Góry Fan - od bazy Vertikal do Artucz

Mając informacje z pierwszej ręki od kierownika bazy Vertikal, wiedzieliśmy, że baza w tym roku będzie czynna dopiero pod koniec czerwca, czyli jakieś dwa tygodnie po tym, gdy my się tam zjawiliśmy. Dlatego też celowaliśmy z noclegiem w jeden z dwóch domów gościnnych ze spisu ZTDA. Dzięki naszemu kierowcy szybko okazało się, że baza pod nieobecność kierownictwa żyje własnym życiem i oczywiście jest otwarta i przyjmuje turystów. Tym samym, postanowiliśmy dojechać autem do samego Vertikala, czyli ostatnich śladów cywilizacji w górach. 

Droga wiodąca od głównej drogi przez Marguzor robi wrażanie. Najpierw przejeżdża się przez gęsto zaludnione wioski, gdzie drogę co chwilę przebiegają osły i dzieci.

Tu mała próbka jak wygląda wieś w Tadżykistanie:

 

Później robi się coraz wyżej i bardziej stromo. Dalej przejeżdża się na zmianę: wzdłuż zielonych dolin i stromych górskich fragmentów drogi:

 

Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie: raz by zrobić dodatkowe zakupy, gdyż kierowca nie akceptował naszego wyjazdu w góry bez worka ziemniaków. Ziemniaków w prawdzie nie udało się kupić, była za to irańska chałwa i jajka. Ot tak wygląda okienko sklepowe i obdarowane cukierkami dzieci:

tadzykistan marguzor zakupy

 

Innym razem celem postoju było zatankowanie kefiru od lokalnych pastuchów...

tadzykistan marguzor kefir

 

... i rozdanie cukierków:

tadzykistan marguzor dzieci

 

Zatrzymał nas także po drodze leśnik by nas oficjalnie zarejestrować i pobrać oficjalny haracz w kwocie 30 somoni od osoby za dzień. Leśny podatek to niestety obowiązkowa opłata dla wszystkich turystów w górach Fan. Płaci się z góry za każdy dzień, my podaliśmy więc, że będziemy tam tylko dwa dni i ew. przedłużymy na miejscu opłatę. Na szczęście więcej nie trafiliśmy na leśników. Co ciekawe, zapłacony podatek leśny od strony Vertikalu nie działa na obszar jezior Kulikalon. Tam trzeba płacić ponownie. My nie trafiliśmy jednak tam na inkasentów.

Po przejechaniu raptem kilkudziesięciu kilometrów, które zajęły nam pół dnia, dotarliśmy w końcu do słynnego alpłagieru Vertikal. Jest to jeden z dwóch obiektów turystycznych w sercu gór Fan. Choć wygląda jakby miał za sobą 100-letnią historię, to w rzeczywistości powstał dopiero w latach 90-tych XX w. Ulokowany na sporej polanie obóz, składa się z kilku drewnianych chatek, w każdej kilka pokoi z łóżkami (wcale nie takie oczywiste w Tadżykistanie, gdyż często śpi się na podłodze na specjalnych rozkładanych matach) i coś co przypomina łazienkę (temperatura wody w granicach zera absolutnego). Wieczorami przez około dwie godziny w obozie włączany jest nawet prąd z generatora, a przy oknie na stołówce można złapać zasięg. Pełna cywilizacja!

tadzykistan vertikal

 

Centralnie położony jest kamienny budynek stołówki, której sala pełni funkcje reprezentacyjną (obwieszona jest plakatami i proporcami grup alpinistów z całego świata, post-radzieckiego oczywiście). Spore przestrzenie wokół budynków stanowią pole namiotowe. Sądząc po zdjęciach na stołówce miejsce to bywa w sezonie tłoczne, choć ciężko było nam sobie to wyobrazić w czerwcu, gdy poza nami nie było niemal nikogo (tylko pierwszej nocy miała rozbity namiot niemiecka rodzinka). 

tadzykistan vertikal stolowka

 

W alpłagierze w czasie, gdy jest on tak jakby zamknięty gospodarzy pan Akram, oficjalnie stróż, a praktycznie gospodarz pełną gębą. U niego zaopatrzyliśmy się w kartusze z gazem (nakręcane), jego żona gotowała nam posiłki, a on sam ostatniego dnia ruszył z nami jako poganiacz osłów na przełęcz Alloudin. 

Pod wieczór, po przyjeździe, w oczekiwaniu na kolację (worek ziemniaków był jednak zbędny, gdyż bez problemu można było zamówić w nieczynnej bazie zarówno śniadania, jak i obiadokolacje) poszliśmy do jezior Alloudin, położonych 2 kilometry powyżej bazy - nie w pionie, w poziomie :). Wolę sprecyzować bo od Vertikala można spokojnie robić wycieczki po 2km w pionie do góry, ba różnica wysokości między bazą położoną na ok 2600 m. npm., a najwyższymi okolicznymi szczytami wynosi niemal 3km!

Jeziora Alloudin to jedna z największych atrakcji regionu. Położone są w głębokiej dolinie, a kolor wody zmienia się w zależności od kąta padania promieni słonecznych i strony od jakiej patrzymy na taflę jezior. Jezior Alloudin jest w sumie ponoć siedem, z czego dwa największe najbardziej przykuwają uwagę. Jeszcze jedno, całkiem spore mija się po drodze z obozu do głównych jezior. Pozostałe jeziorka to chwyt marketingowy lokalsów. Siedem jezior brzmi lepiej niż trzy.   

tadzykistan alloudin jezioro

tadzykistan jeziora alloudin 

 

Po drodze nad jeziora wszędzie mijaliśmy wypoczywające osły:

tadzykistan alloudin osiol

 

Okazało się, że nad jeziorem rozbił się obóz sporej grupy Francuzów. Osły zaś stanowią w Tadżykistanie podstawowy środek transportu i są często wykorzystywane do transportu bagaży. Te osły, które spotkaliśmy dźwigały w ciągu dnia plecaki Francuzów, a wieczorem wypoczywały. W sumie byliśmy mocno zdziwieni ilością Francuzów na Alloudinem, gdyż podczas całej podróży po Tadżykistanie nie spotkamy w sumie tylu turystów ilu liczyła francuska grupa.  Na szczęście liczba napotkanych osłów będzie rosła z każdym dniem :)

 

Mutnyje jeziora

Kolejnego dnia postanowiliśmy zrobić jednodniowy wypad z Vertikala do Mutnych jezior położonych w górze doliny, na wysokości ponad 3500 m. npm. Wprawdzie pierwotny plan zakładał wyjście do Mutnych wraz z całym ekwipunkiem i rozbicie tam namiotów, to jednak plany musieliśmy zrewidować ze względu na niedyspozycję jednej z uczestniczek wyjazdu :( W sumie okazało się, że w drugiej połowie czerwca w rejonie Mutnych jezior leży jeszcze bardzo dużo śniegu i jakiekolwiek podejście powyżej jezior wymagałoby sprzętu do chodzenia po śniegu i lodzie, którego nie mieliśmy (o umiejętnościach nawet nie wspomnę). Jeziora Mutne położone są u podnóża najwyższych szczytów gór Fan: m.in. Czimtargi (5489 m. npm.), Energii (5109 m. npm.), czy Mirali (5106 m. npm.). W związku z tym, zarówno krajobraz, jak i klimat są tam wybitnie wysokogórskie. Dla porównania dodam, że przełęcz Alloudin, górująca nad jeziorami Alloudin jest położona o kilkaset metrów wyżej niż jeziora Mutne, a w tym samym czasie była niemal całkowicie wolna od pokrywy śnieżnej. 

Zdjęcia z początkowej drogi nad Jeziora Mutne:

tadzykistan fan mutne droga

tadzykistan fan mutne droga2

tadzykistan mutne

tadzykistan mutne droga

 

Z czasem robiło się coraz zimniej i bardziej śnieżnie:

tadzykistan mutne snieg

 

W końcu dotarliśmy do Mutnych jezior. Nazwa nie kłamie, jeziora są mętne. Na czas około godzinnego pobytu nad jeziorami znacznie poprawiła się pogoda (wcześniej wisiały gęste chmury, a nawet przechodziła burza):

tadzykistan mutne jeziora

 

Znad jezior widać dobrze najwyższe szczyty gór Fan:

tadzykistan mutne chimtarga

 

Tutaj jeszcze ogólna panorama w pochmurny dzień znad Mutnych jezior:

 

Jak tylko ruszyliśmy w drogę powrotną, pogoda natychmiast się pogorszyła: zaczął kropić deszcz, a ciężkie chmury zasłoniły widoki na okoliczne góry. Generalnie pogoda w Górach Fan w lecie jest stabilna. Miejscowi twierdzą, że od mniej więcej połowy czerwca do sierpnia deszcze niemal nie występują, czasami tylko przejdzie burza. Chyba jest w tym dużo racji, z każdym dniem pogoda była coraz lepsza. Kiepską pogodę mieliśmy tylko w dniu przyjazdu do Vertikala, i kolejnym, w którym właśnie poszliśmy nad Mutne jeziora. Zagrożenie burzami jest jednak spore, w ciągu dnia rośnie wraz z upływem czasu o czym będziemy mieli okazję się przekonać nazajutrz. 

 

Przełęcz Alloudin

Po przebudzeniu zobaczyliśmy, że pogoda jest znacznie lepsza niż w poprzednich dniach, co tylko utwierdziło nas w konieczności szybkiego spakowania rzeczy i wyruszenia w drogę przez przełęcz Alloudin w stronę jeziora Kulikalon. Spojrzenie z naszego okna:

tadzykistan przelecz alloudin start

 

Nasze plecaki mocowane do dzielnych osłów przez Akrama i jego żonę:

tadzykistan przelecz alloudin osly

 

Osły szybko zorientowały się co je czeka i rzuciły się w szaleńczą ucieczkę:

tadzykistan uciekajace osly

 

To nie tak, że osły nie lubią chodzić po górach. One po prostu były już na tej przełęczy tyle razy, że po raz tysięczny im się już nie chciało dreptać. W ramach solidarności z osłami postanowiliśmy ich nie przeciążać - dlatego na grzbiecie każdego z nich wylądowały raptem po dwa plecaki. W sumie około 20kg na każdego szorstkiego zwierza (mam nadzieję, że osły doceniły ideę ultralight backpacking!). Później dowiedzieliśmy się, że miejscowi ładują na jednego osła w ciężkim terenie górskim do 70kg, a po płaskim nawet po 120kg! gdy wróciliśmy do Polski niemal od razu usłyszeliśmy wiadomość z Francji, gdzie zatrzymano pielgrzyma, którego osioł dźwigał 70kg :)

Akram szybko przywołał osły z plecakami do porządku i ruszyliśmy przez jeziora Alloudin w stronę przełęczy o tej samej nazwie. Szybko okazało się, że idąc bez plecaka ciężko jest dotrzymać tempa osłom i Akramowi. O ile dało się iść równym, szybkim tempem osłów, to jednak co kilkanaście minut mój organizm wymagał choć chwili oddechu, napicia się łyka wody, czy wreszcie zrobienia zdjęć. Osły i Akram nie znali tych potrzeb. Jednostajnym, żwawym tempem pruli pod górę. Co więcej, Akram nie tylko nie potrzebował choćby łyka wody do pokonania w słońcu ponad 1250m w pionie, otóż on i jego stary wełniany sweter byli także odporni na spadającą wraz z wysokością temperaturę i porywisty zimny wiatr. Te wszystkie goretexy, polary, softshelle i pozostałe badziewie byłyby miejscowym do niczego nie potrzebne, gdyż wełniane swetry wystarczają na każdą pogodę! No, może zapach z tego swetra czuć było dalej niż zapach spoconego osła, ale to taki mały drobiazg, gdy mieszka się wśród takich gór:

tadzykistan przelecz widoki

tadzykistan osly

 

 

Widok na drogę od jezior Alloudin na przełęcz Alloudin:

tadzykistan przelecz alloudin

 

Widok z góry na pozostawione w dole jeziora Alloudin:

tadzykistan droga na przelecz alloudin

 

I na okoliczne pagórki:

tadzykistan droga na przelecz

tadzykistan przelecz alloudin gory

 

Z czasem jeziorka stawały się coraz mniejsze...

tadzykistan alloudin male jeziora

 

...a przełęcz coraz bliższa:

tadzykistan alloudin przelecz szczyt

 

A tutaj panorama spod przełęczy Alloudin:

 

Na końcowym etapie podejścia rozdzieliliśmy się z naszymi dzielnymi osłami. One wraz ze swym panciem poszły przodem by zostawić nasze plecaki na szczycie i wrócić do Vertikala. Od przełęczy mieliśmy się zamienić z osłami rolami i to my nieśliśmy plecaki w dół. Jak honorowo :)

Tutaj spotkanie ze schodzącymi bohaterami:

tadzykistan pozegnanie z oslami

 

Ostatnie metry podejścia na spowitą we mgle (a raczej chmurze) przełęcz:

tadzykistan przelecz

 

I jeszcze ostatnie spojrzenie na jeziora Alloudin:

tadzykistan znikajace jeziora alloudin

 

Nie nacieszyliśmy się długo osiągniętym szczytem, a raczej przełęczą. Gdy tylko ubraliśmy kurtki by osłonić się przed silnym wiatrem i otwarłem tabliczkę sezamków przewiezionych z weekendu majowego w Grecji, w pobliżu rozległo się potężne uderzenie pioruna. Sądząc po huku, było to bardzo blisko, maksymalnie 2 kilometry od nas. Burza na szczycie grzbietu w wysokich górach (ok 3850 m. npm) to nie najlepszy prezent od losu. W iście piorunującym tempie zebraliśmy plecaki i zsunęliśmy się w ciemno (byliśmy w gęstej, burzowej chmurze) o ok 50 m niżej, gdzie rozsianych było kilkadziesiąt głazów o wysokości ok. 2 metrów każdy. Mając do wyboru przeczekiwanie burzy na otwartym terenie, zdecydowaliśmy o rozproszeniu się między te kamienie. Każdy grzmot był bliższy, błyskawic w zasadzie nie było widać, gdyż tkwiliśmy w chmurze. Nie dało się więc precyzyjnie określić ani odległości dzielącej nas od piorunów, ani kierunku ich przemieszczania. W dodatku walił intensywny zmrożony deszcz. Zaś temperatura powietrza spadała w tempie proporcjonalnym do wzrostu naszych emocji. Po około 25 minutach kucania w błocie koło kamoli wydawało się, że pioruny ustały. Oczywiście było to złudne, gdyż ledwo gdy się podnieśliśmy walnęło gdzieś naprawdę blisko. Tym razem było to już ostatnie uderzenie.

Kilka spostrzeżeń po przetrzymaniu naprawdę solidnej burzy w górach:

1. Nie zawsze jest tak pięknie jakby wynikało z instruktarzy GOPR-owców i innych speców. Burzę nie zawsze widać zawczasu. Chmura wisiała na przełęczy od 3 dni. Idąc pod górę nie słyszeliśmy niczego niepokojącego. Akram, który znał te tereny jak własną wełnianą kieszeń, również. Miało to być zwykłe wejście na przełęcz, która znajduje się powyżej dolnego pułapu chmur. Już po zejściu i powrocie do domu zastanawiałem się czy słusznie postąpiliśmy przeczekując burzę wśród skał (do wyboru była otwarta przestrzeń i płaty śnieżne). Po przeczytaniu kilkunastu poradników i obejrzeniu filmiku przygotowanego przez GOPR, nie uzyskałem jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wydaje się jednak, że była to słuszna decyzja. 

2. Na nic się zdają super, hiper wodoodporne warstwy ubrań za pierdylion złotych jeśli nie masz czasu by ubrać to na siebie :) Kolejny plus dla wełnianego swetra Akrama!

3. Pod żadnym pozorem nie otwierajcie greckich sezamków na szczytach! Burza gwarantowana! Mam w domu drugą tabliczkę i boję się na nią spojrzeć :)

 

Kulikalon

Zwykle po burzy wychodzi słońce. Nie inaczej stało się i tym razem. Słońce wyszło, wprawdzie nie na długo bo na horyzoncie nadciągały kolejne chmury, ale te kilkadziesiąt minut pogody pozwoliło nie tylko wyschnąć ale także wrócić do trybu podziwiania okolicznych widoków.

tadzykistan kulikalon od przeleczy

 

Widok na przełęcz Alloudin:

tadzykistan kulikalon przelecz alloudin

 

Najbardziej uwagę przykuwała potężna, niemal pionowa ściana, zwana Kulikalońską o wysokości ok 2 km, która wznosiła się ponad jeziorkiem Duszacha:

tadzykistan kulikalon sciana jezioro

 

Tutaj jeziorka Duszacha w pełnej okazałości:

tadzykistan jeziora duszacha

 

Z kolei na poniższym zdjęciu widoczna spora część plateau Kulikalon:

tadzykistan kulikalon

 

Będąc już niemal na dole zerwał się kolejny deszcz, tym razem już bez burzy. Poszliśmy więc w prawo, w stronę jeziora Bibidżonat, nad którym pastuchy wypasały owce i kozy, a jak się szybko okazało jest też najprawdziwsza czajchana, czyli coś w rodzaju karczmy dla strudzonych turystów. Z dala od cywilizacji, stoi sobie kamienna budowla i namiot, w której urzędował dziadek i serwował strudzonym podróżnym herbatę, jadło, a nawet napoje wyskokowe. 

tadzykistan czajchana

 

Gdy schnęliśmy przy hektolitrach herbaty i ciepłym posiłku podjęliśmy decyzję, że rozbijemy swoje namioty w otoczeniu czajchany. Teren był naprawdę piękny:

tadzykistan czajchana otoczenie

tadzykistan czajchana biwak

tadzykistan czajchana jezioro

 

Pan z czajchany był nauczycielem geografii i biologii w wiejskiej szkole w najbliższej wiosce Artucz (oddalonej raptem 4h drogi). Gdy kończy się szkoła pan nauczyciel prosi swoich uczniów o wypożyczenie osłów i karawaną złożoną z ponad dwudziestu osłów rusza wraz z zaopatrzeniem do czajchany, gdzie spędza całe lato. Próbowałem sobie przypomnieć moich nauczycieli od geografii i jakoś ciężko było mi wyobrazić ich sobie idących w orszaku osłów objuczonych kartoszką i mąką w góry by latem obsługiwać zbłąkanych podróżnych. Tych od biologii to nawet nie próbowałem sobie wyobrażać...

Belfer miał do towarzystwa osła o imieniu Miszka ubranego w najnowszej generacji nieprzemakalny strój...

tadzykistan osiol miszka

 

...na tymże osiołku planował on wyruszyć kolejnego dnia do wioski, gdyż przeprowadzić miał jeszcze egzamin końcowy dla uczniów dziewiątej klasy. Z niecierpliwością czekał gospodarz na przybycie krewnego, gdyż bał się zostawiać bez dozoru ekwipunek naniesiony przez dwa tuziny osłów. Na szczęście rankiem zjawiło się dwóch znajomych chłopców, którzy zostali pilnować dobytku belfra, gdy ten popędził na Miszce do wioski wypełniać swoją nauczycielską misję. 

Rankiem po raz kolejny przekonaliśmy się, że nocowaliśmy w niewiarygodnie pięknym miejscu. Chmury się rozstąpiły i w pełnej krasie ukazała się Kulikalońska ściana:

tadzykistan sciana kulkalon

 

 

Odczuwając lekki niedosyt po deszczowym zejściu z przełęczy i ograniczonych widokach w stronę jeziorek Duszacha, postanowiliśmy wrócić w tamtą stronę pozostawiając plecaki w czajchanie. Było warto:

tadzykistan duszacha droga

 

Szczyty widoczne na poniższym zdjęciu mają 5 tysięcy m. npm.

tadzykistan duszacha

tadzykistan duszacha jeziorka

tadzykistan duszacha marija

 

Niesamowite wrażenie robiły potężne nawisy śnieżne górujące nad dwukilometrową ścianą:

tadzykistan duszacha nawisy

 

Widok w stronę jeziora Bibidżonat, gdzie znajduje się czajchana:

tadzykistan widok czajchana

 

Po powrocie do czajchany zabraliśmy plecaki i poszliśmy w dół, w stronę Artucz - drugiego z alpłagierów. Mniej więcej w tym samym czasie ze swoją misją ruszał nasz nauczyciel. Załadował się na Miszkę, a na dwa osły, na których przyjechali jego zmiennicy władował drewno na opał i ruszył w drogę:

tadzykistan karawana oslow

 

Idąc w dół szybko pojęliśmy, że kolejne mijane jeziora swą urodą niczym nie ustępują tym wcześniejszym:

tadzykistan kulikalon jeziora

tadzykistan kilikalon fan

tadzykistan sciana kulikalon jeziora

 

Doszliśmy w końcu do jeziora Kulikalon, największego z okolicznych. W tym roku poziom wody w jeziorze był wyjątkowo niski, lecz i tak okolica była niezła:

tadzykistan jezioro kulikalon

tadzykistan kulikalon otoczenie

 

W sumie do dzisiaj nie wiem dlaczego nie zostaliśmy nad tymi jeziorami jeszcze jednej nocy. Faktem jest, że odczuwaliśmy trudy poprzednich dni, a bolały zwłaszcza nogi po wczorajszym zbieganiu z przełęczy, a może jeszcze bardziej od kucania w czasie burzy. Od tego kucania tak wyćwiczyłem mięśnie ud, że już później żaden z tadżyckich kibli nie był mi straszny. Moje uda były gotowe by iść do wychodka i kucając czytać tam gazety od deski do deski :)

Na końcu płaskowyżu Kulikalon dochodzi się do miejsca, które wygląda jak kraj płaskiego stołu, dalej w dół prowadzi wąska ścieżka wzdłuż spływającego potoku:

tadzykistan artucz droga w dol

tadzykistan droga artucz

 

Schodząc w dół, niemal z każdym krokiem uderzają nas podmuchy coraz bardziej gorącego powietrza. O ile nad jeziorami, na wysokości ok 2700 m. npm. temperatura była przyjemna (ok 20 stopni), o tyle w dole zaczyna robić się naprawdę gorąco. W drodze w dół po raz pierwszy od kilku dni łapiemy zasięg telefoniczny. W sumie nie był on nam do niczego potrzebny ale dźwięk przychodzących smsów wywołał wielkie poruszenie.

Droga w dół momentami robiła się stroma:

tadzykistan artucz droga stroma

 

W końcu doszliśmy do cywilizacji. Wprawdzie zamiast ludzi spotykaliśmy same osły, to jednak czuło się, że opuściliśmy góry. Na poniższych zdjęciach pierwsze napotkane po drodze istoty:

tadzykistan artucz osly

 

Tutaj osioł w stroju ludowym. Znamienne jest to, że trawa na końcu sznurka smakuje zawsze najlepiej:

osiol koniec sznurka

 

W końcu zobaczyliśmy ludzi, a raczej starą babę, która próbowała za wszelką cenę dosiąść osła. Ten, wiedząc co się szykuje, robił wszystko by sztuka ta się nie udała. Baba stojąc na murku próbowała przyciągnąć za sznurek osła jak najbliżej, ten jednak ustawiał się prostopadle do murka uniemożliwiając swojej panci wskoczenie. Przekomarzanie z osłem trwało na tyle długo, że zdążyłem odejść kilka metrów, wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Przez długi czas to osioł był górą w tym pojedynku. Ostatecznie osioł skapitulował i musiał dźwigać na grzbiecie nadmiarowy ładunek.

tadzykistan artucz baba osiol

 

Kawałek dalej ujrzeliśmy w dole spore budowle, które kontrastowały z miejscową architekturą lepiankową:

tadzykistan artucz hangar

 

Stało się jasne, że doszliśmy do bazy alpinistów Artucz

tadzykistan alplagier artucz

 

Baza Artucz to niemalże kurort u podnóży najwyższej części gór Fan. Centralną część stanowi stary drewniany budynek przypominający trochę stare, polskie schroniska. W budynku, oprócz pokoi, których wyposażenie stanowią wyłącznie stare prycze i tona kurzu, jest też spora stołówka, gdzie można całkiem dobrze pojeść. O warzywach można oczywiście zapomnieć ale baran, kura i jajka zawsze się znajdą. Na stołówce uwagę zwracała najbardziej wypasiona żarówka energooszczędna jaką widziałem w życiu:

tadzykistan artucz zarowka

 

Największy skarb bazy krył się w jednym z nowych domków. Otóż za dodatkową opłatą, (nie wiadomo jaką gdyż wszyscy Tadżycy zawsze podliczają wszelakie kwoty w pamięci, tak by nikt się nie rozeznał w tych wyliczeniach) można było skorzystać z najnormalniejszej europejskiej łazienki. Tak, to prawda: była nie tylko ciepła woda, ale także normalny prysznic, sedes, lustro, umywalka, płytki na ścianach. Jednym słowem: Ameryka! I to w środku Tadżykistanu. Jak się później okazało był to najlepszy węzeł sanitarny jaki spotkamy w Tadżykistanie. Po zaznaniu kąpieli w ludzkich warunkach, późniejsze wizyty w standardowym węźle sanitarnym dla bazy wywoływały mieszane uczucia: kibel bez drzwi kilkadziesiąt metrów od budynku, a umywalki z lodowatą wodą obrośnięte barszczem (wyglądał jak Sosnowskiego ale nie sprawdzałem). 

W bazie znajdował się nawet sklep. Było tam z 10 produktów, w tym piwo i woda mineralna. Reszta rzeczy była zbędna.

Rankiem, przed nastaniem największych upałów, podeszliśmy do dwóch jeziorek znajdujących się bezpośrednio nad bazą. 

tadzykistan artucz jeziora

 

Nad jeziorami aż roiło się od skał, na których alpiniści rozgrzewają się (tak nam powiedziano, gdyż w czasie, gdy my tam byliśmy liczba alpinistów wynosiła 0) przed podejściem w wyższe góry:

tadzykistan artucz jeziora skaly

 

Gdy w końcu nadeszła godzina upałów narzuciliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy chłonąć żar lejący się z nieba na drodze prowadzącej w dół do wioski Artucz. Najpierw spotkaliśmy dzieci, których wyraz twarzy po otrzymaniu od nas cukierków mówił wszystko:

tadzykistan artucz dzieci

 

Dalej widzieliśmy rolników, którzy kosili łąkę ręcznie, sierpami. By skosić ją dokładniej niż kosą:

tadzykistan artucz sierp

 

Potem mija się piękny przełom rzeki, który byłby jeszcze ładniejszy gdyby nie druty wysokiego napięcia:

tadzykistan artucz przelom

 

Po drodze minęliśmy też gościa na ośle, który w uchu miał słuchawkę bluetooth. Widocznie podczas jazdy na ośle nie wolno rozmawiać przez telefon bez zestawu hands free. Niestety widok ten tak mnie zamurował, że nie sięgnąłem w porę po aparat.

Gdy w końcu doszliśmy do wioski Artucz upał zamulał nawet miejscowych, którzy pochowali się po swoich lepiankach. Tylko pod zamkniętym sklepem oczekiwało kilka osób.

Tutaj wioska, a raczej kiszlak Artucz w pełnej okazałości:

tadzykistan artucz wies

 

Jeden z oczekujących pod sklepem podwiózł nas do innego "magazinu", gdzie bez problemu zapłaciliśmy dolarami za zakupy (resztę dostaliśmy w Somoni). Przyniesiono nam także w prezencie chleb (w wiejskich sklepach nie bywa), a także załatwiliśmy transport Ładą Nivą do doliny Siedmiu Jezior. Ruszyliśmy więc Ładą najpierw w stronę Pendżykentu, gdzie temperatura pozwalała spawać bez użycia narzędzi.

Tutaj postój techniczny w drodze do Pendżykentu. Nadzieja w postaci chmury okazała się złudna. Deszcz nie nadszedł.

tadzykistan droga do jezior

 

Po drodze zatrzymaliśmy się też w przydrożnym bazarze. Na szczęście jego uroda była odwrotnie proporcjonalna do smaku melonów, które tam sprzedawano. W bazarowym sklepie kosmetycznym były nawet perfumy "Google" i paru innych firm, które pewnie nie zdają sobie sprawy, że produkują swoje zapachy.

tadzykistan pendzykent

 

Po wielogodzinnych trudach podróży, minięciu bramki, na której nas dokładnie wylegitymowano, spisano i o dziwo nie chciano pieniędzy, minięciu paskudnych okoli kopalni Szing, w której o ekologię dbają sami Chińczycy, dotarliśmy w końcu do doliny Siedmiu Jezior...

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!