Dolina Jagnob, czyli najdziksza część Tadżykistanu

Kiszlak Magreb to ostatnia większa osada w dolinie, dalej w górę rzeki Jagnob znajdują się tylko niewielkie wioski. Zresztą droga ciągnie się od Magrebu w górę doliny zaledwie 30 km. dalej pozostają tylko własne nogi i ew. kopyta osłów. Margreb jest bazą dla alpinistów, którzy na pobliskiej górze Zamin-Karor organizują zawody, nawet rangi mistrzostw WNP. Zamin-Karor zwany jest też Jagnobską Ścianą i w pełni zasługuje na swoją nazwę. Jest to pionowa ściana o wysokości grubo ponad 1km:

tadzykistan magreb jagnobska sciana

 

Dolina rzeki Jagnob słynie przede wszystkim z zamieszkującej ją ludności. Jagnobcy to społeczność, która przez wieki żyła w niemal absolutnej izolacji od świata, dzięki temu zachowali swój język i kulturę. Dopiero za czasów Związku Radzieckiego dobrzy radzieccy europejczycy postanowili nie tylko dostać się do doliny, ale także przymusowo przesiedlić jej mieszkańców na obszary, gdzie uprawia się bawełnę. Dzisiaj dolina Jagnob nadal podlega gwałtownym zmianom cywilizacyjnym. Droga w górę doliny, której budowę rozpoczęli Sowieci, dzisiaj budowana jest przez władze Tadżykistanu. Obecnie można dojechać autem osobowym kawałek za kiszlak Nomitkon, kolejne fragmenty drogi będą prawdopodobnie wybudowane w ciągu następnych lat. Co gorsza, prezydent Tadżykistanu ogłosił, ze w dolinie Jagnob utworzona zostanie strefa turystyczna, co z pewnością przekreśli obecny, dziki charakter tych terenów. Powyżej końca drogi w Nomitkonie położonych jest jeszcze kilka osad, które są zupełnie odcięte od świata. Jedynie wąska ścieżka wzdłuż rzeki pozwala dotrzeć do kiszlaków. I to właśnie ta część doliny Jagnob zachowała najwięcej ze swej pierwotnej odrębności. Spieszcie się więc ludziska podziwiać Jagnob, gdyż dni tej doliny są już policzone! To tyle tytułem przestrogi. 

Zamieszkaliśmy w górnej części Magrebu, w domu Sajoh. Nocleg mieliśmy załatwiony przez gospodarza z Mijgonu, sam zaś Sajoh jest jednym z dwóch obiektów zrzeszonych w ZTDA w Magrebe. W wiosce jest jeszcze trzeci pensjonat "Wiaterek" ale w sumie nic o nim nie wiemy gdyż od samego początki wpadliśmy w ręce gospodarza z Sayoh - starszego pana, który tytułem wstępu wyjął mapę Tadżykistanu i pokazał nam, swoim synom i wnukom gdzie leży Magreb i z jakimi państwami graniczy Tadżykistan. Dziadek był chyba emerytowanym nauczycielem, a już na pewno pełnił rolę mędrca w wiosce, gdyż to on np. prowadził rachuby podczas spisu ludności. Co ciekawe podczas spisu zliczano ilość rodzin, a nie ilość ludzi zamieszkujących dany kiszlak. Widocznie jest to bardziej miarodajna metoda.

Sam dom Sayoh wyglądał jakby miał około stu lat, w rzeczywistości wybudowano go raptem 20 lat temu. Posiadał 3 pokoje dla gości, w każdym zamiast łózek rozkładane były kurpacze, czyli takie tradycyjne materace, na które kładzie się pościel (a my na to jeszcze swoje śpiwory):

tadzykistan magreb pokoj

 

Było to całkiem wygodne rozwiązanie, jedynym problemem były zamieszkujące te materace pchły. Mieszkając 3 dni w tym domu z niepokojem obserwowaliśmy rosnącą ilość pogryzień na naszych ciałach, a jednocześnie postępujący proces golenia na zero po kolei wszystkich dzieci z gospodarstwa. Pewnie pchły to był dopiero wierzchołek góry lodowej lokalnych pasożytów. Dodam, że Mugga nie odstrasza pcheł - sprawdzone. 

Centralnym punktem domostwa był postawiony pod dachem, przed wejściem do pokoi lokalny tapczan, czyli siedzisko i miejsce do jedzenia i biesiadowania w jednym:

tadzykistan magreb stol

 

Na tymże tapczanie nieodłączną zakąską były pyszne bakalie: migdały w skorupkach, suszone winogrona (nie mające nic wspólnego z rodzynkami dostępnymi u nas), a także wydłubane z pestek moreli ich gorzkie jądra. Dopiero po powrocie przeczytałem, że ze względu na zawarty w tych jądrach pestek kwas cyjanowodorowy ich zalecana dzienna dawka to 2-3 sztuki. Można powiedzieć, że nadużywaliśmy kwasu cyjanowodorowego na potęgę!

tadzykistan magreb bakalie

 

Widok sprzed domu nie był porywający (poza możliwością obserwowania lokalnego życia, jak np. pani idącej z praniem na głowie):

tadzykistan magreb glowa

 

Można też było np. obserwować osła, który dorwał się do poletka chwastów pod czyimś domem:

 

Osioł szybko został przepędzony, tak jakby co najmniej wyjadł jakieś skarby, a nie zwykłe chwasty. Widocznie nawet chwasty mają w Tadżykistanie pewną wartość dla ich właścicieli.

Oto nasz dom w pełnej okazałości:

tadzykistan magreb dom caly

 

Za to widok w drugą stronę, za dom był o wiele ciekawszy (na pierwszym planie nasz dom):

tadzykistan magreb dom

 

Bieżąca woda w domu pochodziła z pojemników, z którymi kursowała jedna z zamieszkujących dom kobiet. Robiła ona dziennie niezliczoną ilość kursów po wodę do oddalonego o 100 metrów ujęcia. To pewnie z litości dla tej pani mieszkańcy myli się rzadko, a beneficjentami tej sytuacji były pchły. Do dziś nie wiem czemu nikt nie wpadł na pomysł podciągnięcia zwykłym wężem wody do domu. Ale może wówczas ta pani nie miałaby zajęcia...

W domu oczywiście, zdaniem gospodarza, był prysznic, czyli jak się okazało pół wiaderka ciepłej wody na osobę i pomieszczenie a'la ruska bania. Był za to wydzielony, lepszy kibel dla gości, do którego domownicy nie mieli wstępu:

tadzykistan magreb wc

 

Idąc do kibelka mijało się jeszcze obowiązkowe wyposażenie każdego domostwa, czyli piec chlebowy:

tadzykistan magreb piec

 

W pobliżu naszego domu znajdował się nawet sklep, otwierany według uznania. Sklep był całkiem dobrze wyposażony, dlatego chciałem zrobić tam zdjęcie. Gdy spytałem sprzedawcę czy mogę zrobić zdjęcie cukru (tak, wiem na pozór głupi pretekst ale różne formy cukru wyróżniają zaopatrzenie w Tadżykistanie) ten chętnie się zgodził i zapytał w przypływie odwagi czy nie zrobilibyśmy także zdjęcia jemu. Oto i ono - cukier zasłonięty przez pana...

tadzykistan magreb sklep

 

W sklepie można było nawet kupić irańską podróbkę Snikersa:

tadzykistan snikers

 

Rankiem kolejnego dnia pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę po okolicy. Dziadek spakował do siatki herbatę i piały, władowaliśmy się do terenówki jego syna i pojechaliśmy ok. 7 km w górę drogą, by stamtąd podejść do "wnętrza" góry Zamin-Karor, oznaczającej po miejscowemu zamek. Faktycznie, potężne góry otaczające położony wewnątrz płaskowyż przypominają twierdzę. Miejsce trudno dostępne, by tam wejść albo trzeba zasuwać wiele kilometrów w górę by obejść skały, bądź też przejść przez jedno z nielicznych dostępnych bez sprzętu miejsc. Wprawdzie wymagane jest przejście przez prowizoryczną drabinę wykonaną przez naszego gospodarza. A drabinka ta trzyma się na słowo honoru - jest podwieszona na kilkumetrowym drucie, a raczej wielu drutach skręconych w jeden i przymocowanych na jednym gwoździku do skały. Konstrukcja dość wątpliwej wytrzymałości, lecz pozwala na wspięcie się na około 6-cio metrową skałę. Sforsować "drabinkę" udało się tylko męskiej części wycieczki:

tadzykistan magreb drabinka

 

Za drabinką i stromym kilkusetmetrowym podejściem rozpoczyna się płaskowyż z niesamowitymi widokami na okoliczne skały:

tadzykistan zamin-karor

tadzykistan zamin karor-szczyt

 

Tutaj widok na głęboką dolinę przecinającą "zamek" na pół:

tadzykistan yagnob

 

Te szczyty w głębi po lewej i prawej stronie mają odpowiednio ponad: 4700 i 4600 m npm:

tadzykistan zamin-karor-najwyzsze-szczyty

tadzykistan zamin karor pik

 

Z miejsca, w którym staliśmy dało się do nich dojść, z tym, ze wymagałoby to przenocowania na płaskowyżu i ruszenia "na lekko" na całodzienną wyprawę. My natomiast musieliśmy obejść się smakiem i zawrócić przez drabinkę do czekającego na nas dziadka i jego syna-kierowcy po drodze zbierając sieroty, które nie poległy na drabince...

Wieczorem spotkała nas niemiła niespodzianka. Do domu zjechała trzyosobowa wycieczka białych ludzi. Co gorsza nie byli to zwykli turyści, a najwięksi znawcy Tadżykistanu rodem z Irlandii, USA i bodajże Szwajcarii. Irlandczyk był bardziej tadżycki od Tadżyków. Gdy polewał nam herbatę to trzymał drugą rękę mocniej na piersi niż czynią zwykle to w naturalnym geście Tadżycy. Język angielski i wymuszona tadżyckość nie pasowała do panującej wokół atmosfery. Uświadomiliśmy sobie, że odwykliśmy od zachodnich ludzi. Niestety napotkamy kolejnego dnia jeszcze dwukrotnie na tadżyckiego Irlandczyka i jego kompanów.  

 

W górę doliny Jagnob

Plan na kolejny dzień zakładał skomplikowaną operację logistyczną. Umówiliśmy się z synem-taksówkarzem (oczywiście za pośrednictwem dziadka, który jako jedyny mówił po rosyjsku, syn tłumaczył się, że nie zna rosyjskiego bo ma fałszywą maturę), że zawiezie nas rankiem do końca drogi, tj. ok. 30km. Tam nas wysadzi, my pójdziemy dalej i kolejnego dnia wieczorem z tego samego miejsca nas zabierze z powrotem. Okazało się, że kierowcy nie opłacało się dwa razy jechać tam i nazad z pustym przebiegiem więc wolał zaczekać dwa dni na końcu drogi. Był to kolejny przykład, gdy odnosiliśmy wrażenie, że czas człowieka w Tadżykistanie nic nie kosztuje i jest mniej cenny od pracy osła.

Zaraz za Magrebem droga wije się w głębokiej i wąskiej dolinie Jagnobu:

 tadzykistan jagnob droga

 

 

Dalej jedzie w takich oto okolicznościach przyrody:

tadzykistan jagnob droga-2

tadzykistan jagnob-3

tadzykistan jagnob-4

 

Po drodze minęliśmy nawet elektrownię wodną. Otóż by zasilić porzucone kiszlaki wykorzystywane są małe turbiny umieszczone w rurach, którymi kierowana jest woda z rwących potoków. Od tych elektrowni biegnie drucik podwieszony na tykach od fasoli:

tadzykistan jagnob elektrownia

 

Gdy dojechaliśmy do miejsca gdzie kończy się droga, trafiliśmy akurat na przeładowywanie towarów na osły. Zapytaliśmy nieśmiało czy istnieje możliwość wynajęcia osłów by zaniosły nasze plecaki w górę doliny. W sumie nie wiedzieliśmy dokąd chcemy iść, co dla lokalsów było nie do pojęcia. Przecież gdy dokądś się idzie to chyba powinno się wiedzieć jaki jest cel, no nie? Podaliśmy więc nazwę kiszlaka Klimonte i okazało się, że jeden z poganiaczy zaraz rusza tam z kolegą i z osłami. Gdy zaczęli ładować trzeci plecak na osła poprosiliśmy o kolejnego by tego pierwszego nie przeciążać. Ich klient - ich pan. Kolejny osioł się znalazł, lecz ten pierwszy zamiast nieść dodatkowe 20kg musiał nieść jeszcze cielsko poganiacza, który widocznie stwierdził, że osioł miałby pusty przebieg. Pan nie zrozumiał chyba naszych humanitarnych pobudek. Trudno.

Na zdjęciu moment załadunku (szczęście osła wymalowane na jego pysku; ten w granatowej czapce to nasz główny poganiacz, ten w tle, z czapką w stylu Pata z czeskiej bajki Sąsiedzi to jego kolega; skrajny z lewej to nasz kierowca, syn dziadka):

tadzykistan jagnob-osly 

 

Zresztą pan Pat miał wybitnie Europejskie rysy twarzy, na ulicy w Polsce gdyby go domyć i ubrać można byłoby wziąć go za Anglika. W naszych dywagacjach doszliśmy wręcz do wniosku, ze wyglądał on jak książę Karol :)

 

Gdy osły były gotowe ruszyliśmy w wielokilometrową włóczęgę wąską ścieżką w górę doliny Jagnob:

tadzykistan jagnob pat

 

W miejscu gdzie zepsuł się buldożer kończy się budowa drogi:

tadzykistan jagnob pat mat osly

 

Po kilku kilometrach dochodzi się do przepięknego przełomu rzeki Jagnob:

tadzykistan jagnob przelom

tadzykistan jagnob przelow rzeki

tadzykistan yagnob przelom

 

Na poniższym filmiku osły i ich poganiacze przechodzą przez mostek. 

 

Za przełomem dolina się trochę rozszerza i ścieżka po kilku kilometrach dochodzi do położone w górze kiszlaka Pskon. Dochodząc do wioski można podziwiać osiągnięcia Jagnobców w dziedzinie elektryki. Oto łączenie kabla i słupy energetyczne (turbina prądotwórcza była gdzieś w dole):

tadzykistan pskon kabel

tadzykistan pskon slup

 

Pskon to spoty kiszlak. Zamieszkuje go aż 11 rodzin, co pewnie przekłada się na ok 100 osób:

tadzykistan pskon

 

Zaprowadzono nas do najbardziej reprezentacyjnej lepianki we wsi. Nakryto do stołu i położono wszystko co było dostępne: herbata, lepioszka z masakryczną ilością piasku, kefir i cukierki.

tadzykistan pskon lepianka

 

W naszej lepiance było nawet plastikowe okno, a widoczny na zdjęciu osioł miał niesamowity dar rżenia w taki sposób, że wydawało się, ze wyje gdzieś syrena policyjna.

tadzykistan pskon lepianka okno

 

Początkowo przysiadł się do nas Pat i gestami i wyrazem twarzy coś nam komunikował, później jednak poszedł i zostaliśmy sami. W ciągu godziny pobytu w Pskonie tak wchłonęliśmy klimat doliny Jagnob, że postanowiliśmy zawrócić w stronę przełomu rzeki i tam zdecydować co dalej. 

Na zewnątrz lepianki było znacznie ciekawiej. Przychodziły do nas dzieci, którym cukierki sprawiały jeszcze mnóstwo radości (są jeszcze takie dzieci na świecie!):

tadzykistan pskon dzieci

tadzykistan pskon dzieci cukierki

 

Długo musieliśmy się tłumaczyć naszym poganiaczom, że dalej nie idziemy. Przecież powiedzieliśmy, że idziemy do Klimonte, że przecież nas tam ugoszczą itp itd. W końcu zabraliśmy plecaki ruszyliśmy w drogę powrotną nie wiedząc gdzie będziemy spali. Wchodziło w rachubę przespanie się w namiotach u przełomu rzeki.

tadzykistan jagnob

 

Ostatecznie doszliśmy do parkingu i po krótkim rozglądaniu się po okolicy za kierowcą, ten systemem wczesnego ostrzegania, w niewidoczny dla nas sposób został zawołany i pojechaliśmy w drogę powrotną.

Kolejny dzień był już ostatnim w górach. Przed południem, po przeliczeniu nowych pogryzień przez pchły, poszliśmy jeszcze na krótki spacer na okoliczną górę, skąd fajnie widać było Jagnobską ścianę, a w dole nasz kiszlak:

tadzykistan marguzor

 

W drodze powrotnej uratowaliśmy biednego osła, który zawisł na skarpie. Był on przywiązany za nogę do krzaka. Pewnie wyjadał najbardziej smakowite kęski na końcu zasięgu sznurka i w ten sposób doszedł do skarpy i zsunął się wisząc za nogę. Próbowaliśmy go najpierw wepchnąć, później okazało się, że trzeba go odciąć od krzaka i przewiązać w inne miejsce. To ten biedak po zakończeniu akcji ratunkowej:

tadzykistan uratowany osiol

 

Po południu mieliśmy wyruszyć w podróż z naszym kierowcą do Duszanbe. Miejscowi nie mogli przegapić takiej okazji. Oprócz nas do pięcioosobowego auta weszły jeszcze trzy osoby. Jak? Bardzo prosto: z domu wyniesiono kanapę, wsadzono ją do bagażnika i tym sposobem auto przekształciło się w ośmioosobowy mini autobus. A nasze bagaże wylądowały na dachu. Na pierwszym planie nasz dziadek, na dachu wyszorowany przed wyjazdem kierowca, na dole dziecko bawiące się w kupie pyłu:

tadzykistan magreb auto

 

Pierwszym przystankiem w podróży był sklep spożywczy. Nie żeby ktoś coś kupował do jedzenia. Po prostu tam tankowaliśmy:

tadzykistan tadzycka stacja benzynowa

 

System był dość prosty. Sklep miał dwa wiaderka o rożnej objętości. Tankowaliśmy zatem 2 niebieskie i 2 czerwone wiaderka. Po prostu! Po co komu jakieś dystrybutory?

Kolejnym przystankiem (po przejechaniu naszego ukochanego tunelu Anzob) była myjnia samochodowa. Okazuje się, że do Duszanbe auta nie mogą wjeżdżać brudne, a że na prowincji wszystkie są brudne to trzeba było wymyć wszystkie auta na wjeździe do miasta:

tadzykistan myjnia

 

Rolę Karchera pełnią w Tadżykistanie wezbrane wody rzek. Wąż wsadzony powyżej do rwącej rzeki podawał wodę pod wystarczającym ciśnieniem by wyszorować nawet najbardziej brudne tadżyckie auta. Pan z myjni wyszorował płynem nawet jezdną część opony, tak na przyszłość :)

Z czystym autem i kierowcą byliśmy gotowi okiełznać stolicę... 

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!