Refleksje z rodzinnego wyjazdu na Krym

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
jackier
Sekretarz Gubernialny
Sekretarz Gubernialny
Posty: 27
Rejestracja: ndz 24 lut, 2013 00:40

Refleksje z rodzinnego wyjazdu na Krym

Post autor: jackier »

Trzy lata to dobry wiek by zacząć podróżowanie. Jest to odpowiednie również pod względem wygody dla rodziców. Wychodząc z tych założeń, postanowiłem zorganizować pierwszy rodzinny wyjazd na Krym. Wyjeżdżamy w sobotę o 16:30, tak aby być na granicy w niedzielę możliwie rano, co -jak sądzimy- pozwoli nam uniknąć długiego czekania. Do punktu odpraw docieramy po brzasku.
Obrazek
Kolejka i formalności zajmują około dwie godziny. Na samej granicy zapomniałem niestety wyłączyć kamery rejestrującej trasę – na szczęście dziesięć dolarów załatwia sprawę. Po przejechaniu kilkuset metrów od granicy i wymianie pieniędzy, robimy sobie posiłek przy jednej ze stacji benzynowych. Po niespełna dwóch godzinach około siódmej rano ruszamy w dalszą drogę. Na pierwszy nocleg w tej podróży chcemy zatrzymać się u naszych znajomych w Żytomierzu – Maksima i Iry. Mamy zamiar wybrać się z nimi do Gruzji pod koniec sierpnia, ale coraz mniej mamy na to chęci. Ostatnia podróż do Rosji nieco nadwyrężyła budżet, poza tym nie chcemy, jadąc do Gruzji zostawiać Małej na tak długo. Mamy -paradoksalnie- nadzieję, że Maksimowi nie uda się znaleźć dla nas dodatkowych kartuszy z gazem, co byłoby pretekstem do wycofania się z wyjazdu. W czasie drogi Maksim dzwoni, że jednak kartusze są, więc wychodzi na to, że do Gruzji też pojedziemy. Na razie jednak należy pomyśleć o dalszej drodze. Pojechaliśmy trochę za daleko, należy dotrzeć do dobrej drogi Równe-Żytomierz. Maksim sugeruje objazd Łucka obwodnicą. Postanawiam dotrzeć skrótem w kierunku wsi Gołoby. Po drodze oglądamy malowniczą okolicę.
Obrazek
Od razu uderza nas różnica między wsią ukraińską a rosyjską na północy. Tutaj wszystko żyje, inwentarz biega przy drodze, mijają nas wozy załadowane sianem, ludzie są tutaj jacyś pełni życia i zadowoleni. Wydaje się, że każdy kawałek ziemi ma tu jakiegoś gospodarza.
Obrazek
O, a tutaj chyba na strudzonych chłopów czekają świeże kanapeczki:
Obrazek
Między wsiami robimy sobie mały postój obok drogi
Obrazek.
Jedziemy potem w kierunku Łucka
Obrazek,
By w końcu dotrzeć do trasy Równe-Żytomierz.
Obrazek
Często na drodze powtarza się schemat «90-70-50», czyli trzy następujące po sobie znaki ograniczające prędkość po czym tzw. post DAI czyli łowiący kierowców milicjanci.
Tak przy okazji, na Ukrainie można spotkać tzw. „wieczną zieloną strzałkę”
Obrazek

W Żytomierzu jesteśmy wczesnym popołudniem. Spotykamy się z Maksimem, który prowadzi nas już do wynajętego mieszkania. Dajemy sobie wzajemnie prezenty. Podarowujemy Maksimowi solidną kiełbasę krakowską a sami dostajemy pyszne czekoladki „Witania iz Żytomyra” .
Obrazek
Później, po zakupach w mieście zauważamy, że Żytomierskie słodycze naprawdę wyróżniają się na tle innych słodyczy ukraińskich, trzeba będzie zrobić większe zakupy przed powrotem do domu! Wieczorem idziemy już wszyscy w komplecie do jednego z pubów na rynku na małe piwo.

Dzień następny zaczynamy od spaceru po mieście. W 2005 roku, będąc pierwszy raz w Żytomierzu w celu zwiedzenia „Muzeum Kosmicznego” (chyba największa atrakcja Żytomierza) nic ciekawego nie widziałem. Musiało się chyba sporo zmienić albo po prostu nie trafiłem do centrum, bo teraz miasto wygląda zupełnie inaczej. Uliczki w centrum zamknięte dla samochodów tętnią życiem, parki je okalające też robią miłe wrażenie.
Obrazek
Obrazek.
Po spacerze i posiłku, żegnamy się z Maksimem i Irą umawiając się na spotkanie już w Kutaisi. Wyruszamy następnie w dalszą drogę - po południu docieramy do Kijowa
Obrazek
Gdzie kieruję się od razu do warsztatu.
Obrazek
Nie chodzi jednak o usterkę, ale o planowaną modyfikację Forka. Od teścia dostałem numer do warsztatu montującego osłony. Po ostatniej przygodzie w Rosji, gdzie straciłem plastykową osłonę miski olejowej, decyduję się na coś bardziej solidnego. Tak więc po „zabiegu” mam czteromilimetrowej grubości stalową osłonę nie tylko miski, ale także skrzyni biegów i dyferencjału.

Pomyślny przebieg modyfikacji należy uczcić rodzinną biesiadą na brzegu Dniepru przy zachodzącym słońcu Obrazek. W dalszą drogę wyruszamy kilkanaście minut przed dwudziestą trzecią. Trasa wiedzie przez Charków i Ługańsk, gdzie zamierzamy zabrać naszą teściową. Pierwsze oznaki dnia widać już dziesięć minut przed czwartą rano. Teraz parę zdjęć Charkowa po piątej nad ranem
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Miasto jest jeszcze wymarłe. Można nawet ignorować sygnalizację świetlną i dzięki temu szybko przemknąć przez centrum. Jednak już o wpół do siódmej, za miastem spotkać możemy pierwsze ruchome posterunki DAI-szników. Na poboczach ścielą się mgły.
Obrazek
Obrazek

Przed Iziumem robimy dłuższy postój na posiłek
Obrazek
Odchodzę kilkaset metrów od głównej trasy jakąś mało uczęszczaną drogą. Docieram do jakiejś opuszczonej fabryki.
Obrazek
Ale nie, zakład jednak jest czynny – przez okno widzę szatnię dla pracowników
Obrazek
Dalej droga się kończy,lecz widzę „drogowskaz”
Obrazek
Prowadzący do nieczynnej rampy i stacji przeładunkowej
Obrazek.
Dokoła ani żywej duszy, fabryka widać już po redukcji etatów zajmuje się chyba produkcją materiałów budowlanych. Ciekawe, czy sytuacja w przemyśle poprawiłaby się po wstąpieniu Ukrainy do UE? Patrząc na kondycję naszego przemysłu, śmiem wątpić.

W Ługańsku dołącza do nas teściowa i tym razem rozpoczynamy właściwą podróż na Krym.

Wyjeżdżamy późnym popołudniem, by jeszcze po drodze zwiedzić mierzeję Berdjańską, siedmiokilometrowy półwysep wrzynający się w Morze Azowskie. U nasady półwyspu (a więc przy wyjeździe z miasta) jesteśmy nieco po drugiej w nocy. Następnie już w zupełnych ciemnościach dojeżdżamy prawie na sam koniec kosy i błotnistą drogą przez małe i większe kałuże wyjeżdżamy na plażę. Ja rozkładam się na karimacie, owijam kocem i śpię krótko na plaży. Dziewczyny koczują w samochodzie. Zastaje nas piękny świt.
Obrazek
Potem przygotowujemy posiłek i spacerujemy nieopodal.
Obrazek
Obrazek
A to nasza dalsza trasa w kierunku Krymu
Obrazek
Wracamy część drogi przez Berdiańsk. Osobliwością tego miasta jest brak asfaltu na większości ulic. Zamiast tego leżą betonowe płyty Samochód rytmicznie dudni na łączeniach owych płyt, jest to nieco irytujące, ale za to dziur jest zdecydowanie mniej.
Obrazek

Żegnamy wreszcie Berdiańsk, podążając na zachód, główną drogą w kierunku Melitopola
Obrazek
Na jednej ze stacji zauważam, że na skutek jazdy po wybojach pękł tylni zderzak.
Obrazek.
Docieramy wreszcie do Geniczeska. Tam robimy małe zakupy, idziemy też z Jolą na plac zabaw. Jest niesamowicie gorąco, dlatego nawet takie miejsca mimo soboty są wyludnione. Potem jedziemy już Mierzeją Arabacką (znowu droga z płyt). Co jakiś czas, zdaje się z tyłu samochodu dobiega metaliczny dźwięk (coś jakby dźwięk sprężyny rzucanej na asfalt), po kilku kilometrach decyduję się na oględziny na poboczu. Nic jednak nie zauważam, a dalsza jazda również upływa przy akompaniamencie dziwnych dźwięków. Podejrzewamy usterkę amortyzatorów. Nie ma z tym żartów i ponadto udziela mi się lekko paniczny nastrój dziewczyn. Postanawiamy więc zawrócić do Geniczeska na kontrolę do jakiegoś warsztatu. Po rozeznaniu się, wybieramy pierwszy z brzegu obok zjazdu z głównej drogi na Arabacką. Tam po długim oczekiwaniu na swoją kolej, mechanicy oglądają moją Subarynkę. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że nie ma żadnej usterki, sprężyny są całe a my możemy jechać dalej w drogę. Kamień z serca! Zatem co to za dźwięki były? Spotkany przy okazji Ukrainiec opowiada, że to specyfika tych płyt po których jechaliśmy, a może czego innego… Ciekawe jednak, że jak jechaliśmy znów Arabacką, to dźwięków nie słyszałem (a może nie chciałem słyszeć).

Po jakimś czasie płyty i asfalt się kończą a zaczyna się zwykła piaszczysta droga. Oto sławna „tarka”. Forsterem trzęsie, muszę więc jechać szybciej, jednak uważać trzeba wtedy na niespodziewane jamy. Około cztery kilometry od granicy z Autonomiczną Republiką Krym, rozbijamy się na plaży. Tym razem czeka nas nareszcie odpoczynek po nerwowym dniu i nocy.
Obrazek
Obrazek
Następnego dnia wolno zbieramy się z plaży
Obrazek
A dalej znów jazda „tarką”.
Obrazek
Docieramy nareszcie na „właściwy” Krym:
Obrazek

Przed nami krajobrazy „Arabatki”:
Obrazek
Obrazek
Mijamy różne ciekawe budynki, niektóre są opuszczone, inne jak na przykład farma strusi stanowią atrakcję turystyczną (możliwość płatnego noclegu w obejściu). Robimy czasem krótkie postoje w celu filmowania i fotografowania okolicy. Wraz z przybywaniem wokół nas słonych rozlewisk pojawiają się też roje komarów. To pierwszy i na szczęście ostatni kontakt z nimi na tej wyprawie. Gorąco na potęgę.
Obrazek
Obrazek

Wreszcie, przejechawszy Solianoje, opuszczamy Mierzeję. Wart wspomnienia jest tutaj Kanał Północnokrymski jedna z tak zwanych „Udarnych Strojek Kommunizma”. Kanał doprowadza tutaj wodę aż z Dniepru.
Obrazek
Dzisiaj chcemy dotrzeć na półwysep Kazantip, jednak zmieniamy zdanie podczas zakupów w pasiołke Lenino (ostrzegano nas przed komarami, a ja po podróży po Północnej Rosji chyba nabawiłem się fobii). Decydujemy się wziąć kurs na Kercz zwłaszcza, że od Rodaków spotkanych na „Arabatce” dostaliśmy namiary na wspaniałą podobno plażę. Centrum miasteczka stanowi nieduży skwer, na którym konsumujemy zakupiony w nieodległym sklepie nabiał i chleb. Szarzeje, trzeba więc czym prędzej znaleźć miejsce na nocleg. Przy wyjeździe z miasteczka kupujemy jeszcze u gospodyni przy drodze mleko oraz warzywa i owoce na kilka dni.

Jedziemy dalej w stronę Kercza. Docieramy do granic miasta po zmierzchu. Kierujemy się potem na północ w kierunku półwyspu Chroni, gdyż według współrzędnych tam jest „ta” plaża. Dojeżdżamy po ciemku do jakiegoś skrzyżowania, gdy dosłownie miga nam przed oczami jakaś Łada. Jest to o tyle niezwykłe, że nie spotkaliśmy żadnego samochodu od momentu, gdy wjechaliśmy do Kercza, a tutaj owa Łada staje się naszym drogowskazem, podążamy więc w bezpiecznej odległości
Obrazek

Drogi rozbiegają się na różne strony, nawigacja też od dawna jest nieprzydatna. Na kolejnym rozwidleniu dróg, decyduję się zostawić naszego samochodowego przewodnika, sam też zatrzymuję auto i na piechotę udaję się na poszukiwanie morza. Idę kilka minut drogą, po pagórkach, potem teren obniża się. W końcu w egipskich ciemnościach docieram na plażę. Dopiero wtedy słyszę łagodny szum fal. Teraz trzeba dostać się tutaj samochodem z całą rodziną… Po kolejnych piętnastu minutach podążamy wszyscy zbadaną drogą. Co rusz zatrzymuję się i sprawdzam zostawione „punkty orientacyjne”, czy to jakiś większy kamień, czy butelka umieszczone przeze mnie w miejscach typu rozwidlenie dróg, czy stroma skarpa.
Obrazek

Po kilku minutach wreszcie docieramy do plaży. Jola spała całą drogę, co ułatwia nam zadanie rozstawienia namiotów. Naprędce wyładowywujemy niezbędne rzeczy, ciekawe jakimi widokami zaskoczy nas świt?

Wstajemy wcześnie mimo krótkiej nocy i dociera do nas, że jesteśmy w Raju!
Obrazek
Nie przypuszczałem, że morze Azowskie jest tak rozległe i piękne . Zawsze myślałem, że to „taki płytki i niezbyt czysty zbiornik wodny”. Dziewczynom i teściowej też się tutaj bardzo podoba.
Obrazek

Dzień spędzamy na wszystkich możliwych formach odpoczynku na plaży. Ja m.in. konstruuje „przekop” do wody dla Joli, by nie musiała dreptać po ostrych muszelkach
Obrazek
Obrazek

Czas też na mały rekonesans po okolicy
Obrazek
Obrazek

Jest tutaj tak przyjemnie, że zmieniamy plan i zostajemy tutaj jeszcze dwa dni. Kolejny z nich okazuje się dość upalny
Obrazek
Za to wieczorem czeka na nas atrakcja w postaci obserwacji walnego zgromadzenia mew, chyba z całego półwyspu Kerczeńskiego
Obrazek
A Joleczkę czeka wieczorna kąpiel przed snem
Obrazek

W ciągu dnia robi to już samodzielnie
Obrazek

Piękny zachód słońca, jutro jedziemy dalej w trasę.
Obrazek

Do miasta wracamy w piątek. Akurat wtedy mijamy kolumny samochodów zdążające w miejsce z którego wracamy. To miło, że ludzie tutaj na plażach nie śmiecą, że przyjeżdżając, ma się wrażenie bycia „odkrywcą” wspaniałego miejsca do plażowania.
Obrazek

Tym czasem wszystkie wskaźniki w Forku nagle szaleją. Wskazówki prędkościomierza i termometru podnoszą się i opadają z częstotliwością kilku na sekundę. Z tą samą częstotliwością zapalają się i gasną wszystkie kontrolki. Nie wiadomo, czym się to może skończyć, muszę więc szukać czym prędzej elektryka. Po krótkim wywiadzie w mieście otrzymuję wpierw adres warsztatu przy samym wjeździe do miasta, oni jednak odsyłają mnie do elektryka gdzieś na drugim jego końcu. Kluczę dobrych kilkanaście minut pomiędzy garażami, niemniej jednak miejsce znajduję, i co najważniejsze majster znajdzie dla mnie czas, pomimo kolejki. Usterką, okazuje się poluzowanie wtyczek – ktoś nie docisnął ich prawidłowo, podczas wymiany żarówek we wskaźnikach, gdy byłem w warsztacie na przeglądzie przed podróżą. Zadowoleni, możemy odpocząć. Kupujemy pyszne lody a Jola umila sobie czas na placu zabaw.
Obrazek
Potem wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę Teodozji. Pierwszym miejscem leżącym na wybrzeżu Morza Czarnego jest Primorskij. Miejscowość leży przy wąskim przesmyku oddzielającym morze od słonego, wysychającego miejscami jeziora. Pierwsza spotkana „plaża” o ile można ją tak nazwać jest wybetonowana
Obrazek
Kolejne miejsce do zażywania kąpieli znajduje się już na przesmyku i jest tam zdecydowanie lepiej. Ludzi o dziwo nie ma tak wiele i można poleżeć na piasku. Miejsce to jednak traktujemy na chwilowy postój i pierwszą kąpiel w Morzu Czarnym w tym roku. Przy Teodozji wita nas stalowy las
Obrazek
Ostatni raz byłem tutaj w 2001 roku. Pobieżne zaznajomienie się z Teodozją tak teraz jak i wtedy wystarcza aby nie mieć ochoty szybko tutaj wracać. Te same co kiedyś szare ulice i przemysłowe rejony, ciasnota i śmieci… nic tu po nas. Kontynuujemy więc nasza podróż w kierunku Biełogorska. Po drodze, za miasteczkiem Staryj Krym na bazarze kupujemy zapasy świeżych owoców i warzyw, gdyż nasze znacznie się uszczupliły. Jest to jak na razie największy bazar, jaki spotkaliśmy na Krymie. Sporo ludzi kupuje tutaj w hurtowych ilościach i rozwozi po różnych częściach półwyspu. Z Biełogorska, kierujemy się na północ na Białą Skałę, gdzie mamy zamiar przenocować. Dzięki temu, że jesteśmy tutaj przed zachodem słońca, można podziwiać piękne widoki
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Szukamy miejsca na nocleg. O wodzie można tutaj zapomnieć, oczywiście byliśmy gotowi na to, uzupełniając zapasy na drodze (przy ostatnim bazarze jest źródełko zamknięte w kran).
Następnego dznia wstajemy z piękna pogodą.
Obrazek
W czasie gdy reszta ekipy (czyli moja rodzina i teściowa) się powoli zbiera, idę na mały wypad zdjęciowy po okolicy. W okolicy odkrywam kilka małych miejsc biwakowych. I ciekawy niby-plac
Obrazek Trochę to przypomina antyczny stadion. Ma to kształt prostokąta o wymiarach 100x50 metrów. Po co ktoś wybudował tutaj taki obiekt? Całość już w rozpadającym się stanie, zarośnięta trawą wyrastającą z białej, spalonej słońcem ziemi. Po powrocie do obozowiska, jedziemy dalej, do samej skały od strony płaskowyżu, tym razem widoki z rana:
Obrazek
Tutaj mamy Biełogorsk
Obrazek
Obrazek
Zjeżdżamy do miasta. Po drodze, po prawej przykuwa naszą uwagę nieduża jaskinia, czy raczej grota. Z jej sklepienia skapuje woda, dzięki czemu rośnie tutaj najbardziej zielona roślinność w okolicy
Obrazek
A oto widok Białej Skały z dołu.
Obrazek
Naszym kolejnym celem jest Karabi-Jaila. Podobno dotrzeć tam można drogą wiodąca z Gołowanowki na trasie Biełogorsk-Ałuszta. W samej Gołowanowce robimy zakupy słodkości i nabieramy wody, niestety miejscowi nie potrafią nic powiedzieć na temat możliwości dotarcia do Pczelinoje, które ma być nasza bazą wypadową.
Obrazek
Postanawiamy zasięgnąć języka nieco dalej. Na trasie za wsią zagaduję jakąś kobietę przy drodze, która kategorycznie twierdzi, że takim samochodem tam nie dojedziemy… zaraz, jak to? Moim Forkiem?! Nie takie numery się robiło… A może jednak takie? Chyba czas jest, aby się Czytelnikowi do czegoś przyznać… Otóż podczas ostatniego postoju na „Arabackiej Kosie” teściowa rzuciła pomysł dalszej jazdy plażą. Zachęcony pomysłem kontynuowania podróży bez wibracji, postanowiłem natychmiast to sprawdzić. Niestety skończyło się to wizytą ratowników w dżipem z Gieniczeska, z pomocą których wytaszczyliśmy Forysia z grząskiego piachu. Więc tym razem jednak rada kobiety przy drodze zadziałała jak wiadro zimnej wody na głowę. Zasugerowała mi także zasięgnąć rady na temat dojazdu u leśniczego mieszkającego nieopodal.

Idąc w stronę obejścia znajdującego się z dala od drogi w lesie, zostaję zaatakowany przez trzy nieduże psy, jednak powiedzenie „w kupie siła” jest tutaj jak najbardziej uzasadnione, szybko więc oddalam się w kierunku drogi a psy, o dziwo niemal od razu się uspokajają i zawracają widząc, że nie mam zamiaru niepokoić ich właściciela (ciekawe czy w ogóle obecnego?).
Przy drodze do gospodarstwa znajduje się „miejsce odpoczynku” jedno z takich, jakie widywałem już np. w Czarnohorze
Obrazek
Korzystając więc z okazji robimy posiłek, może zjawi się leśniczy?

Leśniczy jednak się nie pojawia, zamiast tego, przychodzą owe psy tym razem skamląc o jedzenie... Z mapy wynika niezbicie, że do Pczelinoje dotrzeć można z drugiej strony od Zielienogorskoje, jednak jest to teraz nam nie po drodze. Dziewczyny są znów spragnione morza, a mi przyznam szczerze, nie chce się teraz robić „pętli” - postanawiam odłożyć to na później. Tak więc podążamy dalej drogą przez przełęcz Kok-Asan-Bogaz (z pewnością do niedawna nosiła inną, rosyjską nazwę) i tu niespodzianka - droga z początku asfaltowa teraz wygląda tak
Obrazek
Doganiam potem kolumnę wleczących się po wertepach osobówek
Obrazek
Obrazek
Okolica jest bardzo malownicza
Obrazek
Dojeżdżamy wreszcie do Priwietnoje, zaopatrujemy się tam w produkty na kolację i kontynuujemy drogę serpentynami wzdłuż wybrzeża do Ałuszty. Na miejscu jesteśmy późnym popołudniem. Trzeba poszukać kwatery. Nie za bardzo mi się to uśmiecha, jednak pod naciskiem większości ustępuję. Z kilku propozycji (w tym także znalezionych w międzyczasie w Internecie) wybieramy ofertę jakiejś babulki (dziewczyny znajdują), dojazd krętymi uliczkami jest skomplikowany, za to warunki znośne. Widok z okna
Obrazek
Urzeka bogato ozdobiona ”klatka schodowa”
Obrazek
Grafik opieki
Obrazek
Następnego dnia idziemy poszukać miejskiej plaży. Domyślamy się, że i tutaj jak na prawie całym południowym wybrzeżu Krymu istnieje podział na plaże płatne i bezpłatne. Jednak to co tutaj ujrzeliśmy przerosło nasze wyobrażenia
Obrazek
Powyższe zdjęcie obejmuje w całości skrawek wybrzeża, gdzie mieszkańcy miasta (liczącego ponad 28tys. mieszkańców) oraz goście mogą bezpłatnie poleżeć na plaży i zażyć kapieli! Efekt jest taki, że trudno leżąc nie zawadzać o innych plażowiczów. A oto plaża płatna
Obrazek
Standard ten sam, za korzystanie z leżących na plaży leżaków płaci się dodatkowo, jedynie ludzi nieco mniej.

Wieczór postanawiam spędzić na kwaterze z Jolą, czytając jej bajki, żona i teściowa wybierają się na jakiś koncert do centrum. Następnego dnia jedziemy dalej wybrzeżem. Nie chcę już zatrzymywać się w miejscach typu Jałta i Ałupka, gdyż po ostatnich większych miastach na tym wybrzeżu Krymu najchętniej bym uciekł znowu w góry!
Obrazek
Docieramy do Foros, tam nieco dalej od centrum miasta na uboczu znajdujemy miejsce na rozbicie namiotów. W końcu! Gdy już wiemy, gdzie spać czas na ucztę. Kupujemy wspaniałe lody.
Obrazek
Jeśli nie chce się truć ”lodową chemią” powinno się kupować właśnie takie, tzn ”plombir”, szkoda, że tego typu lodów w Polsce już nie ma. Planujemy zostać tutaj kilka dni. Na plaży poznajemy grupę Rosjan i Ukraińców, którzy mają obóz nieopodal. Zapraszają nas wieczorem do siebie na pyszny kompot
Obrazek
Potem umawiamy się jeszcze na nocleg na plaży. Niesamowita sprawa, zwłaszcza, że na noc prognozowano deszcz meteorów, który mamy przyjemność oglądać.

A oto Foros jak na dłoni:
Obrazek
I miejska plaża, większa, czysta i nie tak zatoczona jak gdzie indziej.
Obrazek
Obrazek
A to oczywiście znana Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa
Obrazek
W nocy obok namiotów coś długo szeleści, okazuje się że wypasane niedaleko stado kóz zaszło zbyt daleko.
Obrazek

Następnego dnia jestem telefonicznie umówiony z moim kumem ze Lwowa-Romanem, który przyjeżdża do nas na Krym. Moją żonę, Małą i teściową zakwaterowuję w mieście (dzień wcześniej zarezerwowałem pokój i gospodyni) a sam jadę do Symferopola na spotkanie. Na miejscu prezentuję zmianę planów. Nie jedziemy nad Siwasz (może za rok się to nam uda) ale do Pczelinoje, na co udaje mi się Romana namówić.
Z Symferopola jedziemy trasą Zuja - Zielienogorskoje, gdzie kupujemy pyszne orzeszki arachisowe (typu orzech w orzechu, naprawdę dobra i kaloryczna rzecz!)
Meczet w Zielienogorskoje:
Obrazek
Aby dotrzeć do Pczelinoje, należy posuwać się tą drogą
Obrazek
Intruzów próbują powstrzymać znaki
Obrazek
Hmm, to dziwne, że mijamy się z kilkoma żigulami po drodze, a nie wydają mi się oni leśnikami (znaki umieszcza służba leśna). Dalej wjeżdżamy pod niewysoką górkę (mapa pokazuje 724m n.p.m.) a potem po grzbiecie jedziemy w dół nad mały stawek, w którym właśnie kapią się konie. Dalsza droga do Pczelinoje, jest już w zdecydowanie gorszej kondycji. Dochodzi nawet do tego, że Roman wysiada i asekuruje mnie w czasie jazdy po mniejszych i większych jamach. Około dwa kilometry od wsi, gdzie widzę zupełnie rozjechaną drogę i masy błota, decydujemy się zostawić auto w krzakach i dalej iść na piechotę, zabierając niezbędne rzeczy.
Obrazek

Szybko docieramy na miejsce, znajdujemy kwaterę u gospodyni, z która wcześniej umówiłem się telefonicznie (zamierzamy nazajutrz wybrać się ich transportem na Karabi-Jajłę). Wszyscy dziwią się, dlaczego będąc niespełna półtora kilometra zostawiłem auto w lesie?
Obrazek
Nie spodziewaliśmy się tutaj takich warunków
Obrazek

Korzystamy z tego , że jeszcze nie jest tak późno i wybieramy się na mały spacer po okolicznych wzniesieniach
Obrazek
Odkrywamy kilka starożytnych grobów (chyba?)
Obrazek

Wracamy wieczorem na kwaterę, gdzie rozmawiamy z gospodarzami. Opowiadają, że miejsce się zmienia. Po upadku CCCP wieś podupadła kompletnie (produkowano tutaj kumys), teraz wszystko powoli ożywa, lokalny biznesmen buduje tutaj chyba pensjonat, tak samo jak jakiś przybyły tutaj niedawno... Czech. Ożyło też kilka opuszczonych zagród. Hodowane są świnie, kozy no i oczywiście konie. Miejsce jest tez odwiedzane przez turystów coraz częściej, gros osób przyjeżdża tu z wycieczkami z wybrzeża Krymu (nasi gospodarze je organizują). Gospodyni mówi, że dwa lub trzy lata temu byli też Polacy, którym ekipa „schroniska” pomagała wygrzebać auto po drodze (tej z Gołowanowki).

Następnego ranka wszyscy startujemy w górę. Jedziemy w dwa samochody. W jednym mniejszym, jedzie młodzież z Moskwy, a w drugim jedziemy my z Romanem, parka też z Moskwy oraz owy biznesmen budujący tutaj posiadłość, z dwiema córkami i (chyba) żoną. Auto Ваз chyba, rocznik 1973, bardzo zachwalane przez naszego kierowcę i gospodarza Wołodię.
Obrazek
Autem niesamowicie trzęsie po drodze, gałęzie co rusz wdzierają się do wnętrza, ku uciesze wszystkich, a zwłaszcza dzieci (najmłodsze ma 8 lat).
Docieramy na grzbiet
Obrazek
Wtedy też nasz kierownik wyprawy zachęca nas do zbierania grzybów. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że grzyby są tylko cztery, wielkości przynajmniej ludzkiej głowy i że ich nie zbieramy, tylko urządzamy wyścigi, kto pierwszy dopadnie lepszy „łup”.
Obrazek

Mi trafił się taki
Obrazek
Już moja Żona coś z niego wyczaruje, po powrocie :)
Przed nami meteostancja,
Obrazek
którą przejeżdżamy bez przystanku. W dalszej części płaskowyżu gospodarz pokazuje nam pomnik. Poświęcony jest partyzantom i funkcjonariuszom służb ZSRR, którzy zginęli w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej przez - jak twierdzi Wołodia - zdradę Tatarów Krymskich i ich późniejsza kolaborację z Niemcami. Pomnik postawiono właśnie z inicjatywy Wołodii. Nasz przewodnik dużo opowiada o męstwie i bohaterstwie obrońców, ja jednak widząc napis НКВД СССР mimo wszystko mam nastrój nieco mniej podniosły.

Potem wszyscy idziemy na górę Kara-Tau (1220m) z którego podziwiamy widoki na Ałusztę i wybrzeże Krymu
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Jak również na płaskowyż
Obrazek
Trzeba zobaczyć, gdzie my w ogóle jesteśmy?
Obrazek

Dalej jedziemy już zwiedzać jaskinie
Obrazek
Pierwszą z nich jest Mamina
Obrazek
Obrazek
Aby wejść następnej o nazwie Snieżnaja Koroliewa (vel Большой Бузлук) Wolodia przygotował specjalne drabinki,
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Mi jednak zdecydowanie utrudniają schodzenie. Niezbędne natomiast wydają mi się one być dla żeńskiej części grupy, w tym szczególnie dla dzieci.
Obrazek
Nieco dalej spotykamy innych grotołazów, zdaje się z Armenii
Obrazek
Jeszcze dziesięć metrów niżej napotykamy lodowe stalagmity
Obrazek
Jaskinia jest wspaniała
Obrazek
Można zejść jeszcze dalej wgłąb, nieopodal zieje dół o głębokości podobno, dwunastu metrów. Wszystko dookoła jest pokryte lodem
Obrazek
Obrazek
Czas na wyjście i powrót do bazy
Obrazek

Następnego ranka gospodyni robi nam śniadanie
Obrazek
I jest to kolejna rzecz, dla której warto tutaj przyjechać ponownie. Pierwszy raz jadłem tak dobrą kasze mannę z miodem i tak dobre jajko sadzone!

Po szybkim dotarciu do auta (jakoś na Ukrainie nie obawiam się pozostawiać je same na kilka dni w lesie) wracamy ta samą drogą. Teraz jednak, „po utartym szlaku” jadę już dużo pewniej, tak więc szybko docieramy do głównej drogi. Wracamy do dziewczyn w Forosie, zatrzymując się jedynie koło Bałakławy w firmowym sklepie z winami w celu wzięcia zapasów do Polski
Obrazek
Na kwaterze, przekazuję żonie zdobycz z Karabi Jajły. Jeden grzyb po usmażeniu i doprawieniu wystarcza na obiad dla nas wszystkich.
Obrazek
Teraz czas na odpoczynek na plaży.
Obrazek
Obrazek
Następnego dnia niestety musimy pożegnać się z Romanem. Tylko tyle dostał urlopu. My zaś też wyjeżdżamy wcześnie, podążając na północny zachód.

Trasa biegnie przez drogę leżącą przy cerkwi górującej nad miastem
Obrazek
Obrazek
Obrazek
W Szirokoje zaopatrujemy się w arbuzy
Obrazek
Droga przez przełęcz Bieczku znów z asfaltowej zmienia się nagle na nieutwardzoną
Obrazek
Ciekawe czy zamieszczony znak ostrzegawczy (jedyny znak drogowy na tej drodze) to efekt zdarzających się wypadków, czy może czyjaś fantazja?
Obrazek

Kujbyszewo
Obrazek

Obrazek
Obrazek
Tutaj czas na mały postój i zakup orzeszków.
Obrazek
Czas jechać dalej
Obrazek
Postój, nieco dłuższy robimy także w Symferopolu
Obrazek
Zamiast mięsa kupujemy to:
Obrazek
Patrząc, na to, jakie „cudowne rzeczy” do jedzenia można kupić u nas, mam nadzieję, że Ukraina nigdy nie wstąpi do Unii Europejskiej. Oczywiście na tle innych krajów UE wypadamy całkiem dobrze, jeśli chodzi o produkcję naturalnej żywności, niemniej jednak dobrze mieć sąsiada, u którego można kupić tak dobrą chałwę (u nas takiej nie widziałem) podobnie jak plombir (zupełnie nie rozumiem, dlaczego nikt się u nas nie chce podjąć produkcji takich lodów, czyżby ludzie zaczęli bardziej lubić kolorki niż smak?).

Tutaj też, jak na dobrego tatę przystało, udaję się z Jolą do parku rozrywki, odprawiając żonę i teściową na spożywcze zakupy w mieście.
Obrazek
W „parku atrakcji” napotykam ciekawy pomnik z czasów radzieckich. Przedstawia on chyba hutnika oraz kosmonautę z nieśmiertelnym sloganem „Komsomolcom wszystkich pokoleń”. Całość dość pomysłowo skomponowana. Jest to pierwszy z komunistycznych monumentów, który mi się podoba.
Obrazek
Późnym popołudniem dojeżdżamy do Eupatorii.
Obrazek
Nigdy jakoś nie chciałem specjalnie zwiedzać tego miasta. Będąc tutaj przejazdem pierwszy raz utwierdzam się w tym przekonaniu.

Przesmyk koło słonego jeziora Sasyk (k. wsi Ochotnikowo)
Obrazek
Teraz już zupełnie inaczej wygląda Krym – zaczyna się step
Obrazek
Po drodze mijamy zrujnowane kołchozy i spichlerze. Za zapadającymi się płotami spoczywają zardzewiałe fragmenty maszyn rolniczych. Kiedyś mimo trudnych warunków, próbowano ożywić to miejsce, dzisiaj oprócz wszędobylskiego pyłu, spotkać możemy tutaj tylko betonowe pozostałości, gdzieniegdzie jeszcze zamieszkane przez człowieka.

Podążamy w stronę „rajskiego miesta”, jak to wyczytaliśmy w Internecie, czyli półwyspu Bieliaus - celu naszej dzisiejszej podróży. Wjazd na półwysep otwiera kiczowaty zamek
Obrazek
nie zwiastujący widoków jakie zaraz zobaczymy. „Raj” okazuje się zaśmieconą plażą. Bardziej „kulturalni” plażowicze wyrzucają śmieci przy każdym możliwym wjeździe na plażę (innej infrastruktury tutaj nie ma)
Obrazek
Cóż, w sumie „raj” to pojęcie względne, prawda? Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zrobić posiłek i udać się w dalszą drogę.
Obrazek
Mam nadzieję, że to ostatni taki „raj” na Krymie.
Obrazek
Dobrze, że słońce już zachodzi, będzie widać mniej działalności człowieka.
Obrazek

Piękny zachód, z drugiej jednak strony chcemy znaleźć nocleg w innym miejscu. Wybór pada na Tarchankut, czyli kolejny punkt naszego planu. Nie jest to daleko, lecz dotrzemy tam już w nocy. Jechać chcemy przez Okuniewkę, a potem już drogą (chyba utwardzoną) wziąć kurs na sam półwysep.
Moment, w którym skręcamy na ową drogę
Obrazek
Gdy jedziemy poprzez step szybko zapada zmrok
Obrazek
Docieramy wreszcie do brzegu morza, który okazuje się kilkunastometrowym klifem, ciągnącym się setki metrów. Udaje nam się jednak dotrzeć do plaży, na której dostrzegamy też inne samochody. Można więc się tutaj rozbić.
Oto fotografie klifów obok których jechaliśmy
Obrazek
Obrazek
A więc to jest ten Tarchankut, który możemy zobaczyć na wielu zdjęciach, filmach, wspominany w kolorowych broszurkach?

Nie zobaczymy na nich jednakże owej plaży, gdzie na przyjeżdżających czeka masa śmieci i kilka brudnych studni.
Obrazek
Na przeróżnych filmach, możemy zobaczyć bogactwo podwodnego świata półwyspu. Być może tak, jest on piękny, lecz nikt nie filmował prowizorycznych toalet obok plaż, gdzie goście mogą załatwiać swoje potrzeby,
Obrazek
zaś z reklamowych broszurek i internetowych relacji nie dowiemy się, że tytułowy „Dajwing Senter” czyli miejsce z którego możemy nurkować, to kompleks rozpadających się starych baraków, wywołujących raczej przygnębiające wrażenie.
Obrazek
Nie przeczytamy także, że okolica jest tak pylista, że ludzie którzy rozbijają namioty przy plaży zmuszeni są budować „progi zwalniające” z kamieni (!) tak, aby kierowcy przejeżdżający w odległości kilkunastu metrów nie powodowali „zasłony pyłowej” pokrywającej wszystko i wszystkich.
Gdy tylko to zobaczyliśmy z samego rana, padła jednogłośna decyzja: „UCIEKAMY STĄD!!!”
Nawet nie gotowaliśmy specjalnie dużego posiłku, by nie tracić czasu w tym miejscu.
Przyjechać tutaj można chyba tylko po to, aby spędzić cały dzień pod wodą.
Obrazek
Wyjeżdżając, miga nam tablica z napisem „Do zobaczenia na Tarchanie”. Obrazek
„Oby nigdy więcej” - myśli każde z nas.

Czeka nas droga wzdłuż północno-zachodniego wybrzeża Krymu. Postanawiamy na bieżąco przyglądać się sytuacji, by znaleźć jakiejś w miarę przyzwoite i czyste miejsce.
Obrazek
Kolejną miejscowością jest Mieżwodnoje, warunki przypominają Tarchankut, z tą pozytywna różnicą, że występują obok plaży drzewka i krzewy. Tutaj aby iść za potrzebą nie trzeba wstawać o 5 rano, kiedy jeszcze nikogo nie ma, a po prostu skoczyć za krzak. Nie zatrzymujemy się więc tutaj, tylko podążamy w kierunku zatoki Bakalskiej, której oporą jest półwysep Piesczanyj. Ciekawe ukształtowanie linii brzegowej, skłania nas ku temu by pojechać na sam jej koniec, który wygląda tak
Obrazek
Wjazd na półwysep jest płatny, w zamian za to otrzymujemy możliwość uzupełniania zapasów wody przywożonych raz na dobę.
Obrazek
(jak się okazuje dobrze, że mieliśmy swoje zapasy jeszcze z Forosa, nie trzeba było pić tej solanki) oraz korzystania z toalety (w paskudnym stanie). Niemniej jednak dzięki płatnemu wstępowi jest tutaj znacznie czyściej (jedyne śmieci jakie możemy spotkać poza plażą to występujące gdzieniegdzie odchody ludzkie+strzępki papieru toaletowego, ewentualnie podpaski). Sama plaża może być, woda dość czysta, tak więc bez obaw można odprawić naszą Jolcię do kąpieli.
Obrazek
Gdy już trochę ochłonęliśmy po doświadczeniach z „rajami” stwierdzamy, że jest tutaj całkiem spoko. Osobliwością jest tutaj występowanie wielu ławic maleńkich rybek,
Obrazek
kłębią się one przy brzegu, nierzadko wpadając w pułapkę
Obrazek
Postanawiamy zostać tutaj na dwa dni
Obrazek
Następnego dnia kosztujemy pysznej pachlawy.
Obrazek

Niestety w morzu pojawia się coraz więcej meduz. Oparzenie meduzą w czasie pływania sprawia, że przez 2 godziny piecze mnie pół twarzy. Jedną, szczególnie dużą, łapię do garnka. Wypełnia go w całości.
Obrazek
Pojawia się też jakaś hałaśliwa rodzinka, która rozbija kilka namiotów tuż obok nas (często się zastanawiam, jak oni mogą tyle pomieścić w zwykłych osobówkach).
Obrazek
Obrazek
Popołudniem idziemy też obejrzeć okolice. Półwysep jest pozbawiony jakichkolwiek drzew, za to bujnie porośnięty trawą.
Obrazek
Gdzieniegdzie spotykamy grząskie błota – miejsca gdzie gromadziła się słona woda.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W nocy budzi nas silny wiatr, tknięty jakimś przeczuciem, wychodzę z namiotu. Widzę, że drugi namiot (w którym śpi Jola z teściową) ma dość nienaturalny kształt.
Obrazek.
Kamienie które utrzymywały go na miejscu okazały się niewystarczające. Okazało się, że Teściowa, w celu utrzymania namiotu musiała go sama przytrzymywać rekami i nogami, tak od kilku godzin… Zarządzam ewakuację (nasz namiot tez ledwo się trzyma) do samochodu, kątem oka widząc, że sytuacja u naszych sąsiadów też jest kiepska (poniosło im namiot z prowiantem). Za późno, aby ponownie myśleć o położeniu się spać (zaplanowałem bardzo wczesny wyjazd), a za wcześnie by już się zrywać (jest wpół do trzeciej w nocy). Ostatecznie postanawiamy powoli zacząć układać rzeczy do samochodu (na tyle na ile wiatr pozwala). Złe warunki jak zwykle najmniej przeszkadzają Jolci, która śpi niczym nie zmąconym, głębokim snem. Ostrożnie przenosimy ją do samochodu, sami dokańczamy pakowanie manatków. Wyruszamy kilka minut przez czwartą rano. Gdy jesteśmy w drodze, słońce dopiero się podnosi
Obrazek
Ostatnim punktem przed opuszczeniem Krymu ma być Portowoje – najbardziej na północ wysunięta plaża na Krymie. Zobaczymy co ma nam do zaoferowania.
Obrazek
Gdy docieramy na miejsce (trzydzieści kilometrów od Bakalskiej Kosy) przed rozejrzeniem się, pora na pierwszy w tym dniu posiłek.
Obrazek
Potem budzi się też miejscowość wokół nas. Dróżką nad morze podążają karawany plażowiczów. Ciekawe, że często słychać tutaj język ukraiński.

Przychodzi zatem pora na podreptanie w ciepłym piasku na szerokiej piaszczystej plaży, ostatnią kąpiel w blasku słońca w przejrzystej lekko zielonej wodzie, i ostatni raz poczuciu tego przenikliwego morskiego zapachu, który czuliśmy już wielokrotnie na wybrzeżu Morza Czarnego... Czar pryska od pierwszej sekundy pobytu na plaży. Z oczekiwanych wyżej przyjemności towarzyszy nam jedynie blask słońca.
Obrazek
dziś już więc nie zażyjemy kąpieli. Przebywanie w tym miejscu ma jednak jedną ważną zaletę, o której dowiadujemy się niebawem. Występujące tu błota mają lecznicze właściwości, wielu ludzi podróżuje tu w celu podleczenia chorych stawów.
Przy wyjeździe z półwyspu przekraczamy imponująco wyglądający Kanał Północnokrymski
Obrazek
Przed nami Krasnopierekopsk (na bazarze lepiej unikać zakupu produktów spożywczych)
Obrazek
Betonowy Armiańsk
Obrazek
i -przy samej granicy- potężny kombinat chemiczny (produkcja dwutlenku tytanu)
Obrazek
z okalającą go pajęczą siecią przewodów.
Obrazek
A i oto sama granica Republiki Krym
Obrazek
miejmy nadzieję, że w takiej formalnej postaci i pozostanie.

Po kilku-kilkunastu minutach zatrzymujemy się w celu zakupienia arbuzów. Miejscowość nazywa się „Kajirka”. Arbuzy są tu tańsze i – po degustacji - nawet lepsze niż na Krymie, zakupujemy ich więc trzy, gdyż więcej się do samochodu już nie zmieści
Obrazek
Obok nas biegnie znów „Udarnaja Strojka” czyli kanał Północnokrymski
Obrazek
oczyma wyobraźni widzę pracujące w upale brygady pionierów i suchy wykop, w którym niebawem będzie „na zawsze” płynąć woda. Kanał kończy się szybko, a przed nami szeroka droga. I dosłownie i w przenośni. I oby tak aż do domu!
Obrazek

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2332
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Post autor: buba »

O widze w relacji duuzo znajomych miejsc- Arabatka, Biała Skała, Pczelinoje i wycieczki z Wołodia do lodowej jaskini! I widze sporo miejsc w ktorych nie bylam a chetnie odwiedze- baraki mieszkalne i kible na Tarchanie mnie zaintrygowaly
:lol: I moze wreszcie bedzie tam odpowiednia dla mnie pylistosc :P
Musze jeszcze kiedys wrocic na Krym!

Ta droga z Zielenogorska do Pczelinoje jest latwiejsza do przejechania niz ta z Gołowanowki? ciekawe ze na mapach jest znaczona jako glowniejsza ta z Gołowanowki a wygladala (przynajmniej trzy lata temu) tak ze osobowka nie mialaby z nia zadnych szans...
jackier pisze: Trzy lata to dobry wiek by zacząć podróżowanie. Jest to odpowiednie również pod względem wygody dla rodziców
jejku! ciezko chyba usiedziec trzy lata w domu? :shock: fajnie ze ten traumatyczny czas masz juz za soba a teraz bedzie juz tylko lepiej!

jackier pisze:Patrząc, na to, jakie „cudowne rzeczy” do jedzenia można kupić u nas, mam nadzieję, że Ukraina nigdy nie wstąpi do Unii Europejskiej.
Noooo... Fajnie choc kilka razy do roku pojechac w miejsca gdzie jest jeszcze normalny swiat! Swiat pelen smakow, zapachow i realnych problemow..
Ja w swoich nadziejach posuwam sie dalej- moze kiedys doczekam takich dni ze ow zakichany zachodni kołchoz sie rozpadnie albo Polske z niego wyrzuca? :lol:
jackier pisze: Oczywiście na tle innych krajów UE wypadamy całkiem dobrze, jeśli chodzi o produkcję naturalnej żywności, niemniej jednak dobrze mieć sąsiada, u którego można kupić tak dobrą chałwę (u nas takiej nie widziałem) podobnie jak plombir (zupełnie nie rozumiem, dlaczego nikt się u nas nie chce podjąć produkcji takich lodów, czyżby ludzie zaczęli bardziej lubić kolorki niż smak?).
To strach sie bac jak to wyglada w innych krajach UE jak u nas jest jeszcze dobre zarcie :shock: Mialam okazje tylko byc we Włoszech i tam faktycznie wszystko bylo jak z kolorowego kartonu.. (wiecej nie pamietam bo wszystkie traumatyczne wspomnienia z nielicznych wyjazdow na zachod staram sie wymazac ze swojej pamieci ;)
jackier pisze:Mamy zamiar wybrać się z nimi do Gruzji pod koniec sierpnia, ale coraz mniej mamy na to chęci. Ostatnia podróż do Rosji nieco nadwyrężyła budżet, poza tym nie chcemy, jadąc do Gruzji zostawiać Małej na tak długo. Mamy -paradoksalnie- nadzieję, że Maksimowi nie uda się znaleźć dla nas dodatkowych kartuszy z gazem, co byłoby pretekstem do wycofania się z wyjazdu
i co- wyjazd sie odbyl i chyba byl calkiem udany! :mrgreen: Trzeba podziekowac kartuszom :mrgreen:
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
dubaj
Radca Kolegialny
Radca Kolegialny
Posty: 227
Rejestracja: pt 06 mar, 2009 23:46

Post autor: dubaj »

Zabrać teściową pod namiot?

Szacun :wink:


Relacja super - pogratulować wyjazdu!
RTS Widzew Łódź!

ODPOWIEDZ