Po ubiegłorocznym wyjeździe do Kirgistanu plan na urlop w 2014 był jeden: spróbować znaleźć jeszcze fajniejszy kraj, o ile w ogóle jest to możliwe. Wybór padł na Tadżykistan, choć wątpliwości nie brakowało: kraj słabo opisany, trzeba załatwiać wizy, konieczność niewygodnych przesiadek gdyż prawie nic tam nie lata, dość drogie bilety, a w dodatku baliśmy się, że Tadżykistan może okazać się zbyt podobny do znanego nam już Kirgistanu.

Z kolei do wyjazdu do Tadżykistanu zachęcały legendy o niewiarygodnym pięknie przyrody Tadżykistanu, gościnności miejscowej ludności, która nie jest jeszcze zdemoralizowana przez zagranicznych turystów. Dodatkowym czynnikiem motywującym do wyjazdu do Tadżykistanu właśnie teraz były (mam nadzieję, że błędne) prognozy licznych ekspertów, którzy wieszczą destabilizację regionu po planowanym wycofaniu miłujących pokój sił NATO z końcem 2014 roku.

Dodam jeszcze, że w momencie zakupu biletów (luty 2014) od miesięcy trwała rewolucja w Kijowie, a najlepsza opcja dolotu z Polski do Duszanbe zakładała przesiadki w Kijowie. Ostatecznie wykazując się kompletnym brakiem wyczucia postanowiliśmy nie ryzykować wyjazdu wakacyjnego i wybraliśmy drogę przez Petersburg, dzięki czemu z wypiekami na twarzy obserwowaliśmy w kolejnych miesiącach rosnące napięcie między Rosją i Zachodem (w tym Polską).  Na pewnym etapie szaleństwa w konfrontacji Wschód-Zachód pojawił się nawet wśród rosyjskich polityków ironiczny pomysł by odpowiedzią na zachodnie sankcje (zakazy wjazdu dla osób z otoczenia Władimira Władimirowicza) było zniesienie wiz dla turystów z krajów UE. Z tych zapowiedzi nic nie wyszło, nie staliśmy się tym samym beneficjentami aneksji Krymu przez Rosję. Wspomnę, że wizy do Rosji dla kilku osób były konieczne gdyż nasz plan zakładał, nie tylko zwykłą przesiadkę na lotnisku w Petersburgu, ale także dwudniowy pobyt w drodze powrotnej. Weekend w Petersburgu wydawał się tym bardziej atrakcyjny, iż chcąc ominąć Ramadan w Tadżykistanie zmieniliśmy termin podróży, przez co powrót z Duszanbe wypadał na okres najdłuższych dni w roku. A pomimo kilku dotychczasowych wizyt w Piterze, białych nocy nie było mi dane dotąd doświadczyć.

Do wyjazdu do Tadżykistanu porządnie się przygotowaliśmy. M.in. dokładnie poznaliśmy tamtejszą kulturę:

 

Zapoznaliśmy się także z większością stereotypów na temat Tadżyków:

tadzycy demotywator

 

Uzbrojeni w taką wiedzę zerknęliśmy jeszcze na mapy (głownie sztabówki) i rzuciliśmy okiem na oba kiepskie przewodniki - w Lonely Planet o Tadżykistanie jest tylko jeden rozdział, zaś  w 170 stronnicowym Bradt poświęconym w całości Tadżykistanowi połowę stanowią informacje praktyczne, łącznie z dwustronnicowym opisem jak wybrać aparat fotograficzny (sic!).

No i ruszyliśmy na Wschód, tzn. na Zachód - czy nie wspominałem już, że do Tadżykistanu jest ciężko dolecieć? Nasz lot przez Petersburg zaczynał się w Berlinie. Czyli z Krakowa najpierw droga na Zachód, potem lot na północny-wschód i w końcu lot na południowy-wschód. Trochę dookoła ale czegóż się nie robi dla późniejszej przygody? Aby jeszcze bardziej skomplikować podróż postanowiliśmy odwiedzić po drodze jeszcze bułgarski Płowdiw. Jak szaleć to szaleć! Rzeczony Płowdiw był tak naprawdę prowadzonym przez Bułgara hotelem na przedmieściach Berlina. Ot taki bułgarski akcent w naszej podroży przez pół świata.    

Lot z Berlina do Petersburga jest niewarty wspominania, no może poza jednym faktem: w samolocie oprócz nas leciało zaledwie kilkanaście osób. Winny temu zapewne był Tusk Jelcyn, gdyż to on ustanowił 12 czerwca świętem państwowym w Rosji, przez co nikt nie leciał do Rosji w tym dniu, zwłaszcza, że był to początek długiego weekendu. Miałem już wcześniej okazję latać z i do Petersburga i dobrze pamiętałem barak starego lotniska. Dlatego mając w perspektywie 6 godzin oczekiwania na przesiadkę doceniłem nowo wybudowany terminal lotniczy w Petersburgu. Tylko pani z odprawy w przejściu tranzytowym nie mogła się nadziwić po jasną cholerę lecimy do Duszanbe. Gdy jej powiedziałem, że będziemy podziwiać tamtejszą przyrodę, uśmiechnęła się i puszczając porozumiewawczo oko powiedziała: "No jasne....". Chyba dla mieszkanki Petersburga było oczywiste, że obcokrajowcy jadący do Tadżykistanu jadą robić tam jakieś nielegalne rzeczy. Z długiego oczekiwania na lotnisku wart wspomnienia był jeszcze miły chłopiec z obsługi jednego z barów, który nalewając piwo uciął sobie z nami krótką pogawędkę, w czasie której powiedział nam, że Polska to kraj bez granic, gdyż czasem te granice między Polską i Rosją są, a czasem ich nie ma :)

W przeciwieństwie do lotu z Berlina, ten z Petersburga był już znacznie ciekawszy. Choć linia lotnicza ta sama (Rossiya Airlines, uboższa, piterska filia Aerofłotu) to samolot i pasażerowie już nie tacy sami. Wchodząc na pokład wysłużonego samolotu odór przypominał, że dla linii lotniczej jest to kierunek drugiej, a może nawet trzeciej kategorii. Stewardzi mieli chyba podobny staż jak samolot, a ich przepocone koszule idealnie wpisywały się w atmosferę lotu Petersburg - Duszanbe. Każdy z pasażerów wiózł po kilka pakunków, zapewne wracając z pracy w Rosji do ojczyzny większość paczek stanowiły prezenty. Dominowały sprzęty AGD i RTV. Turystów na pokładzie nie dostrzegliśmy, choć później okazało się, że poza nami był jeszcze jeden turysta z Francji. Było za to kilku Europejczyków jadących do pracy, po niektórych z niejasnych powodów zgłoszono się już na płycie lotniska. 

W pewnym momencie lotu wydawało się niemożliwym by smród unoszący się od pasażerów (zrozumiały, gdyż byli to zmęczeni gastarbeiterzy) i samolotu (również zrozumiały, gdyż pewnie nie pierwszy raz wykonywał ten rejs) stał się jeszcze większy. Ale jednak okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Serwowana przez stewardów ryba dodała dodatkowej nuty zapachowej. Wtedy ostatecznie zrozumiałem, że przez kolejne 2 tygodnie zmysł powonienia będzie przekleństwem. Dodam, że alternatywą dla ryby były parówki. Ktoś widocznie uznał, iż Tadżycy, stanowiący ponad 90% pasażerów, jako prawowierni muzułmanie pałają miłością do przemielonej wieprzowiny z dodatkiem psa i jego budy.

Po wylądowaniu udaliśmy się do biura konsula by uzyskać wizę. Czytając w Internecie o perypetiach z wydawaniem wiz na lotnisku nastawieni byliśmy na wszystkie warianty, łącznie z przymusowym powrotem do Petersburga. Tym razem wszystko odbyło się bez najmniejszych problemów. Pan konsul tylko syknął, że nie przykleiliśmy zdjęć do wniosków, przez co musiał tracić swój bezcenny czas o 3:30 rano. Większym wyzwaniem niż wyrobienie wizy, było przebrnięcie przez ogromną kolejkę do wyjścia z lotniska. Podobnie jak w wielu postradzieckich krajach, po odebraniu bagażu służby lotniskowe sprawdzają czy kwitek na bagażu przez nas zabieranym odpowiada kwitkowi jaki mamy przyklejony do biletu. Dzięki temu mikrofalówka pana A nie trafiła do rąk pana B, choć ten zapewne też miał mikrofalówkę wśród bagaży. 

Po wyjściu z lotniska kupiliśmy dwie butelki wody, jedna z nich okazała się podróbką, lecz mój niewyspany i zmęczony podróżą mózg nie zareagował odpowiednio wcześnie i wypiłem kilka łyków kranówki. By zmniejszyć ryzyko spędzenia pierwszych dni na zwiedzaniu lokalnych wychodków sięgnąłem po butelczynę 30% balsamu Tallińskiego, co spowodowało wyraźnie zaskoczenie wiozącego nas taksówkarza. Widocznie nawet w postradzieckim kraju bania o 4-tej rano wywołuje zdziwienie.   

Podróż z lotniska do stacji autobusowej położonej koło zakładów cementowych upłynęła na użalaniu się taksówkarza na srogość lokalnej milicji, na pełną inwigilację przez system kamer drogowych, a także na panujące w ciągu dnia w Duszanbe upały. Błędem było spytanie taksiarza o orientacyjną cenę podroży z Duszanbe do Iskanderkula, gdyż po pierwsze gość nie miał bladego pojęcia gdzie to jest, a zaraz po przyjeździe na stację autobusową (skąd, jak wskazuje nazwa nie odjeżdżają autobusy, a jedynie prywatne samochody) zamienił się w naszego niechcianego tour operatora. Szybko okazało się, że pobrał prowizję od naszego późniejszego, niedoszłego kierowcy. Niedoszłego, gdyż po załadowaniu bagaży ruszyliśmy i przejechaliśmy 30m, po czym nastąpił postój w oczekiwaniu pasażerów, którzy mogliby zmieścić się na kanapie w bagażniku. Jakimś dziwnym trafem nasz niedoszły kierowca nie mógł o piątej rano znaleźć nikogo chętnego na jazdę w stronę Iskanderkula. Mając w perspektywie długie oczekiwanie na brakujących pasażerów (bo grzech byłoby pojechać z dwoma pustymi miejscami, choć cena za wynajem auta 7-mio i 5-cio osobowego była taka sama) podjęliśmy negocjacje, dzięki którym przesiedliśmy się do samochodu 5-cio osobowego i za tą samą cenę ruszyliśmy w kierunku Iskanderkula.

Jeszcze na dworcu autobusowym w Duszanbe naszą uwagę zwrócił facet, który spał snem sprawiedliwego w łóżku ustawionym przy głównej ulicy. W dodatku zapomniał zgasić światło wieczorem. Natomiast wszystkie swoje arbuzy pieczołowicie przykrył na noc kołderką by przypadkiem nie zmarzły:

tadzykistan dworzec duszanbe

 

Tunel Anzob

Jadąc z Duszanbe główną drogą wiodącą na północ przejeżdża się przez jedną z największych atrakcji Tadżykistanu: tunel Anzob. Mimo, iż tunel powstał ledwie w 2005 roku śmiało może być tytułowany zabytkiem. Tunel Anzob to niezwykłe dzieło architektury: położony na wysokości ok. 2600 m. npm i długi na pięć kilometrów tunel stał się symbolem partactwa i zaprzeczenia istnienia jakichkolwiek norm bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Irańczycy, którzy tunel wybudowali (w sumie to ciężko nazwać go wybudowanym gdyż ciągle trwają tam prace naprawcze) zapomnieli chyba o jednym drobiazgu: mianowicie do tunelu przesiąka zewsząd woda, tworząc wewnątrz potoki i jeziora. A te z kolei zrywają położoną nawierzchnię. Zapomniano także o jakiejkolwiek wentylacji, dlatego w tunelu panuje mgła, gęsta niczym w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. Mgła w tunelu to para wodna wzbogacona całą tablicą Mendelejewa, dzięki utykającym w tunelu starym Kamazom i innym wszelkiej maści zdezelowanym pojazdom. 

Poniższe zdjęcie nie jest nieudane. Tak wygląda jazda tunelem:

tadzykistan tunel anzob

 

Mieliśmy wątpliwą przyjemność dwukrotnie pokonywać tunel Anzob: w pierwszą stronę wczesnym rankiem gdy ruch był niewielki. Wówczas przejazd tych nieszczęsnych 5-ciu kilometrów zajął 20 minut. Największym problemem przy pokonywaniu autem osobowym był absolutny brak widzialności i potężne kratery wypełnione wodą. Nasz kierowca znał ten tunel jak własną kieszeń, dzięki temu nie przeszkadzała mu jazda w ciemno. Poniższy filmik oddaje tylko część atmosfery panującej w tunelu. Już podczas kręcenia zwróciłem uwagę, że na ekranie aparatu i później również na filmie widać znacznie więcej niż w rzeczywistości - prawdopodobnie to efekt filtra polaryzacyjnego w aparacie. Na filmie słychać charakterystyczny dźwięk niczym z futurystycznego filmu rodem z USA. To efekt potężnych wentylatorów ustawionych na pasie jazdy, o ich podwieszeniu nikt nie pomyślał. Zresztą wydajność tych wentylatorów pozostaje wątpliwa. Nawet przy niewielkim porannym ruchu w tunelu nie było czym oddychać.

Drugi przejazd tunelem Anzob przydarzył nam się w drodze powrotnej, dwa tygodnie później. Tym razem były to godziny popołudniowe i ruch był znacznie większy. Ten przejazd trwał 40 minut i dostarczył zdecydowanie mocniejszych wrażeń. Kilkukrotnie utknęliśmy w korku, spowodowanym zaklinowaniem się TIRów: a to przez zwężenia, a to przez kratery, a to przez wentylatory ustawione na środku drogi, a w końcu także przez stłuczki samochodów. Atmosfera w aucie stała się gorąca, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie dość, że brakowało powietrza, to jeszcze TIRy chcąc sprowokować poprzedzające auta do ruszenia lub zjechania, zamiast sygnałów dźwiękowych robiły przegazowanie silnika. Wniosek wyciągnąłem następujący: na lekcjach biologii w szkole kłamią! Człowiek jest w stanie wytrzymać bez powietrza znacznie dłużej niż głosi oficjalna wersja.

Ominięcie tunelu jest niemożliwe. Droga, która wiodła przez góry zanim zbudowano tunel rozpadła się. Tak więc tunel, który miał być wybawieniem dla komunikacji w Tadżykistanie (umożliwił ruch w miesiącach zimowych, gdyż droga przez przełęcz Anzob była czynna tylko przez 6 miesięcy) póki co jest przekleństwem tamtejszych kierowców. Oficjalna wersja głosi, że w 2015 roku tunel zostanie naprawiony. Jednak nikt z lokalsów nie wierzy w te zapewnienia.

Po minięciu tunelu byliśmy już blisko naszego celu podroży...


Jezioro Iskanderkul

Po szczęśliwym przejechaniu przez tunel zjechaliśmy z głównej drogi by po 25 kilometrach szutru dojechać wreszcie do jeziora Iskanderkul. Było to nasze miejsce na aklimatyzację i dwudniowy wypoczynek po dwudniowej podróży. Wielu turystów traktuje Iskanderkul jako bazę wypadową w góry, a dla Tadżyków jest to dość popularne miejsce wypoczynku, zwłaszcza weekendowego. I nie ma się co dziwić gdyż przyroda jest tam zachwycająca:

tadzykistan iskanderkul

tadzykistan iskanderkul-jezioro

tadzykistan iskanderkul-jezioro2

 

Infrastruktura turystyczna, jak na jedną z największych atrakcji Tadżykistanu jest niewielka: przy wjeździe sklep z prywatnym mini pensjonatem (tam też zamieszkaliśmy), kawałek dalej Turbaza z wieloma starymi domkami letniskowymi, w połowie jeziora jest jeszcze mały hołmstej wymieniony w katalogu ZTDA (organizacja skupiająca lokalne gospodarstwa agroturystyczne i oferująca drogie wycieczki all inclusive z osłami, kucharzami itp). Na końcu jeziora ulokowana jest tzw. Prezydencka Dacza, w której rzekomo od czasu do czasu przebywa najjaśniejszy z Tadżyków (jego wizerunek zobaczyć można na każdym kroku w Tadzykistanie: plakat z prezydentem w zbożu, prezydent wśród dzieci, etc).

Tutaj widok na prezydencki ogród, helipad i fragment daczy (mam złe doświadczenia z fotografowaniem obiektów państwowych w krajach b. ZSRR, dlatego mam tylko to zdjęcie z "przyczajki"):

tadzykistan iskanderkul prezydencka dacza

 

Dosłownie na przeciwko daczy stoi coś bardziej lokalnego:

tadzykistan iskanderkul-prezydent

 

Jako, że nad Iskanderkul trafiliśmy w piątek, w okresie gdy w miastach Tadżykistanu temperatura robiła się nieznośna, trafiliśmy na kilka grup wypoczywających Tadżyków. Popularną formą wypoczynku Tadżyków nad wodą było wynajmowanie tzw. беседок, czyli po naszemu biesiadek. To taki tradycyjny "tapczan" ulokowany na platformie nad wodą. To w takich miejscach Tadżyccy turyści jedzą, wypoczywają, a nawet śpią:

tadzykistan iskanderkul biesiadka

 

A tutaj tradycyjny posiłek - płow - we wspomnianej biesiadce:

tadzykistan plow

 

Wieczorem, w dniu przyjazdu odczuwając trudy podróży większość czasu spędziliśmy na jedzeniu i przysypianiu w zacienionej biesiadce. Zdobyliśmy się także na kilkusetmetrowy spacer na plażę za turbazą. Śpiąc na tej plaży wszystkie nasze ubrania nieodwracalnie ubrudziły się od spadających z drzew zielonych, lepkich nasion. Uważajcie więc gdzie kładziecie swoje 4 litery nad Iskanderkulem!

Wieczorem, wyspani i wypoczęci ruszyliśmy do jednej z największych atrakcji okolic Iskanderkula, czyli nad wodospad, zwany Iskanderkulską Niagarą: 

tadzykistan iskanderkul wodospad

 

Od szlabanu idzie się ok 20 minut w dół rzeki. Wodospad robi wrażenie bo ma ponad 40 metrów wysokości, a u jego szczytu zbudowano platformę widokową. Platforma zbudowana jest z wszelkiej maści prętów przywalonych kamieniami. Część konstrukcji stanowiło stare łóżko:

tadzykistan iskanderkul-wodospad-lozko

 

Wodospady mają to do siebie, że kiepsko wychodzą na zdjęciach, zwłaszcza jeśli fotografuje się je z góry. Aby oddać choć część potęgi wody wypływającej z Iskanderkula polecam obejrzeć filmik:

 

Kolejnego dnia postanowiliśmy pozwiedzać okolicę. Gospodarz zaoferował nam podwózkę swoją Wołgą na koniec jeziora, kawałek za prezydencką daczą, by obejrzeć święte źródła, rzekomo miejsce pielgrzymek. Na zdjęciu gospodarz i zapierające dech w piersiach źródła pośród krzaków:

tadzykistan iskanderkul-zrodla

 

Coś z tymi źródłami w chaszczach musiało być na rzeczy, gdyż pan gospodarz (imienia nie pamiętam ale wiem, że oznaczało pokój) pokazał nam stojącą obok drewnianą pakamerę, w której latem prowadzi tadżycki fastfood, czyli tzw. "szaszłyczną". Zresztą pan "pokój" był bardzo zaradny. Posiadając raptem 4 niewielkie pokoje dla gości, poza naszą czwórką przyjmował jeszcze ze 20 osób, które nie wiadomo gdzie i jak nocowały. W dodatku prowadził jedyny w okolicy sklep, a także świadczył usługi przewodnickie. Poza niezliczonymi zajęciami pan "pokój" miał też sportowe zacięcie. Codziennie, między 4 i 6 rano biega ponad 20 km wokół jeziora. Opowiadał nawet o jakichś wygranych mistrzostwach Tadżykistanu, za które nikt mu ni pogratulował, a co gorsza nawet nie pokazali go w telewizji. Miał też nasz gospodarz alternatywną wizję historii świata: do pozytywnych postaci zaliczał m.in. Hitlera (bo walczył o prawa Aryjczyków, a Tadżycy to naród aryjski) i Marksa (bo pisał książki tak mądre, że sam ich nie rozumiał).

Po obejrzeniu świętych źródeł dalsze okolice chcieliśmy zwiedzić samodzielnie. Poszliśmy więc zamkniętą dla ruchu południową częścią drogi. Najpierw dociera się do drugiej chatki prezydenta, tym razem przeznaczonej dla mniej ważnych gości:

tadzykistan iskander-kul druga dacza 

Mijając tę daczę wychodzi się na półwysep, na którym wybudowano lądowisko dla helikopterów dla tejże daczy:

tadzykistan iskander-kul helipad

 

Z półwyspu rozpościerają się niezłe widoki na całe jezioro. Wzdłuż całej linii brzegowej Iskander-kula doskonale widoczna jest granica dawnego brzegu jeziora. Przed trzęsieniem ziemi poziom wody był o ok 120 m wyższy niż obecnie.

tadzykistan iskanderkul widoki

 

Idąc dalej południową stroną jeziora dochodzi się do porośniętej drzewami zatoki, do której uchodzi jedna z górskich rzek:

tadzykistan iskanderkul zatoka

 

U wejścia do zatoki ktoś postanowił wybudować dom. Nie byłoby nic w tym dziwnego gdyby nie materiał użyty do budowy jednego z okien. Była to najzwyklejsza opona od Kamaza:

tadzykistan iskandr-kul kolo

 

U samego brzegu zatoki czeka na zmęczonych turystów nie lada nagroda. Piękna, biała, piaszczysta plaża. Nawet rozlane wokół płytkie wody miały temperaturę nadającą się do zamoczenia nóg:

tadzykistan iskander-kul plaza

 

Droga wzdłuż południowego brzegu kończy się w tej zatoce. I choć w linii prostej byliśmy bardzo blisko naszego pensjonatu nie dało się przejść przez oddzielającą nas górkę. Problemem nie była nawet sama góra, ale rzeka wpadająca przy zatoce. Nie znaleźliśmy miejsca do jej przekroczenia. Tym samym w drodze powrotnej musieliśmy okrążyć niemal całe jezioro. Widoki wynagradzały nam wszelkie trudy:

tadzykistan iskanderkul-zatoka

tadzykistan iskander-kul

 

Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy obozowisku grupki młodych Tadżyków. Koniecznie chcieli nas ugościć. Reklamowali nawet, że mają w swoim namiocie barana, którego dzień wcześniej własnoręcznie zarżnęli. Nie odważyliśmy się zaglądnąć do namiotu gdyż z zewnątrz było widać na jednej ze ścian, pod oknem zaschniętego pawia (ludzkiego). Towarzystwo świętowało narodziny dziecka jednego z uczestników, dlatego z trudem uciekliśmy przed rozpoczynającą się kolejną fazą imprezy. Dodam, że mieliśmy nawet ofertę podwiezienia autem od jednego z najbardziej pijanych kolesi ale woleliśmy obejść jezioro na piechotę niż wpaść do niego w tadżyckim aucie. 

Wieczór po powrocie spędziliśmy w biesiadce koło naszego pensjonatu. W sąsiedniej urzędowała grupa około 8-miu Tadżyków. Było oczywiste, że nasze drogi przetną się w ciągu kilku chwil. Zaczęło się niewinnie: najpierw podrzucili nam pół arbuza, gdy go jedliśmy pokładali się ze śmiechu i robili nam zdjęcia, gdyż pewnie nigdy nie wiedzili by ktoś tak nieudolnie jadł arbuza (a obiektywnie nie jest z nami tak źle). Później męska część towarzystwa została zaproszona do ichniejszej biesiadki. Dziewczyny zostały w naszej biesiadce i nasi nowi kompani od czasu do czasu zanosili im resztki ze stołu, np. te rzeczy, których jedzenia odmówiliśmy.

W trakcie miłego obcowania z Tadżykami odnieśliśmy wrażenie (zresztą nie po raz ostatni w czasie pobytu w Tadżykistanie), że stanowimy dla nich większa atrakcję niż oni dla nas. Byli potwornie ciekawi nas i świata, z którego przybywamy. Pytali czy u nas ludzie mają samochody, czym się na co dzień zajmują itp. Częstowali nas wszystkim co mieli pod ręką. Próbowaliśmy więc Kurut, czyli białe kulki wyglądające z daleka jak Raffaello, które okazały się być wysuszonym kefirem (mając piwo można było to zjeść, w przeciwnym razie w ustach brakowało śliny by cokolwiek z tym zrobić). Do czarek od herbaty, zwanych po rosyjsku пиала, nalewali każdy dostępny alkohol: piwo, wódkę i paskudne lokalne wino. Po pewnym czasie jeden z Tadżyków zapytał dlaczego nie dopijamy do dna tego co nam nalewają. Mieli kupę śmiechu gdy im odpowiedziałem, że nie przyjęte jest wypijać w Europie jednym haustem do dna, szczególnie piwa i wina. Panowie byli bardzo przejęci gdy dowiedzieli się, że w wieku 34 lat nie mamy dzieci. Najpierw padło delikatne pytanie, czy to bóg nie daje. Później powiedzieli, że oni mają po 32 lata i jeden z nich za 3-4 lata pewnie zostanie dziadkiem, a pozostałych czeka to przed 40-tką. Generalnie nasza rozmowa wyglądała jak spotkanie ziemian z kosmitami. Tylko nie wiem kto był ziemianinem, a kto przybyszem z innej planety. Z czasem Tadżycy poczuli się zobowiązani zaradzić naszym problemom. Jeden z nich odrywał z kawałków pokrojonej baraniny tłuszcz i zachęcał do jedzenia go, gdyż miało to zagwarantować męskiego potomka :) Ten sam gość kilkadziesiąt razy wykrzyczał, że jego tadżycki organizm wymaga wlewania w siebie wszelkiego alkoholu do dna! Nasze wesołe towarzystwo chciało koniecznie dowiedzieć się także czy będziemy opowiadali po przyjeździe do domu o spotkaniu z nimi. Naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że dla nas oni też byli kosmitami!

Następny dzień rozpoczęliśmy od śniadania pełnego w witaminy. Gospodarzowi w sklepie ze zjadliwych rzeczy zostały tylko 2 jajka, puszka szprotów i chińskie parówki, które z jakiegoś powodu miejscowi nazywali holenderskimi. No i była oczywiście herbata. Ten napój u Tadżyków nigdy się nie kończy. Podejrzewam, że mityczny koniec świata nastąpi w dniu, w którym braknie Tadżykom herbaty. 

tadzykistan iskander-kul sniadanie

 

Po śniadaniu poszliśmy jeszcze na okoliczne wzgórze by zobaczyć drugie jezioro, zwane Jeziorem Żmij. Szkoda tylko, że akurat popsuła się pogoda, gdyż z miejsca oddzielającego Iskander-kul od Jeziora Żmij roztaczają się najładniejsze widoki na góry wokół jeziora.

tadzykistan jezioro zmij

 

Korzystając z brzydkiej pogody zdecydowaliśmy się przemieścić przez Sarwodę i Marguzor w stronę bazy alpinistów Veritikal, położonej w sercu Gór Fan. Jako, że na półkach sklepu gospodarza hulał wiatr postanowił on zawieźć nas do Sarwody i przy okazji zrobić zakupy. Sarwoda okazała się być "malowniczym" miasteczkiem położonym przy głównej drodze:

tadzykistan sarwoda

 

Nie namyślając się długo ruszyliśmy pozwiedzać ten uroczy zakątek ziemi. A tak naprawdę, jedyny cel jaki nam przyświecał to zrobienie jakiś zakupów przed wyjazdem w góry. Szybko okazało się, że nawet na bazarze asortyment był niewiele szerszy niż w sklepiku nad Iskanderkulem. W niemal każdym sklepie w Tadżykistanie (za wyjątkiem Duszanbe) do kupienia jest raptem kilkanaście przedmiotów: ryby w puszkach, cukier pod kilkoma postaciami, szare mydło w kostkach, czasem pieczywo, jajka, mąka, makarony i kasze w workach oraz parę innych drobiazgów. Można wręcz rzec, że za PRLu półki sklepowe wręcz uginały się od towarów, jeśli porównywać to z dzisiejszą prowincją w Tadżykistanie. Na bazarze kupiliśmy trochę warzyw i podrobiony koniak, który miał służyć nam za odkażacz po lokalnych potrawach.

Błyskawicznie znaleźliśmy też terenowy samochód, który zabrał nas w dalszą drogę...

 


Góry Fan - od bazy Vertikal do Artucz

Mając informacje z pierwszej ręki od kierownika bazy Vertikal, wiedzieliśmy, że baza w tym roku będzie czynna dopiero pod koniec czerwca, czyli jakieś dwa tygodnie po tym, gdy my się tam zjawiliśmy. Dlatego też celowaliśmy z noclegiem w jeden z dwóch domów gościnnych ze spisu ZTDA. Dzięki naszemu kierowcy szybko okazało się, że baza pod nieobecność kierownictwa żyje własnym życiem i oczywiście jest otwarta i przyjmuje turystów. Tym samym, postanowiliśmy dojechać autem do samego Vertikala, czyli ostatnich śladów cywilizacji w górach. 

Droga wiodąca od głównej drogi przez Marguzor robi wrażanie. Najpierw przejeżdża się przez gęsto zaludnione wioski, gdzie drogę co chwilę przebiegają osły i dzieci.

Tu mała próbka jak wygląda wieś w Tadżykistanie:

 

Później robi się coraz wyżej i bardziej stromo. Dalej przejeżdża się na zmianę: wzdłuż zielonych dolin i stromych górskich fragmentów drogi:

 

Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie: raz by zrobić dodatkowe zakupy, gdyż kierowca nie akceptował naszego wyjazdu w góry bez worka ziemniaków. Ziemniaków w prawdzie nie udało się kupić, była za to irańska chałwa i jajka. Ot tak wygląda okienko sklepowe i obdarowane cukierkami dzieci:

tadzykistan marguzor zakupy

 

Innym razem celem postoju było zatankowanie kefiru od lokalnych pastuchów...

tadzykistan marguzor kefir

 

... i rozdanie cukierków:

tadzykistan marguzor dzieci

 

Zatrzymał nas także po drodze leśnik by nas oficjalnie zarejestrować i pobrać oficjalny haracz w kwocie 30 somoni od osoby za dzień. Leśny podatek to niestety obowiązkowa opłata dla wszystkich turystów w górach Fan. Płaci się z góry za każdy dzień, my podaliśmy więc, że będziemy tam tylko dwa dni i ew. przedłużymy na miejscu opłatę. Na szczęście więcej nie trafiliśmy na leśników. Co ciekawe, zapłacony podatek leśny od strony Vertikalu nie działa na obszar jezior Kulikalon. Tam trzeba płacić ponownie. My nie trafiliśmy jednak tam na inkasentów.

Po przejechaniu raptem kilkudziesięciu kilometrów, które zajęły nam pół dnia, dotarliśmy w końcu do słynnego alpłagieru Vertikal. Jest to jeden z dwóch obiektów turystycznych w sercu gór Fan. Choć wygląda jakby miał za sobą 100-letnią historię, to w rzeczywistości powstał dopiero w latach 90-tych XX w. Ulokowany na sporej polanie obóz, składa się z kilku drewnianych chatek, w każdej kilka pokoi z łóżkami (wcale nie takie oczywiste w Tadżykistanie, gdyż często śpi się na podłodze na specjalnych rozkładanych matach) i coś co przypomina łazienkę (temperatura wody w granicach zera absolutnego). Wieczorami przez około dwie godziny w obozie włączany jest nawet prąd z generatora, a przy oknie na stołówce można złapać zasięg. Pełna cywilizacja!

tadzykistan vertikal

 

Centralnie położony jest kamienny budynek stołówki, której sala pełni funkcje reprezentacyjną (obwieszona jest plakatami i proporcami grup alpinistów z całego świata, post-radzieckiego oczywiście). Spore przestrzenie wokół budynków stanowią pole namiotowe. Sądząc po zdjęciach na stołówce miejsce to bywa w sezonie tłoczne, choć ciężko było nam sobie to wyobrazić w czerwcu, gdy poza nami nie było niemal nikogo (tylko pierwszej nocy miała rozbity namiot niemiecka rodzinka). 

tadzykistan vertikal stolowka

 

W alpłagierze w czasie, gdy jest on tak jakby zamknięty gospodarzy pan Akram, oficjalnie stróż, a praktycznie gospodarz pełną gębą. U niego zaopatrzyliśmy się w kartusze z gazem (nakręcane), jego żona gotowała nam posiłki, a on sam ostatniego dnia ruszył z nami jako poganiacz osłów na przełęcz Alloudin. 

Pod wieczór, po przyjeździe, w oczekiwaniu na kolację (worek ziemniaków był jednak zbędny, gdyż bez problemu można było zamówić w nieczynnej bazie zarówno śniadania, jak i obiadokolacje) poszliśmy do jezior Alloudin, położonych 2 kilometry powyżej bazy - nie w pionie, w poziomie :). Wolę sprecyzować bo od Vertikala można spokojnie robić wycieczki po 2km w pionie do góry, ba różnica wysokości między bazą położoną na ok 2600 m. npm., a najwyższymi okolicznymi szczytami wynosi niemal 3km!

Jeziora Alloudin to jedna z największych atrakcji regionu. Położone są w głębokiej dolinie, a kolor wody zmienia się w zależności od kąta padania promieni słonecznych i strony od jakiej patrzymy na taflę jezior. Jezior Alloudin jest w sumie ponoć siedem, z czego dwa największe najbardziej przykuwają uwagę. Jeszcze jedno, całkiem spore mija się po drodze z obozu do głównych jezior. Pozostałe jeziorka to chwyt marketingowy lokalsów. Siedem jezior brzmi lepiej niż trzy.   

tadzykistan alloudin jezioro

tadzykistan jeziora alloudin 

 

Po drodze nad jeziora wszędzie mijaliśmy wypoczywające osły:

tadzykistan alloudin osiol

 

Okazało się, że nad jeziorem rozbił się obóz sporej grupy Francuzów. Osły zaś stanowią w Tadżykistanie podstawowy środek transportu i są często wykorzystywane do transportu bagaży. Te osły, które spotkaliśmy dźwigały w ciągu dnia plecaki Francuzów, a wieczorem wypoczywały. W sumie byliśmy mocno zdziwieni ilością Francuzów na Alloudinem, gdyż podczas całej podróży po Tadżykistanie nie spotkamy w sumie tylu turystów ilu liczyła francuska grupa.  Na szczęście liczba napotkanych osłów będzie rosła z każdym dniem :)

 

Mutnyje jeziora

Kolejnego dnia postanowiliśmy zrobić jednodniowy wypad z Vertikala do Mutnych jezior położonych w górze doliny, na wysokości ponad 3500 m. npm. Wprawdzie pierwotny plan zakładał wyjście do Mutnych wraz z całym ekwipunkiem i rozbicie tam namiotów, to jednak plany musieliśmy zrewidować ze względu na niedyspozycję jednej z uczestniczek wyjazdu :( W sumie okazało się, że w drugiej połowie czerwca w rejonie Mutnych jezior leży jeszcze bardzo dużo śniegu i jakiekolwiek podejście powyżej jezior wymagałoby sprzętu do chodzenia po śniegu i lodzie, którego nie mieliśmy (o umiejętnościach nawet nie wspomnę). Jeziora Mutne położone są u podnóża najwyższych szczytów gór Fan: m.in. Czimtargi (5489 m. npm.), Energii (5109 m. npm.), czy Mirali (5106 m. npm.). W związku z tym, zarówno krajobraz, jak i klimat są tam wybitnie wysokogórskie. Dla porównania dodam, że przełęcz Alloudin, górująca nad jeziorami Alloudin jest położona o kilkaset metrów wyżej niż jeziora Mutne, a w tym samym czasie była niemal całkowicie wolna od pokrywy śnieżnej. 

Zdjęcia z początkowej drogi nad Jeziora Mutne:

tadzykistan fan mutne droga

tadzykistan fan mutne droga2

tadzykistan mutne

tadzykistan mutne droga

 

Z czasem robiło się coraz zimniej i bardziej śnieżnie:

tadzykistan mutne snieg

 

W końcu dotarliśmy do Mutnych jezior. Nazwa nie kłamie, jeziora są mętne. Na czas około godzinnego pobytu nad jeziorami znacznie poprawiła się pogoda (wcześniej wisiały gęste chmury, a nawet przechodziła burza):

tadzykistan mutne jeziora

 

Znad jezior widać dobrze najwyższe szczyty gór Fan:

tadzykistan mutne chimtarga

 

Tutaj jeszcze ogólna panorama w pochmurny dzień znad Mutnych jezior:

 

Jak tylko ruszyliśmy w drogę powrotną, pogoda natychmiast się pogorszyła: zaczął kropić deszcz, a ciężkie chmury zasłoniły widoki na okoliczne góry. Generalnie pogoda w Górach Fan w lecie jest stabilna. Miejscowi twierdzą, że od mniej więcej połowy czerwca do sierpnia deszcze niemal nie występują, czasami tylko przejdzie burza. Chyba jest w tym dużo racji, z każdym dniem pogoda była coraz lepsza. Kiepską pogodę mieliśmy tylko w dniu przyjazdu do Vertikala, i kolejnym, w którym właśnie poszliśmy nad Mutne jeziora. Zagrożenie burzami jest jednak spore, w ciągu dnia rośnie wraz z upływem czasu o czym będziemy mieli okazję się przekonać nazajutrz. 

 

Przełęcz Alloudin

Po przebudzeniu zobaczyliśmy, że pogoda jest znacznie lepsza niż w poprzednich dniach, co tylko utwierdziło nas w konieczności szybkiego spakowania rzeczy i wyruszenia w drogę przez przełęcz Alloudin w stronę jeziora Kulikalon. Spojrzenie z naszego okna:

tadzykistan przelecz alloudin start

 

Nasze plecaki mocowane do dzielnych osłów przez Akrama i jego żonę:

tadzykistan przelecz alloudin osly

 

Osły szybko zorientowały się co je czeka i rzuciły się w szaleńczą ucieczkę:

tadzykistan uciekajace osly

 

To nie tak, że osły nie lubią chodzić po górach. One po prostu były już na tej przełęczy tyle razy, że po raz tysięczny im się już nie chciało dreptać. W ramach solidarności z osłami postanowiliśmy ich nie przeciążać - dlatego na grzbiecie każdego z nich wylądowały raptem po dwa plecaki. W sumie około 20kg na każdego szorstkiego zwierza (mam nadzieję, że osły doceniły ideę ultralight backpacking!). Później dowiedzieliśmy się, że miejscowi ładują na jednego osła w ciężkim terenie górskim do 70kg, a po płaskim nawet po 120kg! gdy wróciliśmy do Polski niemal od razu usłyszeliśmy wiadomość z Francji, gdzie zatrzymano pielgrzyma, którego osioł dźwigał 70kg :)

Akram szybko przywołał osły z plecakami do porządku i ruszyliśmy przez jeziora Alloudin w stronę przełęczy o tej samej nazwie. Szybko okazało się, że idąc bez plecaka ciężko jest dotrzymać tempa osłom i Akramowi. O ile dało się iść równym, szybkim tempem osłów, to jednak co kilkanaście minut mój organizm wymagał choć chwili oddechu, napicia się łyka wody, czy wreszcie zrobienia zdjęć. Osły i Akram nie znali tych potrzeb. Jednostajnym, żwawym tempem pruli pod górę. Co więcej, Akram nie tylko nie potrzebował choćby łyka wody do pokonania w słońcu ponad 1250m w pionie, otóż on i jego stary wełniany sweter byli także odporni na spadającą wraz z wysokością temperaturę i porywisty zimny wiatr. Te wszystkie goretexy, polary, softshelle i pozostałe badziewie byłyby miejscowym do niczego nie potrzebne, gdyż wełniane swetry wystarczają na każdą pogodę! No, może zapach z tego swetra czuć było dalej niż zapach spoconego osła, ale to taki mały drobiazg, gdy mieszka się wśród takich gór:

tadzykistan przelecz widoki

tadzykistan osly

 

 

Widok na drogę od jezior Alloudin na przełęcz Alloudin:

tadzykistan przelecz alloudin

 

Widok z góry na pozostawione w dole jeziora Alloudin:

tadzykistan droga na przelecz alloudin

 

I na okoliczne pagórki:

tadzykistan droga na przelecz

tadzykistan przelecz alloudin gory

 

Z czasem jeziorka stawały się coraz mniejsze...

tadzykistan alloudin male jeziora

 

...a przełęcz coraz bliższa:

tadzykistan alloudin przelecz szczyt

 

A tutaj panorama spod przełęczy Alloudin:

 

Na końcowym etapie podejścia rozdzieliliśmy się z naszymi dzielnymi osłami. One wraz ze swym panciem poszły przodem by zostawić nasze plecaki na szczycie i wrócić do Vertikala. Od przełęczy mieliśmy się zamienić z osłami rolami i to my nieśliśmy plecaki w dół. Jak honorowo :)

Tutaj spotkanie ze schodzącymi bohaterami:

tadzykistan pozegnanie z oslami

 

Ostatnie metry podejścia na spowitą we mgle (a raczej chmurze) przełęcz:

tadzykistan przelecz

 

I jeszcze ostatnie spojrzenie na jeziora Alloudin:

tadzykistan znikajace jeziora alloudin

 

Nie nacieszyliśmy się długo osiągniętym szczytem, a raczej przełęczą. Gdy tylko ubraliśmy kurtki by osłonić się przed silnym wiatrem i otwarłem tabliczkę sezamków przewiezionych z weekendu majowego w Grecji, w pobliżu rozległo się potężne uderzenie pioruna. Sądząc po huku, było to bardzo blisko, maksymalnie 2 kilometry od nas. Burza na szczycie grzbietu w wysokich górach (ok 3850 m. npm) to nie najlepszy prezent od losu. W iście piorunującym tempie zebraliśmy plecaki i zsunęliśmy się w ciemno (byliśmy w gęstej, burzowej chmurze) o ok 50 m niżej, gdzie rozsianych było kilkadziesiąt głazów o wysokości ok. 2 metrów każdy. Mając do wyboru przeczekiwanie burzy na otwartym terenie, zdecydowaliśmy o rozproszeniu się między te kamienie. Każdy grzmot był bliższy, błyskawic w zasadzie nie było widać, gdyż tkwiliśmy w chmurze. Nie dało się więc precyzyjnie określić ani odległości dzielącej nas od piorunów, ani kierunku ich przemieszczania. W dodatku walił intensywny zmrożony deszcz. Zaś temperatura powietrza spadała w tempie proporcjonalnym do wzrostu naszych emocji. Po około 25 minutach kucania w błocie koło kamoli wydawało się, że pioruny ustały. Oczywiście było to złudne, gdyż ledwo gdy się podnieśliśmy walnęło gdzieś naprawdę blisko. Tym razem było to już ostatnie uderzenie.

Kilka spostrzeżeń po przetrzymaniu naprawdę solidnej burzy w górach:

1. Nie zawsze jest tak pięknie jakby wynikało z instruktarzy GOPR-owców i innych speców. Burzę nie zawsze widać zawczasu. Chmura wisiała na przełęczy od 3 dni. Idąc pod górę nie słyszeliśmy niczego niepokojącego. Akram, który znał te tereny jak własną wełnianą kieszeń, również. Miało to być zwykłe wejście na przełęcz, która znajduje się powyżej dolnego pułapu chmur. Już po zejściu i powrocie do domu zastanawiałem się czy słusznie postąpiliśmy przeczekując burzę wśród skał (do wyboru była otwarta przestrzeń i płaty śnieżne). Po przeczytaniu kilkunastu poradników i obejrzeniu filmiku przygotowanego przez GOPR, nie uzyskałem jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wydaje się jednak, że była to słuszna decyzja. 

2. Na nic się zdają super, hiper wodoodporne warstwy ubrań za pierdylion złotych jeśli nie masz czasu by ubrać to na siebie :) Kolejny plus dla wełnianego swetra Akrama!

3. Pod żadnym pozorem nie otwierajcie greckich sezamków na szczytach! Burza gwarantowana! Mam w domu drugą tabliczkę i boję się na nią spojrzeć :)

 

Kulikalon

Zwykle po burzy wychodzi słońce. Nie inaczej stało się i tym razem. Słońce wyszło, wprawdzie nie na długo bo na horyzoncie nadciągały kolejne chmury, ale te kilkadziesiąt minut pogody pozwoliło nie tylko wyschnąć ale także wrócić do trybu podziwiania okolicznych widoków.

tadzykistan kulikalon od przeleczy

 

Widok na przełęcz Alloudin:

tadzykistan kulikalon przelecz alloudin

 

Najbardziej uwagę przykuwała potężna, niemal pionowa ściana, zwana Kulikalońską o wysokości ok 2 km, która wznosiła się ponad jeziorkiem Duszacha:

tadzykistan kulikalon sciana jezioro

 

Tutaj jeziorka Duszacha w pełnej okazałości:

tadzykistan jeziora duszacha

 

Z kolei na poniższym zdjęciu widoczna spora część plateau Kulikalon:

tadzykistan kulikalon

 

Będąc już niemal na dole zerwał się kolejny deszcz, tym razem już bez burzy. Poszliśmy więc w prawo, w stronę jeziora Bibidżonat, nad którym pastuchy wypasały owce i kozy, a jak się szybko okazało jest też najprawdziwsza czajchana, czyli coś w rodzaju karczmy dla strudzonych turystów. Z dala od cywilizacji, stoi sobie kamienna budowla i namiot, w której urzędował dziadek i serwował strudzonym podróżnym herbatę, jadło, a nawet napoje wyskokowe. 

tadzykistan czajchana

 

Gdy schnęliśmy przy hektolitrach herbaty i ciepłym posiłku podjęliśmy decyzję, że rozbijemy swoje namioty w otoczeniu czajchany. Teren był naprawdę piękny:

tadzykistan czajchana otoczenie

tadzykistan czajchana biwak

tadzykistan czajchana jezioro

 

Pan z czajchany był nauczycielem geografii i biologii w wiejskiej szkole w najbliższej wiosce Artucz (oddalonej raptem 4h drogi). Gdy kończy się szkoła pan nauczyciel prosi swoich uczniów o wypożyczenie osłów i karawaną złożoną z ponad dwudziestu osłów rusza wraz z zaopatrzeniem do czajchany, gdzie spędza całe lato. Próbowałem sobie przypomnieć moich nauczycieli od geografii i jakoś ciężko było mi wyobrazić ich sobie idących w orszaku osłów objuczonych kartoszką i mąką w góry by latem obsługiwać zbłąkanych podróżnych. Tych od biologii to nawet nie próbowałem sobie wyobrażać...

Belfer miał do towarzystwa osła o imieniu Miszka ubranego w najnowszej generacji nieprzemakalny strój...

tadzykistan osiol miszka

 

...na tymże osiołku planował on wyruszyć kolejnego dnia do wioski, gdyż przeprowadzić miał jeszcze egzamin końcowy dla uczniów dziewiątej klasy. Z niecierpliwością czekał gospodarz na przybycie krewnego, gdyż bał się zostawiać bez dozoru ekwipunek naniesiony przez dwa tuziny osłów. Na szczęście rankiem zjawiło się dwóch znajomych chłopców, którzy zostali pilnować dobytku belfra, gdy ten popędził na Miszce do wioski wypełniać swoją nauczycielską misję. 

Rankiem po raz kolejny przekonaliśmy się, że nocowaliśmy w niewiarygodnie pięknym miejscu. Chmury się rozstąpiły i w pełnej krasie ukazała się Kulikalońska ściana:

tadzykistan sciana kulkalon

 

 

Odczuwając lekki niedosyt po deszczowym zejściu z przełęczy i ograniczonych widokach w stronę jeziorek Duszacha, postanowiliśmy wrócić w tamtą stronę pozostawiając plecaki w czajchanie. Było warto:

tadzykistan duszacha droga

 

Szczyty widoczne na poniższym zdjęciu mają 5 tysięcy m. npm.

tadzykistan duszacha

tadzykistan duszacha jeziorka

tadzykistan duszacha marija

 

Niesamowite wrażenie robiły potężne nawisy śnieżne górujące nad dwukilometrową ścianą:

tadzykistan duszacha nawisy

 

Widok w stronę jeziora Bibidżonat, gdzie znajduje się czajchana:

tadzykistan widok czajchana

 

Po powrocie do czajchany zabraliśmy plecaki i poszliśmy w dół, w stronę Artucz - drugiego z alpłagierów. Mniej więcej w tym samym czasie ze swoją misją ruszał nasz nauczyciel. Załadował się na Miszkę, a na dwa osły, na których przyjechali jego zmiennicy władował drewno na opał i ruszył w drogę:

tadzykistan karawana oslow

 

Idąc w dół szybko pojęliśmy, że kolejne mijane jeziora swą urodą niczym nie ustępują tym wcześniejszym:

tadzykistan kulikalon jeziora

tadzykistan kilikalon fan

tadzykistan sciana kulikalon jeziora

 

Doszliśmy w końcu do jeziora Kulikalon, największego z okolicznych. W tym roku poziom wody w jeziorze był wyjątkowo niski, lecz i tak okolica była niezła:

tadzykistan jezioro kulikalon

tadzykistan kulikalon otoczenie

 

W sumie do dzisiaj nie wiem dlaczego nie zostaliśmy nad tymi jeziorami jeszcze jednej nocy. Faktem jest, że odczuwaliśmy trudy poprzednich dni, a bolały zwłaszcza nogi po wczorajszym zbieganiu z przełęczy, a może jeszcze bardziej od kucania w czasie burzy. Od tego kucania tak wyćwiczyłem mięśnie ud, że już później żaden z tadżyckich kibli nie był mi straszny. Moje uda były gotowe by iść do wychodka i kucając czytać tam gazety od deski do deski :)

Na końcu płaskowyżu Kulikalon dochodzi się do miejsca, które wygląda jak kraj płaskiego stołu, dalej w dół prowadzi wąska ścieżka wzdłuż spływającego potoku:

tadzykistan artucz droga w dol

tadzykistan droga artucz

 

Schodząc w dół, niemal z każdym krokiem uderzają nas podmuchy coraz bardziej gorącego powietrza. O ile nad jeziorami, na wysokości ok 2700 m. npm. temperatura była przyjemna (ok 20 stopni), o tyle w dole zaczyna robić się naprawdę gorąco. W drodze w dół po raz pierwszy od kilku dni łapiemy zasięg telefoniczny. W sumie nie był on nam do niczego potrzebny ale dźwięk przychodzących smsów wywołał wielkie poruszenie.

Droga w dół momentami robiła się stroma:

tadzykistan artucz droga stroma

 

W końcu doszliśmy do cywilizacji. Wprawdzie zamiast ludzi spotykaliśmy same osły, to jednak czuło się, że opuściliśmy góry. Na poniższych zdjęciach pierwsze napotkane po drodze istoty:

tadzykistan artucz osly

 

Tutaj osioł w stroju ludowym. Znamienne jest to, że trawa na końcu sznurka smakuje zawsze najlepiej:

osiol koniec sznurka

 

W końcu zobaczyliśmy ludzi, a raczej starą babę, która próbowała za wszelką cenę dosiąść osła. Ten, wiedząc co się szykuje, robił wszystko by sztuka ta się nie udała. Baba stojąc na murku próbowała przyciągnąć za sznurek osła jak najbliżej, ten jednak ustawiał się prostopadle do murka uniemożliwiając swojej panci wskoczenie. Przekomarzanie z osłem trwało na tyle długo, że zdążyłem odejść kilka metrów, wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Przez długi czas to osioł był górą w tym pojedynku. Ostatecznie osioł skapitulował i musiał dźwigać na grzbiecie nadmiarowy ładunek.

tadzykistan artucz baba osiol

 

Kawałek dalej ujrzeliśmy w dole spore budowle, które kontrastowały z miejscową architekturą lepiankową:

tadzykistan artucz hangar

 

Stało się jasne, że doszliśmy do bazy alpinistów Artucz

tadzykistan alplagier artucz

 

Baza Artucz to niemalże kurort u podnóży najwyższej części gór Fan. Centralną część stanowi stary drewniany budynek przypominający trochę stare, polskie schroniska. W budynku, oprócz pokoi, których wyposażenie stanowią wyłącznie stare prycze i tona kurzu, jest też spora stołówka, gdzie można całkiem dobrze pojeść. O warzywach można oczywiście zapomnieć ale baran, kura i jajka zawsze się znajdą. Na stołówce uwagę zwracała najbardziej wypasiona żarówka energooszczędna jaką widziałem w życiu:

tadzykistan artucz zarowka

 

Największy skarb bazy krył się w jednym z nowych domków. Otóż za dodatkową opłatą, (nie wiadomo jaką gdyż wszyscy Tadżycy zawsze podliczają wszelakie kwoty w pamięci, tak by nikt się nie rozeznał w tych wyliczeniach) można było skorzystać z najnormalniejszej europejskiej łazienki. Tak, to prawda: była nie tylko ciepła woda, ale także normalny prysznic, sedes, lustro, umywalka, płytki na ścianach. Jednym słowem: Ameryka! I to w środku Tadżykistanu. Jak się później okazało był to najlepszy węzeł sanitarny jaki spotkamy w Tadżykistanie. Po zaznaniu kąpieli w ludzkich warunkach, późniejsze wizyty w standardowym węźle sanitarnym dla bazy wywoływały mieszane uczucia: kibel bez drzwi kilkadziesiąt metrów od budynku, a umywalki z lodowatą wodą obrośnięte barszczem (wyglądał jak Sosnowskiego ale nie sprawdzałem). 

W bazie znajdował się nawet sklep. Było tam z 10 produktów, w tym piwo i woda mineralna. Reszta rzeczy była zbędna.

Rankiem, przed nastaniem największych upałów, podeszliśmy do dwóch jeziorek znajdujących się bezpośrednio nad bazą. 

tadzykistan artucz jeziora

 

Nad jeziorami aż roiło się od skał, na których alpiniści rozgrzewają się (tak nam powiedziano, gdyż w czasie, gdy my tam byliśmy liczba alpinistów wynosiła 0) przed podejściem w wyższe góry:

tadzykistan artucz jeziora skaly

 

Gdy w końcu nadeszła godzina upałów narzuciliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy chłonąć żar lejący się z nieba na drodze prowadzącej w dół do wioski Artucz. Najpierw spotkaliśmy dzieci, których wyraz twarzy po otrzymaniu od nas cukierków mówił wszystko:

tadzykistan artucz dzieci

 

Dalej widzieliśmy rolników, którzy kosili łąkę ręcznie, sierpami. By skosić ją dokładniej niż kosą:

tadzykistan artucz sierp

 

Potem mija się piękny przełom rzeki, który byłby jeszcze ładniejszy gdyby nie druty wysokiego napięcia:

tadzykistan artucz przelom

 

Po drodze minęliśmy też gościa na ośle, który w uchu miał słuchawkę bluetooth. Widocznie podczas jazdy na ośle nie wolno rozmawiać przez telefon bez zestawu hands free. Niestety widok ten tak mnie zamurował, że nie sięgnąłem w porę po aparat.

Gdy w końcu doszliśmy do wioski Artucz upał zamulał nawet miejscowych, którzy pochowali się po swoich lepiankach. Tylko pod zamkniętym sklepem oczekiwało kilka osób.

Tutaj wioska, a raczej kiszlak Artucz w pełnej okazałości:

tadzykistan artucz wies

 

Jeden z oczekujących pod sklepem podwiózł nas do innego "magazinu", gdzie bez problemu zapłaciliśmy dolarami za zakupy (resztę dostaliśmy w Somoni). Przyniesiono nam także w prezencie chleb (w wiejskich sklepach nie bywa), a także załatwiliśmy transport Ładą Nivą do doliny Siedmiu Jezior. Ruszyliśmy więc Ładą najpierw w stronę Pendżykentu, gdzie temperatura pozwalała spawać bez użycia narzędzi.

Tutaj postój techniczny w drodze do Pendżykentu. Nadzieja w postaci chmury okazała się złudna. Deszcz nie nadszedł.

tadzykistan droga do jezior

 

Po drodze zatrzymaliśmy się też w przydrożnym bazarze. Na szczęście jego uroda była odwrotnie proporcjonalna do smaku melonów, które tam sprzedawano. W bazarowym sklepie kosmetycznym były nawet perfumy "Google" i paru innych firm, które pewnie nie zdają sobie sprawy, że produkują swoje zapachy.

tadzykistan pendzykent

 

Po wielogodzinnych trudach podróży, minięciu bramki, na której nas dokładnie wylegitymowano, spisano i o dziwo nie chciano pieniędzy, minięciu paskudnych okoli kopalni Szing, w której o ekologię dbają sami Chińczycy, dotarliśmy w końcu do doliny Siedmiu Jezior...


Dolina Siedmiu Jezior

Nasz kierowca w wieku ok 50 lat, mieszkając całe życie w odległości ok. 30km w linii prostej od Doliny Siedmiu Jezior dopiero dzięki nam miał okazję zobaczyć tę atrakcję swojej ojczyzny.

Jego terenowa Łada pełnię swoich możliwości pokazała dopiero na górskiej, szutrowej drodze, która wije się wzdłuż jezior. Na pierwszy ogień, poszło jezioro namber 1...

tadzykistan siedem jezior pierwsze

 

... potem było #2 lub #3 (ciężko rozpoznać ze zdjęć robionych z okien pędzącej Łady)...

tadzykistan 7 jezior 2

 

...po drodze było oczywiście jezioro #4:

tadzykistan 7 jezior 4

 

A powyżej czwartego jeziora zaczyna się kiszlak Padrud, a u jego bram położona jest najlepsza miejscówka na nocleg w znanej nam części Tadżykistanu: Homestay Mijgon. Dom z wieloma przybudówkami stoi niemal na brzegu rwącej rzeki, a w zasadzie kaskady wodospadów. Huk od wody jest tak potężny, że trzeba krzyczeć by porozumiewać się z niewielkiej odległości. Przed obejście domu poprowadzone są niezliczone kanały wodne, które służą różnym celom: do mycia garów, do wyrzucania śmieci, do prania, do kąpieli etc.

Najważniejsi w tej historii są jednak gospodarze: małżeństwo ok 40 lat (imion za cholerę nie pamiętam, zwłaszcza, że te tadżyckie do najłatwiejszych nie należą), które robiło absolutnie wszystko by dogodzić swoim gościom. Poczynając od takich udogodnień jak wydrukowane menu, z którego można było wybierać dania na obiad (4 opcje mięsne i 4 wegetariańskie), poprzez wyrywanie od gości prania i przekazywania babci, która posłusznie prała ubrania turystów w lodowatej wodzie (wytłumaczenie było następujące: wy tu przyjechaliście wypoczywać więc wypoczywajcie a my z chęcią wszystko wypierzemy), kończąc na dbaniu o każdy szczegół - przykładem niech będzie sytuacja, gdy zobaczyli, że opłukujemy zakurzoną puszkę piwa w wodzie przed otwarciem. Za każdym kolejnym razem wszystkie puszki były świeżo opłukane. Gospodyni dowiedziawszy się, że nie jem mięsa co chwilę żaliła się w żartach na Tadżyków, jacy to źli ludzie bo piją wódkę i jedzą mięso. Odganiała też od nas przebywających u nich na weekend Tadżyków, którzy z ogromną ciekawością patrzyli w naszym kierunku i chętnie zapraszali nas do swojego towarzystwa. Gdy tylko podchodził do nas podpity Tadżyk, np. oferując wątróbkę i w dobrej wierze tłumacząc, że to nie mięso, pani gospodyni przeganiała go precz tłumacząc nam, że ich zachowanie to wina wódki i mięsa spożywanych przez tych ludzi. Czuliśmy się więc w Mijgonie niemal jak pod kloszem, można powiedzieć, że jak u siebie w domu, no może za wyjątkiem szumu wody, gdyż w domu nie mam wodospadu za oknem...

Ciężko oddać zdjęciami wspaniałą atmosferę panującą w Mijgonie, dlatego ograniczę się do fotek domu (dolny poziom to pokoje dla gości, na górnym znajduje się jedna z biesiadek)...

tadzykistan padrud mijgon

 

...jedzenia...

tadzykistan mijgon danie

tadzykistan mijgon obiad

tadzykistan padrud plow

 

oraz niezwykłego chińskiego patentu na gotowanie wody w czajniku (na zdjęciu wspomniana gospodyni):

tadzykistan mojgon czajnik

 

Następnego dnia zamiast iść wytartym szlakiem nad jeziora - w końcu byliśmy w Dolinie Siedmiu Jezior - poszliśmy na jednodniowy spacer w góry. Zanim mieliśmy dotykać wód jezior, chcieliśmy wpierw zobaczyć kilka z nich z góry. Od naszego pensjonatu poszliśmy doliną w górę, najpierw minęliśmy stado dziewczynek, które sprzedawały ręcznie robione bransoletki i naszyjniki z drobnych koralików. Były tak zaaferowane dokonanymi transakcjami, że w drodze powrotnej koniecznie chciały robić sobie zdjęcia z żeńską częścią wycieczki:

tadzykistan 7jezior dziewczynki

 

Później dowiedzieliśmy się, że bransoletki robią sieroty, którymi opiekuje się jakaś bidna babuleńka. Cynk o nadchodzących turystach sieroty dostały od dzieci naszych gospodarzy i dlatego czekały już na nas na drodze. Po powrocie, na wieść o strasznej historii o sierotach, koralikowych wyrobach po dolarze i babuleńce, kupiliśmy jeszcze kilkanaście bransoletek. Później we wsi wszyscy chcieli nam sprzedawać bransoletki, więc pewnie wieść się szybko rozniosła na inne sieroty.

 

Idąc w górę. gdy mijaliśmy ostatnie zabudowania lepianki i osły...

tadzykistan 7jezior lepianka

tadzykistan 7jezior osiol

 

...minęliśmy dwie panie z osłami, które niosły w dół wysuszone zielsko:

tadzykistan 7jezior osly ziola

 

Doszliśmy w końcu do grzbietu, z którego widać było piąte (mniejsze) i szóste jezioro. U podnóża 5-go jeziora położona jest nasza wioska Padrud:

tadzykistan 7jezior 5i6

 

W przeciwnym kierunku widać było także fragment czwartego jeziora i malowniczo położonych nad nim lepianek:

tadzykistan 7jezior 4

 

Gdy zeszliśmy w dół skierowaliśmy swe kroki do centrum Padrudu. Na rynku stoi sklep:

tadzykistan padrud sklep

 

Idąc dalej pod górę można podziwiać panoramę Padrudu (z obowiązkowymi antenami satelitarnymi na każdej lepiance) i wznoszący się ponad nim grzbiet, z którego chwilę wcześniej robiliśmy zdjęcia: 

tadzykistan padrud

 

Tuż nad wioską zaczyna się piąte jezioro, chyba najmniejsze ze wszystkich siedmiu. W dodatku pływały w nim kaczki. Gdyby te kaczki mieszkały w Polsce to pewnie na widok ludzi podpływałyby do brzegu prosząc o jedzenie. Te natomiast, mieszkały w Tadżykistanie. I gdy chcieliśmy je nakarmić uciekły dokąd pieprz rośnie. Widocznie wiedziały co się stało z ich koleżankami.

tadzykistan padrud 5

 

Kolejnego dnia poszliśmy piechotą do siódmego jeziora. Trasę można przejechać samochodem jednak traci się wówczas możliwość chłonięcia niesamowitych widoków. Szczególne wrażenie robią te z drogi wzdłuż szóstego jeziora:

tadzykistan 6 jezioro

tadzykistan 6 jezioro droga

tadzykistan 6 jezioro fan

tadzykistan szoste jezioro

tadzykistan 6-te jezioro

 

U ujścia szóstego jeziora znajduje się inny Homestay, o nazwie Marguzor. Z kolei na początku szóstego jeziora, również zwanego Marguzorem położona jest niewielka wioska kiszlak nazywający się, a jakże, Marguzor. Marguzor prawdopodobnie oznacza po tadżycku coś w stylu; "modlący się do kamienia". Do takich wniosków łatwo dojść jeśli spojrzy się na wiszący nad kiszlakiem głaz, którego zsunięcie oznaczałoby zmiecenie połowy domów z powierzchni ziemi:

marguzor

 

Poniższe zdjęcie doskonale obrazuje, że woda w dolinie 7-miu jezior płynie dosłownie wszędzie. Cała dolina wygląda tak, jakby w kilku miejscach wodę przegrodziły ogromne zwały ziemi i kamieni. Te naturalne tamy spowodowały spiętrzenie wody, która szuka ujścia w każdy możliwy sposób. Z niektórych jezior jest ujście w postaci rwącej rzeki, inne z kolei są bezodpływowe. Wówczas woda wycieka ze skał w niemal każdym możliwym miejscu, tak jak na zdjęciu poniżej:

tadzykistan 6 jezioro doplyw

 

W końcu po około 3-ch godzinach marszu w upale doszliśmy do ostatniego, siódmego jeziora. Uważanego przez miejscowych za najładniejsze z pozostałych. To pewnie dzięki tej opinii natknęliśmy się na biwakujących nad brzegiem jeziora Tadżyków.

tadzykistan 7me jezioro

 

Na szczęście droga dla samochodów kończy się na samym początku jeziora i dalej prowadzi już tylko ścieżka dla ludzi i osłów:

tadzykistan 7me jezioro droga

 

Dzięki temu można było przejść wzdłuż całego jeziora niemalże w samotności (za wyjątkiem przemykających od czasu do czasu osłów z poganiaczami i kóz). Ścieżka, którą szliśmy była zaiste ładna:

tadzykistan 7me jezioro nasyp

tadzykistan 7me jezioro panorama

 

Na końcu jeziora położona jest maleńka osada, której mieszkańcy na nasz widok wyszli z lepianek i przez dłuższy czas nam się przyglądali. Po raz kolejny odnosiliśmy wrażenie, ze to my dla nich jesteśmy większymi kosmitami, niż oni dla nas.

Wracając w dół mijaliśmy mostek nad rzeką, gdzie suszyły się "cegły", z których zapewne powstaną kolejne lepianki:

tadzykistan 7me cegly

 

Jeśli już o architekturze mowa, to poniższe zdjęcie oddaje ducha reprezentacyjnej bramy wjazdowej do czyjejś posiadłości:

tadzykistan 7me brama

 

Wieczorem, po powrocie do Mijgonu poprosiliśmy gospodarza o pomoc w organizacji dalszej części naszej podróży. Jechać chcieliśmy na kilka ostatnich dni do doliny Jagnob. Aby się tam dostać trzeba było pojechać wpierw do Pendżykentu, dalej wsiąść do auta, które jedzie do Duszanbe, wysiąść w odpowiednim miejscu, skąd zgarnąć nas miało auto wysłane przez gospodarza hołmsteju z Magrebu (u wejścia do doliny Jagnob). Choć brzmi to skomplikowanie, to dla naszego gospodarza nie stanowiło to najmniejszego problemu - w końcu miejscowi przywykli, że w kraju nie ma komunikacji zbiorowej. Kilka telefonów, z których każdy zaczynał się od opowieści o swojej rodzinie (nawet jeśli Tadżyk dzwoni/rozmawia z kimś zupełnie obcym rozmowę zaczyna od kluczowych informacji ze swojego życia prywatnego) i po chwili wszystko było dograne. Pełna synchronizacja kierowców, a co najważniejsze ceny były jak dla miejscowych, a nie turystów. W sumie był to jeden jedyny raz w Tadżykistanie, gdy nie orżnięto nas na przejeździe samochodem. A wszystko dzięki naszemu gospodarzowi, któremu do momentu pisania tych słów dłużni jesteśmy wysłanie obiecanego wspólnego zdjęcia.

Droga z Pendżykentu do Ayni (gdzie krzyżuje się z drogą wiodącą przez tunel Anzob z Duszanbe na północ) jest istnym koszmarem. Odległość to 88 km, czas przejazdu to bite 3 godziny w koszmarnym upale. Droga nie wiedzie przez góry, a ciągnie się wzdłuż rzeki Zarawszan. Mimo to średnia prędkość przejazdu to ok 30km/h. Asfalt występuje tylko na krótkich odcinkach zaraz za Pendżykentem. Dalej są tylko wertepy.

Z ciekawszych wspomnień z drogi zapamiętaliśmy (ale nie zdążyliśmy sfilmować) gościa, który siedział w otwartym bagażniku auta osobowego i rękami trzymał przyczepę. Tym prostym sposobem nie trzeba było montować haka do samochodu by ciągnąć przyczepę. Przypomniało to scenkę z "Przyjdzie Mordor i nas zje..." Z. Szczerka, gdzie opisano gościa, którego przerosła myśl o ew. spawaniu odpadającego bagażnika. Poszedł więc do sklepu papierniczego i taśmą klejącą skleił bagażnik do reszty nadwozia. Tutaj była analogiczna sytuacja: przerosła gościa myśl o montażu haka, wziął więc sąsiada, wsadził do bagażnika i już przyczepa mknie za samochodem. Ten wynalazek wykraczał daleko poza rozpowszechnioną w byłym ZSRR tzw. "kulturę skocza" (od scotch - taśma klejąca po ang i rosyjsku). Do zamocowania przyczepy nie trzeba było nawet marnować cennego skocza!

Po drodze podziwialiśmy system budowy drogi...

tadzykistan pendzykent remont

 

...dziadka, który raczył się i swoich gości herbatą pod drzewkiem w 40-to stopniowym upale...

tadzykistan pendzykent herbata

 

...a także panią niosącą worek na głowie:

tadzykistan pendzykent glowa

 

Po drodze spotkaliśmy też ekologa-aktywistę, który grożąc sporym kamieniem zatrzymał nasz samochód, gdy ruszaliśmy po krótkim postoju na siku w szczerym polu. Pan ekolog w niewybrednych słowach żądał od naszego kierowcy byśmy posprzątali po sobie lub zapłacili karę za zaśmiecanie Tadżykistanu. Sprzątanie po sikaniu jest ciężkie do wykonania więc opcja ta nie wchodziła w rachubę. Całe zajście było dość niespodziewane, zwłaszcza, że niemal każdy napotkany Tadżyk wyrzucał wszelkie śmieci pod siebie, a na pytanie gdzie jest śmietnik niejednokrotnie usłyszeliśmy, że jest on wszędzie albo wskazywano nam rzekę jako najlepsze miejsce do wyrzucania foliowych odpadków. Byliśmy pewnie jednymi z nielicznych, którzy znieśli z gór wszystkie swoje niedegradowalne odpadki, a tu przyłapano nas na strasznym przestępstwie, czyli sikaniu pod drzewem! Było oczywiste, że pan ekolog miał na myśli wyłącznie ew. kasę, jaką mógłby dostać. Trafił jednak na twardego zawodnika w postaci naszego kierowcy. Po długich negocjacjach na miejsce wezwany został lokalny autorytet. Wtedy sprawa szybko się rozwiązała (bez płacenia), gdyż lokalny autorytet okazał się być znajomym naszego drajwera. Był to w sumie jedyny niemiły akcent naszej podróży po Tadżykistanie, lecz jakże pouczający: nie wolno szczać pod drzewem przy drodze!

Po tym wstydliwym incydencie i jeszcze jednej zorganizowanej przez Mijgon przesiadce dojechaliśmy w końcu do Magrebu w dolinie rzeki Jagnob....


Dolina Jagnob, czyli najdziksza część Tadżykistanu

Kiszlak Magreb to ostatnia większa osada w dolinie, dalej w górę rzeki Jagnob znajdują się tylko niewielkie wioski. Zresztą droga ciągnie się od Magrebu w górę doliny zaledwie 30 km. dalej pozostają tylko własne nogi i ew. kopyta osłów. Margreb jest bazą dla alpinistów, którzy na pobliskiej górze Zamin-Karor organizują zawody, nawet rangi mistrzostw WNP. Zamin-Karor zwany jest też Jagnobską Ścianą i w pełni zasługuje na swoją nazwę. Jest to pionowa ściana o wysokości grubo ponad 1km:

tadzykistan magreb jagnobska sciana

 

Dolina rzeki Jagnob słynie przede wszystkim z zamieszkującej ją ludności. Jagnobcy to społeczność, która przez wieki żyła w niemal absolutnej izolacji od świata, dzięki temu zachowali swój język i kulturę. Dopiero za czasów Związku Radzieckiego dobrzy radzieccy europejczycy postanowili nie tylko dostać się do doliny, ale także przymusowo przesiedlić jej mieszkańców na obszary, gdzie uprawia się bawełnę. Dzisiaj dolina Jagnob nadal podlega gwałtownym zmianom cywilizacyjnym. Droga w górę doliny, której budowę rozpoczęli Sowieci, dzisiaj budowana jest przez władze Tadżykistanu. Obecnie można dojechać autem osobowym kawałek za kiszlak Nomitkon, kolejne fragmenty drogi będą prawdopodobnie wybudowane w ciągu następnych lat. Co gorsza, prezydent Tadżykistanu ogłosił, ze w dolinie Jagnob utworzona zostanie strefa turystyczna, co z pewnością przekreśli obecny, dziki charakter tych terenów. Powyżej końca drogi w Nomitkonie położonych jest jeszcze kilka osad, które są zupełnie odcięte od świata. Jedynie wąska ścieżka wzdłuż rzeki pozwala dotrzeć do kiszlaków. I to właśnie ta część doliny Jagnob zachowała najwięcej ze swej pierwotnej odrębności. Spieszcie się więc ludziska podziwiać Jagnob, gdyż dni tej doliny są już policzone! To tyle tytułem przestrogi. 

Zamieszkaliśmy w górnej części Magrebu, w domu Sajoh. Nocleg mieliśmy załatwiony przez gospodarza z Mijgonu, sam zaś Sajoh jest jednym z dwóch obiektów zrzeszonych w ZTDA w Magrebe. W wiosce jest jeszcze trzeci pensjonat "Wiaterek" ale w sumie nic o nim nie wiemy gdyż od samego początki wpadliśmy w ręce gospodarza z Sayoh - starszego pana, który tytułem wstępu wyjął mapę Tadżykistanu i pokazał nam, swoim synom i wnukom gdzie leży Magreb i z jakimi państwami graniczy Tadżykistan. Dziadek był chyba emerytowanym nauczycielem, a już na pewno pełnił rolę mędrca w wiosce, gdyż to on np. prowadził rachuby podczas spisu ludności. Co ciekawe podczas spisu zliczano ilość rodzin, a nie ilość ludzi zamieszkujących dany kiszlak. Widocznie jest to bardziej miarodajna metoda.

Sam dom Sayoh wyglądał jakby miał około stu lat, w rzeczywistości wybudowano go raptem 20 lat temu. Posiadał 3 pokoje dla gości, w każdym zamiast łózek rozkładane były kurpacze, czyli takie tradycyjne materace, na które kładzie się pościel (a my na to jeszcze swoje śpiwory):

tadzykistan magreb pokoj

 

Było to całkiem wygodne rozwiązanie, jedynym problemem były zamieszkujące te materace pchły. Mieszkając 3 dni w tym domu z niepokojem obserwowaliśmy rosnącą ilość pogryzień na naszych ciałach, a jednocześnie postępujący proces golenia na zero po kolei wszystkich dzieci z gospodarstwa. Pewnie pchły to był dopiero wierzchołek góry lodowej lokalnych pasożytów. Dodam, że Mugga nie odstrasza pcheł - sprawdzone. 

Centralnym punktem domostwa był postawiony pod dachem, przed wejściem do pokoi lokalny tapczan, czyli siedzisko i miejsce do jedzenia i biesiadowania w jednym:

tadzykistan magreb stol

 

Na tymże tapczanie nieodłączną zakąską były pyszne bakalie: migdały w skorupkach, suszone winogrona (nie mające nic wspólnego z rodzynkami dostępnymi u nas), a także wydłubane z pestek moreli ich gorzkie jądra. Dopiero po powrocie przeczytałem, że ze względu na zawarty w tych jądrach pestek kwas cyjanowodorowy ich zalecana dzienna dawka to 2-3 sztuki. Można powiedzieć, że nadużywaliśmy kwasu cyjanowodorowego na potęgę!

tadzykistan magreb bakalie

 

Widok sprzed domu nie był porywający (poza możliwością obserwowania lokalnego życia, jak np. pani idącej z praniem na głowie):

tadzykistan magreb glowa

 

Można też było np. obserwować osła, który dorwał się do poletka chwastów pod czyimś domem:

 

Osioł szybko został przepędzony, tak jakby co najmniej wyjadł jakieś skarby, a nie zwykłe chwasty. Widocznie nawet chwasty mają w Tadżykistanie pewną wartość dla ich właścicieli.

Oto nasz dom w pełnej okazałości:

tadzykistan magreb dom caly

 

Za to widok w drugą stronę, za dom był o wiele ciekawszy (na pierwszym planie nasz dom):

tadzykistan magreb dom

 

Bieżąca woda w domu pochodziła z pojemników, z którymi kursowała jedna z zamieszkujących dom kobiet. Robiła ona dziennie niezliczoną ilość kursów po wodę do oddalonego o 100 metrów ujęcia. To pewnie z litości dla tej pani mieszkańcy myli się rzadko, a beneficjentami tej sytuacji były pchły. Do dziś nie wiem czemu nikt nie wpadł na pomysł podciągnięcia zwykłym wężem wody do domu. Ale może wówczas ta pani nie miałaby zajęcia...

W domu oczywiście, zdaniem gospodarza, był prysznic, czyli jak się okazało pół wiaderka ciepłej wody na osobę i pomieszczenie a'la ruska bania. Był za to wydzielony, lepszy kibel dla gości, do którego domownicy nie mieli wstępu:

tadzykistan magreb wc

 

Idąc do kibelka mijało się jeszcze obowiązkowe wyposażenie każdego domostwa, czyli piec chlebowy:

tadzykistan magreb piec

 

W pobliżu naszego domu znajdował się nawet sklep, otwierany według uznania. Sklep był całkiem dobrze wyposażony, dlatego chciałem zrobić tam zdjęcie. Gdy spytałem sprzedawcę czy mogę zrobić zdjęcie cukru (tak, wiem na pozór głupi pretekst ale różne formy cukru wyróżniają zaopatrzenie w Tadżykistanie) ten chętnie się zgodził i zapytał w przypływie odwagi czy nie zrobilibyśmy także zdjęcia jemu. Oto i ono - cukier zasłonięty przez pana...

tadzykistan magreb sklep

 

W sklepie można było nawet kupić irańską podróbkę Snikersa:

tadzykistan snikers

 

Rankiem kolejnego dnia pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę po okolicy. Dziadek spakował do siatki herbatę i piały, władowaliśmy się do terenówki jego syna i pojechaliśmy ok. 7 km w górę drogą, by stamtąd podejść do "wnętrza" góry Zamin-Karor, oznaczającej po miejscowemu zamek. Faktycznie, potężne góry otaczające położony wewnątrz płaskowyż przypominają twierdzę. Miejsce trudno dostępne, by tam wejść albo trzeba zasuwać wiele kilometrów w górę by obejść skały, bądź też przejść przez jedno z nielicznych dostępnych bez sprzętu miejsc. Wprawdzie wymagane jest przejście przez prowizoryczną drabinę wykonaną przez naszego gospodarza. A drabinka ta trzyma się na słowo honoru - jest podwieszona na kilkumetrowym drucie, a raczej wielu drutach skręconych w jeden i przymocowanych na jednym gwoździku do skały. Konstrukcja dość wątpliwej wytrzymałości, lecz pozwala na wspięcie się na około 6-cio metrową skałę. Sforsować "drabinkę" udało się tylko męskiej części wycieczki:

tadzykistan magreb drabinka

 

Za drabinką i stromym kilkusetmetrowym podejściem rozpoczyna się płaskowyż z niesamowitymi widokami na okoliczne skały:

tadzykistan zamin-karor

tadzykistan zamin karor-szczyt

 

Tutaj widok na głęboką dolinę przecinającą "zamek" na pół:

tadzykistan yagnob

 

Te szczyty w głębi po lewej i prawej stronie mają odpowiednio ponad: 4700 i 4600 m npm:

tadzykistan zamin-karor-najwyzsze-szczyty

tadzykistan zamin karor pik

 

Z miejsca, w którym staliśmy dało się do nich dojść, z tym, ze wymagałoby to przenocowania na płaskowyżu i ruszenia "na lekko" na całodzienną wyprawę. My natomiast musieliśmy obejść się smakiem i zawrócić przez drabinkę do czekającego na nas dziadka i jego syna-kierowcy po drodze zbierając sieroty, które nie poległy na drabince...

Wieczorem spotkała nas niemiła niespodzianka. Do domu zjechała trzyosobowa wycieczka białych ludzi. Co gorsza nie byli to zwykli turyści, a najwięksi znawcy Tadżykistanu rodem z Irlandii, USA i bodajże Szwajcarii. Irlandczyk był bardziej tadżycki od Tadżyków. Gdy polewał nam herbatę to trzymał drugą rękę mocniej na piersi niż czynią zwykle to w naturalnym geście Tadżycy. Język angielski i wymuszona tadżyckość nie pasowała do panującej wokół atmosfery. Uświadomiliśmy sobie, że odwykliśmy od zachodnich ludzi. Niestety napotkamy kolejnego dnia jeszcze dwukrotnie na tadżyckiego Irlandczyka i jego kompanów.  

 

W górę doliny Jagnob

Plan na kolejny dzień zakładał skomplikowaną operację logistyczną. Umówiliśmy się z synem-taksówkarzem (oczywiście za pośrednictwem dziadka, który jako jedyny mówił po rosyjsku, syn tłumaczył się, że nie zna rosyjskiego bo ma fałszywą maturę), że zawiezie nas rankiem do końca drogi, tj. ok. 30km. Tam nas wysadzi, my pójdziemy dalej i kolejnego dnia wieczorem z tego samego miejsca nas zabierze z powrotem. Okazało się, że kierowcy nie opłacało się dwa razy jechać tam i nazad z pustym przebiegiem więc wolał zaczekać dwa dni na końcu drogi. Był to kolejny przykład, gdy odnosiliśmy wrażenie, że czas człowieka w Tadżykistanie nic nie kosztuje i jest mniej cenny od pracy osła.

Zaraz za Magrebem droga wije się w głębokiej i wąskiej dolinie Jagnobu:

 tadzykistan jagnob droga

 

 

Dalej jedzie w takich oto okolicznościach przyrody:

tadzykistan jagnob droga-2

tadzykistan jagnob-3

tadzykistan jagnob-4

 

Po drodze minęliśmy nawet elektrownię wodną. Otóż by zasilić porzucone kiszlaki wykorzystywane są małe turbiny umieszczone w rurach, którymi kierowana jest woda z rwących potoków. Od tych elektrowni biegnie drucik podwieszony na tykach od fasoli:

tadzykistan jagnob elektrownia

 

Gdy dojechaliśmy do miejsca gdzie kończy się droga, trafiliśmy akurat na przeładowywanie towarów na osły. Zapytaliśmy nieśmiało czy istnieje możliwość wynajęcia osłów by zaniosły nasze plecaki w górę doliny. W sumie nie wiedzieliśmy dokąd chcemy iść, co dla lokalsów było nie do pojęcia. Przecież gdy dokądś się idzie to chyba powinno się wiedzieć jaki jest cel, no nie? Podaliśmy więc nazwę kiszlaka Klimonte i okazało się, że jeden z poganiaczy zaraz rusza tam z kolegą i z osłami. Gdy zaczęli ładować trzeci plecak na osła poprosiliśmy o kolejnego by tego pierwszego nie przeciążać. Ich klient - ich pan. Kolejny osioł się znalazł, lecz ten pierwszy zamiast nieść dodatkowe 20kg musiał nieść jeszcze cielsko poganiacza, który widocznie stwierdził, że osioł miałby pusty przebieg. Pan nie zrozumiał chyba naszych humanitarnych pobudek. Trudno.

Na zdjęciu moment załadunku (szczęście osła wymalowane na jego pysku; ten w granatowej czapce to nasz główny poganiacz, ten w tle, z czapką w stylu Pata z czeskiej bajki Sąsiedzi to jego kolega; skrajny z lewej to nasz kierowca, syn dziadka):

tadzykistan jagnob-osly 

 

Zresztą pan Pat miał wybitnie Europejskie rysy twarzy, na ulicy w Polsce gdyby go domyć i ubrać można byłoby wziąć go za Anglika. W naszych dywagacjach doszliśmy wręcz do wniosku, ze wyglądał on jak książę Karol :)

 

Gdy osły były gotowe ruszyliśmy w wielokilometrową włóczęgę wąską ścieżką w górę doliny Jagnob:

tadzykistan jagnob pat

 

W miejscu gdzie zepsuł się buldożer kończy się budowa drogi:

tadzykistan jagnob pat mat osly

 

Po kilku kilometrach dochodzi się do przepięknego przełomu rzeki Jagnob:

tadzykistan jagnob przelom

tadzykistan jagnob przelow rzeki

tadzykistan yagnob przelom

 

Na poniższym filmiku osły i ich poganiacze przechodzą przez mostek. 

 

Za przełomem dolina się trochę rozszerza i ścieżka po kilku kilometrach dochodzi do położone w górze kiszlaka Pskon. Dochodząc do wioski można podziwiać osiągnięcia Jagnobców w dziedzinie elektryki. Oto łączenie kabla i słupy energetyczne (turbina prądotwórcza była gdzieś w dole):

tadzykistan pskon kabel

tadzykistan pskon slup

 

Pskon to spoty kiszlak. Zamieszkuje go aż 11 rodzin, co pewnie przekłada się na ok 100 osób:

tadzykistan pskon

 

Zaprowadzono nas do najbardziej reprezentacyjnej lepianki we wsi. Nakryto do stołu i położono wszystko co było dostępne: herbata, lepioszka z masakryczną ilością piasku, kefir i cukierki.

tadzykistan pskon lepianka

 

W naszej lepiance było nawet plastikowe okno, a widoczny na zdjęciu osioł miał niesamowity dar rżenia w taki sposób, że wydawało się, ze wyje gdzieś syrena policyjna.

tadzykistan pskon lepianka okno

 

Początkowo przysiadł się do nas Pat i gestami i wyrazem twarzy coś nam komunikował, później jednak poszedł i zostaliśmy sami. W ciągu godziny pobytu w Pskonie tak wchłonęliśmy klimat doliny Jagnob, że postanowiliśmy zawrócić w stronę przełomu rzeki i tam zdecydować co dalej. 

Na zewnątrz lepianki było znacznie ciekawiej. Przychodziły do nas dzieci, którym cukierki sprawiały jeszcze mnóstwo radości (są jeszcze takie dzieci na świecie!):

tadzykistan pskon dzieci

tadzykistan pskon dzieci cukierki

 

Długo musieliśmy się tłumaczyć naszym poganiaczom, że dalej nie idziemy. Przecież powiedzieliśmy, że idziemy do Klimonte, że przecież nas tam ugoszczą itp itd. W końcu zabraliśmy plecaki ruszyliśmy w drogę powrotną nie wiedząc gdzie będziemy spali. Wchodziło w rachubę przespanie się w namiotach u przełomu rzeki.

tadzykistan jagnob

 

Ostatecznie doszliśmy do parkingu i po krótkim rozglądaniu się po okolicy za kierowcą, ten systemem wczesnego ostrzegania, w niewidoczny dla nas sposób został zawołany i pojechaliśmy w drogę powrotną.

Kolejny dzień był już ostatnim w górach. Przed południem, po przeliczeniu nowych pogryzień przez pchły, poszliśmy jeszcze na krótki spacer na okoliczną górę, skąd fajnie widać było Jagnobską ścianę, a w dole nasz kiszlak:

tadzykistan marguzor

 

W drodze powrotnej uratowaliśmy biednego osła, który zawisł na skarpie. Był on przywiązany za nogę do krzaka. Pewnie wyjadał najbardziej smakowite kęski na końcu zasięgu sznurka i w ten sposób doszedł do skarpy i zsunął się wisząc za nogę. Próbowaliśmy go najpierw wepchnąć, później okazało się, że trzeba go odciąć od krzaka i przewiązać w inne miejsce. To ten biedak po zakończeniu akcji ratunkowej:

tadzykistan uratowany osiol

 

Po południu mieliśmy wyruszyć w podróż z naszym kierowcą do Duszanbe. Miejscowi nie mogli przegapić takiej okazji. Oprócz nas do pięcioosobowego auta weszły jeszcze trzy osoby. Jak? Bardzo prosto: z domu wyniesiono kanapę, wsadzono ją do bagażnika i tym sposobem auto przekształciło się w ośmioosobowy mini autobus. A nasze bagaże wylądowały na dachu. Na pierwszym planie nasz dziadek, na dachu wyszorowany przed wyjazdem kierowca, na dole dziecko bawiące się w kupie pyłu:

tadzykistan magreb auto

 

Pierwszym przystankiem w podróży był sklep spożywczy. Nie żeby ktoś coś kupował do jedzenia. Po prostu tam tankowaliśmy:

tadzykistan tadzycka stacja benzynowa

 

System był dość prosty. Sklep miał dwa wiaderka o rożnej objętości. Tankowaliśmy zatem 2 niebieskie i 2 czerwone wiaderka. Po prostu! Po co komu jakieś dystrybutory?

Kolejnym przystankiem (po przejechaniu naszego ukochanego tunelu Anzob) była myjnia samochodowa. Okazuje się, że do Duszanbe auta nie mogą wjeżdżać brudne, a że na prowincji wszystkie są brudne to trzeba było wymyć wszystkie auta na wjeździe do miasta:

tadzykistan myjnia

 

Rolę Karchera pełnią w Tadżykistanie wezbrane wody rzek. Wąż wsadzony powyżej do rwącej rzeki podawał wodę pod wystarczającym ciśnieniem by wyszorować nawet najbardziej brudne tadżyckie auta. Pan z myjni wyszorował płynem nawet jezdną część opony, tak na przyszłość :)

Z czystym autem i kierowcą byliśmy gotowi okiełznać stolicę... 


Duszanbe

Przyjechaliśmy do Duszanbe wieczorem. Zamieszkaliśmy w ogromnym pensjonacie składającym się z dwóch pokoi i w sumie 3 łóżek. Nie tracąc czasu ruszyliśmy od razu na miasto by coś zjeść. Szybko doszliśmy do głównej ulicy (Rudaki), która budziła się do życia dopiero gdy zapadał zmrok i ustępowały upały. Jak na reprezentacyjną ulicę stolicy to nie wygląda on zbyt ciekawie. Było trochę sklepów, kilka fast foodów udających amerykańskie sieciówki (był np. SFC). Z braku laku i narastającego głodu weszliśmy do jednego z takich barów szybkiej obsługi - jedzenie było słabe, ale w końcu spróbowaliśmy smaku RC Coli. W całym Tadżykistanie nie widzieliśmy Coca Coli ani Pepsi Coli, wszędzie walały się tylko butelki po RC Coli. W naszym fastfoodzie również występowała wyłącznie RC Cola - całkiem znośny trunek "ordżinal USA". Później okazało się, że nasz lokal był najbardziej polecanym miejscem do jedzenia w przewodniku Lonely Planet...

Rankiem, po ostatecznym pożegnaniu pcheł pod prysznicem poszliśmy zwiedzać Duszanbe. Miało być wg przewodnika nieciekawie i tak tez było. Na liście atrakcji znajdował się m.in. najwyższy na świcie maszt z flagą. Mając ogólne wyobrażenie o mieście gdy dojrzeliśmy takie coś byliśmy pewni, ze to właśnie ta atrakcja:

tadzykistan duszanbe flaga

 

Na szczęście okazało się, że nie jest aż tak źle. W parku w centrum Duszanbe postawiono znacznie większą i bardziej okazałą flagę. Wprawdzie nie wiem po co, ale jednak postawiono:

tadzykistan duszanbe flaga2

 

Zresztą park z flagą był chyba jedynym przyjemnym miejscem w mieście:

tadzykistan duszanbe park

tadzykistan duszanbe park flaga

 

W parku spotkaliśmy chłopaka, który wziął nas za Amerykanów i chciał z nami poćwiczyć angielski by zdać egzaminy i zostać dyplomatą. W sumie nie robiło mu różnicy, że jesteśmy z Polski, ważne, że dało się pogadać po angielsku co miało go zbliżyć do największego marzenia jego życia, czyli wyjazdu z Tadżykistanu do USA.

Z parku z flagą poszliśmy do innego parku, gdzie można było się kąpać. Warunki niemal jak nad Lazurowym Wybrzeżem...

tadzykistan duszanbe plaza

 

...tylko śmieci trochę za dużo...

tadzykistan duszanbe plaza smieci

 

...ale to nic, gdyż obok powstawała największa Czajchana (Teahouse) na świecie:

tadzykistan duszanbe czajchana

 

Chcąc wrócić z tych parków do centrum wybraliśmy podróż komunikacją publiczną. Zdecydowaliśmy się na trolejbus, środek lokomocji, który z jakiegoś powodu jeździł pusty, co przy 40 stopniach w cieniu miało niebagatelne znaczenie. Miejscowi wybierali auta osobowe, kursujące jako busy:

tadzykistan duszanbe autobusy

 

A dzieci wolały rowery:

tadzykistan duszanbe dzieci

 

Generalnie ruch kołowy w Tadżykistanie i Dusznabe jest znikomy, to główna ulica Duszanbe w ciągu roboczego dnia:

tadzykistan dusznabe ruch

 

Wśród pozostałych atrakcji Duszanbe znalazły się jeszcze takie cuda:

tadzykistan duszanbe pomnik

 

Pałac prezydencki:

tadzykistan duszanbe palac prezydencki

 

Był też jedyny meczet, który napotkaliśmy na swojej drodze:

tadzykistan duszanbe meczet

 

Bliżej podejść się nie dało gdyż nie mieliśmy odpowiedniego stroju. Nikomu za to nie przeszkadzały reklamy żarcia na ścianie minaretu:

tadzykistan dusznabe meczet reklama

 

Po intensywnym zwiedzaniu tej perły Azji Centralnej, siedliśmy w ogromnej czajchanie, która wg przewodnika była pomieszaniem stylu radzieckiego i perskiego. W sumie to trafne określenie na miejsce, gdzie przy ceratach i mozaikach serwują dania lokalne, a także niepijalne piwo Duszanbe. Była nawet wódka po 10pln za pół litra, lecz nie odważyliśmy się jej kupić.

tadzykistan dusznabe czajchona

tadzykistan duszanbe restauracja

 

W drodze do domu zrobiliśmy jeszcze zakupy w sklepie i na bazarku:

tadzykistan dusznabe bazar

 

A wieczorem zaczęliśmy odliczać godziny do wylotu w środku nocy. Choć Petersburg z piękną pogodą i białymi nocami osłodził nam gorycz pożegnania z Tadżykistanem to wciąż, mimo upływu kilku tygodni myślami jestem tam, w górach Fan, wśród osłów, jezior i potężnych skał. Wciąż tęsknię za gościnnością tamtejszej ludności. I wciąż wątpię by udało się znaleźć lepsze miejsce na kolejne wakacje. Zrozumiałem tez w końcu piosenkę rosyjskiego barda Jurija Wizbora, który śpiewał, że serce zostawił w Fanskich Górach...

Skomentuj tę relację w odpowiednim wątku naszego forum! 

 
 

 

Chcesz dowiedzieć się więcej? - Zapraszamy na FORUM!!! 
Tam zadasz pytanie, na które na pewno ktoś odpowie!

Pomóż nam ulepszyć stronę!

  • Widzisz nieaktualne dane na stronie?
  • Możesz uzupełnić treść artykułów?
  • Chcesz opublikować własny artykuł?

 

Skontaktuj się z nami!

mapa rosja, ukraina

 
Copyright © 2001 - 2016 RosjaPL.info
 
Wszystkie prawa zastrzeżone!