór padł na Tadżykistan, choć wątpliwości nie brakowało: kraj słabo opisany, trzeba załatwiać wizy, konieczność niewygodnych przesiadek gdyż prawie nic tam nie lata, dość drogie bilety, a w dodatku baliśmy się, że Tadżykistan może okazać się zbyt podobny do znanego nam już Kirgistanu.

Z kolei do wyjazdu do Tadżykistanu zachęcały legendy o niewiarygodnym pięknie przyrody Tadżykistanu, gościnności miejscowej ludności, która nie jest jeszcze zdemoralizowana przez zagranicznych turystów. Dodatkowym czynnikiem motywującym do wyjazdu do Tadżykistanu właśnie teraz były (mam nadzieję, że błędne) prognozy licznych ekspertów, którzy wieszczą destabilizację regionu po planowanym wycofaniu miłujących pokój sił NATO z końcem 2014 roku.

Dodam jeszcze, że w momencie zakupu biletów (luty 2014) od miesięcy trwała rewolucja w Kijowie, a najlepsza opcja dolotu z Polski do Duszanbe zakładała przesiadki w Kijowie. Ostatecznie wykazując się kompletnym brakiem wyczucia postanowiliśmy nie ryzykować wyjazdu wakacyjnego i wybraliśmy drogę przez Petersburg, dzięki czemu z wypiekami na twarzy obserwowaliśmy w kolejnych miesiącach rosnące napięcie między Rosją i Zachodem (w tym Polską).  Na pewnym etapie szaleństwa w konfrontacji Wschód-Zachód pojawił się nawet wśród rosyjskich polityków ironiczny pomysł by odpowiedzią na zachodnie sankcje (zakazy wjazdu dla osób z otoczenia Władimira Władimirowicza) było zniesienie wiz dla turystów z krajów UE. Z tych zapowiedzi nic nie wyszło, nie staliśmy się tym samym beneficjentami aneksji Krymu przez Rosję. Wspomnę, że wizy do Rosji dla kilku osób były konieczne gdyż nasz plan zakładał, nie tylko zwykłą przesiadkę na lotnisku w Petersburgu, ale także dwudniowy pobyt w drodze powrotnej. Weekend w Petersburgu wydawał się tym bardziej atrakcyjny, iż chcąc ominąć Ramadan w Tadżykistanie zmieniliśmy termin podróży, przez co powrót z Duszanbe wypadał na okres najdłuższych dni w roku. A pomimo kilku dotychczasowych wizyt w Piterze, białych nocy nie było mi dane dotąd doświadczyć.

Do wyjazdu do Tadżykistanu porządnie się przygotowaliśmy. M.in. dokładnie poznaliśmy tamtejszą kulturę:

 

Zapoznaliśmy się także z większością stereotypów na temat Tadżyków:

tadzycy demotywator

 

Uzbrojeni w taką wiedzę zerknęliśmy jeszcze na mapy (głownie sztabówki) i rzuciliśmy okiem na oba kiepskie przewodniki - w Lonely Planet o Tadżykistanie jest tylko jeden rozdział, zaś  w 170 stronnicowym Bradt poświęconym w całości Tadżykistanowi połowę stanowią informacje praktyczne, łącznie z dwustronnicowym opisem jak wybrać aparat fotograficzny (sic!).

No i ruszyliśmy na Wschód, tzn. na Zachód - czy nie wspominałem już, że do Tadżykistanu jest ciężko dolecieć? Nasz lot przez Petersburg zaczynał się w Berlinie. Czyli z Krakowa najpierw droga na Zachód, potem lot na północny-wschód i w końcu lot na południowy-wschód. Trochę dookoła ale czegóż się nie robi dla późniejszej przygody? Aby jeszcze bardziej skomplikować podróż postanowiliśmy odwiedzić po drodze jeszcze bułgarski Płowdiw. Jak szaleć to szaleć! Rzeczony Płowdiw był tak naprawdę prowadzonym przez Bułgara hotelem na przedmieściach Berlina. Ot taki bułgarski akcent w naszej podroży przez pół świata.    

Lot z Berlina do Petersburga jest niewarty wspominania, no może poza jednym faktem: w samolocie oprócz nas leciało zaledwie kilkanaście osób. Winny temu zapewne był Tusk Jelcyn, gdyż to on ustanowił 12 czerwca świętem państwowym w Rosji, przez co nikt nie leciał do Rosji w tym dniu, zwłaszcza, że był to początek długiego weekendu. Miałem już wcześniej okazję latać z i do Petersburga i dobrze pamiętałem barak starego lotniska. Dlatego mając w perspektywie 6 godzin oczekiwania na przesiadkę doceniłem nowo wybudowany terminal lotniczy w Petersburgu. Tylko pani z odprawy w przejściu tranzytowym nie mogła się nadziwić po jasną cholerę lecimy do Duszanbe. Gdy jej powiedziałem, że będziemy podziwiać tamtejszą przyrodę, uśmiechnęła się i puszczając porozumiewawczo oko powiedziała: "No jasne....". Chyba dla mieszkanki Petersburga było oczywiste, że obcokrajowcy jadący do Tadżykistanu jadą robić tam jakieś nielegalne rzeczy. Z długiego oczekiwania na lotnisku wart wspomnienia był jeszcze miły chłopiec z obsługi jednego z barów, który nalewając piwo uciął sobie z nami krótką pogawędkę, w czasie której powiedział nam, że Polska to kraj bez granic, gdyż czasem te granice między Polską i Rosją są, a czasem ich nie ma :)

W przeciwieństwie do lotu z Berlina, ten z Petersburga był już znacznie ciekawszy. Choć linia lotnicza ta sama (Rossiya Airlines, uboższa, piterska filia Aerofłotu) to samolot i pasażerowie już nie tacy sami. Wchodząc na pokład wysłużonego samolotu odór przypominał, że dla linii lotniczej jest to kierunek drugiej, a może nawet trzeciej kategorii. Stewardzi mieli chyba podobny staż jak samolot, a ich przepocone koszule idealnie wpisywały się w atmosferę lotu Petersburg - Duszanbe. Każdy z pasażerów wiózł po kilka pakunków, zapewne wracając z pracy w Rosji do ojczyzny większość paczek stanowiły prezenty. Dominowały sprzęty AGD i RTV. Turystów na pokładzie nie dostrzegliśmy, choć później okazało się, że poza nami był jeszcze jeden turysta z Francji. Było za to kilku Europejczyków jadących do pracy, po niektórych z niejasnych powodów zgłoszono się już na płycie lotniska. 

W pewnym momencie lotu wydawało się niemożliwym by smród unoszący się od pasażerów (zrozumiały, gdyż byli to zmęczeni gastarbeiterzy) i samolotu (również zrozumiały, gdyż pewnie nie pierwszy raz wykonywał ten rejs) stał się jeszcze większy. Ale jednak okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Serwowana przez stewardów ryba dodała dodatkowej nuty zapachowej. Wtedy ostatecznie zrozumiałem, że przez kolejne 2 tygodnie zmysł powonienia będzie przekleństwem. Dodam, że alternatywą dla ryby były parówki. Ktoś widocznie uznał, iż Tadżycy, stanowiący ponad 90% pasażerów, jako prawowierni muzułmanie pałają miłością do przemielonej wieprzowiny z dodatkiem psa i jego budy.

Po wylądowaniu udaliśmy się do biura konsula by uzyskać wizę. Czytając w Internecie o perypetiach z wydawaniem wiz na lotnisku nastawieni byliśmy na wszystkie warianty, łącznie z przymusowym powrotem do Petersburga. Tym razem wszystko odbyło się bez najmniejszych problemów. Pan konsul tylko syknął, że nie przykleiliśmy zdjęć do wniosków, przez co musiał tracić swój bezcenny czas o 3:30 rano. Większym wyzwaniem niż wyrobienie wizy, było przebrnięcie przez ogromną kolejkę do wyjścia z lotniska. Podobnie jak w wielu postradzieckich krajach, po odebraniu bagażu służby lotniskowe sprawdzają czy kwitek na bagażu przez nas zabieranym odpowiada kwitkowi jaki mamy przyklejony do biletu. Dzięki temu mikrofalówka pana A nie trafiła do rąk pana B, choć ten zapewne też miał mikrofalówkę wśród bagaży. 

Po wyjściu z lotniska kupiliśmy dwie butelki wody, jedna z nich okazała się podróbką, lecz mój niewyspany i zmęczony podróżą mózg nie zareagował odpowiednio wcześnie i wypiłem kilka łyków kranówki. By zmniejszyć ryzyko spędzenia pierwszych dni na zwiedzaniu lokalnych wychodków sięgnąłem po butelczynę 30% balsamu Tallińskiego, co spowodowało wyraźnie zaskoczenie wiozącego nas taksówkarza. Widocznie nawet w postradzieckim kraju bania o 4-tej rano wywołuje zdziwienie.   

Podróż z lotniska do stacji autobusowej położonej koło zakładów cementowych upłynęła na użalaniu się taksówkarza na srogość lokalnej milicji, na pełną inwigilację przez system kamer drogowych, a także na panujące w ciągu dnia w Duszanbe upały. Błędem było spytanie taksiarza o orientacyjną cenę podroży z Duszanbe do Iskanderkula, gdyż po pierwsze gość nie miał bladego pojęcia gdzie to jest, a zaraz po przyjeździe na stację autobusową (skąd, jak wskazuje nazwa nie odjeżdżają autobusy, a jedynie prywatne samochody) zamienił się w naszego niechcianego tour operatora. Szybko okazało się, że pobrał prowizję od naszego późniejszego, niedoszłego kierowcy. Niedoszłego, gdyż po załadowaniu bagaży ruszyliśmy i przejechaliśmy 30m, po czym nastąpił postój w oczekiwaniu pasażerów, którzy mogliby zmieścić się na kanapie w bagażniku. Jakimś dziwnym trafem nasz niedoszły kierowca nie mógł o piątej rano znaleźć nikogo chętnego na jazdę w stronę Iskanderkula. Mając w perspektywie długie oczekiwanie na brakujących pasażerów (bo grzech byłoby pojechać z dwoma pustymi miejscami, choć cena za wynajem auta 7-mio i 5-cio osobowego była taka sama) podjęliśmy negocjacje, dzięki którym przesiedliśmy się do samochodu 5-cio osobowego i za tą samą cenę ruszyliśmy w kierunku Iskanderkula.

Jeszcze na dworcu autobusowym w Duszanbe naszą uwagę zwrócił facet, który spał snem sprawiedliwego w łóżku ustawionym przy głównej ulicy. W dodatku zapomniał zgasić światło wieczorem. Natomiast wszystkie swoje arbuzy pieczołowicie przykrył na noc kołderką by przypadkiem nie zmarzły:

tadzykistan dworzec duszanbe

 

Tunel Anzob

Jadąc z Duszanbe główną drogą wiodącą na północ przejeżdża się przez jedną z największych atrakcji Tadżykistanu: tunel Anzob. Mimo, iż tunel powstał ledwie w 2005 roku śmiało może być tytułowany zabytkiem. Tunel Anzob to niezwykłe dzieło architektury: położony na wysokości ok. 2600 m. npm i długi na pięć kilometrów tunel stał się symbolem partactwa i zaprzeczenia istnienia jakichkolwiek norm bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Irańczycy, którzy tunel wybudowali (w sumie to ciężko nazwać go wybudowanym gdyż ciągle trwają tam prace naprawcze) zapomnieli chyba o jednym drobiazgu: mianowicie do tunelu przesiąka zewsząd woda, tworząc wewnątrz potoki i jeziora. A te z kolei zrywają położoną nawierzchnię. Zapomniano także o jakiejkolwiek wentylacji, dlatego w tunelu panuje mgła, gęsta niczym w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. Mgła w tunelu to para wodna wzbogacona całą tablicą Mendelejewa, dzięki utykającym w tunelu starym Kamazom i innym wszelkiej maści zdezelowanym pojazdom. 

Poniższe zdjęcie nie jest nieudane. Tak wygląda jazda tunelem:

tadzykistan tunel anzob

 

Mieliśmy wątpliwą przyjemność dwukrotnie pokonywać tunel Anzob: w pierwszą stronę wczesnym rankiem gdy ruch był niewielki. Wówczas przejazd tych nieszczęsnych 5-ciu kilometrów zajął 20 minut. Największym problemem przy pokonywaniu autem osobowym był absolutny brak widzialności i potężne kratery wypełnione wodą. Nasz kierowca znał ten tunel jak własną kieszeń, dzięki temu nie przeszkadzała mu jazda w ciemno. Poniższy filmik oddaje tylko część atmosfery panującej w tunelu. Już podczas kręcenia zwróciłem uwagę, że na ekranie aparatu i później również na filmie widać znacznie więcej niż w rzeczywistości - prawdopodobnie to efekt filtra polaryzacyjnego w aparacie. Na filmie słychać charakterystyczny dźwięk niczym z futurystycznego filmu rodem z USA. To efekt potężnych wentylatorów ustawionych na pasie jazdy, o ich podwieszeniu nikt nie pomyślał. Zresztą wydajność tych wentylatorów pozostaje wątpliwa. Nawet przy niewielkim porannym ruchu w tunelu nie było czym oddychać.

Drugi przejazd tunelem Anzob przydarzył nam się w drodze powrotnej, dwa tygodnie później. Tym razem były to godziny popołudniowe i ruch był znacznie większy. Ten przejazd trwał 40 minut i dostarczył zdecydowanie mocniejszych wrażeń. Kilkukrotnie utknęliśmy w korku, spowodowanym zaklinowaniem się TIRów: a to przez zwężenia, a to przez kratery, a to przez wentylatory ustawione na środku drogi, a w końcu także przez stłuczki samochodów. Atmosfera w aucie stała się gorąca, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie dość, że brakowało powietrza, to jeszcze TIRy chcąc sprowokować poprzedzające auta do ruszenia lub zjechania, zamiast sygnałów dźwiękowych robiły przegazowanie silnika. Wniosek wyciągnąłem następujący: na lekcjach biologii w szkole kłamią! Człowiek jest w stanie wytrzymać bez powietrza znacznie dłużej niż głosi oficjalna wersja.

Ominięcie tunelu jest niemożliwe. Droga, która wiodła przez góry zanim zbudowano tunel rozpadła się. Tak więc tunel, który miał być wybawieniem dla komunikacji w Tadżykistanie (umożliwił ruch w miesiącach zimowych, gdyż droga przez przełęcz Anzob była czynna tylko przez 6 miesięcy) póki co jest przekleństwem tamtejszych kierowców. Oficjalna wersja głosi, że w 2015 roku tunel zostanie naprawiony. Jednak nikt z lokalsów nie wierzy w te zapewnienia.

Po minięciu tunelu byliśmy już blisko naszego celu podroży...

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!