Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Dawno dawno temu, a był to rok 2010, siedzieliśmy sobie na czarnomorskim wybrzeżu, piliśmy jakieś domowe wino i wpadliśmy na pewien pomysł. Już nie pamiętam czy było to na przystani w Oczakowie, z której nic nie chciało odpłynąć, czy może na samym koniuszku Kinburnskiej Kosy, gdzie fale biły już w obu stron? Ale jakoś wtedy, po raz pierwszy, dokładniej przyjrzeliśmy się mapie ukraińskiego wybrzeża - pełnej limanów, mierzei, zatoczek, bagien i wydziwiastych wyspo - półwyspów. I zrodził się plan. Że chcemy kiedyś to całe wybrzeże przejechać - lub przejść, tam gdzie auto już postanowi ugrzęznąć w piachu czy błocie. Nasze planowanie zakładało mocno falistą trasę znad Dunaju, z Wiłkowa, aż po Hołodne pod rosyjską granicą nad Morzem Azowskim.. Oczywiście z okrążeniem Krymu... Niestety zbyt długie zwlekanie z wybraniem się na ową wycieczkę (prawie 10 lat ;) ) okazało sie opłakane w skutkach - bo chyba z połowę upatrzonej trasy nam szlag trafił... Bo obecnie ani dogodnego wjazdu na Krym ani za Mariupol.. Dobrze, że choć kawałek zamariupolskiego wybrzeża w 2011 roku udało się odwiedzić.. Zawsze coś…

Póki co, nie kroją się żadne półroczne wakacje, postanawiamy więc rozbić ten plan na kawałki. I w tym roku upatrzyliśmy sobie odcinek z Odessy do Wiłkowa. W Odessie, w Czornomorsku i w Wiłkowie już kiedyś było nam dane być - dlatego skupimy się na wybrzeżu z Sanżejki do Prymorskiego.

Zatem ruszamy ku morzu. Acz jeszcze długo go nie zobaczymy. Bo ono jest daleko, a my pośpiechu nie lubimy. Nasz dzielny busio dopasował do rodziny - bo niechętnie rozwija prędkości powyżej 80 km/h. Oj dobitnie nam już kilka razy powiedział, że tego nie lubi! Jedziesz ponad 80 - na bank będzie strajk i się cos bardzo skutecznie zepsuje. Jedziesz poniżej - busio posłusznie dowiezie nas gdzie chcemy. Taka reguła. Głupi by więc ryzykował!!

Na granicę zajeżdżamy w Krościenku. Pewien niepokój pogranicznika wzbudzają nasze nowe busiowe skrzynie. Fakt, wygląda to nieco jak szafa położona na podłodze i jeszcze przykryta dywanem ;) A wiadomo, że w szafach, zwłaszcza tych, które nie stoją a leżą poziomo, jest zwyczaj trzymać różne, nieciekawe rzeczy ;) Chodzi więc taki jeden wokół tych skrzyń i niucha: “Wy to tam chyba uchodźców wozicie?” Mowie mu więc, że nie, nie wejdą. Trzeba by poćwiartować.. No po takim stwierdzeniu to już muszą zajrzeć ;) I jeden pogranicznik sobie przycina łape… Moja wina? że te wieka od skrzyń są solidne i tak niespodziewanie opadają? Ja już to wiem - ze 3 razy sobie trzasnęłam na paluchach wyjąc do księżyca.. Koleś wsadza łapę do pyska, a my już nieco truchlejemy co będzie dalej.. Ale pogranicznik gestem zdrowej łapy i bulgotem z pełnego pyska informuje, żebyśmy jechali dalej.

Wszyscy się też śmieją z paszportowego zdjęcia kabaka sprzed 3.5 lat. “Oj wyrosła wam ta Majeczka, oj lata lecą, oj po dzieciach to widać”, “No tak, niemowle typ standard, każde można by przemycić i obleci.. Byle nie Murzynek! więc uważajcie co kupujecie na bazarach!”. No ale co robić? Paszport jeszcze półtora roku ważny!

Ukraina wita nas nieco późniejszą niż w Polsce jesienią i dymami kartoflanych kłączy. Ech.. kiedyś u nas też tak dymiły jesienne pola.. ale mi tego zapachu brakuje!

Obrazek

Czasem zdarzy się jakiś postój po drodze..

Obrazek

Za Stryjem zajeżdżamy nad rzekę w okolicy wsi Pczany. Dziś koryto rzeki jest mocno wyschnięte, ale widać, że woda to tu nieraz nieźle szaleje!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Auta miejscowych zjeżdżają na rzeczne dawne dno, w kamieniste koryto.. Malowniczo to wygląda, ale jak w nocy poleje w Karpatach - to się rano obudzimy na wyspie ;) Takiej szybko malejącej ;) Noc jest gwiaździsta, ale cały czas niebo rozświetlają odległe błyski. Gdzieś jest burza… gdzieś leje… Dobrze, że zostaliśmy na wysokim brzegu!

Obrazek

Wieczorem się nad rzeką zaroiło. Ktoś przybył furmanką z przyczepą i ładuje kamień, ktoś pierze dywany i jeden mu uciekł. Kilka osób goni uciekający w dal dywan! Ktoś piecze szaszłyki, zakochane pary bawią się w miss mokrego podkoszulka..

Są kąpiele..

Obrazek

Jest też prawie godzinna pogawędka z napotkaną babeczką, gdy poszłam po drewno. Niesamowitością jest syn tej pani. Dzieciak lat 8 i jego rower. Zwykły duży rower na dwóch kołach. Gdy przystanęliśmy, on również zatrzymał swój pojazd. I tak zamarł, z dwoma nogami na pedałach. Na godzinę. Jakby skamieniał. Bez ruchu, bez podparcia się nogą z boku. Nie wiem jak to w ogóle było możliwe! W końcu nie wytrzymałam i zapytałam o to tą kobitę. Ona się roześmiała. “Taka pasja”. Jeden chłopak się uczy, a inny tylko do kolegów leci. Jeden wędkuje, drugi hoduje rybki w akwarium. A on tylko całymi dniami ćwiczy stanie rowerem. Na podwórku, w szopie, na ulicy.. “Takiego synka mam, to takiego lubię” - śmieje się babka. Chłopak chyba naprawdę kiedyś zrobi karierę w cyrku!

Wieczorem....

Obrazek

Ranek wita nas pochmurny i chłodny. Temperatura poleciała w dół chyba o 15 stopni.

Obrazek

Dziś na śniadanie dziczyzna z rusztu! Bardzo dorodna i apetyczna! ;)

Obrazek

Rzeka ostatecznie nie wylała, ani burza do nas nie przyszła. Acz o kąpieli jakoś nie myślimy - raczej o ukrywaniu się w kapturach bluz ;)

W Pczanach zawijamy pod sklep. Oprócz zakupów wychodzimy z kiścią podarowanych winogron. Strasznie są kwaśne - ale na kompot się nadadzą!

Obrazek

Obrazek

Mijamy różne swojskie widoczki.

Obrazek

Obrazek

Zdarzają się też krajobrazy dosyć nietypowe.. Co to za licho? Takie słupowisko?

Obrazek

W Bereżanach zatrzymujemy się przy knajpo - sklepiku.

Obrazek

Obrazek

Ciekawy mają tu wystrój. Ze ściany przygląda się nam malowidło o tematyce biblijnej. Mimo początkowego odczucia dysonansu, gdy się przyjrzeć - ono tutaj całkiem tematycznie pasuje! “Głodnego nakarmić”, “spragnionego napoić”, “podróżnego do domu wpuścić” :)

Obrazek

Obrazek

Wciągamy więc pielmieni i barszczyk w towarzystwie Jezusa, jego kumpli oraz miejscowych robotników.

Na obrzeżach Chmielnickiego robimy sobie popas na opuszczonej stacji benzynowej.

Obrazek

W oddali majaczy lotnisko, które początkowo również za opuszczone bierzemy i mamy w planie iść pozwiedzać..

Obrazek

Obrazek

Ale im bliżej podchodzimy, tym mamy więcej wątpliwości.. Może ono nie jest jednak opuszczone??

Obrazek

Ostatecznie startujący samolot rozwiewa nasze wątpliwości i udaremnia, jakże zacne, plany wycieczki ;)

Obrazek

Na nocleg zatrzymujemy się niedaleko Letyczowa, nad zbiornikiem na rzece Piwdennyj Buh, na obrzeżach wioski Markiwci.

Wieczór jest potwornie wietrzny. Każde otwarcie busia skutkuje wywianiem części bagażu ;) Wokół trawiasta patelnia, cieżko znaleźć drzewko czy krzaczek, za którym można by się schować. Zbieranie chrustu na ognisko jest więc też mocno utrudnione. Gdyby nie drewno, które wieziemy jeszcze znad Wiaru - to by nie było dziś ogniska!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to dwa biurka - konstrukcja przywleczona i używana chyba przez lokalnych wędkarzy. Nie wiem czy oni na tym ryby układają czy sieci suszą? My sobie z tego robimy ławeczkę! :)

Obrazek

Tak się przedstawiają najbliższe okolice naszego noclegu - płowo, plaskato i przewiewnie!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Grunt to kamuflaż dobrany odpowiednio do sytuacji! :)

Obrazek

Był sobie most, po którym przejeżdżały ciężarówki. Chwile później nastąpiła katastrofa budowlana - most się zawalił ;)

Obrazek

Toaleta poranna :)

Obrazek

Wieś Markiwci.. A może tu już był Horbasiw?

Obrazek

W bardzo starym sadzie…

Obrazek

Kolejne miłe miejsca na piknik nad zalewem..

Obrazek

Fajny stół biesiadny tu mają! :)

Obrazek

Po drodze mijamy jakiś mini targ? Jakiś skup? Coś wyładowują i przenoszą z miejsca na miejsce w wielkich, białych i na oko bardzo ciężkich worach. Idę na przeszpiegi.. Podpytuję… “To kartoszka” - mówi jeden z drugim.. Wiele razy widziałam worek z ziemniakami. Ale zawsze przez fakturę worka widać było obło - kuliste kształty ziemniaczane. A tu worki są idealnie gładkie! Wygląda raczej na piasek albo mąkę? Niestety, ale jakoś nie chcieli mi powiedzieć.. Raczej wręcz miałam wrażenie jakby moja tam obecność wprowadziła wszystkich w zakłopotanie...

Obrazek

Obrazek

W Letyczowie odwiedzamy rybny bazar! Ot - bubowy raj! :)

Obrazek

Obrazek

Po raz pierwszy mam okazję spróbować kotlecików z kawioru! Coś przepysznego!

Obrazek

Czemu w Polsce nie ma zwyczaju jedzenia ryb? Czemu ryba, a tym bardziej kawior, jest tak cholernie deficytowym towarem??? Toż Ukraina jest przecież rzut beretem od nas, a tam ryba jest powszechnym towarzyszem dnia codziennego!

W okolicach miasteczka Hajsyn droga przestaje się zgadzać z mapą, rzuca nas na jakieś objazdy, a gdy definitywnie kończy się asfalt, utwierdza nas to w przekonaniu, że chyba musieliśmy zjechać z głównej trasy i to chyba już dosyć dawno ;)

Ale owocuje to odwiedzeniem ciekawego miejsca. Ot takie - ni to chatki na kurzej stopce, ni to silosy…

Obrazek

Obrazek

Jest to teren jakiegoś dawnego kołchozu? Taka brama tam prowadzi..

Obrazek

Mijane budynki sugerują, że miejsce jest opuszczone…

Obrazek

Gdy jednak próbujemy się wspiąć na konstrukcje chatkosilosa - dość szybko pojawiają się właściciele obiektu i nie są zbyt zachwyceni tym, że tu węszymy.

Na przeciwległych obrzeżach miasteczka mijamy zakłady przemysłowe o ciekawych mozaikach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Noclegu mamy zamiar szukać w okolicach Dubinowa.. Niestety przyjeżdżamy tu trochę za późno, już się na tyle ściemniło, że ciężko znaleźć fajne miejsce biwakowe. Kręcimy się więc jak g… w przerębli, ciągle trafiając albo na zabudowany teren albo na drogi tak błotniste, że na bank w nich ugrzęźniemy… Ostatecznie stajemy gdzieś na skraju lasu przy polnej drodze. Ukrywamy busia wśród jałowców i padamy na pysk. Miejsce jest mało ogniskowe, a przede wszystkim to nam się już nie chce rozpalać. Nawet chyba kolacje sobie odpuściliśmy i tylko od razu nura do śpiwora.

W nocy kilkukrotnie mija nas traktor z przyczepą. Nie byłoby to nic dziwnego, niespotykanego i wartego wspomnienia w relacji - gdyby nie to, że traktor ów jest bardzo nietypowo oświetlony. Jedzie na zgaszonych reflektorach, a nad przyczepą unosi się gorejąca łuna. Wygląda na to, że wozi coś, co się pali. Przypomina żar z ogniska - taki, kiedy najdogodniej włożyć ziemniaki! Albo to jakiś popiół nie do końca wygasły? Nie mam zupełnie pomysłu, po co można takie coś wozić po nocy... Takowy traktor obserwuje 4 razy. 3 razy jechał w stronę Dubinowa - acz raz też ze świetlistym ładunkiem wracał... Nie zrobiłam zdjęcia.. za ciemno było.. A dopasowałby do relacji "mistrzów przewozu". Wysoką pozycję by zajmował w rankingu "nietypowych ładunków" ;)

Poranek pokazuje, że nasze znalezione na ślepo miejsce biwakowe jest całkiem ładne - sosny, słoneczniki, piaszczysta droga.

Obrazek

Obrazek

Gdyby busio był zielony - można by uznać, że jest dobrze zamaskowany... ;)

Obrazek

Test drogi - tzn. “czy samochody się tu zakopują”. Trzeci będzie busio ;) (dwa pierwsze oczywiście ugrzęzły i trzeba było wykopywać łopatką ;) )

Obrazek

I kolejne śniadanie o aromacie wędzonki i podwodnych przestworów. Nie wiem czemu - ale mi ryba najlepiej smakuje z gazety ;)

Obrazek

Bardzo dużo mijamy na trasie podartych bilbordów. Chyba ¾ tak wygląda. Nie wiem czy tak robi właściciel tablicy - gdy delikwent nie opłaci wynajmu za kolejny miesiąc?

Obrazek

Zatrzymujemy się jeszcze na rybym bazarze w rejonie miejscowości Atestowe, w miejscu gdzie główna droga przecina liman.

Obrazek

Parking jak widać tylko dla aut osobowych ;)

Obrazek

Jakie tam są pyszności! W ilości jeszcze większej niż w Letyczowie, co nie dziwi - jesteśmy przecież już prawie nad morzem! Ślinka leci i ręce wyciągają się do każdego straganu..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No ale ile przewieziemy na upale? Żal potem wywalać, a jeść zepsutą rybe to jeszcze gorzej.. Pozyskujemy więc dwie ryby, domowe wino, melona i siatkę brzoskwiń. To będzie podstawa naszego tu wyżywienia :D

Dziwne są tu brzoskwinie.. Co druga jest zepsuta - widać to dopiero po obraniu skórki. Miąższ jest w brązowe paski i ma smak zbutwiałego drewna... A co druga jest tak pyszna i soczysta, że równoważy to rozgoryczenie przy próbach konsumpcji pierwszej. Śmieszne takie te brzoskwinie - taka ruska ruletka albo jajko niespodzianka!

Odesse mijamy obwodnicą.. Miasta to jednak jakiś wymysł szatana.. Aut nie tyle jest więcej - co też zaraz zaczynają jeździć bardziej nerwowo, jak nakręceni, jak na jakiś prochach, łapiąc faze na smutno.. Jakby wszyscy byli wkurwieni na cały świat.. Agresja i frustracja wylewa się uszami... Wszystkie miasta pod tym względem są podobne.. Bez żalu więc żegnamy bezpośrednie przedmieścia Odessy, obiecując sobie nadłożyć mocno drogi na powrocie, aby ponownie tu nie wpaść... Miga nam gdzieś skręt na dobrze znany i miło wspominany Czornomorsk (nie na wszystkich tabliczkach przemalowany z niepolitycznego Iliczewska ;) ) Zbliżamy się do Sanżejki. Mijamy mały zakładzik przemysłowy, a za nim wyboista droga, o zaschłych na kamień błotnych koleinach, prowadzi w pole... Droga w inny świat...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Podskakując na muldach docieramy na skraj klifu. Krzaki, łączki i nagle bęc! urwisko.

Obrazek

Obrazek

A dalej już tylko bezkres morza i rozsiane po nim statki, promy, kutry..

Obrazek

Obrazek

W oddali majaczy jakieś miasto. Nie wiem czy to Czornomorsk? Czy już Odessa?

Obrazek

Obrazek

Ogromne osiedla wieżowców wyrastają na horyzoncie prosto z łąk.

Obrazek

Przytulamy busia na klimatycznym urwisku. Mam nadzieję, że klif akurat dzisiaj nie postanowi się zawalić…

Obrazek

Złazimy na dół.

Obrazek

Obrazek

Toperz i kabak się kąpią. Kabak włazi do morza i zdumiony woła: “Ale ciepła woda!!!!”. No tak… Ma porównanie z czerwcowym Bałtykiem w Estonii… ;)

Obrazek

Niektórzy biwakuja na plaży. Przez chwilę nawet to rozważamy, ale chyba jednak bym się bała, że jakieś kamienie nam z góry na łeb polecą...

Obrazek

Mnie jest zimno. Ubieram bluzę.. Może jutro przywitam się z morzem jak należy. Póki co sadzam kuper na piasku i powitanie postanawiam uczcić wędzoną rybą i domowym winem z Atestowa. Każdy ma swoje powitanie z nadmorskim światem!

Wieczorem palimy ognicho. Acz z drewnem jest kiepsko. Zwykle na plażach leżą jakieś kłody wywalone przez morze. Tu posucha totalna. Nic! Chyba wszystko wyzbierali, bo śladów po ogniskach na klifie i na plaży jest moc. Trzeba więc ruszyć żelazne rezerwy z wnętrz busia - zbierane miesiąc temu w kamieniołomach pod Lwówkiem Śląskim. Chyba mało pniaków z dolnośląskich wyrobisk ma w swoim życiu okazje przebyć ponad 1000 km, aby spłonąć z widokiem na Morze Czarne. To właśnie jest to drewno ze skrzyni z opadającą klapą, którą pogranicznik przytrzasnął sobie łapę, a druga babeczka z oczami na szypułkach komentowała: “Pracuję tu 20 lat, a pierwszy raz widzę, żeby ktoś drewno przez granice przemycał”. Szkoda, że nie mogę jej teraz pokazać po co je wozimy.

Rozmawialiśmy potem z biwakującymi na plaży w namiocie. Potwierdzali totalny brak opału, oni chodzą kupować drewno do wioski.

Noc jest księżycowa. Na niebie jest wprawdzie trochę chmur, ale takich miłych typu "kwaśne mleko"..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kabak na szczęście większość wieczoru bawi się w busiu, budując sobie dom z karimat. Bo już mieliśmy wizje uwiązania jej na sznurku do palika, tak jak cielęta na pastwisku - żeby nam nie zleciała z urwiska. No ale problem się sam rozwiązał - kolejny przykład, że nie warto się martwić na zapas. Cykady grają jak wściekłe, morze szumi i pachnie rybą.. Nie, przepraszam - rybą to głównie pachnie busio - po naszych dzisiejszych zakupach! No i my.. Też chyba walimy jak pelikany! Np. wczoraj na stacji benzynowej w Dubinowie... Wchodzę do budyneczku, bo trzeba odegrać cała scenkę z odbezpieczaniem dystrybutora, jak się chce zatankować do pełna, a nie jak wszyscy 5 litrów. I jeszcze chcemy płacić gotówką... “Diewuszka, a ty napewno masz tyle gotówki?” Wiec muszę im pokazać zawartość portfela, a potem ich jeszcze przekonać, że ja lepiej wiem na jakie paliwo jeździ busio. I że ja NAPRAWDE jestem pewna, przekonana i z ręką na sercu chce nalać do busia dizla, a nie tej wspaniałej benzyny co ma “eurosuper” w nazwie. I jak mi odbezpieczą dystrybutor z benzyną to mnie to nie usatysfakcjonuje... No dobra, ale miało być o rybach! Więc wchodzę na ową stację, a babka za ladą mówi do kumpla: “Igor, zaś żarłeś rybę! Mam cię już dość!”. Igor macha rękami i się zarzeka, że wyjątkowo dziś ryby nie jadł jeszcze, trzyma na wieczór pod wódke. Ale nikt mu nie wierzy. A to chyba ja zapodaje aromatem nadmorskiej wędzarni :)

Rano budzę się jakoś wcześniej niż reszta załogi. Słońce wali mi w oczy - to jak mam spać? Nocleg z widokiem na morze też ma swoje wady. Tak jak nam mówił miejscowy: “Morze pod Odessą jest do dupy. Nawet laski nie weźmiesz na plaże na romantyczny zachód słońca”. Bo morze jest tutaj od wschodu, więc słońce zachodzi nie tam, gdzie by się oczekiwało ;)

Idę sobie więc na spacer klifem. Fajnie tak sobie iść urwiskiem i musieć pilnować tylko siebie…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Krajobraz z busiem - dla zobrazowania jak miły nocleg się na dziś trafił!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kawałek dalej biwakuje sobie koleś z Połtawy. Jest tu już trzeci miesiąc - tzn. ogólnie nad morzem, bo sobie wędruje, to tu, to tam. Opowiada mi, że tu jest fajnie od 1 września. W wakacje tu ponoć się przewala straszny tłum. Często też w ścisłym sezonie przyjeżdża jakaś ekipa, załącza muzykę i uprzykrza życie innym biwakującym. Tak było i 3 lata temu. Jakaś młodzież z Kijowa zaczęła puszczać techno, dniami i nocami. Non stop łupanka. Obok biwakowało kilka rodzin z Krzywego Rogu. Chodzili, prosili - ściszcie, wyłączcie choć na kilka godzin w nocy. Gdzie tam! Szlachta się bawi i jest panami wybrzeża. Kiedyś kijowscy melomani poszli się kąpać. A w tym czasie ich auto spadło z klifu. Jak? Tego nikt nie wie.. Jak raz, akurat wtedy puścił hamulec.. Były podejrzenia, ale świadków ani dowodów ingerencji osób trzecich - nie było. Była policja, były dźwigi aby zabrać wrak z plaży.. Tego lata na biwakowisku w Sanżejce grały już tylko cykady…

Teraz mamy już wrzesień, więc już ani muzyka nie łupie, ani auta z klifu nie spadają. Gra tylko wiatr w kolczastych krzewach i aż się nie chce wierzyć, że może tu być taka masakra, tłum, zgiełk i ścisk.. Acz widać pewne ślady.. Prawie na każdym drzewie wisi “mini - umywalka”.

Obrazek

Mam już wracać do busia, ale idę inną drogą i włażę w sam środek czyjegoś biwakowiska. Miejsce wygląda jak stacjonarny obóz uchodźców. Szałas z gałęzi, podwieszany namioto - hamak, łazienka z 20 litrowym baniakiem, ruszt, żeby upiec chyba dzika. Zamieszkuje tu Wadim. Jest z Kiszyniowa. Przyjeżdża do Sanżejki na całe lato. Jego akurat cieszy wszechobecna dyskoteka, która panuje tu w wakacje. Wadim lubi tańczyć, przebywać wśród ludzi i nie lubi ciszy. Robimy sobie wspólne zdjęcie, ale Wadim bardzo prosi, aby nie umieszczać go w internecie. I nie jest to jakaś korba, którą ma teraz wielu ludzi - na temat “chronienia swojego wizerunku” czy “ukradzenia duszy”. Wadim ma powód i to całkowicie sensowny. Bo Wadim jest tu nielegalnie, a przynajmniej potajemnie. ;) Przyjeżdża tu w tajemnicy przed żoną i dziećmi. Im mówi, że jedzie do pracy do Niemiec. Pakuje się więc i znika na kilka miesięcy. Przysyła smsy, żeby się rodzinka nie martwiła. “Specjalnie używam taki stary telefon, żeby nie było szansy na mmsa” - śmieje się. “I wypoczywam! Życie jest jedno! Słońce, wino, nowe znajomości.. Lato jest tu cudowne.. Kiedy się będę bawił? Muszę korzystać póki jestem młody i jeszcze mi się chce!!”. Wadim najbardziej lubi kobiety. Tu w Sanżejce ponoć najlepiej “biorą”. “W domu mówię, że pracuje na plantacjach. Z fabryki bym nie mógł wracać taki opalony!” Wadim rozmarza się na samo wspomnienie. Pytam go jak rozwiązuje kwestie, że wraca bez zarobionych pieniędzy. Wadim się śmieje. “Raz mnie mogą okraść, raz oszukać, a innym razem mogę wrzucić pieniądze na długoterminową lokatę do banku. A pieniądze w banku to tak jakby ich nie było. Ludzie inwestują i wierzą w system. Wierzą, że ich wirtualne pieniądze istnieją. Ja inwestuje w przyjemności i wspomnienia. Tego nie zabierze mi ani komornik, ani wojna!”

Poranek na plaży. Oświetlone klify prezentują się jeszcze ładniej niż wieczorem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Muszelki to tu można zbierać łopatą!

Obrazek

Fragment nabrzeża jest umocniony betonowymi blokami i płytami. Wszystko jest już nieco nadgryzione zębem czasu - tak jak buby lubią! Nie wiem czy był tu jakiś port czy inna przystań?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I oplecione solidnie wodorostem! :)

Obrazek

Jedziemy jeszcze też zobaczyć miejsce, gdzie klify zaczęły zjeżdżać do morza. Wygląda to malowniczo, ale miejscowych nie bardzo to cieszy. Do domów jest niedaleko. Zabudowania stoją tu naprawdę blisko usuwiska, a zimą teren jest sztormowy. Ziemia ponoć jest tu tańsza niż w innych rejonach ukraińskiego wybrzeża ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Pierwszy raz ze slowem “liman” spotkałam się czytając “Ogniem i mieczem” - “a potem już hen, ku limanom i morzu, step i step, w dwie rzeki jakby w ramę ujęty.” Już wtedy to słowo wydawało mi się jakieś pełne magii i tajemniczości. Może dlatego, że w Polsce limany nie występują? I było to coś nieznanego i odległego? Może dlatego, że ze słowem “liman” nieodłącznie wiąże się słowo “mierzeja”? A właśnie wszelakie przeplatające się wodno - lądowe klimaty, zawsze darzyłam ogromną sympatią? Liman według definicji z encyklopedii: “płytki, słony zbiornik wodny, powstały w wyniku zatopienia przez wody morskie wylotu nadbrzeżnego jaru i odcięcia go od morza mierzeją. Limany są formą charakterystyczną dla wybrzeża Morza Czarnego, zwłaszcza dla okolic Odessy, gdzie do morza uchodzą przez limany liczne rzeki.” Jak tu nie pokochać limanów??

No i dzisiaj właśnie wokół jednego z limanów trochę pojeździmy! A dokładnie chodzi o Liman Dniestrowski.

Najpierw nad wodę postanawiamy zajrzeć w okolicy wioski Roksolany. Brzeg stanowią tu bardzo malownicze klify!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jakoś nie możemy znaleźć drogi zjazdowej na dół, więc zostawiamy busia na skraju pola uprawnego i schodzimy w dół betonowym kanałem. Kanał jest pusty i chyba dosyć nowy - w betonie jest wyryta data 2.08.2019

Obrazek

Tuptamy sobie wzdłuż żółto - pomarańczowych, gliniastych piramid.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Lokalna plaża.

Obrazek

Obrazek

Nad wodą pożeramy melona, którego wozimy już kilka dni i jest nieco przejrzały.

Obrazek

Spacer kończymy przedwcześnie, bo grzmi i idą chmury barwy dość ciemnej, a myśmy się skupili na zabraniu oprzyrządowania do obróbki melona, a od deszczu nic nie zabraliśmy.

Obrazek

Obrazek

Burzy jednak nie ma. Chmury się rozpływają i znów wyłazi słońce. Kolejnego zjazdu nad wodę szukamy za Owidopolem, gdzieś pomiędzy zabudowaniami dawnych kołchozów.

Obrazek

Brzeg tu jest wyjatkowo niski, a satelitarne mapy pokazują na nim jakieś zgrupowanie ruin. Czego to ruiny? To właśnie chcemy sprawdzić!

Mniej lub bardziej wyboiste drogi prowadzą ostro w dół.

Obrazek

Obrazek

Solidność betonowych płyt sugeruje, że miejsce było niegdyś bardziej używane niż teraz.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Napotkany rybak mówi, że to dawna baza pionierów, a teraz głownie służy pantballowcom. Hmm.. znajdujemy kulki z farbą, ale tylko dwie. Za to wszędzie wala się dużo łusek po różnej amunicji. Śladów farby na murach również brak.

Ruiny są już niezadaszone, zostały praktycznie same ściany...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Miejsce rokuje biwakowo, acz z limanami jest jeden problem. Limany zazwyczaj są dosyć brudne i kolor/konsystencja wody niekoniecznie zachęca do kąpieli.

Brzeg mają tu umocniony betonem ze śrubami.

Obrazek

Za wodą widać portowe zabudowania Biłgorodu Dnistrowskiego.

Obrazek

A także solidne mury twierdzy Akerman.

Obrazek

Jakaś wioska w oddali, przycupnięta na skraju urwiska...

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Kto mnie choć odrobinę zna, zapewne kojarzy moje nietypowe hobby - czyli umiłowanie i aktywne poszukiwanie ośrodków kempingowych czy hotelików z dawnych lat. Takich, gdzie czas zatrzymał się 50 lat temu. Takich jak krymska baza “Weteran”, baza artystów w bułgarskim Ahtopolu, baza Sokil pod Lwowem, mój ulubiony hotel w Artiku w Armenii, w gruzinskim Khoni, baza "Aist" w Obwodzie Kaliningradzkim albo “Mze” w Tbilisi. Tak… Jak widać na poszukiwania i łowy muszę już wyjeżdżać poza polskie granice.. U nas też próbuje, ale obecnie ciężko już coś fajnego wyszperać.. A nawet jak się znajdzie namiar, to się człowiek zwykle odbija od zamkniętej na kłódkę bramy czy odnajduje ośrodek po remoncie ociekający nowością…

Tym razem w jakiś zimowy wieczór przekopuję internet w poszukiwaniu atrakcji na czarnomorskim wybrzeżu, gdzie zamierzamy wyruszyć we wrześniu. Patrząc na mapy satelitarne - rzuca mi się w oczy dziwne miejsce w pododeskiej Zatoce. Wyraźnie wybija się z reszty otaczającego krajobrazu. Plaża i wydmy są pełne jakby bezładnie rozrzuconych, malutkich budek. I to na samym brzegu.. Jakby się komuś klocki z koszyka wykociły! Ki diabeł??

Obrazek

Miejsce, okazuje się być taką bazą, jakich wszędzie szukam. Stare domki kempingowe, patyna drewna, balkoniki, wszędzie wokół kupa zieleni i.. położenie praktycznie na samej plaży! Przebijam się przez 250 komentarzy lokalsów i już wiem! To jest miejsce dla bub! Trafia więc na główną listę wyjazdowych atrakcji!

Przez centrum Zatoki przejeżdżamy bez zatrzymywania. Ot klasyczny, nadmorski kurort, miejsca, jakich zwykle staramy się unikać. Boczna droga, przechodząca potem w mierzeje prowadzącą do Sergijewki, jest już mniej ruchliwa, a przez to i przyjemniejsza. Odnajdujemy naszą bazę. Na wjeździe szlaban i cieć , który nas informuje, że “wszystko już zamknięte. Dawajcie do mnie do domku, wezmę tanio..”. Cóż.. śmierdzi na kilometr! Jedziemy dalej. Przy domkach (które rzeczywiście robią wrażenie zamkniętych) kręci się jakiś facet. On potwierdza, że z wybiciem 1.09. wszystkie domki zostają nie tyle zamknięte, ale zaśrubowane na zimę. Że to nie tyle wymaga otwarcia kluczem, co jakiegoś specjalnego przyrządu otwierającego.. I dla 3 osób na 2 dni - to nikomu się nie będzie chciało otwierać. Z coraz smutniejszymi minami suniemy dalej… Wszystko wskazuje, że się nie uda… Buuuuu!! Dalej jest sklepik. Wchodzę. Babka za ladą potwierdza - wszystko zamknięte po sezonie. Babka oczywiście poleca nam jakieś kwatery. Ale my nie chcemy kwatery w mieście z prysznicem i wifi! Chcemy drewnianą budkę na plaży! Jeszcze kawałek dalej jest baraczek i drzwi są lekko uchylone. Zaglądam. Babka z facetem siedzą na żelaznej pryczy, wcinają popcorn, patrzą w telewizor - i chyba gdyby właśnie ufo wylądowało w Zatoce, to wprawiło by to ich w mniejsze zdumienie. Turyści z Polski? Po sezonie? Na naszej bazie? Okazują się być ekipą “zamykającą bazę”. No ale ogólnie sukces! tzn. taki połowiczny… Bo możemy zanocować w bazie, w drewnianym domku z dawnych lat.. Ale czwarty od plaży.. Dwa pierwsze są już zajęte (zresztą przez bardzo sympatycznych emerytów), trzeci ma uszkodzony dach, a tylko jeden rząd domków nie jest jeszcze zaśrubowany. Trzeba będzie przejść do plaży 20 metrów...

Obrazek

Bo my chcieliśmy taki domek!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No ale nie ma co narzekać - trzeba się cieszyć, że w ogóle się udało, biorąc pod uwagę nierokujący początek! Oto więc nasza chatka!

Obrazek

Obrazek

Chatynka ma wszelkie udogodnienia - sznurek na pranie i miednice, lodówkę na nasze nadpsute, ugotowane w busiu ryby, jest kotara w drzwiach, żeby komary nie leciały, kontakt, żeby naładować bateryjki, miotła, żeby wymiatać piach z pokoju. Co oni opowiadają, że “domek bez wygód” - toż tu są same wygody! I jeszcze grilla dostajemy!

Moje łózko jest jak druciany hamak. Nigdy takowego nie napotkałam. Sama wręcz nie umiem ocenić, czy ono jest wygodne czy nie... Napewno jest.. nietypowe! Jakbym leżała w siatce - wiem już co czuje baleron na haku! A to wnętrza domku. "Druciany hamak" stoi obok lodówki.

Obrazek

Ech… Tu jest to wszystko czego szukaliśmy! Drewniane werandy, cieniste ścieżki, zapach starego, wygrzanego słońcem drewna...

Obrazek

Obrazek

Wspominałam o kibelkach? Są takie “integracyjne” - bezdrzwiowe! :) A pod sufitem mieszkają nietoperze i jaskółki. Wchodząc więc wieczorem z latarka (ponoć jest prąd, ale nie wyczaiłam, gdzie jest włącznik) można się nieco zdziwić, że nie jesteśmy tutaj sami, a mamy nad głowami latające i skrzeczące towarzystwo :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Te umywalki zapadają mi w pamięć, bo gdy idę umyć zęby - to kąpie się w jednej z nich gromada jakiś ptasząt, takich wróblopodobnych. Na mój widok w ogóle się nie przestraszają, wręcz próbują mnie odpędzić np. jeden siada mi na głowie. Tłumaczę im, że są dwie umywalki, więc dla nich jedna, a dla mnie druga. Więc ostatecznie spokojnie myje zęby, a obok ptactwo się chlupie jak gdyby nigdy nic. Nie zrobiłam zdjęcia. Było juz zupełnie ciemno, a bałam się, że błysk flesza je przepłoszy.

Obrazek

Na samej plaży jest opuszczony budynek chyba dawnej knajpy. Z napisów na ścianach wynika, że latem często pełni funkcje darmowych noclegów i miejsca imprez w oparach konopi. Lubiany głównie wśród autostopowiczów. Pół godziny czytam ścienne wyznania! Lubie takie miejsca, gdzie ściany opowiadają swoją historię!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Codziennie ze dwa razy nad plażą przelatuje wojskowy helikopter. Leci bardzo nisko, acz czuć jego powiew. Ale zawsze jestem wtedy w kiblu albo akurat zwiedzam ruiny - więc dobrego zdjęcia nie udaje mi się zrobić...

Obrazek

W oddali zauważamy, że dalej też są domki! I to bardziej nadgryzione patyną niż nasz! Idziemy więc tam połazić. Na niektórych są różne napisy - nie wiem jak to nazwać? Plażowy regulamin? BHP? Takie życiowe - żeby dzieci pilnować, po pijaku nie wypływać daleko w morze, itp.

Obrazek

Obrazek

Niektóre mają tabliczki. Tu akurat "przeciwpożarowa". Ciekawe czy numer telefonu jeszcze działa?

Obrazek

Czasem ściany zdobią różne malunki.

Obrazek

Wokół cieniste ławeczki, stoliki, miejsca biesiadne. Wszystko tu zachęca do odpoczynku, zadumy, braku pośpiechu…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I wszechobecna zieleń. U nas zapewne by już wszystko wydarli do ziemi :(

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie wiem jak się mówi na takie drogi? Nadmorski deptak? :) Główna droga przez naszą bazę :)

Obrazek

Obrazek

Mijamy place zabaw o skrzypiących i z lekka podrdzewiałych sprzętach. Takie fajne, solidne, żelazne huśtawki czy drabinki jak pamiętam z dzieciństwa..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

To w sezonie chyba działa jako knajpa.

Obrazek

Obrazek

A tu sklepik. Też sezonowy, więc teraz zabity na głucho..

Obrazek

Obrazek

Stołówka...

Obrazek

Ścienne lamparty.

Obrazek

I lamparty lokalne. Sporo się tu włóczy gruboogoniastych sierściuchów! :)

Obrazek

Napotykamy też drugą stołówkę, która o dziwo jest otwarta. Zamawiamy barszcz, szaszłyk, domowe wino.. I napotykamy właściciela. I tu dowiadujemy się prawdy. Nie ma już jednej bazy “Zatoka”. Teren został podzielony między trzech dzierżawców. Pierwszą zawsze zamykają z końcem wakacji. Druga, to ta gdzie się osiedliliśmy. A tu jest trzecia.. I tu byśmy mogli wybrać jaki domek chcemy, choćby na samym piachu… No cóż.. Trudno… Tam już wszystko zaklepane.. Może jeszcze kiedyś? Właściciel wygląda nieco na Gruzina - i jeszcze ta czacza i szaszłyki w repertuarze dań ;)

Obrazek

Z obsługi jest jeszcze miła babeczka, która nam opowiada, że latem jest tu gęsto. Dziś tylko wiatr przewiewa opadłe liście, a ekipa znajomych właściciela wznosi toasty. Spokojna muzyka sączy się z głośnika stłumionego jak rozlewające się wśród zarośli światło…

Kabak tańczy. Cały czas, kiedy my jemy i popijamy winko - ona tańczy, wprawiając w zachwyt cała zgromadzoną tu ekipę. Jutro tu wrócimy. Bo jutro cały dzień planujemy spędzić w Zatoce.

Wieczorem wychodzę na ganek. Cykady drą ryja chyba jeszcze głośniej jak wczoraj w Sanżejce. Od strony centrum słychać dalekie dudnienie muzyki. Skoro nawet w tak dalekie peryferia docierają jej dźwięki, to jak jest TAM? I tam jest pełno kwater, pokoi na wynajem - i co? Ktoś sobie przyjeżdża na 2 tygodnie na wczasy i nie śpi? Bo dźwięki jak świdrów i młotów pneumatycznych umilają mu każdą noc?? I ci ludzie jeszcze za to płacą?

Na szczęście nasza baza kąpie się w mroku, ciszy i atmosferze dawno minionych dni..

Klimaty porannych plaż... W oddali widać jak do sieci na morzu podpływa rybacka łódka i zaczynają się jakieś prace. Długo obserwujemy, ale do końca nie wiem czy oni tą sieć próbowali wyciągnąć czy tylko poprawiali jej mocowania na palikach..

Obrazek

Obrazek

Handel obnośny kwitnie! Zabawnie to wygląda - wiadomo, że oni idą tez dalej, ale na tym kawałku plaży to sprzedających jest chyba więcej niż potencjalnych klientów!

Obrazek

Gdy sunę do kibla w moim moro kostiumie, mija mnie dwóch kolesi. Jeden trąca drugiego: “Ej, Dima, patrz! Mówiłem ci, że dziewuszki też walczą w Donbasie”. Prycham śmiechem, więc koleś kontynuuje: “Ej koleżanko - a po której stronie walczysz? Bo jak armia tak wygląda to ja się chętnie zaciągnę!”. Mówię im, że ja nie stąd, to nie moja wojna, więc się jeszcze nie zdecydowałam na wybór strony. Może coś doradzą? Chłopaki się śmieją, widać było, że bardzo luźno podchodzą do całej sprawy. Nie spytałam skąd byli, ale nie mieli emocjonalnego podejścia do zagadnienia... Rzadko spotykane podejście na obecnej Ukrainie…

Na plaży są też większe domy, jak jakaś opuszczona rybacka osada!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kawałek dalej przekracza się magiczną linie, granice innego świata. Bo tak wygląda “nasza” Zatoka....

Obrazek

Obrazek

A wystarczy przejść plażą kilkaset metrów i bum! Inny wymiar - ludny, hałaśliwy i obrzydliwy kurort jak wszędzie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co nas prowadzi w takie tereny? Ano mamy tam sprawę... Wszystko przez zdechłego krokodyla... ;) Mieliśmy pięknego krokodyla do pływania, zakupionego 3 lata temu w Bułgarii. Ale widać bułgarskie krokodyle do długowiecznych nie należą... I teraz, już od jakiegoś czasu poszukujemy następcy... Najlepiej różowego flaminga. Kabaczę sobie takiego wymarzyło.. Oczywiście flaminga szybko znajdujemy… a potem… potem było już tylko gorzej.. ;) Ja zobaczyłam rekina. Uśmiechał się do mnie i machał płetwą. A na koniec, już na samym końcu bazaru był… wąż gigant! Ot i tak się skończyła nasza wycieczka do kurortu.. ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sprzedawcy bardzo się śmiali, jak kupując flaminga, poprosiłam o kilka metrów sznurka. Nie mieli pomysłu o co mi chodzi. Jak im wyłożyłam, że flaminga uwiąże za szyje, żeby nie uciekł z falami z kabakiem na grzbiecie - to sznurek się zaraz znalazł! Po przygodach z krokodylem w Bułgarii to ja już wolę uważać! ;)

Dwie godziny w tłumie nieco nas zmęczyły. Wracamy na naszą stronę mocy! Tuptamy do naszej stołówki. Dziś jesteśmy tu sami. Jest już tylko szaszłyk i wino. Jutro zamykają. Trafiliśmy więc rzutem na taśmę w to urokliwe miejsce!

Obrazek

Wieczór...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Planujemy się też pobujać w hamakach na plażowych drewnianych konstrukcjach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dziś jest spory wiatr, wiec wszystkie flamingi trzeba zakopać do połowy w piasku, żeby nie odleciały. Fale (zwłaszcza te wsteczne, podwodne, które ciągną na pełne morze) są na tyle spore, że do utrzymania flaminga przydałby się łańcuch jak na krowę, a nie cieniutki sznurek! ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dziś jedziemy do Segijewki. Początkowo chcieliśmy jechać najkrótszą i najfajniejszą drogą - czyli mierzeją.. Ale miejscowi zdecydowanie wyprowadzają nas z błędu, jakoby busio miał szansę tamtędy się przedostać. “Trzy razy próbowałem tam przejechać ładą żyguli. A ona jest lżejsza. Tak mnie wciągnęło, że dwa traktory nie mogły mnie wyrwać. Wam tego busa to czołgi chyba będą wyciągać”!

Ponoć na fragmencie mierzei nie ma drogi, jedzie się piaszczystą koleiną albo plażą. Terenówki jeżdżą zazwyczaj tym pasem, gdzie biją fale, bo tam jest najbardziej twardo. Ale dla busia pełna piachu plaża jest drogą raczej nie do pokonania.. Jedziemy więc naokoło...


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Odrobinę oddalamy się od wybrzeża, aby ominąc nieprzejezdne dla nas mierzeje i limany. Po drodze mijamy wioskę Bilenke. Tu jeszcze uchował się Dom Kultury im. Lenina! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sergijewka to szerokie ulice i dużo zieleni. I jakoś tak bardzo płowo… I przestrzennie. Jakby wziąć normalne miasto i … wszystko rozstrzelić, rozepchać, rozrzucić na boki. I pusto.. Atmosfera kurortu po sezonie to mało powiedziane.. Po pustych ulicach przechadza się (acz nie wiem czy to słowo tutaj pasuje…) bardzo dużo osób na wózkach inwalidzkich. ⅔ mijanych osób jedzie na kółkach.. Chyba muszą tu mieć jakieś swoje sanatoria? Ciekawy jest patent jednego z wózków, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Napęd ręczny - coś jakby kijki narciarskie. To ma moc! Chyba dużo lepsze niż kręcenie za koła czy ręczny rowerek. Babuszka w tym pojeździe wyprzedza wszystkich, nawet jadącego busia! Dziury wymija slalomem, na gębie ma banan od ucha do ucha, a na kolanach trzyma puszystego kota!

W miasteczku rzuca się w oczy też wiele niedokończonych budynków. Tak jakby hoteli i sanatoriów miało tu powstać więcej, ale coś w jednym momencie bum! i przerwało wielką rozbudowę… Większość to spore gmachy!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Acz są też mniejsi reprezentanci zabudowy, którzy podzielili losy molochów…

Obrazek

No i oczywiście nasz, dawno już wypatrzony w internetowym świecie, wieżowiec…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dziś jest silny wiatr, więc budynek wydaje przedziwne dźwięki i jęki potępieńcze… Wyje powiewającymi blachami i dyktami wyrwanymi z elewacji. Cienkim głosem śpiewają powiewające żaluzje, które wyszły z okien, widać postanowiły wybrać jednak wolność..

Obrazek

Obrazek

Zaglądamy do środka.. Korytarzem toczy się blacha, dwa na dwa metry… Pcha ją przeciąg? Bo dmucha przez wybite okna? Ale niby tutaj wydaje się być zacisznie… Nie mam ochoty znaleźć się na drodze blachy, chowamy się w bocznym pokoju.. Blacha spacerkiem oddala się w stronę ciemności... Pierdzielę takie zwiedzanie! Te spacerujące blachy mi się zdecydowanie nie podobają… W wahaniu utwierdza mnie jakiś upiorny łoskot na schodach powyżej. Czy to coś żywego? (czy już nie? ;) Czy niesione podmuchami kolejne materiały budowlane? Jedno jest pewne - spadamy stąd. Takie zwiedzanie mnie jakoś nie kręci!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Poza tym - znajomi byli tu na wiosnę i na ich filmie dokładnie pooglądałam wnętrza. Wszystko wypatroszone... I na dach nie da się wyjść.. Jakby ktoś był zainteresowany wnętrzami wieżowca to TUTAJ: jest wspomniany wyżej filmik.

Obchodzę wieżowiec dookoła. Zaglądam do kilku mniejszych budynków, ale przylegających.

Obrazek

Obrazek

Stosy abażurów, rozwleczone dokumenty, podarte kasetony.. I wciąż ten śpiew wiatru na wysokościach..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Za stepową łąką stoi szaro - brunatne blokowisko. Wyrasta prosto z pola!

Obrazek

Idziemy na widoczny na horyzoncie cienki pasek mierzei. Tam jest otwarte morze. Stały ląd dotyka tylko do błotnistego limanu Budackiego.

Obrazek

Obrazek

Niektórzy się tym błotem nacierają. Wygląda na to, że jest lecznicze..

Obrazek

Obrazek

Też rozważamy, ale jak my się potem z tego doszorujemy mokrą chusteczką i butelką mineralki?

Liman zamieszkują wyjątkowo duże i tłuste meduzy. I w dużej ilości!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na mierzeję prowadzi kładka. Tak to malowniczo wygląda z powietrza.

Obrazek

Na miejscu okazuje się jednak, że to nie kładka a bardzo solidny most. Cóż… na chybotliwe kładeczki trzeba będzie jeszcze poczekać!

Obrazek

Most ma w “podłodze” okrągłe dziury, dość regularnie rozmieszczone. Widać przez nie wodę. Wszyscy miejscowi wędkarze łowią przez te dziury. Widać ryba z jakiś powodów gromadzi się pod mostem?

Obrazek

Obrazek

Mierzeja jest dość ludna i hałaśliwa, zmywamy się po 5 minutach. Pewnie jakby odejść daleko w prawo czy w lewo to by było fajnie.. Ale trochę nas goni czas, słońce już wisi fest nisko, a my mamy upatrzone miejsce na biwak kawałek stąd.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przez liman pływają stateczki - jak się komuś znudzi łażenie mostem. Nie ma opcji, aby sobie odmówić skorzystanie z takiego pływadła! :)

Obrazek

Obrazek

Widoki z jego okien na miasto w oddali..

Obrazek

Woda bryzga, silniki wyją, liny skrzypią...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pachnie wodorostem, rdzą, drewnem ze starego kutra... I wiatrem.. I rybą... I ciepłym wieczorem w kurorcie, który ostatecznie okazał się nie taki do końca opustoszały...

A głośnik zapodaje nieco upiorną piosenkę o marynarzach. Piosenka jest zapętlona, więc słuchamy ją kilkanaście razy. A może dwadzieścia kilka?? Na tyle dużo, że gra mi we łbie jeszcze kilka dni. I ni cholery nie mogę jej stamtąd wykarczować. Czy idę do kibla, czy patrzę w mapę, czy układam się do snu - cały czas, chcąc nie chcąc, nucę ją sobie pod nosem... Jakby ktoś miał ochotę wczuć się w klimat tej części relacji - a i tego co będzie później - proponuje sobie włączyć do posłuchania. I koniecznie zapętlić ;) PIOSENKA: :D

Kabaczę jest zachwycone, całą drogę tańczy, wprawiając w zachwyt lokalnych kuracjuszy. Jakiś koleś to nakręca komórką. Może więc nasze dziecię będzie gwiazdą jakiegoś wschodniego youtuba! ;)

W Sergijewce odwiedziliśmy dziś jeszcze jedno miejsce. Ale o tym będzie później. To miejsce zasłużyło na osobną relację - dedykowaną wyłącznie jemu! Cóż... niecodziennie bywa się w BAJCE :)

Biwaku szukamy w okolicach Kurortnego. Szukamy tam jeszcze sklepu, ale jakoś to nam nie idzie.. tzn. znajdujemy trzy, ale wszystkie “zamknięte po sezonie”. Jest za to namiotowa knajpa, gdzie jest barmanka - niemłoda już niewiasta i trwa specyficzne karaoke. Nieco podchmielony dziadek wyje do mikrofonu jakieś posępne acz klimatyczne pieśni - ni to cerkiewne, ni to rewolucyjne… Czasem wychodzi mu nieźle, acz momentami to aż skóra cierpnie na karku od zaśpiewu o melodii zdychającej piły łańcuchowej… Grupa czterech młodzieńców o identycznie wytatuowanych oczach też tu przyszła szukać alkoholu… Ot cała Kurortna menażeria.. Dziadek meloman, który nie chce zejść ze sceny.. grupka recydywistów, którym brakuje 200 hrywien, ale podobnie jak dziadek mikrofon, oni też już trzymają za szyje wybrane z lodówki butelki. Zarówno dziadek jak i oni wpadają w zachwyt na widok mojej marynarskiej koszulki zakupionej na bazarze w Zatoce. Cmokają radośnie, że “baba, ale wie jak się ubrać”. Snują jakieś dyskusje o grubości paseczków, odcieniach ich błękitu i ilości “s” w nazwie obwodowego miasta. No bo to jedno “s” więcej lub mniej - jest tu w pewnym sensie polityczną deklaracją… Jak to czasem jakiś niuans dla przybysza, a dla miejscowych znaczy nadpodziw dużo. Na szczęście trafiam tu na samych miłośników “s” podwójnego, więc w gębę nie zbieram ;) Dopytują, szczerzą zęby (albo miejsca, gdzie teoretycznie te zęby powinny się znajdować ;) i na tyle wytrąca ich to z równowagi, że tracą moc uchwytu. Sprytna barmanka wykorzystuje tą pomyślną dla siebie chwilę i bez problemu wyciąga im ze sflaczałych dłoni butelki i mikrofony. Puszcza do mnie oko: “Słuchaj, to piwo masz na koszt firmy, dupe nam uratowałaś! A! I jeszcze nie wspomniałam, że w kącie knajpy siedział zagraniczny ponoć turysta. Ale na tyle wspomógł już budżet owego przybytku, że zapomniał z jakiego kraju przyjechał. Barmanka ciągnie mnie do niego: “Zagadaj coś, może ty wyczaisz w jakim języku on mówi? Bardzo nas to ciekawi!” Próbuję.. Acz moim zdaniem obecnie jest to język zdecydowanie międzynarodowy - tych co nieco przedawkowali płyny: “ablphfff” bukhwwww”. Przed knajpą na środku drogi leży dość wypaśny rower z sakwami. Mam przypuszczenia, że to jego.. Chowamy z babeczką rower do środka. Koleś nie wygląda jak ktoś, kto o własnych siłach miałby dziś opuścić namiot. Barmanka wzrusza ramionami: “No to będzie dziś tu spał. Na stole lub pod. Nie wygląda groźnie. Latem to nie takie akcje tu bywały….”
Wychodząc oczywiście śpiewam pod nosem piosenkę ze stateczku. Nie wiem jak to działa, ale to się odbywa jakoś zupełnie bez udziału mojej woli! Po prostu zapomnę o tym na chwilę i już mi się samo śpiewa: "budu lieżat na dne okeana w mirie bezzwucznoj krasatyyyyy...". Babeczka za mna biegnie: "Diewuszka, może chcesz wystąpić na naszym karaoke? Dobrze ci idzie! Dawaaaj" - ciągnie mnie za rękę w stronę namiotu. Cóż... Nie wiem czy bardziej zarzynam słowa czy melodie, może jednak dziadek nie był dzisiaj najgorszym wykonawcą??? :) Mój występ dopasowałby idealnie do klimatu tego miejsca i jego poziomu artystycznego! :D Ale jednak się nie decyduję... Jakaś chyba jednak wstydliwa jestem... Tłumaczę babce, że nawet jak ona znajdzie gdzieś tekst - to ja pewnie nie nadążę z czytaniem z ekranu... Patrząc z perspektywy czasu - może szkoda??? Może jednak trzeba było? ;)

Piwo mamy, ale miejsce biwakowe za wsią jakoś nas nie urzeka. Totalna patelnia, wygwizdów, nie ma ani krzaczyny! Ze wsi nas widać, wiatr hula, nawet do kibla nie ma gdzie iść..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jedziemy dalej szukać szczęścia...

A mnie piosenka o marynarzach nie opuszcza... "Na bezkrajnem marskom prastorie swietjat zwiozdami majakiiiiiii!!!!" Toperz obiecuje mi, że jak zaraz nie przestanę to mnie wysadzi w środku stepu ;)


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Większość placów zabaw jest strasznie powtarzalna. Huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica, drabinka, koniec. Niezależnie czy to nowe, ponoć super bezpieczne odlewy z badziewnego plastiku z certyfikatem UE i tysiącem regulaminów, czy solidne, masywne, żelazne zabawki z czasów naszego dzieciństwa (te, które obecnie modne jest twierdzić, że zjadały dzieci na surowo.. ;) Jedne i drugie są/były pisane przez kalkę.. Widziałeś jeden - widziałeś wszystkie. Acz w każdej dziedzinie zdarzają się perełki. Zdarza się powiew fantazji, która nadaje życiu smak. I jednemu z takich miejsc pragnę poświęcić dzisiejszą opowieść. Miejscu, które może cię zachwycić, oczarować, rozczulić, przerazić czy zniesmaczyć. Miejscu, do którego będziesz chciał wracać albo poczujesz, że lepiej by było go “odpamiętać”. To zależy od twojego podejścia do świata, przekonań i wpojonych lub wrodzonych gustów artystycznych ;) Jedno jest pewne - jak zobaczysz to miejsce - to go nie zapomnisz. W morzu otaczającej nas unifikacji, ujednolicenia, odlewania z jednej sztancy - takie miejsce po pierwsze dziwi. Że komuś się chciało….

A może z jego powstaniem wiąże się jakaś malownicza historia? Niestety nie udało mi się dopytać ani w inny sposób dokopać informacji - kto jest twórcą tego miejsca, dlaczego powstało akurat tutaj, czy z którego dokładnie roku obiekt pochodzi. Czym się kierował artysta, że zaaranżował to akurat tak? Tyle jedynie wiadomo, że miejsce powstało jeszcze w radzieckich czasach. Położone jest pomiędzy dwoma bazami wypoczynkowymi dla dzieci czy innymi ośrodkami szkoleniowymi dla pionierów. I chyba im miało głównie służyć. Spotykane tam postacie nie są wytworami fantazji twórcy - są to postacie ze starych bajek. O kilku z nich opowiadają nam miejscowi - więc w tych momentach przytoczę ich opowieści i wyjaśnienia. W żaden sposób ich nie weryfikowałam, więc z góry przepraszam jeśli zaszły jakieś pomyłki.

No ale zacznijmy od początku. Na początku jest brama i napis “Witamy w bajce”. W bajce sprzed lat… Wiadomo więc, że nie będzie to dzień jak codzień. Jednak niecodziennie trafia się do bajki ;)

Ten gigant na wejściu - w pasiastych rajtuzach, czerwonej krawatce jak rasowy pionier, trzymający się za pas jak kowboj w samo południe - to ponoć Guliwer.

Obrazek

Wchodząc do bajki trzeba mu zajrzeć pod spódniczkę. To już od początku ustawia klimat całości zwiedzania :) A dalej.. dalej to już będzie tylko lepiej! :)

Mur okalający teren parku pokrywają płaskorzeźby - smoki, jednookie potwory oraz elementy wodne - złote rybki, delfiny... I jak przystało na Sergijewke - meduzy też są, a jakże!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niektóre rejsy na żaglowcach nudne nie były!

Obrazek

Ufoludki? Roboty?

Obrazek

Teren parku jest chłodny, cienisty… Są tu drzewa! To pierwsze co odróżnia to miejsce od dzisiejszych placów zabaw, które są zawsze nasłonecznioną patelnią, z wyrwaną do ziemi roślinnością..

Kawałek dalej jest wielki, brodaty łeb. Ponoć to Czernomor z poematu Puszkina. Można mu wejść w czeluście otwartej paszczy.

Obrazek

A co w środku? Ano zjeżdżalnia! Nieco nadgryziona zębem czasu, więc nad jej przystosowaniem do klasycznego użytku trzeba by trochę popracować. Z racji na rdzę jest na tyle mało śliska, że można użyć jej do wspinaczki na butach. Warto mieć latarkę - bo w brzuchu brodacza jest ciemno.

Obrazek

Obrazek

Kolesiowi można również wyjść na kapelusz. Po drabince, na drewniany mostek, który wije sie wokół całej czapki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obok znów kusi ciemna jama. To dla odmiany skamieniałe, dziuplaste drzewo. Z kogutkiem na szczycie i jakąś Babą Jagą nabitą na jedną z gałęzi.

Obrazek

Wnętrza solidnie wzmocnione - zadbali, żeby to się na łeb nie zwaliło.

Obrazek

Na Babę Jagę nie udaje się wdrapać, trzeba się zadowolić kotkiem.

Obrazek

A tu huśtawki. Wersja najprostsza. Bezsiodełkowe. Samo żelazo. Póki złomiarz nie przyjdzie z palnikiem - można uznać za prawie niezniszczalne.

Obrazek

Tu zamek. Na wejściu - scenka rodzajowa. Gdy się przyglądaliśmy owej płaskorzeźbie - jakaś wrona nagle zakrakała. Aż żeśmy podskoczyli! “Czy to ta z obrazka?” - zapytał kabak.. Pan pod muchą z lekka się uśmiechnął. Kurde! Głowę bym dała, że jeszcze chwilę wcześniej miał twarz poważną! Dobrze, że lew był zajęty i nie zaryczał - ryk lwa w tym miejscu - to byłby nadmiar szczęścia! ;)

Obrazek

Wzrok czujemy również na plecach.. Ot.. taki melancholijny wzrok, patrzący gdzieś w przestrzeń, gdzie pozornie nic nie ma… ;)

Obrazek

A ta specyficzna ławeczka to ponoć “Żelazny Rycerz" Tilly Willy z książki Wołkowa “Żółta mgła”.

Obrazek

Kabak sugeruje, abyśmy przy nim dłużej poczekali. “Mi się wydaje, że on zaraz zmieni rękę, którą się podpiera!”. Wszystko ładnie pięknie - tylko co on wtedy zrobi z zawartością tej pierwszej ręki????? ;) Czy ten uśmiech coś sugeruje???

Obrazek

W razie deszczu ośmiornica zaprasza pod swoje skrzydła, tfu macki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Alternatywą jest dziadek i jego grzybek. Też zaciszne miejsce. Lepiej spędzić burze w objęciach ośmiornicy czy dziadka??? ;)

Obrazek

Nawet kibelki - wychodki udekorowano tu bajkowo!

Obrazek

Obrazek

Jest też krokodyl! Szczerzy zębiska z prawdziwych gwoździ! Dobrze, że się zajął piłką - to chociaż przechodnia w kostkę nie upali!

Obrazek

Obrazek

Tak samo jak dinozaur! Pazury z prawdziwych prętów!

Obrazek

Obrazek

Na pokrytym łuską ogonie...

Obrazek

Obrazek

Ten koleś chyba coś przeskrobał.. Albo po prostu nie miał szczęścia w życiu??

Obrazek

Staramy się go choć odrobinę pocieszyć!

Obrazek

Obrazek

Zawsze chciałam pojeździć na słoniu! Ot - takie marzenie jeszcze z czasów dzieciństwa... Tu miejsce ku temu bardzo dogodne - raz, że nie trzeba jechać w dalekie kraje, a dwa, że się żaden obrońca zwierząt nie czepi. Choć szlag wie? Z nimi to różnie bywa ;) Może akurat różowe słonie są najrzadsze i najbardziej chronione? ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu kiedyś chyba była fontanna? Albo chociaż sadzawka? A trójgłowy smok był strażnikiem tego miejsca?

Obrazek

Obrazek

Woda płynęła i bocznymi kanałami - rybkom więc było tu dobrze!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widziałam na chodniku ciśnięte opakowanie po środkach odurzających. Już wiem, kto z nich korzystał! :)

Obrazek

Nad tym czołgiem pracował chyba jakiś pacyfista. Widać, że czołg - ale nie ma lufy! Ale ma za to ażurowy tunel, który łączy go z rakietą! Rakieta ma również kilka poziomów do wspinaczki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trzy szczeżuje! Która najstraszniejsza??? :)

Obrazek

I dla miłośników kolei coś się znajdzie!

Obrazek

Tu ciągle gra muzyka!

Obrazek

Obrazek

Misiek o chwiejnym kroku i wzroku pełnym wczorajszych przygód! ;) A może dziabnął to samo co trójgłowy smok z fontanny?? ;)

Obrazek

A tu chyba coś poszło nie tak.. ;) Zwierzątka masowo suną do lekarza!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ten chłopiec chyba będzie następny w kolejce.. Może nie udało mu się uciec przed krokodylem gwoździozębnym? Mimo pomocy latającej gęsi...

Obrazek

Obrazek

I kolejne scenki z różnych bajek...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Są i elementy edukacyjne. Zasady ruchu drogowego. Uciekając przed goniącym cię dinozaurem czy mackami meduzy - nie wpadnij pod auto ;)

Obrazek

Park rzeźb był odnawiany w 2018 roku przez lokalnych aktywistów, którzy postanowili mu dodać nieco kolorów. Nie jest więc tak zapomniany czy opuszczony jak mogłoby się z pozoru wydawać...

Ludzie mówią, że to miejsce jest psychodeliczne. Twierdzą, że jest upiorne, że jak z horroru, że pewnie tu straszy w mgliste noce, a dzieci jak to zobaczą - to będą miały nocne koszmary… Mnie to miejsce wydało się przyjazne i wesołe. A przede wszystkim niezmiernie ciekawe - raz przez swoją oryginalność, a dwa ze względów praktycznych. Ile czasu dzieci mogą się tu bawić wymyślając kolejne zabawy? I to dzieci starsze, niekoniecznie pieluchowce suwające kuprem po ziemi, którym do szczęścia wystarcza łacha piasku dwa na dwa.… Choćby sama zwykła zabawa w chowanego nabiera tutaj rumieńców. Wiem - bo się bawiliśmy! :) Spędzamy tu około 3 godzin. Kabaka nie można wyrwać. Skubana próbuje się chwytać różnych metod... ;) “Mamusiu! Zobacz - to super miejsce na biwak! Tu postawimy busia, tu rozpalimy ognisko. Tu się będziemy chować jak popada deszcz. Zostańmy tu dziesięć dni.” Dziesięć jest ostatnio synonimem “dużo”. Nie ma się co dziwić małemu kabaczęciu. Ja wpadam w szał zachwytów chyba po stokroć jeszcze bardziej ;) A wydawałoby się, że z fascynacji placami zabaw powinnam była już dawno wyrosnąć ;)

I pytanie, które będzie padać jeszcze wiele razy - “Mamo, czemu nasze place zabaw są takie nudne?” I cóż ja mam odpowiedzieć dzieciakowi? Chyba jedynie to - że ja też sobie zadaję to pytanie... I ono, póki co, pozostaje bez odpowiedzi...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Cel na dziś - Lebiediwka. Kolejna nadmorska miejscowość, kolejna mierzeja... Początkowo mamy w planie odwiedzić miejsce podpisywane na mapach jako “Mys Burnas” i “namiotowe miasteczko”.

Droga za miejską plażą, oględnie mówiąc, nieco traci na główności - tzn. piach zaczyna być do pół koła.. Gdy właśnie rozważamy czy brnąć dalej (mamy trapy - to może wyjedziemy?) jakiś koleś prawie na szczupaka wskakuje nam pod maskę.. “Wy ochujeli”?? - takim oto międzynarodowym pytaniem, sugerującym sporą dezaprobatę co do naszych zamierzeń, wita nas facet prawie już wiszący na lusterku ;) “Kto wam tą krowę stamtąd wyciągnie?? A??? Lepiej nie ryzykujcie! Szkoda kasy i nerwów!” Chwilę później od strony mierzei sunie sapiąc niewielki traktorek, a za nim na sznurku dynda jakiś tłusty SUV. Nosz kurde.. Traktorek zostawia balast na twardej (w miarę) drodze i wraca w stronę mierzei.. Po następnego jedzie? Koleś, który chwile wcześniej nam wisiał na lusterku, kiwa głową - jakby słyszał moje myśli: “Tam jeszcze pięciu brzuchami w piachu siedzi, kilka km stąd, psia ich mać. Jakby drogą jechali to by dali radę.. Ale nie.. Kozaki.. Kołami do morza musieli.. A tam… lotne piaski! bagienko!” “I co towarzysze Polaki? Jak dalej chcecie tam jechać to od razu dajcie mi 1000 UAH, bo powrót tyle kosztuje.. Ale lepiej zostańcie tu… I tak ich wszystkich nie wytargamy przed zmrokiem.. A wy… to nam jeszcze drogę zatkacie… Wy juz na drodze ugrzęźniecie...” Hmmm… zaświtało mi w głowie, że mu powiem, że damy mu 2 tyś, ale niech nas zaciągnie tam i rano z powrotem! ;) Byłaby przygoda, byłby nocleg na mierzei… ;) Ale może szkoda i kasy, i busiowego brzuszka?

Tam gdzie można dojechać twardą drogą jest totalnie do bani.. Jakoś nocować tu się nam nie uśmiecha... Ludzie, śmieci, stada dzikich psów. Choć sama plaża ma swój klimacik z wozem mieszkalnym, wojskowym kontenerem, betonowym tarasem i żelaznymi konstrukcjami…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieś tam w dali majaczy kraina lotnych piasków..

Obrazek

Nagle rzuca się nam w oczy pewna rzecz.. Tu się kończy niski morski brzeg, a zaczyna stroma skarpa, która jak widać - im dalej tym rośnie.

Obrazek

I jakoś w tamtą stronę ciągną sympatyczni ludzie.. Przemknął jakiś koleś na rowerze - w dredach tak długich, że mu się prawie w szprychy wkręcały. Poszła jakaś parka w zwiewnych, kolorowych fatałaszkach, z chyba stulitrowymi plecakami, owiana aromatem konopnego dymu… Tam również skręcił jakiś Mołdawianin w aucie skleconym na bazie łady chyba z zawartości całego szrotu! Nie miał dwóch części auta w tym samym kolorze. Pył tylko podniósł się spod jego kół, gdy pokonywał jakiś głęboki wąwóz… Zaleciało klimatem dzikich plaż i wolnych ludzi… Jak żywa stanęła przed oczami krymska Lisia Buchta! Kto był - to wie o czym mówię :) Ech… nieodżałowana Lisia Buchta… Czy kiedyś otworzą tą granicę, by znów można tam pojechać??

Droga w wybranym kierunku zaprowadza nas na rozległą polanę - patelnię z napisem “kemping”. Sterczą tylko latarnie.. Sympatyczne ekipy rozpłynęły się w powietrzu.. Nieciekawie.. Ale właśnie się ściemnia, więc chyba na owym kempingu przyjdzie nam zostać.. Idę jeszcze do kibla, w pobliskie zarośla.. Zarośla okazują się być całkiem sporym akacjowym lasem na skraju klifu! A im dalej w las… tym więcej hipisowskich biwakowisk! :) Snuje się zapach ognisk, kadzidełek, suszonych ziół i rozszalałych morskich fal bijących w stromą skarpę. W odległej dali morze zdaje się być spokojne, równe jak tafla..

Obrazek

Równe jak od linijki nasadzenia akacjowych drzewek, namioty, hamaki, ręcznie pozbijane stoliki, "łapacze snów"… W świetle latarki odkrywamy kolejne konstrukcje artystyczne z szyszek, kamyków i muszelek.

Obrazek

Obrazek

Czy myśmy trafili do raju? :) Jeszcze chwile wcześniej wypowiadane z przekąsem na tym nibykempingu “musimy tu zostać” - zmienia się w “zostajemy tu 3 dni!!!!”. Jak to mówią - trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno! A już myśleliśmy, że jesteśmy w czarnej d...!

Ide z kabakiem na rekonesans po okolicy. Może kogoś spotkamy, drewna nazbieramy, może zejście na plaże znajdziemy? (dojście do wody nie jest oczywiste, wszędzie ciągnie się pionowa skarpa “tylko dla orłów” ;)

Spotykamy w ciemnościach przemiłą ekipę ze Lwowa. Zagadują nas - czy wściekły jamnik, który się wszystkim rzuca do kostek, nie jest przypadkiem naszym psem? ;) Zabawnie się tak zapoznaje z ludźmi w totalnej ciemności, zupełnie nie widząc ich twarzy. Nie wiesz jak wyglądają, nie wiesz w jakim są wieku.. Jest tylko jakiś zarys cienia i głos wyłaniający się z otchłani mroku.. Oni chyba idą bez latarek, a moja… hmmmm... już od kilku dni sobie powtarzam, że muszę wymienić baterie ;) Zaczęło się od jakiegoś psa, a kończy na półgodzinnych wspominkach z krymskich plaż nudystów, wymianą internetowych namiarów i zawiłymi wyjaśnieniami co łączy fejsbukowego Tytusa ze zbutwiałym drewnem opuszczonych karpackich wsi ;) Jak się poznaliśmy w namacalnej ciemności - tak się i żegnamy. Każdy odchodzi w stronę własnych spraw. Zobaczymy się, tzn. spojrzymy sobie w oczy... dopiero… w internecie… ;) Dziwny jest czasem świat!

Ognisko wśród pogiętych konarów akacjowych drzewek…

Obrazek

W nocy, gdy już śpimy, budzi mnie dziwny dźwięk. Jakby ryk. Takie “Yyyyyyyyy””” Niedźwiedź? Yeti?? Takie tubalne, głębokie “Yyyyyyy”, jakby gdzieś spod ziemi, jakby z piwnicznych echem.. Acz podskakuję z przerażenia i wyglądam przez okno. Nikogo nie ma… Toperz obudził się w tym samym momencie. Ryku nie słyszał. Obudziła go silna wibracja - jakby cały busio się trząsł. Oparł się ponoć na ręce i aż nim zakołysało. Dźwięków żadnych nie odnotował. Tak jak jak wibracji… Nie wiem co to było. Czy klif uderzany falami chciał się zawalić, ale w ostatniej chwili się jednak rozmyślił? Albo mają tu jakieś mini trzęsienia ziemi??

Poranek utwierdza nasze skojarzenia z Lisią Buchtą. Ten sam klimat hipisowskich plaż.. Nadmorski Woodstock - acz nieco przerzedzony po sezonie :) Idziemy połazić. Akacjowy lasek ciągnie się daleko, chyba aż po Mikołajewkę... Wszędzie snują się ogniskowe dymy, rozsiewając zapach pieczonych ziemniaków, kiełbasek czy innej strawy gotowanej w wielkich kotłach. Towarzystwo międzynarodowe - Mołdawianie, Białorusini, kilka ekip z Naddniestrza. Zabawnie - bo wychodzi na to, że Ukraińcy są w tym miejscu w mniejszości! Wszędzie jakieś fajne naklejki i napisy na autach, spośród których to busio jest chyba jednym z młodszych. Powiewające pranie.. Hamaki, jurty, czumy, brezentowe namioty sprzed lat.. Kolorowe malowidła i konstrukcje z konarów, szyszek i ziół. I taki klimat, że każdy z każdym rozmawia, zagaduje, uśmiecha się i wita jak ze starym znajomym, przychodzi po pomoc czy poczęstować, tym co akurat niesie w ręce.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Są też ciekawe ogłoszenia przyklejone na drzewach. W pierwszym momencie rzuca mi sie w oczy słowo “miód” i nr telefonu. Więc pewnie ktoś chce sprzedać? Albo kupić? Otóż nie.. Napis głosi “Kto zapomniał miodu”. Zatem ktoś znalazł miód w krzakach i chce oddać?

Obrazek

Widać, resztki letnich długoterminowych biwakowisk.. Kibelki…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Łazienki…

Obrazek

Obrazek

Zadaszenia...

Obrazek

Zejście na plaże też wygląda jak miejscowa inicjatywa oddolna. Schody wyryte, czy raczej wydłubane w urwisku. Jak tunel przez jakieś starożytne skalne miasto! Cudo! Taki ciemny, cienisty, chłodny korytarz, prowadzący z upału o zapachu lasu - w upał o zapachu morza... I te podświetlone słońcem żółto - pomarańczowe skały!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Plaża to też dużo powiedziane. Dziś morze na tyle szaleje, że fale sięgają aż po klif. Więc kwestia istnienia "plaży" jest taka nieco umowna ;)

Obrazek

Obrazek

Mają tu oficjalną plażę nudystów, kawałek stąd za załomem skały. Dziś ciężko dojść - fale odcinają drogę. My byśmy się pewnie i przedarli, ale kabaka nam zmyje.. Acz dziś jest tu tak pusto, że plaża nudystów może być chyba wszędzie. Nawet na biwakowisku, między namiotami, wielu ludzi ma w zwyczaju paradować bez zbędnych fatałaszków ;)

Co ciekawe - musieli mieć chyba jakieś problemy ze stadami “zgorszonych” bo wisi tabliczka ostrzegająca. Że “zanadto cnotliwi” iść dalej nie powinni, bo ich czeka “piekło”. Bo na “gołych plażach tylko goli ludzie”. A wszystkich "wolnych duchów" oczywiście zapraszają! :)

Obrazek

Obrazek

Jest tu również ciekawa forma “księgi gości”. Ludzie czesto lubią się podpisywać - czy w specjalnie przygotowanych ku temu zeszytach, czy na ścianach, teoretycznie o innym przeznaczeniu. Widziałam podpisy węglem, markerem, sprejem, wydrapane nożem czy wypalone ogniem. Ale po raz pierwszy widzę napisy… z muszelek, powciskanych w ścianę klifu!!!!!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

To brzmi jak wyzwanie! :) Pewnie pierwszy sztorm wszystko zabierze - ale ile radości z tworzenia! :D

Obrazek

Obrazek

Popołudniem idziemy sobie jeszcze do knajpy w miejscowości. Na rybkę, a jakże! :)

Obrazek

Obrazek

Odkrywamy też, że nieopodal jest bardzo przyjemna baza domków kempingowych!

Obrazek

Taka jak trzeba, cienista, o aromacie starego drewna. I jeszcze te owce! :) U nas to człowiek szuka, szuka i nie może znaleźć - czy odpowiednio klimatycznego biwakowiska, czy takich baz.. A tu? Jedno na drugim… Klęska urodzaju! :) Żal bazy, ale to biwakowisko jest tak urocze, że wygrywa! Gdzie indziej sobie użyjemy na domeczkach z dawnych lat!

Wieczorem jeszcze troche walczymy z latawcem. Skubaniec nie chce współpracować! Wiatr chyba strasznie wiruje, bo co nam podleci - to wpada jakby w wiry, w małe trąby powietrzne, które biedakiem zaraz bęc! o ziemie...

Obrazek

Na drugi biwak przestawiamy się w inne miejsce.. W tym samym akacjowym zagajniku, ale 100 metrów dalej. Wczoraj po zmroku wybraliśmy miejsce niezbyt szczęśliwie - na ścieżce, którą wszyscy chodzą do kibla. Raz, ze ciągle nam ktoś właził w ognisko - a dwa, że jednak nieraz zalatywał zapach niekoniecznie morskiej bryzy ;)

Dziś stajemy bliżej skarpy. Pomiędzy krzaczki busio wtula kuper. Przesuwne drzwi to jest świetny patent! Masz gałąź 5 cm od drzwi, a i tak je otworzysz! Ktoś pomyślał!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kabak znajduje w krzakach łuk!

Obrazek

Oczywiście musi strzelać tak - że strzała upada na sam skraj skarpy. Czy wszystkie dzieci tak mają, że urwisko je ciągnie jak magnes?

W nocy wiatr się wzmaga, więc nieco z niepokojem patrzę na naszą skarpę.. Do skraju mamy z 20 metrów.. Lokalsi póki co nie uciekają, a nieraz stoją jeszcze bliżej krawędzi. Chyba przez noc się nie obwali…

Będzie za to widok na podświetlone księżycem morskie fale. Ciekawe jest bardzo, że nocą fale mają inne brzmienie niż w dzień. Zwłaszcza takie w księżycowym blasku rozbijające się o klif. W ich huku - jakby ktoś rozmawiał, jakby nawoływały się ludzkie głosy? Jakby skrzypiały drzwi albo nienaoliwiona huśtawka? Jakby dźwięki klaksonu?

Wieczorne ognisko… chyba jedno z bardziej urokliwych ognisk na tym wyjeździe.. Nie wiem czy zdjęcia są w stanie oddać klimat powykręcanych drzewek i blask nocnego morza? Acz napewno zdjęcia nie pokażą wibracji klifu, śpiewu fal czy dziwnego zapachu, które przywiewa morze.. Jakby smażonych faworków? Jakby ciepłej bułeczki? Kurcze... Morze powinno pachnieć rybą - a nie jak piekarnia w tłusty czwartek! Co za licho?? Przez te zapachy jakoś dostajemy wilczego apetytu i zjadamy zapasy przeznaczone na 3 dni ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

W odeskiej oblasti jest sporo opuszczonych wsi, a jeszcze więcej takich wyludnionych częściowo, gdzie zostało kilka zamieszkałych domów, a cała reszta popada w ruinę i zapomnienie. Oprócz typowych powodów wyludniania się prowincji, typu: starzy wymierają, młodzi wyjeżdżają do miast, bo na miejscu brak pracy, perspektyw i możliwości utrzymania się - niektóre wioski pustoszeją jeszcze z innego powodu. Brak wody. Z roku na rok jest ponoć coraz bardziej sucho. Pada mniej deszczu, a wody gruntowe opadają. Wysychają więc i studnie, albo nabierają nieprzyjemnego słonego smaku i aromatu ryby. Wodę do picia trzeba by dowozić, co się nikomu nie opłaca, jeśli dotyczy wiosek gdzie nic nie ma.
Wysychają też limany. Ich brzegi, przytykające niegdyś do wsi, zmieniają się w grząskie, gliniaste kałuże, co utrudnia np. wypłynięcie na ryby. Jeden z miejscowych opowiadał nam, że jeszcze 20 lat temu wsiadał do łódki zaraz przy swojej chałupie. Teraz musi iść w błotnisto - solnej brei prawie kilometr, aby dostać się do swojej łodzi. "Takie jezioro Aralskie w miniaturze" - śmiał się... Przestrzegał nas też przed wjeżdżaniem czy chodzeniem nieznanymi brzegami - bo nie wiadomo, gdzie i jak głęboko się zapadniesz. No i jeszcze kolejna rzecz - sól. Ilość wody drastycznie spada - a ilość soli nie.. Woda jest więc coraz bardziej słona - co niekoniecznie podoba się rybom. Ryby zdychają, a ich rozkładające się cielska nie poprawiają jakości wody. W miejscach, gdzie liman zupełnie wyschnął, ziemie pokrywa warstwa soli. Wiatr ją rozwiewa. Sól osiada w przydomowych ogródkach i ponoć to na tyle zmienia glebe, że uprawianie czegokolwiek staje się niemożliwe...

Jednym z takich podsychających limanów jest jezioro Hadżyder, a wioska na jego brzegu, o mało oryginalnej nazwie Liman, jest na dzień dzisiejszy prawie całkowicie wyludniona.

Do wsi wprowadza nas korowód krów i kóz.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Używane są chyba dwa gospodarstwa - te najbliżej głównej drogi i najdalej linii brzegowej limanu. Przejeżdżając więc drogą na trasie Bazarjanka - Żowtyj Jar, można całkowicie przegapić posępny klimat tej miejscowości. Przy asfalcie leży ludne gospodarstwo, stoją maszyny rolnicze, drogę przebiegają raz po raz spore stada. I jeszcze nas witają jak nigdzie indziej! Specjalną tabliczką!

Obrazek

Pewnie my też byśmy tędy przemknęli, nawet się nie domyślając, że ta wioska już praktycznie nie istnieje.. Bo nie wiem, czy by nam wpadło do głowy, skręcić w boczną drogę... Ale babeczka ze stołówki w Zatoce z tej wioski pochodzi. I ona nam właśnie o niej opowiedziała...

Muczenie krów i nawoływanie pasterzy zostaje w tyle.. Busio podskakuje na coraz bardziej wyboistej i porosłej trawą nawierzchni. Im dalej wgłąb miejscowości, tym większa pustka i cisza uderza z każdego zakamarka. Zapadłe dachy, niekompletne płoty, powykrzywiane ściany, zarosłe nieraz aż po komin. Budynki w większości to już totalne wydmuszki, wypatroszone z zawartości. Albo wręcz niskie murki ruin.. Przy drodze stoją ławeczki, na których już nikt nie siada... Żadna babuszka nie wygrzewa się do słonka... Wiatr gwiżdże na sznurkach, gdzie nikt nie suszy prania.. Kilka domów służy chyba sezonowo - na drzwiach wiszą kłódki, a w dachach widać, że ktoś zatyka dziury...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pomnik z innych czasów też zarasta chabaziem...

Obrazek

Obrazek

Droga w stronę rozlewisk prowadzi najpierw przez wieś, a potem rozległymi polami...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolory wyschłego limanu...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I namacalna wręcz cisza... Nie słychać ptaków, nie latają owady... Nawet cykady tu nie grają....


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Nieco podeschły liman zwany jez. Burnas widzimy już z okolic Lebiediwki. Taki pasiasty skubaniec!

Obrazek

Obrazek

Między Lebiediwką a Bazarjanką zaglądamy nad różne rozlewiska, miejsca będące mieszaniną błota, piasku i grząskich dróg… Próbujemy się przebić na taki oto malowniczy półwysep..

Obrazek

Cieżko nam jednak oszacować gdzie w ogóle jesteśmy, drogi się rozłażą na wszystkie strony, a najczęściej to jednak nikną bez śladu albo przechodzą w nawierzchnie zupełnie nie busiojezdną ;) Jest chyba susza, woda ucieka, więc ilość okresowych półwyspów ulega zwielokrotnieniu ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Plan na kolejny dzień to dotrzeć do Rasejki, trasa ma około 70-80 km, więc szacujemy ją na 2-3 godziny… Taaaaa.. Jak bardzo można się pomylić… ;) Schodzi nam godzin około… ośmiu… No ale po kolei ;)

Najpierw suniemy w rejon Tuzły - tam gdzie droga wiedzie groblą między dwoma limanami Burnas i Solonym.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W limanach zalega kolorowe błoto, a na fragmentach ostałej się jeszcze wody dokazuje sporo ptactwa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga jest mocno wyboista, ale to nas nie dziwi - to zupełnie boczna trasa.. Gdy dobijamy do drogi główniejszej - wądoły robią się coraz większe! Jamy w nawierzchni są tu na tyle okazałe, że nikt przy zdrowych zmysłach nie jeździ drogą - wszyscy objeżdżają drogę polem. Jedzie się bitym traktem, nieraz rozjeżdżonym poboczem, nieraz ziemnym pasem równoległym do drogi, ale oddalonym od niej o kilkadziesiąt metrów, czasem wąwozem wyżłobionym w glinie albo rowem pomiędzy kukurydzą. Jadą tędy traktory, jadą wyładowane łady w tumanie pyłu, jadą i kursowe marszrutki. Jedziemy więc i my!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieś w rejonie Tuzły pierwszy raz spotykamy trzech rowerzystów. Póki trzymamy się resztek asfaltu - oni nas wyprzedzają. Gdy zjeżdżamy na ścieżki wijące się polami - my wyprzedzamy ich. Mijamy się więc wielokrotnie, za każdym razem wesoło do siebie machamy, acz jakoś nie ma okazji, aby zamienić choć słowo. Stąd nie wiem czy są tutejsi czy przyjechali gdzieś z jakiegoś końca świata... Nasze drogi przetną się jeszcze wielokrotnie - i jutro, i pojutrze!

Polne objazdy drogi są nieraz dwupasmowe. Kojarzy mi się to z relacjami z jakiś mongolskich stepów, gdzie każdy jedzie sobie jak chce, każdy ma swoją drogę - może jechać cudzą, ale może też wytyczyć własną. Tu jest krok w tą stronę - droga cię nie ogranicza, jest jedynie sugestią… W polu widać koleiny po traktorach czy terenówkach. W takich więc fajnych klimatach przemierzamy płowe, spalone słońcem krainy. Mijamy wyschnięte rzeki i kolejne błotniste pozostałości limanów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

We wsi Żowtyj Jar przekraczamy malowniczą rzekę o poszarpanych brzegach.

Obrazek

Obrazek

A przy sklepie rzekę... gęsi!

Obrazek

Wiszniewe wita nas powiewem minionych czasów (acz kolorystycznie zaadaptowanym do dzisiejszych)

Obrazek

Miłośników zacierania historii i rozwalania przeszłości chyba zatrzymały wyboje na drodze ;) Może skręcili nie w tą odnogę i wciąż błądzą gdzieś po stepie?

Obrazek

Obrazek

Sklepy z dawnych lat, niestety juz nieczynne i zabite dechami na głucho...

Obrazek

Obrazek

Za Wiszniewem niespodziewanie kończy się droga. Ale na mapach ona jest.. Tylko jakieś koleiny z zastygłego błota rozpełzają się po stepie... Ścieżynki rozchodzą się na boki, po czym kończą się w obejściach, przy brodach albo w roztrajdanym końskimi kopytami pastwisku.. Pytamy lokalsów jak dojechać do Primorskiego. Ich zdania są zgodne: “Nie tędy”. Mówią, że trzeba przez Trapiwkę i Liman. Pytamy zatem o Trichatki. Miejscowi rozkładają ręce, zdają się nie rozumieć pytania, albo odpowiadają, że “Trichatek nie ma” - co udaje się nam zrozumieć dopiero po powrocie, gdy zaglądam na satelitarne mapy - i wychodzi na to, że Trichatki są kolejną wyludnioną wsią. Więc tym bardziej wściekłość mnie zżera, że tam nie dotarliśmy. Internety wprawdzie mówią, że w 2001 roku mieszkało tam 149 ludzi, ale np. takowe zdjęcie zdaje się mówić coś innego… Domy jakby w rozwałce - ale pola jakby ktoś uprawiał??

Był ktoś z was może w Trichatkach????

Obrazek

Gdy mapy nie pomagają, a i miejscowi nie chcą współpracować, łapiemy się ostatniej deski ratunku. Z dna plecaka wyciągamy telefon z GPSem. Zwykle nie korzystamy z takiego ustrojstwa, ale wozimy je na czarną godzinę. I ona chyba właśnie wybiła. I co? I dupa. Jedziemy za niebieską strzałeczką z aplikacji maps.me… Dojeżdżamy do skrzyżowania, strzałeczka pokazuje, że trzeba skręcić w lewo. Tylko, że tam… nie ma drogi… Po prostu nie ma.. Tzn. w terenie nie ma, bo na mapie jest.. Za oknem jest… łąka.. Kawałek dalej przegrodzona płotem. No i co? Próbujemy jeszcze się pokręcić po okolicy, wrócić, spróbować innego skrzyżowania, ale efekt jest podobny. Telefon bardzo chce żebyśmy byli pionierami w wytyczaniu tutejszych dróg ;) Nie mam jakoś do niego zaufania, zwłaszcza, że również pokazuje np. pocztę pośrodku uprawnego pola… Chyba jednak pojedziemy przez Trapiwkę… Skądinąd bardzo miła droga prowadzi na ta Trapiwkę! :)

Obrazek

Acz warto było tu zawinąć.. Choćby samo Wiszniewe fajnie było zobaczyć, a szukając naszej drogi przejechaliśmy je chyba wzdłuż i wszerz! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I jeszcze taki pomnik gdziesik po drodze namierzyliśmy!

Obrazek



cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

W końcu dojeżdżamy do jednego z głównych celów naszej tegorocznej wycieczki nad ukraińskie morze - do Rasejki, osady kurortowej nad limanem. Bo ciężko to miejsce nazwać wsią. Tu ponoć prawie nie ma stałych mieszkańców, gospodarstw czy bloków. Tu są tylko “bazy oddycha”, które po sezonie pustoszeją. Wyjeżdżają letnicy, wyjeżdża obsługa. Na zimę zostają tylko ochroniarze.

Szukamy jakiejś bazy, która by odpowiednio zapodawała klimatem dawnych lat. Pełno tu jest takich fajnych - ale w większości są już zamknięte. W końcu już prawie połowa września… Osiedlamy się w bazie “Aist” - czyli bocian. Skąd oni tego bociana tu wytrzasnęli? Jakaś czapla, mewa czy pelikan by jakoś bardziej pasowało ;)

Obrazek

Nasze domki.

Obrazek

Woda w wodociągu jest tu totalnie słona. Do wszystkich ujęć podcieka liman. Wodę do picia czerpie się więc z takowych baniaków, które są tu dowożone.

Obrazek

Grzybek wypoczynkowy.

Obrazek

I łączność ze światem!

Obrazek

Baza leży u samej nasady jednej z kładek - głównego powodu naszego tu przyjazdu. Cudna sprawa! Drewniane, wąskie, chybotliwe kładeczki przez liman, o długości kilkuset metrów! Bo cała miejscowość leży nad limanem Mały Sasik i dopiero kładkami idzie się na mierzeję, gdzie jest otwarte morze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Solidne sztaby robią tu za przęsła.

Obrazek

Mimo to kładki na przestrzeni lat nieco się pofalowały!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Brzegi kładek obrasta takie coś… Takie kulki z dziurką w środku!

Obrazek

Obrazek

Liman jest mocno zagloniony i zarosły trawiastopodobnymi roślinami. I teraz, wieczorem, wręcz trzęsie się od rechotu żab. Żab są dwa rodzaje. Jedne odzywają się klasycznym kum kum kum. Drugie natomiast robią takie dziwne, tęskne “uuuuuu”. Ktoś mi kiedyś mówił, że to nie żaby a kumaki wydają takie dźwięki. Wydaje się, że jedne próbują przekrzyczeć drugie, aby ich śpiew dominował - i pokazać kto tu rządzi w limanie. Mijający nas wędkarz chyba widzi nasze rozważanie nad żabami. "Widzicie, z tymi płazami to jak z ludźmi na Ukrainie.. Też nie mogą się zdecydować w jakim języku chcą gadać" ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na plaży jest budka i wieża. W budce można by dogodnie zanocować, a na wieże oczywiście zaraz wyłazimy!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I co ja widzę z wieży? Naszych rowerzystów, z którymi mijaliśmy się kilkanaście razy na wyboistych drogach, w środku pól czy w opuszczonych wioskach nad wyschniętymi limanami. Teraz targają rowery plażą i znikają w pobliskich krzakach. Zapada zmrok. Chłopaki ciągają jakieś dechy. Będzie plażowe ognisko!

Widać też dokładnie, jak wąska jest mierzeja…

Obrazek

Obrazek

A tu nasza kładeczka widziana z wysokości!

Obrazek

Gdy wracamy kładką, mija nas chłopak z pochodnią. Za nim idzie drugi i filmuje to telefonem, mrucząc jakieś mantry. Mam deja vu... Ta kładka, ta pochodnia, te dziwne zaklęcia mruczane pod nosem ochrypłym basem, te świetliki odległych okien, odbijające się w nieruchomej wodzie. Zlepek sytuacyjny tak niecodzienny, a jednak jakiś taki bliski sercu..

Obrazek

Obrazek

Wieczorem zrywa się solidny wiatr.. Duje tak, że cały domek podskakuje i kolebie się na boki. Słyszymy szum morskich fal - mimo że dzieli nas od nich cały liman! Ciekawe jak tam nasi rowerzyści, czy dobrze przyśledziowali namioty do wydm, czy już może ulecieli z nimi w dal..

Śpi się cudownie. Nie pamiętam kiedy się tak wyspałam i obudziłam się sama, bez budzika i to tak wypoczęta. I to o 7 rano! Toperz i kabak jeszcze siedzą w kokonach, gdy ja wychodzę na balkonik. Taki ze składanymi siedzeniami, jakby z dawnej klubokawiarni czy innego małego wiejskiego kina...

Obrazek

Obrazek

Nadlimanne chatynki o poranku.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Poranne słońce odbijające się w limanie razi w oczy.

Obrazek

Wokół słychać tylko krzyk mew i chlupot wody, czasem skrzypnie decha kładki pod nogami wędkarza czy babuszki zmierzającej ku morzu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wczoraj wyfasowałam miednicę od lokalnych pań sprzątających, więc robię duże pranie. Nie chce szurać zbyt dużo w domku, aby nie obudzić reszty, więc zjadam sobie mini śniadanie - to co zostało na ganku z wieczora - suchy chleb + resztka domaszniego wina :) Czasem są chwile, które niby są zwyczajne, ale mają w sobie jakąś magię, jakieś takie poczucie otaczającego cię szczęścia. Jakieś połączenie dźwięków, smaków, zapachów i odczuć, które łączą się w całość wręcz idealną. Jakieś takie iskrzenie w atmosferze. Takie tu i teraz - i banan na gębie od ucha do ucha. Takie dziwne chwile, które wiatr skądś przywiewa i nie wiadomo jak długo będą trwały - minuty, czy godziny? Ten poranek w Rasejce jest właśnie taki inny od pozostałych.

Nagle widzę, że po limanie pływa stado ptaków. Takich dużych, białych, wyglądających na łabędzie. Robię im zdjęcie na dużym zoomie. O ja cie! To pelikany! Właśnie takie, jakich nie udało się zobaczyć pływając po delcie Dunaju 10 lat temu! Jest ich chyba ze 40 i właśnie się odżywiają. Zabawne jest, że wszystkie razem, jak na gwizdek, zanurzają pod wodę łby z szyjami , a potem razem je wyciągają i grzdykają. Nieraz się pobiją, chyba chodzi o jakąś lepszą zdobycz. Łopotają skrzydłami i się dziobią. A dzioby to one mają solidne! Przedstawienie trwa chyba z godzinę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Reprezentanci innego ptactwa. Jakiś ornitolog to by tu se użył!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A potem idziemy na plaże. Suniemy najpierw na lewo, w stronę latarni morskiej. Do tej latarni, która majaczy na horyzoncie.

Obrazek

Ludzi na plaży jest tyle co trzeba. Kąpiemy się, biegamy, tarzamy się w piasku, robimy fikołki, zakopujemy się...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

"Muszelkownik". Słowo, które chyba po polsku nie istnieje.. Pewnie dlatego, że u nas nie ma takich plaż...

Obrazek

Chyba największa meduza jaką spotkałam!

Obrazek

Cel osiągnięty - doczłapalim do latarni!

Obrazek

Budujemy szałas z trzcin, suchorośli i desek wyrzuconych przez morze. Sporo z roślin to perekotypole (tak mówią na to miejscowi), więc kolce z rąk wyciągamy jeszcze po powrocie do domu ;)

Obrazek

Obrazek

Ponoć Polacy lubią plażowy parawaning i kultywują go namiętnie każdego lata na bałtyckich plażach. Zgodnie więc z narodową tradycją - i my mamy nasz parawan! Utrzymany w klimacie miejscowej plaży i naszych dusz! :)

Obrazek

Obrazek

I nawet trochę tłumi wiatr - bo duje dziś jak szlag! Zresztą tak popatrzeć - to dzień jak codzień. Tu duje non stop! No właśnie wiatr! Znaczy - drugie podejście do akcji latawiec! Dziś lata jak trzeba. Tu wiatr tak nie kręci jak w Lebiediwce! Nawet kabaczek jest w stanie samodzielnie utrzymać latawca. Ile radości i kwiku łączy się z tym sznurkiem w małych łapkach! A na koniec przywiązujemy latawiec do plecaka! I idziemy z takim żaglem!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Zaczynamy też obserwować dziwne zjawisko. Na niebie pojawiają się smugi, a na ich końcach jakby punkciki. Jakiś pokaz samolotów? Desant “zielonych ludzików”? Ufo przyleciało na wypoczynek do kurortu??? Co to k… jest?

Obrazek

Obrazek


Duży zoom w aparacie jak zwykle się przydaje! Punkciki, pojawiające się na końcu każdej smugi, świecą… Sztuczne ognie? Flary? Jakiś statek tonie i w ten sposób próbuje wezwać pomocy?

Obrazek

Obrazek

Tu po raz pierwszy pojawia się niepokój.. Taki leciutki... Taki dziwny rodzaj obawy połączonej z fascynacją - odczucie, gdy widzisz coś totalnie ci nieznanego, w danym momencie niewytłumaczalnego, mającego w sobie jakąś tajemnicę… Zjawisko nie jest jednorazowe. Jedno znika, pojawia się drugie ognisko podniebnych atrakcji… I łączy się z tym wybuch. Mniej więcej całość wygląda tak: rozlega się bum bum, aż lekko drży ziemia, w tym momencie pojawiają się te dziwne smugi na niebie ze światełkami na końcach. I to jakby opadało, światełka są coraz niżej, smugi na końcach zaczynają się rozmywać jak ślady po samolotach… I potem rozlega się drugie bum bum! Nieco słabsze w mocy, ale jakby trochę dłuższe, jakby zwielokrotnione, jakby odbijające się dalekim echem.

Kabak się cieszy owymi wybuchami jak dziki. Bo jest zupełnie tak jak na Muminkach! Tam też były "Tajemnicze wybuchy". Cały odcinek o ty był!
Tak to wygladąło u Muminków ;) Podobnie, nie? ;) I też się wszyscy niepokoili, bo nie wiedzieli co się dzieje i co to za cudo!

Obrazek

Mijamy jakąś ekipę, która, jak widzieliśmy z daleka, robiła niebu zdjęcia komórkami. Podchodzę, pytam czy wiedzą co to za dziwo - o tam! Trzech kolesi w ogóle ucieka przede mną do morza. Jeden ma ubrane długie dżinsy, więc nie może za bardzo iść w ślady swojej kompanii. Patrzy więc na mnie z głupawym uśmiechem, mówiąc, że to “obłoki”. Więc co? To jest tajne czy oczywiste - w sensie wyszłam na debila, taką modelową blondynkę, która wskazuje na słońce i pyta “a co to?”

Bliżej naszych kładek na plaży się zaroiło. Sporo ludzi stoi i z rozdziawionymi japami gapi się w niebo albo pokazuje paluchem. Ci są chętniejsi do rozmowy, ale wiedzą tyle co my… Tyle, że są od nas bardziej przestraszeni. I to uczucie niestety się udziela… Każdy snuje jakieś domysły:

-“To pewnie rozmontowywanie stacji kosmicznej, spadające odpady palą się w atmosferze”.
- “Pewnie zaś Ruscy zajebali nami jakiś statek i załoga wzywa SOS”
- “A może to jednak UFO? Dziadek Wania kiedyś widział. Wyszedł nocą na ulice, szedł przez wieś, a tu nagle! Ognista kula spada z nieba. I zakręca i wtedy….”
BubumBUM! Znowu solidny wybuch wstrząsa ziemią… “K… to chyba jednak grady…” I niestety ta wersja powtarza się w ustach miejscowych i turystów najczęściej, co nie wpływa korzystnie na nasze wewnętrzne poczucie harmonii i bezpieczeństwa… ;) Jak również to - jak często miejscowi zaczynają sprawdzać na telefonach wiadomości, różne “info24”.
Atmosfera psychozy lubi narastać stopniowo... ;)


Zaglądamy jeszcze na “środkowe” kładki przez liman. Dwie z nich przemieniły się w fragmentaryczne pomosty, z których korzystają tylko wędkarze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy na stały ląd inną kładką niż przyszliśmy na mierzeję.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ostatnia kładka to jest taka trochę udawana - bo tylko przez trzciny i bagienko przebiega..

Obrazek

W powoli zachodzącym słoneczku włóczymy się trochę po miejscowości, zaglądając w różne zakamarki. Fajnie tu jest! Takie kurorty lubię! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Wieczorem siedzimy przed domkiem. Wybuchy wciąż rozświetlają niebo nam mierzeją. I nie wiem, czy z racji na ciemność i osłonę nocy - zdają się być jakoś bliżej.. Wibracje ziemi stają sie też jakby bardziej odczuwalne… Widać też dokładnie, że po plaży jeździ jakieś auto (albo pływa przybrzeżny statek) z reflektorem szperaczem. Co chwile snop mocnego światła oświetla trzciny. Nad mierzeją lata też coś wyglądającego jak okresowo podświetlany dron.. O co w tym wszystkim chodzi???

Idąc do kibla zaglądam przez ramię gospodarzowi ośrodka, co ogląda w TV. Jakiś program rozrywkowy - znaczy jest dobrze ;) Pytam go o wybuchy - “A co ja k…. jasnowidz? ” Czyli jest średnio… ;)

Do domku obok przyjechali nowi goście - ekipa Mołdawian z Komratu. Nie mają swojego morza, więc co roku przyjeżdżają na parę dni gdzieś pod Odessę. Dopiero przyjechali, jeszcze się nie kąpali, teraz chcą iść nad morze. Bramka na kładce jednak okazuje się być zamknięta na kłódkę… Wszystko tej nocy jest jakieś inne… inne niż np. wczoraj.. No może tylko fale tak samo huczą za mierzeją, i tak samo malowniczo księżyc odbija się w limanie…

Obrazek

Może to śmiesznie zabrzmi, tak oceniane z perspektywy czasu, ale my naprawdę już, na wszelki wypadek, rozważamy z mapą opcje ewakuacji. Czy jakby zaczęło się coś dziać jeszcze bardziej ewidentnie niedobrego - to spierdalamy do Mołdawii czy do Rumunii?? I którą trasą.. I czy w razie czego - lepiej się pchać nocą w polne bezdroża i nieznane za dobrze objazdy - czy jednak lepiej pod obstrzałem czekać na świt w domku nad limanem…?? Napewno sytuacji nie pomaga, że w domku obok wypoczywa Kirył. A Kirył jest z Mariupola. I Kirył nam różne rzeczy opowiada. I to nie są historie z filmów. To nie są też wspomnienia babci czy dziadka. To są świeżutkie jak bułeczki opowieści, na których jeszcze nie osiadł pył patyny i zapomnienia.. Z zasady źle się słucha opowieści o rakietach, pociskach, sypiącym się tynku czy walących się ścianach gruzu, po których następuje ciemność.. Ale szczególnie niedobrze się ich słucha, gdy pełną emocji opowieść raz po raz przerywa eksplozja w tle, a pod nogami drży ziemia… Tak sobie więc siedzimy przed domkami, na tych samych ławeczkach, które jeszcze dziś rano, z widokiem na pelikany, były takie obłędnie sielskie i emanowały spokojem.. Mołdawianie mają dziesięciolitrowy bukłak z winem. Ciężko go podnosić, aby łyknąć z gwinta czy rozlać do kubeczków. Dlatego w szyjkę jest wpuszczona rurka. Rurka ma chyba z 3 metry długości, jest nieźle poskręcana i ma dosyć szerokich przekrój. Aby uzyskać jakikolwiek efekt trzeba fest mocno ciągnąć. I jak już uda się przekonać zalegającą w butelce ciecz do opuszczenia naczynia przez rurkę - to zalewa cię wino z mocą wodospadu! Za pierwszym razem to w ogóle o włos uniknęłam utonięcia i mogłam bez dodatkowej charakteryzacji brać udział w konkursie na miss mokrego podkoszulka ;) Przynajmniej na chwile odwróciłam uwagę ekipy od podniebnych wybuchów ;) Do zagryzania wina mamy prażony słonecznik. I to też nie byle jaki! Raz, że skąpany w chilli, a dwa, że chyba przywieźli go ciężarówką. Jego jest cały wór.. Taki jak na ziemniaki! Głód i pragnienie więc nam nie grozi. Próbujemy rozmawiać na różne luźne tematy… O podróżach, o piciu, o dziwkach, o wyższości psów nad kotami czy odwrotnie… Rozmowy o pogodzie już niekoniecznie są neutralne.. Bo pogoda wiąże się często z chmurami.. A chmury są na niebie.. A niebie… no właśnie… wróćmy więc do psów ras kudłatych...tak będzie lepiej ;)

Mołdawianie mocno przyspieszają z piciem. Początkowo kobity łoiły winiacza bardzo oszczędnie - one miały prowadzić auta w nocy - no w razie tej teoretycznej ewakuacji. Teraz jakoś widać nabrali odwagi - albo jednak zlali zasady ruchu drogowego? Przynoszą drugiego węża do butli, bo zaczynają się zbyt często sprzeczać - kto pije i w jakiej kolejności. W ogóle włącza im się kłótliwość. Np. jeden wygłasza, że my tu wszyscy bracia, bo czy Mołdawianin, czy Ukrainiec, czy Polak - to wszystko był kiedyś jeden Sajuz. Drugi wyzywa go od idiotów, że Polska w żadnym Sajuzie nigdy nie była i przecież “oni zawsze trzymali z zachodem”. Już prawie sobie skaczą do gardeł, ale kobity ich rozdzielają. Umawiają się, że ten, który ma racje, nastrzela za karę po mordzie tego drugiego, a tamten nie będzie się bronił.. I cztery pary oczu wbijają się we mnie… No bo wiadomo, że prawda jest jedna, i kto jak kto - ale ja zapewne ją znam… Yyyyyyyyy, Eeeeeeeeee… Prawda historyczna to jedno, wiadomo ważna sprawa! Ale co ja mam biedna teraz zrobić, żeby oni się nie pobili? Odpowiedz zarówno “tak” jak i “nie” - jest tak samo zła!!!! Aaaa! Jak ja nie lubię takich sytuacji… Mówię im więc, że w pewnym sensie obaj mają rację.. Bo Polska w skład Sajuza nie wchodziła, była osobnym krajem, ale powiązania zdecydowanie były. I że nawet było kiedyś takie powiedzenie, że “kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.. Kirył podłapuje! “Tak było! Było takie powiedzenie! Mój ojciec w Polsce w armii służył, gdzieś pod Wałbrzychem chyba! Bo nasi tam wszędzie bazy mieli! Ale np. na olimpiadzie to Polacy grali w swoich barwach! I ich prywatny hymn im grali”. Uffffff… udało się… Coś tam jeszcze posapali, ale do rękoczynów nie doszło..

Ale jakoś trace chęć do kontynuowania imprezy.. Dość emocji na dziś.. Żegnam się z towarzystwem, gdy można to jeszcze zrobić w miły i kulturalny sposób. Kirył też opuszcza imprezę, tłumacząc się nagłym napadem senności. “Dobranoc riebjata! Śpijcie dobrze! Mam nadzieję, że obudzimy się nadal na Ukrainie.. O ile się obudzimy…. Miło było was poznać!”


Poranek wstaje pogodny. Niebo jest błękitne i nie ma na nim żadnych smug. Domki stoją gdzie stały, tylko jest pusto. Wygląda na to, że znów jesteśmy sami na brzegu limanu. Jak się potem okazuje, Kirył wstał o świcie i poszedł łowić ryby. Natomiast Mołdawianie… zarzygali domek i zniknęli w środku nocy. Brama była otwarta, więc bez problemu zniknęły wraz z nimi ich samochody. Przynajmniej tyle, że z góry opłacili pobyt za 4 dni. Ale domek ponoć nadaje się do gruntownego prania - razem z firankami i materacami. Miejscowe panie sprzątające załamują więc ręce, wyklinając całą tą nację. Co się stało dzisiejszej nocy w domku obok, po tym jak ja i Kirył poszliśmy spać? Tego nikt nie wie nikt.. Można jedynie snuć domysły.. Że po opróżnieniu całego balonu wina ekipie włączyła się jeszcze większa delirka niż wcześniej? I jednak wkręcili sobie, że jesteśmy pod obstrzałem i zdecydowali się spierniczać do Mołdawii? Czy raczej w jakiejś chwili świadomości ocenili stan domku i spanikowali, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności?


Po powrocie rozpytywałam w różnych miejscach i szukałam po internecie - czym mogły być owe tajemnicze wybuchy, które na szczęście już się więcej podczas naszego pobytu nie powtórzyły. Napewno nie były naszym przywidzeniem - z całych okolic Odessy były widoczne i różnych innych turystów również w mniejszy lub większy niepokój tego wieczora wprowadzały. Internetowych wersji tłumaczących owo zjawisko było kilka:

- ćwiczenia nad morzem z użyciem bomby SAB-500, z flarami (po detonacji wyskakuje 7 flar na spadochronach). I potem sobie te flary tak wiszą w powietrzu, a piloci w nie czymś strzelają. I że czasem te SABy służą do nawigacji statków. (acz nie do końca się zgadzało, że co - piloci naraz równiusieńko zestrzeliwali wszystkie flary??)
- detonacje w kamieniołomie i flary ostrzegawcze (hmmm...tylko gdzie tam najbliższy kamieniołom? poza tym TO było od strony morza a nie lądu...)
- race z odrzutowca. Pewnie leciał naddźwiękowo i dlatego słychać było "bum". Na przykład TAKIE (tylko co z drugim BUM? I za każdym razem brak widocznego odrzutowca?)
- prawdziwe UFO :) Widziane tego dnia w różnych miejscach odeskiej oblasti - a i na Krymie pojawiło się kilka dni wcześniej coś nieco innego, ale równie podejrzanego ;) tu link do artykułu - https://korrespondent.net/city/odessa/3 ... nH2L4lm53o
- I na koniec wersja chyba najbardziej prawdopodobna - testowanie broni kasetowej. Pierwsze BUM! - detonacja bomby kasetowej, uwolnienie subamunicji, która sobie swobodnie spada, ładnie świecąc po zmroku, a za dnia zostawiając na niebie smugi. Po czym, za jakąś chwile, owo drugie BUM!BUM!BUM! czyli detonacja subamunicji. No i po drugim bum! wszystko znika. Wydaje mi się, że pasuje jak ulał. Sporo krajów jakiś czas temu wprowadziło zakazy używania broni kasetowej - no ale Ukraina nie, więc to, że akurat poligon takowych ładunków ubarwił nam popołudnie i wieczór w Rasejce - jest wielce prawdopodobne ;)


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

W końcu dojeżdżamy do jednego z głównych celów naszej tegorocznej wycieczki nad ukraińskie morze - do Rasejki, osady kurortowej nad limanem. Bo ciężko to miejsce nazwać wsią. Tu ponoć prawie nie ma stałych mieszkańców, gospodarstw czy bloków. Tu są tylko “bazy oddycha”, które po sezonie pustoszeją. Wyjeżdżają letnicy, wyjeżdża obsługa. Na zimę zostają tylko ochroniarze.

Szukamy jakiejś bazy, która by odpowiednio zapodawała klimatem dawnych lat. Pełno tu jest takich fajnych - ale w większości są już zamknięte. W końcu już prawie połowa września… Osiedlamy się w bazie “Aist” - czyli bocian. Skąd oni tego bociana tu wytrzasnęli? Jakaś czapla, mewa czy pelikan by jakoś bardziej pasowało ;)

Obrazek

Nasze domki.

Obrazek

Woda w wodociągu jest tu totalnie słona. Do wszystkich ujęć podcieka liman. Wodę do picia czerpie się więc z takowych baniaków, które są tu dowożone.

Obrazek

Grzybek wypoczynkowy.

Obrazek

I łączność ze światem!

Obrazek

Baza leży u samej nasady jednej z kładek - głównego powodu naszego tu przyjazdu. Cudna sprawa! Drewniane, wąskie, chybotliwe kładeczki przez liman, o długości kilkuset metrów! Bo cała miejscowość leży nad limanem Mały Sasik i dopiero kładkami idzie się na mierzeję, gdzie jest otwarte morze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Solidne sztaby robią tu za przęsła.

Obrazek

Mimo to kładki na przestrzeni lat nieco się pofalowały!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Brzegi kładek obrasta takie coś… Takie kulki z dziurką w środku!

Obrazek

Obrazek

Liman jest mocno zagloniony i zarosły trawiastopodobnymi roślinami. I teraz, wieczorem, wręcz trzęsie się od rechotu żab. Żab są dwa rodzaje. Jedne odzywają się klasycznym kum kum kum. Drugie natomiast robią takie dziwne, tęskne “uuuuuu”. Ktoś mi kiedyś mówił, że to nie żaby a kumaki wydają takie dźwięki. Wydaje się, że jedne próbują przekrzyczeć drugie, aby ich śpiew dominował - i pokazać kto tu rządzi w limanie. Mijający nas wędkarz chyba widzi nasze rozważanie nad żabami. "Widzicie, z tymi płazami to jak z ludźmi na Ukrainie.. Też nie mogą się zdecydować w jakim języku chcą gadać" ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na plaży jest budka i wieża. W budce można by dogodnie zanocować, a na wieże oczywiście zaraz wyłazimy!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I co ja widzę z wieży? Naszych rowerzystów, z którymi mijaliśmy się kilkanaście razy na wyboistych drogach, w środku pól czy w opuszczonych wioskach nad wyschniętymi limanami. Teraz targają rowery plażą i znikają w pobliskich krzakach. Zapada zmrok. Chłopaki ciągają jakieś dechy. Będzie plażowe ognisko!

Widać też dokładnie, jak wąska jest mierzeja…

Obrazek

Obrazek

A tu nasza kładeczka widziana z wysokości!

Obrazek

Gdy wracamy kładką, mija nas chłopak z pochodnią. Za nim idzie drugi i filmuje to telefonem, mrucząc jakieś mantry. Mam deja vu... Ta kładka, ta pochodnia, te dziwne zaklęcia mruczane pod nosem ochrypłym basem, te świetliki odległych okien, odbijające się w nieruchomej wodzie. Zlepek sytuacyjny tak niecodzienny, a jednak jakiś taki bliski sercu..

Obrazek

Obrazek

Wieczorem zrywa się solidny wiatr.. Duje tak, że cały domek podskakuje i kolebie się na boki. Słyszymy szum morskich fal - mimo że dzieli nas od nich cały liman! Ciekawe jak tam nasi rowerzyści, czy dobrze przyśledziowali namioty do wydm, czy już może ulecieli z nimi w dal..

Śpi się cudownie. Nie pamiętam kiedy się tak wyspałam i obudziłam się sama, bez budzika i to tak wypoczęta. I to o 7 rano! Toperz i kabak jeszcze siedzą w kokonach, gdy ja wychodzę na balkonik. Taki ze składanymi siedzeniami, jakby z dawnej klubokawiarni czy innego małego wiejskiego kina...

Obrazek

Obrazek

Nadlimanne chatynki o poranku.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Poranne słońce odbijające się w limanie razi w oczy.

Obrazek

Wokół słychać tylko krzyk mew i chlupot wody, czasem skrzypnie decha kładki pod nogami wędkarza czy babuszki zmierzającej ku morzu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wczoraj wyfasowałam miednicę od lokalnych pań sprzątających, więc robię duże pranie. Nie chce szurać zbyt dużo w domku, aby nie obudzić reszty, więc zjadam sobie mini śniadanie - to co zostało na ganku z wieczora - suchy chleb + resztka domaszniego wina :) Czasem są chwile, które niby są zwyczajne, ale mają w sobie jakąś magię, jakieś takie poczucie otaczającego cię szczęścia. Jakieś połączenie dźwięków, smaków, zapachów i odczuć, które łączą się w całość wręcz idealną. Jakieś takie iskrzenie w atmosferze. Takie tu i teraz - i banan na gębie od ucha do ucha. Takie dziwne chwile, które wiatr skądś przywiewa i nie wiadomo jak długo będą trwały - minuty, czy godziny? Ten poranek w Rasejce jest właśnie taki inny od pozostałych.

Nagle widzę, że po limanie pływa stado ptaków. Takich dużych, białych, wyglądających na łabędzie. Robię im zdjęcie na dużym zoomie. O ja cie! To pelikany! Właśnie takie, jakich nie udało się zobaczyć pływając po delcie Dunaju 10 lat temu! Jest ich chyba ze 40 i właśnie się odżywiają. Zabawne jest, że wszystkie razem, jak na gwizdek, zanurzają pod wodę łby z szyjami , a potem razem je wyciągają i grzdykają. Nieraz się pobiją, chyba chodzi o jakąś lepszą zdobycz. Łopotają skrzydłami i się dziobią. A dzioby to one mają solidne! Przedstawienie trwa chyba z godzinę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Reprezentanci innego ptactwa. Jakiś ornitolog to by tu se użył!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A potem idziemy na plaże. Suniemy najpierw na lewo, w stronę latarni morskiej. Do tej latarni, która majaczy na horyzoncie.

Obrazek

Ludzi na plaży jest tyle co trzeba. Kąpiemy się, biegamy, tarzamy się w piasku, robimy fikołki, zakopujemy się...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

"Muszelkownik". Słowo, które chyba po polsku nie istnieje.. Pewnie dlatego, że u nas nie ma takich plaż...

Obrazek

Chyba największa meduza jaką spotkałam!

Obrazek

Cel osiągnięty - doczłapalim do latarni!

Obrazek

Budujemy szałas z trzcin, suchorośli i desek wyrzuconych przez morze. Sporo z roślin to perekotypole (tak mówią na to miejscowi), więc kolce z rąk wyciągamy jeszcze po powrocie do domu ;)

Obrazek

Obrazek

Ponoć Polacy lubią plażowy parawaning i kultywują go namiętnie każdego lata na bałtyckich plażach. Zgodnie więc z narodową tradycją - i my mamy nasz parawan! Utrzymany w klimacie miejscowej plaży i naszych dusz! :)

Obrazek

Obrazek

I nawet trochę tłumi wiatr - bo duje dziś jak szlag! Zresztą tak popatrzeć - to dzień jak codzień. Tu duje non stop! No właśnie wiatr! Znaczy - drugie podejście do akcji latawiec! Dziś lata jak trzeba. Tu wiatr tak nie kręci jak w Lebiediwce! Nawet kabaczek jest w stanie samodzielnie utrzymać latawca. Ile radości i kwiku łączy się z tym sznurkiem w małych łapkach! A na koniec przywiązujemy latawiec do plecaka! I idziemy z takim żaglem!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Zaczynamy też obserwować dziwne zjawisko. Na niebie pojawiają się smugi, a na ich końcach jakby punkciki. Jakiś pokaz samolotów? Desant “zielonych ludzików”? Ufo przyleciało na wypoczynek do kurortu??? Co to k… jest?

Obrazek

Obrazek


Duży zoom w aparacie jak zwykle się przydaje! Punkciki, pojawiające się na końcu każdej smugi, świecą… Sztuczne ognie? Flary? Jakiś statek tonie i w ten sposób próbuje wezwać pomocy?

Obrazek

Obrazek

Tu po raz pierwszy pojawia się niepokój.. Taki leciutki... Taki dziwny rodzaj obawy połączonej z fascynacją - odczucie, gdy widzisz coś totalnie ci nieznanego, w danym momencie niewytłumaczalnego, mającego w sobie jakąś tajemnicę… Zjawisko nie jest jednorazowe. Jedno znika, pojawia się drugie ognisko podniebnych atrakcji… I łączy się z tym wybuch. Mniej więcej całość wygląda tak: rozlega się bum bum, aż lekko drży ziemia, w tym momencie pojawiają się te dziwne smugi na niebie ze światełkami na końcach. I to jakby opadało, światełka są coraz niżej, smugi na końcach zaczynają się rozmywać jak ślady po samolotach… I potem rozlega się drugie bum bum! Nieco słabsze w mocy, ale jakby trochę dłuższe, jakby zwielokrotnione, jakby odbijające się dalekim echem.

Kabak się cieszy owymi wybuchami jak dziki. Bo jest zupełnie tak jak na Muminkach! Tam też były "Tajemnicze wybuchy". Cały odcinek o ty był!
Tak to wygladąło u Muminków ;) Podobnie, nie? ;) I też się wszyscy niepokoili, bo nie wiedzieli co się dzieje i co to za cudo!

Obrazek

Mijamy jakąś ekipę, która, jak widzieliśmy z daleka, robiła niebu zdjęcia komórkami. Podchodzę, pytam czy wiedzą co to za dziwo - o tam! Trzech kolesi w ogóle ucieka przede mną do morza. Jeden ma ubrane długie dżinsy, więc nie może za bardzo iść w ślady swojej kompanii. Patrzy więc na mnie z głupawym uśmiechem, mówiąc, że to “obłoki”. Więc co? To jest tajne czy oczywiste - w sensie wyszłam na debila, taką modelową blondynkę, która wskazuje na słońce i pyta “a co to?”

Bliżej naszych kładek na plaży się zaroiło. Sporo ludzi stoi i z rozdziawionymi japami gapi się w niebo albo pokazuje paluchem. Ci są chętniejsi do rozmowy, ale wiedzą tyle co my… Tyle, że są od nas bardziej przestraszeni. I to uczucie niestety się udziela… Każdy snuje jakieś domysły:

-“To pewnie rozmontowywanie stacji kosmicznej, spadające odpady palą się w atmosferze”.
- “Pewnie zaś Ruscy zajebali nami jakiś statek i załoga wzywa SOS”
- “A może to jednak UFO? Dziadek Wania kiedyś widział. Wyszedł nocą na ulice, szedł przez wieś, a tu nagle! Ognista kula spada z nieba. I zakręca i wtedy….”
BubumBUM! Znowu solidny wybuch wstrząsa ziemią… “K… to chyba jednak grady…” I niestety ta wersja powtarza się w ustach miejscowych i turystów najczęściej, co nie wpływa korzystnie na nasze wewnętrzne poczucie harmonii i bezpieczeństwa… ;) Jak również to - jak często miejscowi zaczynają sprawdzać na telefonach wiadomości, różne “info24”.
Atmosfera psychozy lubi narastać stopniowo... ;)


Zaglądamy jeszcze na “środkowe” kładki przez liman. Dwie z nich przemieniły się w fragmentaryczne pomosty, z których korzystają tylko wędkarze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy na stały ląd inną kładką niż przyszliśmy na mierzeję.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ostatnia kładka to jest taka trochę udawana - bo tylko przez trzciny i bagienko przebiega..

Obrazek

W powoli zachodzącym słoneczku włóczymy się trochę po miejscowości, zaglądając w różne zakamarki. Fajnie tu jest! Takie kurorty lubię! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Wieczorem siedzimy przed domkiem. Wybuchy wciąż rozświetlają niebo nam mierzeją. I nie wiem, czy z racji na ciemność i osłonę nocy - zdają się być jakoś bliżej.. Wibracje ziemi stają sie też jakby bardziej odczuwalne… Widać też dokładnie, że po plaży jeździ jakieś auto (albo pływa przybrzeżny statek) z reflektorem szperaczem. Co chwile snop mocnego światła oświetla trzciny. Nad mierzeją lata też coś wyglądającego jak okresowo podświetlany dron.. O co w tym wszystkim chodzi???

Idąc do kibla zaglądam przez ramię gospodarzowi ośrodka, co ogląda w TV. Jakiś program rozrywkowy - znaczy jest dobrze ;) Pytam go o wybuchy - “A co ja k…. jasnowidz? ” Czyli jest średnio… ;)

Do domku obok przyjechali nowi goście - ekipa Mołdawian z Komratu. Nie mają swojego morza, więc co roku przyjeżdżają na parę dni gdzieś pod Odessę. Dopiero przyjechali, jeszcze się nie kąpali, teraz chcą iść nad morze. Bramka na kładce jednak okazuje się być zamknięta na kłódkę… Wszystko tej nocy jest jakieś inne… inne niż np. wczoraj.. No może tylko fale tak samo huczą za mierzeją, i tak samo malowniczo księżyc odbija się w limanie…

Obrazek

Może to śmiesznie zabrzmi, tak oceniane z perspektywy czasu, ale my naprawdę już, na wszelki wypadek, rozważamy z mapą opcje ewakuacji. Czy jakby zaczęło się coś dziać jeszcze bardziej ewidentnie niedobrego - to spierdalamy do Mołdawii czy do Rumunii?? I którą trasą.. I czy w razie czego - lepiej się pchać nocą w polne bezdroża i nieznane za dobrze objazdy - czy jednak lepiej pod obstrzałem czekać na świt w domku nad limanem…?? Napewno sytuacji nie pomaga, że w domku obok wypoczywa Kirył. A Kirył jest z Mariupola. I Kirył nam różne rzeczy opowiada. I to nie są historie z filmów. To nie są też wspomnienia babci czy dziadka. To są świeżutkie jak bułeczki opowieści, na których jeszcze nie osiadł pył patyny i zapomnienia.. Z zasady źle się słucha opowieści o rakietach, pociskach, sypiącym się tynku czy walących się ścianach gruzu, po których następuje ciemność.. Ale szczególnie niedobrze się ich słucha, gdy pełną emocji opowieść raz po raz przerywa eksplozja w tle, a pod nogami drży ziemia… Tak sobie więc siedzimy przed domkami, na tych samych ławeczkach, które jeszcze dziś rano, z widokiem na pelikany, były takie obłędnie sielskie i emanowały spokojem.. Mołdawianie mają dziesięciolitrowy bukłak z winem. Ciężko go podnosić, aby łyknąć z gwinta czy rozlać do kubeczków. Dlatego w szyjkę jest wpuszczona rurka. Rurka ma chyba z 3 metry długości, jest nieźle poskręcana i ma dosyć szerokich przekrój. Aby uzyskać jakikolwiek efekt trzeba fest mocno ciągnąć. I jak już uda się przekonać zalegającą w butelce ciecz do opuszczenia naczynia przez rurkę - to zalewa cię wino z mocą wodospadu! Za pierwszym razem to w ogóle o włos uniknęłam utonięcia i mogłam bez dodatkowej charakteryzacji brać udział w konkursie na miss mokrego podkoszulka ;) Przynajmniej na chwile odwróciłam uwagę ekipy od podniebnych wybuchów ;) Do zagryzania wina mamy prażony słonecznik. I to też nie byle jaki! Raz, że skąpany w chilli, a dwa, że chyba przywieźli go ciężarówką. Jego jest cały wór.. Taki jak na ziemniaki! Głód i pragnienie więc nam nie grozi. Próbujemy rozmawiać na różne luźne tematy… O podróżach, o piciu, o dziwkach, o wyższości psów nad kotami czy odwrotnie… Rozmowy o pogodzie już niekoniecznie są neutralne.. Bo pogoda wiąże się często z chmurami.. A chmury są na niebie.. A niebie… no właśnie… wróćmy więc do psów ras kudłatych...tak będzie lepiej ;)

Mołdawianie mocno przyspieszają z piciem. Początkowo kobity łoiły winiacza bardzo oszczędnie - one miały prowadzić auta w nocy - no w razie tej teoretycznej ewakuacji. Teraz jakoś widać nabrali odwagi - albo jednak zlali zasady ruchu drogowego? Przynoszą drugiego węża do butli, bo zaczynają się zbyt często sprzeczać - kto pije i w jakiej kolejności. W ogóle włącza im się kłótliwość. Np. jeden wygłasza, że my tu wszyscy bracia, bo czy Mołdawianin, czy Ukrainiec, czy Polak - to wszystko był kiedyś jeden Sajuz. Drugi wyzywa go od idiotów, że Polska w żadnym Sajuzie nigdy nie była i przecież “oni zawsze trzymali z zachodem”. Już prawie sobie skaczą do gardeł, ale kobity ich rozdzielają. Umawiają się, że ten, który ma racje, nastrzela za karę po mordzie tego drugiego, a tamten nie będzie się bronił.. I cztery pary oczu wbijają się we mnie… No bo wiadomo, że prawda jest jedna, i kto jak kto - ale ja zapewne ją znam… Yyyyyyyyy, Eeeeeeeeee… Prawda historyczna to jedno, wiadomo ważna sprawa! Ale co ja mam biedna teraz zrobić, żeby oni się nie pobili? Odpowiedz zarówno “tak” jak i “nie” - jest tak samo zła!!!! Aaaa! Jak ja nie lubię takich sytuacji… Mówię im więc, że w pewnym sensie obaj mają rację.. Bo Polska w skład Sajuza nie wchodziła, była osobnym krajem, ale powiązania zdecydowanie były. I że nawet było kiedyś takie powiedzenie, że “kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.. Kirył podłapuje! “Tak było! Było takie powiedzenie! Mój ojciec w Polsce w armii służył, gdzieś pod Wałbrzychem chyba! Bo nasi tam wszędzie bazy mieli! Ale np. na olimpiadzie to Polacy grali w swoich barwach! I ich prywatny hymn im grali”. Uffffff… udało się… Coś tam jeszcze posapali, ale do rękoczynów nie doszło..

Ale jakoś trace chęć do kontynuowania imprezy.. Dość emocji na dziś.. Żegnam się z towarzystwem, gdy można to jeszcze zrobić w miły i kulturalny sposób. Kirył też opuszcza imprezę, tłumacząc się nagłym napadem senności. “Dobranoc riebjata! Śpijcie dobrze! Mam nadzieję, że obudzimy się nadal na Ukrainie.. O ile się obudzimy…. Miło było was poznać!”


Poranek wstaje pogodny. Niebo jest błękitne i nie ma na nim żadnych smug. Domki stoją gdzie stały, tylko jest pusto. Wygląda na to, że znów jesteśmy sami na brzegu limanu. Jak się potem okazuje, Kirył wstał o świcie i poszedł łowić ryby. Natomiast Mołdawianie… zarzygali domek i zniknęli w środku nocy. Brama była otwarta, więc bez problemu zniknęły wraz z nimi ich samochody. Przynajmniej tyle, że z góry opłacili pobyt za 4 dni. Ale domek ponoć nadaje się do gruntownego prania - razem z firankami i materacami. Miejscowe panie sprzątające załamują więc ręce, wyklinając całą tą nację. Co się stało dzisiejszej nocy w domku obok, po tym jak ja i Kirył poszliśmy spać? Tego nikt nie wie nikt.. Można jedynie snuć domysły.. Że po opróżnieniu całego balonu wina ekipie włączyła się jeszcze większa delirka niż wcześniej? I jednak wkręcili sobie, że jesteśmy pod obstrzałem i zdecydowali się spierniczać do Mołdawii? Czy raczej w jakiejś chwili świadomości ocenili stan domku i spanikowali, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności?


Po powrocie rozpytywałam w różnych miejscach i szukałam po internecie - czym mogły być owe tajemnicze wybuchy, które na szczęście już się więcej podczas naszego pobytu nie powtórzyły. Napewno nie były naszym przywidzeniem - z całych okolic Odessy były widoczne i różnych innych turystów również w mniejszy lub większy niepokój tego wieczora wprowadzały. Internetowych wersji tłumaczących owo zjawisko było kilka:

- ćwiczenia nad morzem z użyciem bomby SAB-500, z flarami (po detonacji wyskakuje 7 flar na spadochronach). I potem sobie te flary tak wiszą w powietrzu, a piloci w nie czymś strzelają. I że czasem te SABy służą do nawigacji statków. (acz nie do końca się zgadzało, że co - piloci naraz równiusieńko zestrzeliwali wszystkie flary??)
- detonacje w kamieniołomie i flary ostrzegawcze (hmmm...tylko gdzie tam najbliższy kamieniołom? poza tym TO było od strony morza a nie lądu...)
- race z odrzutowca. Pewnie leciał naddźwiękowo i dlatego słychać było "bum". Na przykład TAKIE (tylko co z drugim BUM? I za każdym razem brak widocznego odrzutowca?)
- prawdziwe UFO :) Widziane tego dnia w różnych miejscach odeskiej oblasti - a i na Krymie pojawiło się kilka dni wcześniej coś nieco innego, ale równie podejrzanego ;) tu link do artykułu - https://korrespondent.net/city/odessa/3 ... nH2L4lm53o
- I na koniec wersja chyba najbardziej prawdopodobna - testowanie broni kasetowej. Pierwsze BUM! - detonacja bomby kasetowej, uwolnienie subamunicji, która sobie swobodnie spada, ładnie świecąc po zmroku, a za dnia zostawiając na niebie smugi. Po czym, za jakąś chwile, owo drugie BUM!BUM!BUM! czyli detonacja subamunicji. No i po drugim bum! wszystko znika. Wydaje mi się, że pasuje jak ulał. Sporo krajów jakiś czas temu wprowadziło zakazy używania broni kasetowej - no ale Ukraina nie, więc to, że akurat poligon takowych ładunków ubarwił nam popołudnie i wieczór w Rasejce - jest wielce prawdopodobne ;)


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Dziś jedziemy do Katranki. To chyba jakieś 4 km z Rasejki, ale trzeba jechać naokoło przez Primorskie i Liman, bo po drodze woda - jezioro Dżantszejskie. Miło się jedzie okolicznymi wioskami, nie powiem! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W Katrance osiedlamy się w bazie o wdzięcznej nazwie “Sajuz”.

Obrazek

Obrazek

Jesteśmy tu prawie sami. Jeszcze tylko 2 domki są zajęte, ale to gdzieś w oddali i ostatecznie nie mieliśmy okazji wpaść na ich mieszkańców. I znów baza taka jak trzeba, taka jakich szukam, taka gdzie zatrzymał się czas.. Gdy zaglądam na jej teren i pukam do jedynym półotwartych drzwi - otwiera starsza pani - zwana tutaj Grigoriewna. Babeczka dzwoni po Tolika, opiekuna bazy, który z racji na “mały ruch” całe dnie spędza na plaży za mostem. Gdy czekamy na niego, Grigoriewna opowiada o swoich synach, że w poniedziałek jadą do Polski. Nie pamięta do jakiego miasta, ale jest tam fabryka związana z aluminium. Trochę się o nich boi. Bo ona też kiedyś była w Polsce, na początku lat 90 tych, w Przemyślu. I tu zaczyna się nieco zawiła część tej historii. Pojechali całą ekipą. I ponoć musieli szybko wracać, bo spotkali tam, tak daleko od domu, ziomków ze swojego miasta, "mafie z Tatarbunarów". I nie mogli zostać.. Czemu nie mogli wyjechać do innego polskiego miasta? Czemu tatarbunarska mafia polowała tylko na osoby ze swojego miasta, a jeśli ktoś był z innego rejonu to już ok? Początkowo próbuję zrozumieć tą opowieść, dopytywać, ale wkradają się w temat jakieś koligacje rodzinne, zawodowe i sprawa jest chyba tak głęboko osadzona w historiach z miasta, że dla nieznającego realiów i kontekstu - nie do pojęcia. Od prób objęcia tego rozumem - jedynie rozbolała mnie głowa ;) Fakt taki, że Grigoriewna szybko zakończyła swoją krótką i dość łzawą historię z Polską. I teraz się martwi o synów, aby ich nie spotkało to samo... albo coś jeszcze zgoła gorszego.
Wraca Tolik. Jest on wielkim miłośnikiem opalania, wygląda jak skwarek. Dla lepszego efektu naciera się naftą, więc zapach, który od niego emanuje jest... hmmmm... niecodzienny! Naftą zlewa się cały - ciało, aby lepiej łapało słońce, a bujną czuprynę moczy w tej cieczy, aby ją odżywić i przyspieszyć wzrost.

Dostajemy takowy domek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Busia parkujemy na betonowych płytach w towarzystwie zdecydowanie większych, starszych, ale również częściowo niebieskich braci.

Obrazek

Obrazek

W zakamarkach bazy.

Obrazek

Obrazek

Solidne huśtawki - na prętach, a nie jakiś dupianych łańcuszkach! Nawet toperz korzystał!

Obrazek

Mamy też ogromny wybór miejsc do grillowania ;)

Obrazek

Pobliska kładka idzie przez trzciny, jakby piaszczystą groblą i tylko częściowo przez liman.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kładka ma 15 lat i stoi na niej tablica z przypominaczem kto ją “ufundował”. Budowniczym innych kładek widać mniej zależało na sławie... ;)

Obrazek

To jest zdecydowanie “liman łabędziowy”. Pelikanów niestety brak...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na plaży jest barakobar i huśtawka! I jeszcze mają "rozliwne" moje ulubione piwo - czernihiwskie biłe! obecnie nazywane juz tylko "biłym" na żółtej etykiecie.. Ale grunt, że smak zachowało! Ten lekko landrynkowy, który nadaje ponoć kolendra.... :)

Obrazek

Obrazek

I “rakuszecznika” do pół łydki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stwierdzenie znad Bałtyku “iść szukać muszelek” brzmi tutaj jak jakowaś kpina! :)

Obrazek

Obrazek

Taki mini klifek upatrzyliśmy sobie na popołudniowy piknik i przekąpkę....

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dalej znów dobijamy do plaży. Mają tu fajne blaszane kontenery, mogące służyć jako schronienie od deszczu, przebieralnia albo wiata noclegowa. O dziwo nie są zaśmiecone w środku ani nie zapodają aromatem kibla.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu dziwne miejsce.. W pełni sezonu pewnie jest tu jakaś knajpa albo dyskoteka? A teraz jest wielki podest.. a na jego środku stoi krzesełko z babuszką! Wokół pustka, wiatr wyje w metalowych częściach, a babcia w kolorowej chusteczce na głowie, szura bosymi nogami w piachu i patrzy w morze. Ani na chwilę nie odwraca głowy w inną stronę.. Jak gipsowy posąg...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Druga kładka jest nowa, z 2016 roku, metalowa i ma śmieszne "szczotki". Nie mamy pojęcia po kiego diabła?? Czy to ma jakieś funkcje praktyczne? Czy tylko ozdobne? I jest fantazją artystyczną konstruktora?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pomost… A może fragment dawnej kładki?

Obrazek

Najklimatyczniejsza jest kładka środkowa. Najbardziej nadwątlona przez czas, poskręcana, skrzypiąca, podparta po bokach i nieraz wymagająca szybkiego ćwiczenia zmysłu równowagi. I zapodająca aromatem jakby podkładów kolejowych. Jak ja kocham ten aromat karbolu (albo to był kreozot?)!

Obrazek

Obrazek

Idziesz takim mostkiem i czujesz, wręcz widzisz ten wiatr, te fale, tą wodę uderzającą w przęsła, w te boczne podpory... Jaka siła musiała działać, aby z kawałów solidnego metalu zrobić takie wywijasy?? Teraz liman jest spokojny... Ale kształt nadany kładce przez czas - sugeruje, że nie zawsze tak jest...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mosteczek ma szersze miejsca, gdzie są zejścia do wody albo ławeczki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zadumana mewa.. (albo inna rybitwa?)

Obrazek

I na dodatek ta kładka kończy się w bazarze!

Obrazek

Obrazek

Zaraz obok super knajpy, która niestety jest zamknięta. Długo stoimy przez kratą i smutno nam na duszy… Taka knajpa, prawdziwa perełka!

Obrazek

Mijamy inne sympatyczne bazy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Są i takie zrobione z wagonów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale one też zamykane na głucho z wybiciem wrześniowej daty.

Wieczorem Katrankę nawiedza inwazja owadów. Tam gdzie pali sie jakieś światło - latarnie, lampy przy kiblu, od razu pojawia się dziki rój - powietrze jest aż gęste i ruszające się. Są takie kłębowiska, że nie chce się wierzyć, że tyle tego dziadostwa istnieje naprawde! Widać w odmętach limanu lęgną się nie tylko łabędzie! Acz, co się chwali - nie gryzą nas! Brzęczą sobie gdzieś w tle i wiją się ich tysiące w każdym kawałku światła.. Przy myciu zębów przez domkiem odruchowo włączyłam czołówkę... To był zły pomysł! ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jakiś pies wyje nieopodal do księżyca. Do takowego księżyca - z rozmytą, tęczową obwódką!

Obrazek

- ale dźwięk jego głosu brzmi jak skrzyżowanie rannego wilka z jękami potępieńców - co pod osłoną nocy dodaje mrocznego klimatu opustoszałej po sezonie bazie. A może to nie pies?? ;)

Przyśniadaniowa głupawka!

Obrazek

Rano w bazie kręci się kilka osób - babuszka Natasza, Ludmiła i dwóch chłopaków. To raczej osoby związane z obsługą bazy niż turyści. Wszyscy są z okolic Tatarbunarów. Zapraszają nas na mini imprezę poranną. Jest domowe wino, arbuz i kiełbasa. Jest wesoło!

Obrazek

W prezencie dostajemy domowe konfitury, pudło czekoladek dla kabaka i trzy niewypatroszone niewielkie ryby. Są wprawdzie lekko posolone, ale moim zdaniem one są surowe! Wręcz się przyglądam czy któraś nie rusza ogonkiem ;)

Obrazek

Babcia Natasza twierdzi, że nadają się do natychmiastowego spożycia - bez żadnej dodatkowej obróbki. Na wspomnienie o patroszeniu wszyscy wybuchają śmiechem i pytają czy szprotki też patroszę... Cóż… ładnie więc dziękuje, ryby zabieram, płukam je nieco z soli i na mierzei oddaje kotu.. Do wieczornego smażenia mogłyby nie dotrwać. Dziś jest bardzo gorący dzień, temperatura w busiu dochodzi pewnie do 50 stopni.

Zawijamy jeszcze na bazar (ten przy najfajniejszej kładce), bo skończyło nam się żarcie.. Chleb, ser, kukurydza, warzywa i znów temat nawraca do domaszniego wina. Kilkoro miejscowych przychodzi tu po nie, niektórzy z kanistrami - a jeden konkretnie, z wiadrem! Sprzedawczyni ogłasza, że dziś ma inne wino niż zwykle. W domowej piwniczce mają różne bukłaki i dziś właśnie odpieczętowali nowy baniak. Każdy balon to inny owoc! I dziś mamy zgadywać jaki! Każdy potencjalny kupujący dostaje pełną musztardówkę dla degustacji. Dla mnie to jest ewidentnie porzeczka... Tylko sobie kurde zapomniałam jak jest porzeczka... No żesz to szlag! Dziura w pamięci... Moje próby opisowego zobrazowania "porzeczki", że na krzaczku rośnie, że może być czarna i czerwona, ze jest kwaśna.. że ma w środku malutkie pestki - spotykają się z dużą radością miejscowych;) Jak wytłumaczyć komuś porzeczke??? Dla lepszego zobrazowania dostaję kolejną musztardówkę. Moje wysiłki zostają docenione :) Dostaję w prezencie na koszt firmy litr wina! Litr??? A chcieliśmy kupić tylko pół litra! Ono jest bardzo nietrwałe, na takim upale to nie wiem czy dotrwa do wieczora.. Kiśnie, staje się niesmaczne.. Cóż robić.. Trzeba więc nie czekać wieczora tylko od razu zacząć się raczyć - póki jest świeże i dobre! :)

Przed nami mierzeja - ta między Limanem a Primorskim, oddzielająca morze od jezioro Sasyk. Skądinąd jest tu trochę bez sensu z tymi nazwami miejscowości - bo w niewielkiej odległości od siebie są dwa Limany, trzy Primorskie, inne nazwy tez się powtarzają. No kurcze! Nie mieli pomysłu?

I tą jedną mierzeje (nie licząc tej koło Zatoki) udaje się nam całą przejechać - malowniczą płytową drogą..

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Dziś jedziemy z Katranki do Primorskiego. Większa część trasy to malownicza płytówka. Mijamy kilka rybaczych przystani, śluz, tam, grobli czy wraków łódek...

Obrazek

Obrazek

Parkujemy gdzieś na mierzei i sobie idziemy w stronę morza. Przebijamy się przez łany czerwonych porostów i potwornie śliskie błota. Czegoś tak śliskiego w środku lata to ja jeszcze nie widziałam! Raz po raz lądujemy kuprami w bagnistej mazi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W taki oto sposób docieramy na dzikie plaże. Nikogo prócz nas nie ma aż po horyzont. Jak widać błotna fosa zadziałała! ;) I znów można pływać na waleta, nie przejmując się jakimiś zasadami co sobie ludzie wymyślili! Tak wygląda prawdziwa wolność! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga, którą jedziemy, jest cała przechylona w stronę limanu. Czasem przechył jest niewielki i prawie nieodczuwalny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A czasem na tyle spory, że trzeba ową “drogę” porzucić i jechać polem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bo to ponoć w ogóle nie droga, a umocnienie mierzei. Ale że droga naokoło byłaby koszmarnie długa - to ludziska sobie jeżdżą tędy bo wygodniej.

Docieramy do Primorska, które nie robi na nas dobrego wrażenia. Pełno ludzi, aut, tłoczno jak diabli, a wszystkie miłe bazy pozamykane na głucho. Cóż… chyba Rasejka i Katranka wysoko postawiły poprzeczkę klimatyczności. Nie mamy zamiaru nocować w barakach obitych sajdingiem, z klimą, kafelkami na podłodze, ale za to z widokiem na szosę.. Uciekamy więc w nadmorskie chaszcze, klucząc po łąkach sprawiających wrażenie dna dawnego zbiornika wodnego. Mamy nadzieje, że w nocy nie przyjdzie ulewa i na naszej drodze nie powstanie kolejny liman!

Zawsze sobie myślę, że to jest jakaś masakra - żyć w kraju z dostępem do morza i aby doświadczyć takich biwaków musisz wyjeżdżać za granice... Tak jak Mołdawianie czy Białorusini, którzy morza u siebie nie mają... My niby morze mamy, ale w teorii, bo guzik z tego wynika...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu plaża jest dosyć ludna. Można biwakować na samym brzegu, co czyni wiele osób. Wiele aut się tu zagrzebuje - o czym świadczy stojący na środku plaży traktor z napisem “holowanie”. Z podobną kartką na szyi też przechadza się jakiś koleś.

Obrazek

Niedaleko jest mini zalewik, gdzie chyba odcięło ryby. Jest od nich gęsto i wędkarze wybierają je rękoma. Są różne zatoczki, półwyspy, zamulenia. Grzęzną ludzie , grzęzną auta, wszyscy się dobrze bawią! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Brzegi zalewu pokrywa błotna maź.. Taka pełna bąbelków! Jedne z nich pękają, a obok tworzą się nowe. Wygląda więc jakby to jeziorko oddychało!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Za busiem mamy łachę piasku, która łączy się z wydmami i plażą. Czy tylko ja tak uwielbiam robić ognisko na piasku? Palimy głównie suchoroślami i małymi kolczastymi krzaczkami. Nie wiem co to za gatunek. Generują krótki i jasny płomień. Trzeba więc ciągle dokładać, acz nie jest to problem - owego opału jest tutaj zatrzęsienie! Nasze ognisko zapach ma… hmmm… specyficzny! Taki trochę jak lizol do mycia podłóg? Trochę jak stajnia w ZOO?? Nie taka gdzie konie i krowy, tylko jakby nosorożec i żyrafa! Takie stajnie pachną nieco inaczej! Ten zapach jest okresowy. Więc może to nie ognisko? Może go skądeś przywiewa? Dzisiejsze ziemniaki nabierają dziwnego, słodkiego aromatu. Są pyszne! Mam nadzieje, że te suchorośla nie są jakieś trujące!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Koło północy przestajemy dokładać do ogniska. Zaraz przy brzegu zaczyna pływać niewielki stateczek, który jasnym reflektorem oświetla plażę i wydmy. W tle wyje jakaś syrena. Zastanawiamy się czy to może patrol straży przybrzeżnej? Granica tu blisko.. A to pływadło tak się bełta w kółko. Zakradam się wydmami, aby mu się przyjrzeć. Rybacki kuter, albo tym bardziej kłusownicy, by tak chyba nie walili światłem po plaży jakby czegoś szukali? Niby wiemy, że tu można biwakować, wszyscy to robią - ale są jednak pewne urazy psychiczne z Polski, w stylu “na biwaku lepiej się schować, bo jak cię zobaczą to ktoś przylezie i będzie sapał, że nie wolno"...

O takimi suchoroślami wczoraj paliliśmy w ognichu!

Obrazek

Obrazek

A tak nasz chrust wygląda jak jest jeszcze żywy, niewyschnięty i porasta wydmę.

Obrazek

Poranek na wybrzeżu...

Obrazek

Dziś ostatnia przekąpka tego wyjazdu.. Tegoroczne pożegnanie z morzem...

Obrazek

Obrazek

W oddali widać zatoczkę pełną kamieni. Gdy podchodzę, rzekome kamienie okazują się być... kolonią zdechłych meduz! Są ich dziesiątki! Czy sztorm je za bardzo pobełtał i tym samym ubił?

Obrazek

Można się więc na spokojnie przyjrzeć rozmiarom, kolorom, kształtom kapeluchów i macek. Smutny widok… A za parę dni będzie też chyba porządnie śmierdzący!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy śniadaniu do busia podchodzą krowy. Cudem udaje się uratować pranie dyndające na gałązi. Już trzy mordy wyciągały się do kabaczego kostiumu z syrenką! Z krowami przychodzi upierdliwy pasterz. Siada metr od busia i zaczyna komentować wszystko co robię. “O! Czemu smarujesz chleb majonezem? Majonez przecież kładzie sie obok na talerzu”, “A to co? (wskazuje na palnik) Zupę to też podgrzeje?”. Zapuszcza żurawia do busia. “A co jest w tej skrzyni?”, “A czemu macie podarte siedzenie?” Prym wiodą pytania o kase. “Ile kosztuje taki bus? Ile stoi u was dolar? Ile zarabiasz? Ile kosztuje u was krowa?”. Wszystko byłoby w miarę akceptowalne, często pasterze przychodzą do turystów, pogadać, poopowiadać, podopytywać. Z nudów, z ciekawości.. No bo ile można patrzeć jak się krowa ogonem od much ogania. A tu taki turysta. Nie ma ogona - ciekawostka! No ale tu jest jakoś inaczej niż zwykle... Mam wrażenie, że koleś zaczyna normalnie, ale z każdym kolejnym pytaniem skraca dystans i zaraz będziemy go mieć w busiu, w śpiworze, z naszym śniadaniem w gębie.
“A to twój mąż? To chyba nowy? Bo rok temu byłaś tutaj z takim chudym blondynem. A to twoja córeczka? Taka niepodobna! To chyba od tego nowego męża, co?” Pytania zaczynają być coraz bardziej wkurwiające, a moje delikatne sugestie do pasterza aby poszedł w cholere - zdają się w ogóle do niego nie docierać. A miało być takie spokojne, sielskie śniadanko na wydmie... Rozważamy już zamknięcie mu drzwi na twarzy i odjechanie na śniadanie gdzieś w dal - koniecznie silnym zygzakiem, bo podejrzewam, że będzie się czepiał lusterek… Ostatecznie sytuacje ratują krowy - bo sobie gdzieś idą i znikają z pola widzenia. I pasterz, chcąc nie chcąc, ociągając się, idzie ich szukać.

Mija nas też jeszcze Murzyn. Tzn. koleś o barwie czarnej - dokładnie co do milimetra wysmarowany błotem. Widziałam już dziś kilka takich łaciatych osób, ale tamte nacierały się tylko fragmentarycznie. Też nas kusi się wysmarować! Ciekawe czy się z tego domyjemy w morzu, ale jakoś żal się nam zrobiło… Dziś ostatnia szansa... Koleś znalazł kałuże tego błota kawałek dalej. O tam! Za drzewami i w lewo. W tym roku jest bardzo sucho, więc ciężko z błotnymi maseczkami. Ponoć trzeba uważać, żeby nie nasmarować się piaskiem, bo to podrażnia skórę i powoduje alergie. Błotko musi być “jedwabiste”. Tak, zapisałam sobie to słowo w notesie, aby sprawdzić w domu w słowniku - jakie dokładnie musi być idealne błoto :) Kurde, facet jak mówi o tym błocie to jakby jakiś wiersz recytował! W jego oczach też widać uduchowienie!

Koleś przyjeżdżał tu w latach 80 tych na jakieś obozy pionierów. I tu wszędzie były błotne jeziora. A tu gdzie biwakujemy dochodziło morze. Morze się cofnęło, jeziora wyschły.. Jakoś woda ucieka i wszystko stepowieje…

Przed odjazdem szukamy błotnego źródełka, ale niestety bezskutecznie. Może ta kałuża ukazuje się tylko tym, którzy z odpowiednią dozą szacunku, uwielbienia i natchnienia o nim myślą i mówią???

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Dziś odbijamy od morza i można tak powiedzieć, że zaczynamy wracać do domu. Acz ten “powrót” to nam jeszcze z tydzień zajmie! :) Przez Żovtyj Jar już jechaliśmy, więc tym razem jedziemy trochę bardziej północną drogą, przez Saratę i Monaszi. Liman musimy objechać przez Zatokę, nie ma wyjścia.. No jest wersja nr 2 z dwukrotnym przekraczaniem mołdawskiej granicy - ale jak mają nam dwa razy ryć po bagażach dla odcinka, który ma kilka km - to chyba bez sensu… Jest plan poznać kolejne boczne drogi, kolejne małe wioseczki rozsiane przy granicy i nad brzegami limanów. Z Owidopola kierujemy sie na Mikołajewkę, Nadlimańskie, Biljajiwke, Jaski.. Chcemy spać koło Troickiego nad rzeką Turunczuk, albo jak się uda pokonać most i dalszą drogę - to i nad Dniestrem. Wychodzi inaczej, bo sobie jakoś zupełnie zapomnieliśmy, że to ścisła strefa przygraniczna, ale o tym będzie w kolejnej relacji. Póki co jedziemy sobie wioskami, busio wesoło podskakuje na wybojach. Tutaj droga wykazuje właściwy stopień wyboistości - jedziesz sobie 50 km/h i cieszysz się życiem :)

Mijamy urocze wioski, gdzie w rozlewiskach przeglądają sie cerkwie, snopki siana i białe kupry licznych gęsi..

Obrazek

Obrazek

Odwiedzamy przydrożne sklepiki...

Obrazek

A ze ścian przemysłowych zabudowań pozdrawiają nas napisy z dawnych lat...

Obrazek

Gdzieś koło Saraty zatrzymujemy się koło przydrożnej wiaty.

Obrazek

Obrazek

Zjadamy drugie śniadanie, którym jest podarowana nam wczoraj w Katrance konfitura. Początkowo chcemy usiąść w cienistej wiatce, ale osiedliły się tam muchy chyba z całej odeskiej oblasti. Takich potwornych rojów tłustych, obrzydliwych muszysk, które mają połyskliwe pancerzyki i siedzą jedna na drugiej czasem w pięć i więcej - to ja jeszcze nie widziałam! Najgorsze, że jak wysiadamy z busia czy wsiadamy - to do środka nam ich też nalatuje z kilkadziesiąt. Potem kilka razy się zatrzymujemy w innych miejscach, machamy koszulami i staramy się to dziadostwo przepędzić. A konfiturę zjadamy pod pomnikiem, na słoneczku. Czerwonawe gieroje na tle ukraińskiej flagi - jakoś nie są w gustach latającego robactwa - i to jest jedyne miejsce na tym postoju, gdzie nic po nas nie łazi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W którejś z kolejnych wiosek, przy bazarku, wpada mi w oczy takowy pomniczek. Chyba jacyś pionierzy, kroczą dumnie ze sztandarem! A o cokół czochra się mućka.

Obrazek

W Naddunajskim droga zmienia się w szeroką płytówkę - i trzeba bardzo uważać na pieszych. Pewnie wracają z domu kultury!

Obrazek

Tu mają pomnik, którego złotość aż bije po oczach!

Obrazek

Na miejscowej szkole zachowała się ładna mozaika z dawnych lat. Jakoś tak w ogóle kolorowo przy tym budynku! Nawet na chodniku! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też “sowchoz imienia 60 - lecia ZSRR”. Ale coś mi nie gra z datą? Poniżej tym samym deseniem mozaiki wpisany jest rok 1985. To Sajuz powstał w 1925 roku? Dziwne… Zwykle jest wymieniana data o kilka lat wcześniejsza?

Obrazek

Niedaleko Biljajiwki jest niecodzienny pomnik. Poświęcony partyzantom rozstrzelanym w 1943 roku. Pomnikiem jest stary budynek podziurawiony kulami. Czy rzeczywiście na tle tych ścian ich zastrzelili? Sporo pomników z dawnych lat już widzieliśmy - ale takiego ciekawego to chyba jeszcze nie udało się namierzyć! O ile to nie ściema?

Obrazek

Obrazek

Przypięte tablice sprawiają wrażenie bardzo nowych. Walą po oczach błyskiem, świeżością i symbolami, które stały się modne dopiero niedawno...

Obrazek

Obrazek

Jest też napis wymalowany farbą prosto na murze. Czy to fragment pomnika? Czy inicjatywa bardziej oddolna?

Obrazek

W Biljajiwce mijamy czołg na rondzie.

Obrazek

Wieczór za pasem, więc zaczynamy się rozglądać za noclegiem...


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Nasz planowany nocleg koło Troickiego nad rzeką Turunczuk okazuje się być nieco “zmilitaryzowany”. Na moście szlabany, jakaś solidna brama i kręci się kupa wojska. Chyba mają tu jakąś strażnicę.. No faktycznie kawałeczek dalej, na Dniestrze (nad który chcieliśmy właśnie dojechać) leci granica.. Po drugiej stronie rzeki Turunczuk wprawdzie widać wędkarzy i ich auta, ale to zapewne miejscowi z wioski obok. Potem sobie myśleliśmy, że można było podjechać, pogadać, zapytać.. Może by puścili dalej? Ale mogli by również nie puścić. Zawsze jakoś tak mam, że wolę nie pytać, kiedy jest szansa, że usłyszę krótkie “nie”. Bo jak zagadamy - i dowiemy się, że w całej strefie nadgranicznej nie wolno nam na dziko nocować - to będziemy w czarnej dupie. Już jest wieczór - co my wtedy ze sobą zrobimy? A tak się możemy rozbić 2 km dalej, schować w krzakach i udawać głupiego turystę: “Granica? Jaka granica? Myśmy nie wiedzieli!”. Dajemy więc szybciutko na wsteczny, nim ktokolwiek podniesie zadek, aby do nas podejść. Początkowo myślimy o jakiś krzaczorach między rzeką a wsią, ale tutaj po polach też łazi sporo pograniczników z karabinami na plecach. Nawet przy stadzie krów takowy na rowerze jechał. Śmiesznie to wyglądało, bo karabin dyndał mu z przodu, szybki skręt kierownicą raczej wyglądał na niemożliwy… Ale droga prosta po horyzont.. Krówki sobie nieśpiesznie dreptają, a pasterze gawędzą z pogranicznikiem. Fajne jest to, że na busia kompletnie nikt nie zwraca uwagi - typowa marszrutka, na typowych dla Ukrainy (choć obecnie coraz rzadszych) blachach. Na początku tych pograniczników braliśmy za myśliwych, no bo jak ktoś w moro i z bronią w łapach po krzakach łazi - to kto on może być? Acz kimkolwiek by nie byli - raczej wolimy nie nocować w ich najbliższym towarzystwie - bo raz, że nocny turysta przypomina nieco pieczeń z dziczyzny, a dwa, że do końca nie wiem, jakie mają tu zasady z tą strefą nadgraniczną.

Jedziemy dalej w stronę Limańskiego. Zjeżdżamy z drogi kawałek przed miasteczkiem. Też w stronę granicy, bo tak się głupio składa, że właśnie tam są tereny, które zwykle rokują noclegowo - w stylu zarośla, woda.. Jest tam duże jezioro limanowe, nad którym planujemy się gdzieś przytulić. Zaczyna się ściemniać, gdy omijamy jakąś winnice, czy inny ogrodzony “ogród botaniczny”. Psy ujadają rzucając się do płotu, ochroniarze kukają więc z ukosa. Mam nadzieję, że biorą nas właśnie za wędkarzy wyruszających na nocny żer…

Tylko gdzie ten liman… pola i pola.. Nagle bum! Przed nami wyrasta kombinat! Ogromniaste kominy, wielki zakład.. Stajemy jak wryci.. Ale że co? Chyba pobłądziliśmy? Nic mi nie wiadomo żeby w Limańskim był taki gigant, tu mają być tylko łąki aż do jeziora, a tu wygląda, że my zaraz wjedziemy do tego zakładu! Pojawiają się też ogromne, skwierczące słupy, które rozpełzły się po całej łące.. I wtedy zauważamy, że od kombinatu dzieli nas woda… Jesteśmy więc w miejscu, którego szukaliśmy, a to co widzimy przed nami to Dniestrowsk i jego ogromniasta elektrownia… Nie mamy tego na naszej mapie - bo to jest już Naddniestrze…

Obrazek

Hmmm… miejsce na biwak średnie (i już chyba się nie da, aby było bardziej nadgraniczne ;) ale po ciemku lepszego nie znajdziemy. Zmrok zapadł już na dobre.. Nie idziemy oglądać jeziora, nie robimy zdjęć z błyskiem. Ograniczam się tylko do tych dwóch fotek malowniczego zachodu słońca…

Obrazek

Obrazek

Reflektory zgasiliśmy już chwilę wcześniej, jeszcze na drodze. Teraz oddalamy się od drogi muldowatą łąką i wjeżdżamy w środek jednego z niewielu tutejszych krzaków. Staramy się być cicho i nie świecić latarkami. Może nas nikt nie zauważy? Choć mimo oszukiwania samych siebie, wiemy, że kwestia odwiedzin straży granicznej - to jest nie “czy” ale “kiedy”. I mamy nadzieję, że będzie to o 6 rano..

Ciężko się rozkłada spanie bez latarki, zwłaszcza w taką ciemną, bezksiężycową noc jak dzisiaj… Jeszcze trudniej przyrządza się na oślep jedzenie, więc ograniczamy się do suchego chleba i “wąsów” wędzonego sera - tyle udało się zmacać w torbie ;) W kabaka wkarmiam zupkę ze słoika, na zimno. Choć tak naprawdę to “na letnio”, bo jeszcze trzyma temperaturę rozgrzanego na słońcu busia. Kabak nieco protestuje i macha rękami, gdy niektóre łyżki wsadzam jej do ucha lub oka - ale co mam zrobić jak kompletnie nic nie widzę, a ona się oczywiście musi kręcić?

Staram się też nie trzaskać drzwiami wychodząc do kibla, więc mamy nieco przewiewnie w środku - przy cichym zamykaniu w drzwiach zostaje spora szczelina (dobrze, że w tym miejscu nie ma komarów! ) No busio tak ma, że aby dobrze zamknąć boczne, przesuwne drzwi, trzeba tak walnąć, że drżą szyby we wszystkich okolicznych wioskach.

Mijają nas chyba ze 3 auta. Busio ma schowaną pupę w krzaku, aby im nie odbijały z drogi nasze odblaski. Zresztą może oni mają swoje sprawy i bus w krzakach w ogóle ich nie interesuje. Jeden też jest tajniak jak i my. Też sunie ze zgaszonymi światłami.

Świtu nie doczekaliśmy. O trzeciej budzi nas błysk reflektorów prosto w szybę. Pogranicznicy, a jakże. Zatem kontrola paszportów, kolektywne obchodzenie busia dookoła i zaglądanie mu pod brzuszek. Klasyczne pytania, kto my, po co i dlaczego akurat tutaj. I czemu mówię takim ściszonym głosem. Mówię im więc, że tam (wskazując wnętrze busia) jest dziecko, ono śpi i chyba lepiej dla nas wszystkich, aby ten stan był kontynuowany. Mam wrażenie, że pogranicznicy mają wrażenie, że źle mnie zrozumieli, albo muszą to sprawdzić (no kurde, trzymają w łapie 3 paszporty, nie??) i snop trzech latarek oświetla pyszczek kabaczy. Kabak zazwyczaj wygląda słodko jak śpi, ale dzisiaj jej mordka wystająca spod stosu kocy wygląda szczególnie uroczo. Pogranicznicy więc, jak na komendę, się rozczulają, wspominając swoje dzieci i wnuki, gaszą latarki i wzajemnie zaczynają się uciszać. Polecają nam opuścić to miejsce przed 8 rano i życzą miłej nocy. Po czym odchodzą w stronę swojego gazika, a na twarzach mają wypisane utwierdzenie w przekonaniu, że turyści to jednak debile..

Industrialny krajobraz poranka...

Obrazek

Rano znów ktoś łomocze w busiowe drzwi. Dwóch kolesi. Wracają z rybek i zepsuł im się samochód. Proszą aby ich pociągnąć. W ich aucie coś się zrąbało na dobre, na holu też nie odpala. Ciągniemy ich więc do wioski. Jeden z kolesi przysiada się do nas, aby objaśniać drogę, która nieco jest zawiła. Acz nie, jest bardzo prosta. Po drodze jest chyba 7 skrzyżowań i zawsze trzeba wybrać tą drogę, która na oko najmniej nadaje się do jechania. Wszyscy siedzimy na pace, bo przednie siedzenia zawalone są gratami - nie zdążyliśmy się spakować. Kabak zachwycony! Bardzo przeżywa to całe wydarzenie, co potem ma odzwierciedlenie w jej zabawach!

Obrazek

A tak wyglądał nasz krzak, w który próbowaliśmy się wkomponować ;)

Obrazek

Obrazek

Jest już po 8, a my, pomni na słowa pograniczników, obiecaliśmy zwinąć się do tego czasu z naszego miejsca biwakowego. Po odholowaniu miejscowych, nie wracamy więc pod nasz krzak - tylko jedziemy bliżej wody. Coby zjeść śniadanko z lepszym widokiem!

Obrazek

Stąd jak na dłoni widać elektrownie i plątaniny drutów, słupów, rur i wszelakiego innego przemysłowego wyposażenia, które idealnie wpasowuje się w gusta bubowe. W to wszystko wmieszane są bloki przeplatane niską, wiejską zabudową.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pierwszy raz widzę takowe “uszy” na kominach - aby kominy były oplecione drutami?

Obrazek

Obrazek

Nad samym limanem są fajne skałki. Acz zjazd raczej tylko dla terenówek...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też widoczna “baza oddycha” na wodzie. Coś jak te wszystkie moje ulubione domki kempingowe z dawnych lat - ale dodatkowo stojące na palach! Czy to nie rewelacja? Może w końcu uda mi się kiedyś i tam dotrzeć, sprawdzić czy takowy domek można wynająć. Spędzić tam ze trzy dni, pobratać się z innymi nadwodnymi “letnikami”. Kilka osób ze znajomych czy ludzi wyłowionych z otchłani internetu - tam było.. Ale chyba nikt nie nocował, więc widać dokładne informacje przyjdzie mi zasięgać samodzielnie… kiedyś… Bo teraz nam niestety tam nie po drodze..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdy wiatr cichnie, fajnie się wszystko odbija w równej tafli jeziora...

Obrazek


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Kolejnym miejscem na trasie naszej wycieczki jest miejscowość Limanskie. Nawet do końca nie wiem czy jest to miasteczko czy wioska. Limanskie jest zlepkiem bardzo rozwleczonej, różnorakiej zabudowy nad brzegami jeziora Kuczurgańskiego. Sprowadzają nas tutaj gigantyczne ruiny kościołów. Taki powiew Dolnego Śląska wśród płowych stepów. Można się tutaj nieco poczuć jak na weekendowej wycieczce w “nasze” rejony...

Limańskie było utworzone pod koniec XVIII wieku przez niemieckich przesiedleńców, zwabionych tutaj przez Katarzynę II. Składało się wtedy z dwóch miejscowości Zelc (właściwe Limanskie) i Kandel (obecne Rybacze, dzielnica Limanskiego). Katarzyna zaprosiła tu Niemców z kilku powodów. Raz, że owo “południe” (zwane wtedy “Noworosyjską Gubernią”) było praktycznie opustoszałe i niezaludnione, a ewentualni nieliczni mieszkańcy nie słynęli z pracowitości i posłuszeństwa. W końcu Dzikie Pola zobowiązują ;) Powstał więc w carskich głowach pomysł osiedlenia tu Niemców - skuszenia ich nadanymi dużymi gospodarstwami i dobrą ziemią. Sprytny cel akcji wydumali sobie taki, że Niemcy mieli nauczyć okoliczną ludność efektywnej pracy, systematyczności i porządku. Takich kolonii powstało na terenach obecnej południowej Ukrainy ponoć grubo ponad setkę. Niemcy przyjechali i całkiem nieźle się tutaj zagospodarowali..

Plan, jak sie można domyślić, jednak nie do końca się powiódł… ;)

Gdy przyszła rewolucja i radzieckie czasy, lokalni Niemcy niechętnie wstępowali do kołchozów czy pozwalali się wcielać do Armii Czerwonej. Tworzyli swoje bataliony, robili powstania i trzymali raczej z “białymi”. Ponoć sporo się przyczynili do opóźnienia panowania bolszewików na tych terenach… Ostatecznie w 1930 roku miejscowe niemieckie jednostki terytorialne zostały zlikwidowane, a Niemcy deportowani.

I stąd tutaj taki powiew Dolnego Śląska.. I stąd tutaj takie dwa gigantyczne kościoły! Jeden był katolicki, a drugi luterański. Który jest który - nie wiem. Internet podaje sprzeczne informacje.

W Limanskim jest też dzielnica - tereny dawnego wojskowego lotniczego miasteczka o nazwie Gorodok, o którym niestety dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie :(

Pierwszy odwiedzamy kościół Świętej Trójcy. Niemieccy koloniści zbudowali go na początku XX wieku. Tutaj była wioska Kandel. Za radzieckich czasów w kościele był magazyn ziarna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dachu już nie ma. Zostały tylko ściany..

Obrazek


W cienistym parku nieopodal stoją sobie takowe pomniczki.

Obrazek

Obrazek


Drugi kościół nosi nazwę Wniebowzięcia NMP i stoi na terenach dawnej miejscowości Zelc.

Obrazek

Świątynia była zbudowana nietypowo jak na tutejsze rejony - bo z cegły. Bo zwykle budowano tu z takiego lokalnego, muszelkowatego kamienia. Za radzieckich czasów utworzono w kościele wiejski klub. Klub potem został przeniesiony do nowego “ładniejszego” budynku, a kościół popadł w ruinę - i w takim stanie stoi sobie do dziś.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po wejściu do wnętrza można tylko stanąć i otworzyć japę… taka kolumnada… Dosłownie las kolumn! Ażurowe sklepienie wypełnia świergot ptactwa. Chyba mają tu gniazda, albo chronią się przed słońcem i upałem.. Ich śpiew powtarza echo, ale takim dziwnym stłumionym buczeniem...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dawnym ołtarzu wpisano sentencje… cytat z refrenu hymnu ZSRR...

Obrazek

Łuszczy się farba na zdobieniach dawnych poniemieckich kolumn… Łuszczą się litery hymnu… Dwie epoki, o wielkich aspiracjach, które już minęły… Wszystko przemija, czas płynie w swoją stronę, zostają tylko szkielety na wspomnienie dawnych dni…

Na przeciwległej ścianie jest jeszcze jeden napis.. Jego część została (jak widać) celowo wydrapana. Ale ponoć brzmiał coś w stylu: “Diabli wezmą jak chce się żyć i żyć”??? (w oryginale - “Черт возьми, как хочется жить и жить) Może tego się nie tłumaczy dosłownie? Może to jakaś przenośnia, cytat albo przysłowie? Nie wiem jaki jest kontekst i cel tego napisu? Ścienna sentencja pochodzi chyba z czasów radzieckiej klubokawiarni. Więc totalnie nie wiem.. Acz jeszcze w kościele brzmi to poniekąd… dziwnie..

Obrazek

Jest też trochę twórczości całkiem współczesnej ;)

Obrazek

A tak przedstawia się limanski kościół na starych pocztówkach... zupełnie jak inne miejsce!

Obrazek

A poza tym to typowa, senna miejscowość.. Gdzie przejeżdżająca łada podnosi tumany kurzu z wyboistej drogi, gdzie niezmordowany kogut pieje na płocie, gdzie ekipa gęsi przemyka opłotkami albo właśnie na głównej ulicy usiłuje wpaść pod samochód. Grupka młodzieży próbuje naprawić skuter, ale naprawdę to tylko piłuje jego silnikiem - i chyba to ich cieszy, bo wszyscy wybuchają śmiechem. Dzieci wracają ze szkoły robiąc do nas głupie miny, a cieniste podsklepie obsiada gromada miłośników chłodnych trunków...

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Niedaleko z Limańskiego jest Kamianka (dawne Manheim). Też niemiecka kolonia, więc i tu pozostał kościół. Może ciutkę mniejszy od poprzedników, ale równie imponujący na tle tutejszych stepowych wiosek..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy kościele jest plac zabaw, który kabaczę od razu namierza.

Obrazek

Same ruiny również służą za plac zabaw - dla nastoletnich chłopaków. Łażą po wysokościach, zasłaniając twarze koszulkami, z dumą prezentując nagie torsy.

Obrazek

Obrazek

Swoje podniebne akrobacje, próby stania na rękach czy zwisy poza obręb murów - filmują na komórkę. Do mnie pokrzykują, pokazując którędy mogę się wspiąć na górę. Niestety mam nieco bardziej tchórzliwą naturę, a może raczej zdaję sobie sprawę ze swoich umiejętności wspinaczkowych (a raczej ich braku ;) Próbują mnie też przekonać, abym się “podpisała” na ich kanał na youtube, instagramie, odnoklasnikach, vkontakte - długa jest lista miejsc, gdzie relacjonują swoje wyczyny. Z ich telefonów tego zrobić nie mogę, a z mojego eksponatu muzealnego - tym bardziej. Próbuję sobie zapisać nazwę kanału - ale niestety takowego nie odnajduję, gdy szukam w domu.. Mimo chęci nie dołączam więc do grona wielbicieli kamienskich wspinaczy...

Do środka wchodzę dopiero jak chłopaki sobie poszli. Zbyt dużo strącali kamieni... Trzeba by w kasku zwiedzać... ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

We wnętrzach kościoła szukam radzieckich napisów. Miały tu być! Niestety żadnego nie mogę namierzyć... Spore części ścian czy kolumn się niedawno zawaliły - to ten gruz, który tarasuje wejście... Napisy wyglądały tak jak na poniższych zdjęciach - nie wszystkie są czytelne... Albo ja szukać nie umiem?? :( Zdjęcia pochodzą ze strony https://dcfc-lad.livejournal.com/30170.html i nie wiem, z którego są dokładnie roku...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obecnie nie ma tu już zbyt wielu innych śladów dawnych niemieckich kolonii. Teraz są to zwykłe ukraińskie wsie, nawet stare nazwy się nie zachowały. Na pamiątkę po ciekawej historii zostały tylko ruiny…..

Jadąc w stronę kolejnych wielkich ruin mijamy miłe, pyliste wioski...

Obrazek

I jakąś dziwną procesję wśród pól...

Obrazek


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Pałac w Wasiliwce widać już z głównej szosy Odessa - Kuczurgan. Jest naprawdę wielki - i nawet na zmanierowanych (pod tym względem) mieszkańcach Dolnego Śląska - robi wrażenie. Zwłaszcza, że tak stoi na zboczu wzgórza, na łąkach, w otoczeniu niewielkich wiejskich domków. To mu tym bardziej dodaje gigantyczności i rozmachu.

Obrazek

Obrazek

Pałac bardzo stary nie jest, zbudowali go jakoś w połowie XIX wieku. Legenda głosi, że jego pierwszy właściciel generał Wasilij Dubecki postawił go na złość carowi, bo chciał pokazać, że jego chałupa będzie większa i ładniejsza. Czy ten plan się powiódł i czy to w ogóle prawda - to nie wiem. Za czasów Wasilija chyba nic szczególnie ciekawego się tu nie działo. Tyle, że od jego imienia powstała używana do dziś nazwa miejscowości. Dzieci generała sprzedały pałac rodzinie kupieckiej o nazwisku Pankiejew, która charakteryzowała się sporym odsetkiem chorób psychicznych w rodzinie. Najbardziej znany stał się ich synek Sierioża, którego historia zapamiętała pod pseudonimem “Człowiek Wilk”. Właśnie z okien tego pałacu chłopcu ukazały się wilki siedzące na drzewie. Takie białe i puszyste jak na rysunku poniżej. Owa grafika jest ponoć autorstwa owego Sierioży - tytuł “Moje Marzenie” i podpis Wolfmann.

Obrazek

Pewnie nikt by nie pamiętał o dziwnym chłopcu z pałacu pod Odessa, gdyby nie to, że Freud, który go leczył, napisał o jego historii, chorobie i terapii książkę, która obiegła świat.. Jeśli kogoś bardziej interesuje ta historia - to TUTAJ: https://pl.wikipedia.org/wiki/Siergiej_Pankiejew - ma ją w szczegółach.

My na szczęście wilków nie spotkaliśmy.. Acz jeden taki, nieco podejrzany biały, kudłaty piesek - do kostek się nieco rzucał.. Może to więc jakiś potomek tego nadrzewnego? ;)

Za radzieckich czasów pałac jeszcze był w na tyle dobrym stanie, że mieściła się w nim wiejska rada, różne administracje, biura. Zawalił się w latach 90-tych, jak to zwykle bywało z pałacami... Acz to co zostało, wygląda całkiem solidnie i o ile nie rozbiorą go na chlewiki - to chyba trochę jeszcze postoi!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wnętrza

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Piwnice

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niedaleko pałacu, na murze, jest napis "schron" i strzałka. Szukamy... ale ni ma.. Chyba go zamurowali albo co?

Obrazek

Droga przez miejscowość...

Obrazek

Uderzam do sklepu po lody. Wyciągam z lodówki, trzymam w łapie za papierki i czekam w kolejce. Przede mną kupuje piwo jakiś półgoły koleś w średnim wieku. Zwraca uwagę jego klata - ma w niej dziurę, prawie do kręgosłupa. Całe cyce, miejsce gdzie powinien mieć mostek - wygryzione. Dziura. Jakim cudem ten koleś żyje?? Wiem, że osobom niepełnosprawnym czy okaleczonym nie powinno się przyglądać i gapienie się jest niegrzeczne. Staram się więc jedynie zerkać z ukosa na to dziwowisko, ale chyba mi nie wychodzi… Gość widząc we mnie przybysza opowiada mi natychmiast swoją historię. Był żołnierzem w Donbasie i dostał “pociskiem rakietowym”. Uratowała go “Panna Najświętsza, aby nadal mógł bronić wolnej Ukrainy”. Kiwam głową, mówię, że szacun i w ogóle. Babka w sklepie wywraca oczami i prycha. Koleś cieszy ryja, klepie mnie po plecach i wychodzi, otwierając browara zębami. Dalszą część opowieści znam z ust sklepowej babeczki. Witja był lokalnym pijaczkiem. We wsi miał opinie niezbyt rozgarniętego. Do żadnej roboty nie miał smykałki, do kobiet też nie. Tylko wypić lubił. Snuł się więc na bani po wsi i tak od stakana samogonu do snu w rowie mijał mu czas. Koledzy od butelki niezbyt go dopuszczali do kompanii - ani nie był zbyt silny, ani zbyt przystojny, a bycie miłym, poczciwym i lekko naiwnym w takich klimatach nie wzbudza szacunku. To mu ktoś pieniędzy nie oddał, to ktoś go kopnął, aby zleciał z mostku, jak wracał zimowym wieczorem na chwiejnych nóżkach. Czemu się zdecydował ruszyć na wojnę? Poszedł na ochotnika, gdy po wsi jeździła “komisja poborowa” kilka lat temu. Ponoć poszedł dla pieniędzy, a nie z patriotyzmu. “Witja to wcześniej chyba nie wiedział w jakim kraju żyje, a po ukraińsku to nie bardzo potrafił poprawne zdanie sklecić”. A może po prostu poszedł z nudów? Albo dlatego, że nie cieszyło go życie jakie prowadził i nie miał nic do stracenia?
Na wojnie był ponad rok. Poznał ludzi, nowych kumpli, inny świat. Po raz pierwszy też wyjechał z rodzinnej wsi. Nauczyli go obsługi karabinu i że walczy się za ojczyznę. Że są ideały, za które się umiera. I Witja to kupił. Znalazł cel i sens życia. On, wyśmiewany wiejski pijaczek - został żołnierzem, bohaterem Ukrainy! Dostał nawet order! No i dostał też tym granatem… zyskując sobie tytuł weterana. Witja wrócił do domu. I teraz pęka z dumy. Do listopada chodzi z gołą klatą i prezentuje swój rozszarpany tors. Bo to nim chronił granice! Wywiesił flagę przed domem, obchodzi święta narodowe, wdaje się w dyskusje polityczne. Jeździ do Odessy na jakieś spotkania, odczyty i parady. Uczestniczy też w jakiś terapiach grupowych, z racji na “szok pourazowy”. Nawrócił się, stał się religijny, pomaga w cerkwi, ma tam nawet jakąś fuchę, nie wiem kościelnego czy jak to się nazywa taki, co tam odpowiada za kadzidełka. I jakoś dziwnie kumple przestali się z niego wyśmiewać, a jak któryś raz próbował to zebrał w mordę, a na resztę padł blady strach. Bo to szlag wie na ile taki weteran ma pomieszane w głowie i czy kałacha w piwnicy nie trzyma. A i nieraz dawni prześmiewcy przychodzą po różne rady czy pomoc w wyjazdach “w daleki świat”...

I Witja opowiada wszystkim swoją historię, nawet tym, którzy słyszeli już ją wielokrotnie. Sklepowa znów wywraca oczami. “Diewuszka zrozum. Ty to słyszałaś pierwszy raz, a ja dwusetny!”

Bardzo przewrotna historia.. Bo wydawałoby się, że coś tak strasznego jak wojna - nie może mieć żadnych plusów. Że wojna potrafi jedynie wszystko zniszczyć i odmienić na gorsze. Jednak opowieść o Witji pokazuje, że żaden aspekt życia nie jest czarno - biały. I że nawet dostanie granatem może mieć swoje jasne strony - bo może nadać życiu sens.

Środek sklepu zajmuje biało - brązowa kałuża, która z sekundy na sekundę ulega powiększeniu. Lody! Te, które trzymam w ręce! Trzy lody, kropla po kropli, opuszczają swoje przytulne papierki z misiem i strużką błotnistej mazi zalewają podłogę… Żar się leje z nieba, wnętrze sklepu jest duszne i nagrzane popołudniowym słońcem. A ja tu stoję w nim od pół godziny! Sprzedawczyni przynosi mi wiaderko. “Wywal je tutaj, nic się nie martw. Zaraz pościeram. To moja wina, ja cię zagadałam. Wybierz sobie nowe lody”.

W miejscowości są też kolorowe mozaiki przedstawiają różne scenki rodzajowe z życia radzieckiego człowieka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Już myślałam, że nazwa ulicy też jest z mozaiki ułożona - z daleka to tak wyglądało... ale to chyba jednak tylko napis farbą...

Obrazek

Gdzieś w rejonie tej wioski natrafiamy też na pomnik - bardzo ekspresyjny!

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Dziś szukamy ruiny młyna. Duży, trzypoziomowy budynek. Wprawdzie bez dachu, ale o nadal solidnych murach. W tym rejonie na początku XX wieku powstało sporo młynów wodnych. Z czasem one upadały, nie służyła im ponoć radziecka władza i kolektywizacja, a najbardziej je dobiła elektryfikacja wsi - wtedy stały się zupełnie nierentowne. Najdłużej działał ten, który odwiedzamy - w Lupolowym. Pracował do początków lat 80 tych, gdy ostatecznie zamknięto go w wyniku pożaru. Od tego czasu jest malowniczą ruiną dodającą uroku nabrzeżom rzeki Południowy Buh.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od strony rzeki wszystko urokliwie zarasta buszem pnączy i krzewów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Cieniste wnętrza...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A kuku!

Obrazek

Budynek wypełniony jest szumem wody, przelewającej się przez tamy i różne kamulce z dawnego wyposażenia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


W oddali zabudowania wioski Lupolowe.

Obrazek

Miejsca na biwak szukamy po drugiej stronie rzeki, za wioską Krasneńkie. Mijamy cerkiew, którą zrobili chyba ze zwykłej chałupy!

Obrazek

A tak widać stąd ruiny młyna!

Obrazek

Brzegi są tu bardzo ładne i jakieś takie przyjazne - pagórki, skałki, zarośla, powykręcane drzewa i słoneczne polanki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tylko o drewno ciężko. Gdy takowego szukamy znajdujemy… bunkry! ;) A przynajmniej takie coś z betonu, zadaszone. Ni to rura, ni to planowany przepust dla wody pod drogą?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ognisko, żaby, cykady, wodne ptactwo… I my... W blasku płomieni i promieni zachodzącego słońca :)

Obrazek

Obrazek

Wczesnym porankiem snują się mgły… Uroki porannych kibelków biwakowych! :)

Obrazek

Obrazek

Godzinę później już słońce oświetla nadrzeczne skałki. Rzeka się wije, a my odkrywamy wyspę! Z dnia na dzień wszystko robi się coraz bardziej kolorowe.. Cóż… koniec września zobowiązuje!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Powoli i sporymi zakosami, ale jednak wracamy już w stronę domu. Aby droga się nie dłużyła i nie była tylko nudnym i męczącym napierdzielaniem przed siebie, starami się zawsze znaleźć po drodze coś do pozwiedzania. Coś na otarcie łez, aby takiemu powrotowi nadać obraz wciąż trwających wakacji.

Jednym z takich miejsc, jakie sobie upatrzyliśmy na powrót, jest Kanion Buki. Kabaczek oczywiście od razu zaczyna bardzo protestować, że nie absolutnie i ona tam nie pojedzie. No bo skąd może pochodzić taka nazwa? Kto może mieszkać w takim wąwozie? Sprawa jest jednoznaczna i ewidentna - Buka!

Obrazek
kadr z filmu Muminki "Zimowe ognisko"

Kabaczę nawet do Buki na ekranie podchodzi ostrożnie i z dystansem (ostatnio prosi o przewijanie odcinków ;) ) a tu nieźle się wkręciła, że ową Buke spotkamy naprawdę… ;) Dni są ciepłe… mam nadzieję, że żadnego wieczora nie poczujemy lodowatego powiewu i echo o zaśpiewie “uuuuuu” nie będzie się niosło wśród skał ;) Bo chyba wtedy sama będę spinkalać do busia ;)

Kanion Buki jest miejscem dosyć nietypowym dla środkowej Ukrainy. Miejscowa rzeka Górski Tykicz wąskim korytem wpływa pomiędzy całkiem spore skałki. Miejsce to jest w zasięgu jednodniowej wycieczki z Kijowa, więc (jak można się spodziewać) w wolne dni można tu ulec zadeptaniu. Takie miejscowe Błędne Skały. Miejsce, żeby przyjechać z rodziną na piknik, z dziewczyna na romantyczny spacer, zrobic sobie selfi czy zapalić ognisko… A no właśnie.. A jednak porównanie z Błędnymi Skałami było trochę nietrafione. Bo być może stan pogłowia spacerowiczów będzie porównywalny, ale tu można spać w namiocie, ogniskować, wspinać się na skałki, pływać kajakiem czy wjechać autem na sam urwisty skraj wąwozu.

My mamy trochę szczęścia - trafiamy tu we wrześniu, w środku tygodnia i w dosyć wietrzną, pochmurną pogodę. Ludzi i tak jest więcej niż przywykliśmy na plażach pod Odessą, ale dramatu nie ma.

Okolica jednak “okapuje” turystycznym zagospodarowaniem. Wszędzie wiszą ogłoszenia “wynajmę pokoje”, “sprzedaż drewna”, “wycieczka z przewodnikiem”, “kurs wspinaczkowy”. Wielkość parkingów jest również nieproporcjonalna do niewielkiego skądinąd kanionu..

Miejsce rzeczywiście jest obiektywnie ładne, zwłaszczą uroku dodają mu jesienne kolory roślinności.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dnie wąwozu zobaczymy malownicze ruiny, pozostałości po wodnej elektrowni (ponoć była to pierwsza tego typu elektrownia na Ukrainie). Niestety, stąd gdzie jesteśmy, nie mamy jak do niej zejść. Przed nami pionowa skarpa i co najważniejsze - jesteśmy po złej stronie rzeki ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dnie wąwozu wprawdzie jest jakaś mostopodona konstrukcja - bardzo fikuśna, ale średnio funkcjonalna. Nie wiem w jaki sposób należy jej używać? A może to jakiś “małpi gaj”?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Próbujemy potem jakoś naokoło dojechać do ruin elektrowni, ale zaczyna nas wodzić jak na bagnach w mglistą noc ;) Więc wychodzi tak, że elektrownie podziwiamy jedynie z wysokości przeciwległej skały.

Kawałek dalej stoi budynek dawnego młyna wodnego. Widziałam w jakiejś relacji jego zdjęcia jak był opuszczony, teraz go chyba częściowo odbudowano.

Obrazek

Zabudowania samej miejscowości są też dosyć przyjemne dla oka… Miejscowe pomniki…

Obrazek

Obrazek

Albo to co z nich zostało… urwali tylko łeb… ;)

Obrazek

Ktoś przeczyta???

Obrazek

Sklepy czy lokalny PKS…

Obrazek

Obrazek

Dom kultury z dawnych lat…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyłaniające się z płowych łąk chałupki….

Obrazek

Szukając biwaku (a mamy kilka namiarów) trafiamy na cmentarz, gdzie kończy się droga, dwukrotnie na zamknięty szlaban, a dwa razy mapa twierdzi, że powinno się jechać dalej - a są tam jedynie krzaki, albo co gorsza urwisko. Kawałek dalej, widzimy, że droga znów pojawia się na krawędzi wąwozu, więc istnieje prawdopodobieństwo, że kiedyś ona istniała - tylko przy jakiejś okazji zjechała w dół i już tam została na dobre ;)

W tych poszukiwaniach pakujemy kilka razy busia w niezbyt przychylne dla niego miejsca (grzęzawiska, koleiny na pół metra czy przechył tej wielkości, że rozważamy już posadzenie kabaka za kierownicą i przewieszenia nas we dwójkę + co cięższych bagaży po przeciwległej stronie auta. Ostatecznie znajdujemy fajną dolinkę, w miejscu gdzie kanion nieco odsuwa się od rzeki. Miejsce dzielimy jedynie z obłapującą się parką z czarnego suva, którzy posiadają kijek do selfi długości chyba 20 metrów. U podstawy to ustrojstwo jest grube jak solidne drzewo, a potem się rozkłada, rozkłada i stopniowo cienieje. Na samym końcu przymocowali telefon, ale wiatr im targa tą konstrukcją tak mocno, że mam wątpliwości, czy jakiekolwiek zdjęcie wyjdzie ostro… Pewnie mnie pokarało za te myśli - bo zrobiłam 3 zdjęcia, z ręki, bez żadnego kija - i wszystkie się rozmazały.. Acz trzeba przyznać, że patent ciekawy! Takie “selfi” to ja bym sobie też chętnie zrobiła! :)

Podczas gdy parka ochoczo podskakuje wokół słupa szczerząc zęby, machając rękami i wyciągając pyski ku górze, kabak zaczyna wznosić okrzyki! “To Hatifnatowie! Oni czekają na burze!” Wskazując na przymocowany na kiju telefon: “to barometr! Na pewno dziś będzie burza a oni będą świecić!”.

Tak było w Muminkach. Dokładnie tak.

Obrazek
kadr z filmu Muminki "Na bezludnej wyspie"

To niesamowite jak Muminki cały czas nam towarzyszą. I to nie jako wspomnienie obejrzanego filmu - one żyją pośród nas. Do tego doszło, że nawet mnie Muminki już śnią się po nocach ;)

Ściany wąwozu - tutaj nieco odsunięte od rzeki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I sama rzeczka - na tym odcinku nieco zabagniona.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ciepłe barwy wieczora..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

P.S. Buka do nas jednak nie przyszła ;) Może spaceruje tu wyłącznie zimą???



cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2331
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: buba »

Wracamy nieco inną drogą - przez Białą Cerkiew, Skwyrę, Ryżyn, Ljubar. Droga nieco dłuższa, bardziej wyboista, ale o wiele mniej zatłoczona. I przez to o niebo sympatyczniejsza. Tak jak trasa przez Chmielnicki, Winnice - to jakaś masakra, ciągle z tirem na d… - tu to istna sielanka!

W jednym z miasteczek mijamy taką mozaikę. "Nie dla wojny"... Aż się zatrzymujemy, aby się przyjrzeć. Z jakich czasów pochodzi ten malunek i napis? Sposób wykonania sugeruje twórczość z radzieckiej epoki. Acz i teraz by pasował... Przestał sobie zapomniany na skwerku kilkadziesiąt lat, by znów stać się aktualnym?? Niestety współcześni nie zrozumieli przesłania...

Obrazek

Mijamy też inne, kolorowe, mozaikowe elewacje na blokach…

Obrazek

Miga nam cmentarz z nagrobkiem gościa, który chyba lubił jeździć na skuterku.

Obrazek

Wieczór zastaje nas w okolicach miasteczka Hryciw.

Obrazek

Zjeżdżamy w boczne drogi, w stronę wypatrzonego na mapie zbiornika wodnego na rzece Homora (Khomora?)

Klucząc po polach, pastwiskach i rozwaliskach pokołchozowych, udaje się trafić na dosyć przyjemne miejsce między wioskami Korpyliwka i Mykulin. Łagodne wzgórza, majaczące w dole rozlewiska i zdecydowanie przez kogoś zamieszkane skarpy. Ciekawe czy to owady czy ptaki? Nic stamtąd nie wylatuje, a pomysł kabaka, żeby podziubać patykiem również nie wydaje się nam zbytnio trafiony ;)

Obrazek

Obrazek

Wygląda jak skalne miasto w miniaturze!

Obrazek

Na biwak stajemy przy zagajniku pełnym pachnących sosen.

Obrazek

Idziemy się przejść - zobaczyć czy z drugiej strony kępy przypadkiem nie ma ładniejszego miejsca na nasz biwak? Miejsce może i jest ładniejsze, ale… jest zajęte. Poza tym tak jakoś dziwnie jest zobaczyć w terenie miejsce…. ze swojego snu!!! Staje jak wryta z otwartą gębą… Z miesiąc temu mi się to śniło? Albo dwa? Dokładnie taki sam układ drogi, wody, lasu i taka przyczepa wkomponowana pomiędzy sosny. Z komina leci dym. I ta czarna, przypylona kurtka zatknięta na kiju! No żesz to szlag! Zabawnie jest zobaczyć takie miejsce - niby skądeś znajome ;) W moim śnie w przyczepie mieszkał mutant , który, oględnie mówiąc, nie był zbyt przychylnie nastawiony do otoczenia ;) Ja wiem, że to głupie - ale są rzeczy, których jakoś wolę nie sprawdzać ;) Szybki w tył zwrot i zwijam się za nasz lasek. Zwłaszcza, że jest wieczór, a my chcemy tu zostać. Może rano tam jeszcze zajrzymy? ;) (zdjęcia były robione rano, ale zapukać do drzwi i tak się nie odważyłam ;)

Obrazek

Obrazek

Wieczór mija na wpatrywaniu się w blask ognia....

Obrazek

Obrazek

I szum nasilającego się wiatru, który nocą przechodzi prawie w huragan! Myślę, że namiot to by nam na bank porwało! Nawet w busiu, który przecież ma swoją masę, czujemy się jak na huśtawce! Odsuwamy się też nieco od lasu, coby nie stać w obrębie drzew potencjalnie latających ;)

Noc mija spokojnie, tzn. busio nie odlatuje, mutanty nas nie odwiedzają ;)

Wśród stepowych górek, rozlewisk i porannych promieni słońca.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejne wioski i miasteczka....

Obrazek

Obrazek

No i dojeżdżamy pod polską granicę, gdzie na biwak zatrzymujemy się na wiatowisku. Straż graniczna nas oczywiście kontroluje i próbuje odwieść od pomysłu noclegu tutaj. Przypuszczamy, że chodzi o to, że wolą nie mieć nocą ekipy, która się kręci w ścisłej strefie przygranicznej. Ale głównie nas straszą zbliżającym się mrozem, oczywiście polecając konkretny hotel w Chyrowie. Dziękujemy za rady - ale zostajemy. Wieczór spędzamy przy kamiennym grillu i faktycznie coraz bardziej buchających kłębach pary z ust…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W nocy dochodzimy do wniosku, że chłopaki z dobrego serca dawali nam te rady i że niepotrzebnie doszukiwaliśmy się w tym nieuczciwości i drugiego dna.. Busio pokrywa się szronem a okoliczne łąki wyglądają jakby właśnie spadł pierwszy śnieg.. Cóż… we wszystkim można się doszukiwać pozytywów ;) Przynajmniej nie będzie tak bardzo żal wracać do domu.. ;) No i wstajemy dosyć wcześnie, więc i na granicy meldujemy się o całkiem przyzwoitej porze. Odprawa idzie średnio, kolejek trochę jest, no ale tak to tu bywa.. Wszystko idzie zgodnie z planem, póki na odprawie celnej (po polskiej już stronie) nie pojawia się ona. Kobita w wieku nieokreślonym. Babka może nawet niebrzydka, ale z gębą wykrzywioną grymasem wściekłości. Jedna z tego gatunku służbistek, co to praca jest dla nich najważniejsza, bez nich świat się zawali, a jakieś prywatne sprawy czy zainteresowania to niepotrzebne zawracanie głowy. Co to nie ma mowy, aby na coś spojrzała przez palce, machnęła ręką czy zapatrzyła się w płynące po niebie obłoki. Od kiedy nasz wzrok się krzyżuje - wiem, że będą problemy. Są chyba ludzie, którzy nie mogą razem ze sobą przebywać na tych samych dziesięciu metrach kwadratowych, bo coś iskrzy… I to chyba jest jeden z tych przypadków. Od początku wszystko jej nie pasuje, to busio podjechał za blisko krawężnika, a to znowu stoi nieco ukośnie. To drzwi się nie otwierają według jej widzimisie, to znowu ma jakieś problemy z naszymi zasadami pakowania - np. butelki w torbie razem z butami jej się nie podobają! Na widok ilości bambetli łapie się za głowę, a widok skrzyń to przyprawia ją prawie o apopleksje. “Tam może być wszystko!!!!”. Po czym przykłada do mordy jakiś głośnik i tajnymi numerami informuje kogoś, że niedługo “wam ich przyśle”. Mamy więc jechać na kontrolę specjalną. Nie tu na oczach wszystkich i zajmując pas - tylko w specjalnym budyneczku. Hmmmm… miałam już okazję być świadkiem rozkręcania auta na śrubki (w Medyce) i jakoś nawet do tego budyneczek nie był potrzebny. No cóż… Nic nie poradzimy - jedziemy więc pasem ruchu kończącym się wielką bramą oznaczoną numerem 2. Jeden ogromny plus jaki zauważam od razu - to to, że babsztyl zostaje przy okienkach paszportowych.

Ciężka brama zamyka się za busiem, dodatkowo automatycznie zakręca się jakaś jej blokada. No kurde! Busio nawet jakby chciał - to by tej bramy nie staranował! Jakiś koleś pokazuje nam, żeby wjechać na kanał. Wjeżdżamy, wysiadamy.. Obok nas stoi dwóch facetów o bardzo sympatycznych i chyba jeszcze bardziej od nas zdumionych pyskach. Chyba jednak na podstawie tego tajnego kodu przez radiostacje - spodziewali się jakiejś innej ekipy. Kabak od razu przechodzi do konkretów: “Będziecie odkręcać koła?? Bo ja jeszcze nie widziałam busia bez kół!” “A mogę wejść tam na dół???”, “A co to jest?” - ciągnąc za jakąś sprężynę, na końcu której leży coś w kanale o wyglądzie wiertarki. Cóż - nadruchliwość kabacza, na co dzień bardzo męcząca - czasem się jednak przydaje… ;) “A ja chcę siusiu!” Jakoś tak jest, że każde miejsce na świecie poznaję od strony kibli (a od pewnego czasu - mam w tej "pasji" towarzystwo ;) ) Tu jest więc podobnie :)
Kontrolerzy z budynku nr 2, mam wrażenie, że są nieco rozbawieni sytuacją, która zaszła. Zwykle to tu chyba trafiają jacyś groźni przemytnicy. Mają tu czujniki do kontroli promieniotwórczości, kabiny do prześwietlania na kontrolach osobistych i jakieś chemiczne zraszacze, które coś neutralizują, ale zapomniałam już co ;) Trochę nam zaglądają do skrzyń i pod fotele, otwierają ze dwie torby, ale mam wrażenie, że główna ich uwaga jest skupiona na tym, aby kabak nie wpadł do kanału ;) Chyba nie wypada stąd wyjechać szybciej niż po pół godzinie, więc resztę czasu umilamy sobie rozmową.

Ciekawe, że granicę polsko - ukraińską mam przyjemność przekraczać już od ponad 20 lat - ale taki rodzaj odprawy zaliczyliśmy po raz pierwszy. Kolejna przygoda do szufladki pt: “granice” :)

W Polsce już się nie decydujemy na biwak. Nocujemy w PTSMie w Olkuszu.

Obrazek

A na koniec jeszcze ciekawy mural sprzed lat. Człowiek szuka światami takowych, a tu proszę - praktycznie prawie na opłotkach Bytomia! :)

Obrazek

KONIEC
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

meter30
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 55
Rejestracja: śr 15 lut, 2017 08:59

Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Post autor: meter30 »

Wspaniała relacja. Zawsze z niecierpliwością i w milczeniu oczekiwałem na kolejne odcinki, ale teraz w związku ze zdjęciem nagrobnym skuterka czuje się wywołany do tablicy. Ten "skuterek" to pełnowymiarowy, ciężki motocykl o sporej pojemności z koszem bocznym, produkowany w czasach ZSRR w fabryce w Irbicie- Ural M63. Motocykle marki Ural są produkowane do dziś jako jedyne na świecie fabrycznie wyposażone w kosz boczny :D

ODPOWIEDZ