Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » sob 07 paź, 2017 18:59

Hej!

Poniżej pełna fotorelacja z ekspedycji w Góry Byrranga w sierpniu 2017.
Pierwsza wyprawa, z której jestem autentycznie dumny i zadowolony :)



>>>>>>> Cel, tło, wizja ekspedycji

Cel: samotny trawers najwyższej i jednocześnie najsłabiej poznanej i
najbardziej odległej, północno-wschodniej części gór Byrranga, jednocześnie
najmniej poznanego obszaru w Arktyce i Syberii. W ramach celu:
(1) zdobycie najwyższego szczytu - nienazwanej góry (1125 m npm) na południu
gór, (2) przejście wewnętrznego płaskowyżu gdzie góry wypłaszczają się,
przypominając nieco oko cyklonu otoczone zwartymi masywami, oraz (3) zdobycie
Góry Lednikovaya (1119 m npm), lodowcowej góry na północy, najbardziej
charakterystycznego szczytu, który długie lata był błędnie uważany za najwyższy
szczyt Gór Byrranga.

Obrazek

Obrazek

Rezultat: Wszystkie cele zostały wykonane. Dodatkowo zdobyłem również trzeci
szczyt o wysokości ponad 1100 metrów - okazało się, że te trzy góry są jedynymi
o takiej wysokości na całym Półwyspie Tajmyr. Ten trzeci szczyt to nienazwana
góra stanowiąca najwyższy punkt wielkiego wypłaszczenia pokrytego największymi
lodocami w Górach Byrranga, w tym Lodowca "Nieożidanyj" ("Nieoczekiwany").

Cel i wizja są logiczną kontynuacją dotychczasowych wieloletnich wysiłków
mających na celu wyczynowo-fotograficzną eksplorację najbardziej
odizolowanych pasm górskich i płaskowyżów Syberii oraz Arktyki Syberyjskiej.

Każdą kolejna ekspedycją staram się coraz bardziej maksymalizować dwie
"metryki" (miary):

- po pierwsze: oddalenie od najbliższych przyczółków cywilizacji, co niesie ze
sobą interesujące wyzwania dla psychiki i logistyki, zwłaszcza w przypadku
ekspedycji samotnych. Stąd też skupienie się niemal w zupełności na Północy i
Wschodzie Syberii - Południe i Zachód nie są aż tak bardzo interesujące (więcej
ludzi i istniejąca turystyka). Góry Byrranga to moim zdaniem obiektywnie
najbardziej interesująca pod tym względem lokalizacja: niezwykłe oddalenie
(500 km w linii prostej od najbliższej osiągalnej wioski Chatanga) i
jednocześnie interesująca lokalizacja (góry, lodowce, itp.).

- po drugie: maksymalizacja trudności pogodowych, co niesie ze sobą
interesujące wyzwania sprzętowe i logistyczne. Inne interesujące miejsce pod
tym względem miejsce to góry Jakucji zimą - temperatury dochodzące do -70 C.


Wracając do tej konkretnej ekspedycji.


>>>>>>> Przygotowania i zwiększenie szansy na sukces

Przygotowania podporządkowane zostały zmaksymalizowaniu szansy na osiągnięcie
zamierzonych celów. Można je podzielić na trzy kategorie:

(1) Przygotowania kondycyjne

Biegi po górach i wzgórzach (w relatywnie krótkim czasie następuje spore
zmęczenie, poza samą wytrzymałością występuje też trening siłowy, trening taki
dobrze symuluje powszechny na wyprawie wysiłek (przewyższenia, marsz bagnami,
itp.)). Na kilka miesięcy przed ekspedycją dostosowałem trening pod kątem
wyprawy poprzez bieganie / marszobiegi z plecakiem (10-25 kg)).

(2) Przygotowania sprzętowe

Pamiętając jeszcze mordercze dla jakości wyprawy 40kg, jakie nosiłem w trakcie
pierwszego wyjazdu, skupiłem się na minimalizowaniu wagi. Zakupiłem wagę
gramową oraz starałem się bezlitośnie eliminować wszelkie niepotrzebne gramy.

Przykładowe decyzje:

- torebki foliowe z suwakiem zamiast saszetek na wszystko co możliwe.

- wspólny worek kompresyjny dla śpiwora i skarpet puchowych.

- Mniej jedzenia niż zwykle - godząc się na to, że w przypadku wolnego marszu
będę bardziej głodny, zabrałem około 30-40% jedzenia mniej niż biorę
zazwyczaj, zakładając przyswajanie max 2000 kalorii dziennie.

- Lżejsze zamienniki. Było to o tyle trudne, że np. nie mogłem zabrać bardzo
lekkiej zwykłej tarpy zamiast namiotu - w Arktyce nie ma drzew i wieją
huraganowe wiatry - namiot musiał być silny, wytrzymały, i jednocześnie
lekki.

(3) Przygotowania logistyczne

Tutaj podjąłem kilka dość drastycznych decyzji.

Po pierwsze - to, czego długo już chciałem i planowałem, jednocześnie trochę
się tego obawiając - zupełnego spalenia za sobą mostów, prawie żadnej
możliwości odwrotu. Długi czas myślałem już o zmianie formuły swoich wypraw
trochę na wzór przejścia Grenlandii a la Fridtjof Nansen czy eksploracji
Ameryki a la Cortez, którzy palili za sobą statki bądź też specjalnie zaczynali
wyprawę w miejscu zupełnie bezludnym. Tylko marsz naprzód.
Oczywiście, w
dzisiejszym świecie jest mimo wszystko inaczej, gdyż mając odpowiednie
możliwości finansowe, można by sobie pozwolić przecież i na lot na Biegun
Północny. Ale mimo wszystko, dolot i akcja ratunkowa w najwyższej i najdzikszej
części Gór Byrranga byłaby bardzo trudna, skomplikowana, kosztowna, i
długotrwała. Lepiej tego nie próbować.

Podejście pozornie nierozsądne, w rzeczywistości roztropne i skuteczne: mając
świadomość takiego położenia, człowiek z jednej strony zachowuje dużo większą
ostrożność ("no bo jeśli zrobię coś głupiego, to raczej znikąd ratunku"), a z
drugiej strony szansa za osiągnięcie zamierzonego celu jest większa ("no bo i
tak muszę tam dotrzeć, albo umrę tu z głodu"). Oczywiście, działa to tylko
wtedy, jeśli dokładnie zaplanuje się całość przedsięwzięcia i dobrze rozpozna
potencjalne przeszkody i zawczasu zapewni odpowiednie środki zaradcze.
Innymi słowy, drobiazgowa organizacja, wedle formuły Amundsen'a: "Przygody
to rezultat nieprzygotowania".


Jeszcze jedna uwaga o dodatkowej motywacji do szybkiego marszu, na którą
zdecydowałem się w ostatniej chwili. Zawsze dotychczas na każdą wyprawę brałem
ze sobą publikacje do wieczornej lektury. Jestem z powołania naukowcem;
praca naukowa, myśl i rozważanie przenikają praktycznie każdy aspekt i chwilę
mojego życia, również w trakcie wypraw. Wieczorne lektury, lektury w trakcie
przeczekiwania złej pogody - to było zawsze elementem towarzyszącym. Tym razem,
trochę na ostatnia chwilę, przyszedł mi do głowy inny pomysł. Pilot helikoptera
(Yuri) zasugerował mi, że w trakcie swoich lotów w najbliższych dniach zostawi
dla mnie w najbardziej prawdopodobnym punkcie przylotu (tzw. Punkt Barkova,
odległy o ok. 300 km marszu, nazwa od rzeki Barkova) mały depozyt "na wypadek
dłuższego czekania" z benzyną i jedzeniem. A ja stwierdziłem, że do tego niech
czekają tam na mnie publikacje i materiały do lektury. Dzięki temu będę napierać
naprawdę w sposób w pełni zdecydowany, prąc do przodu, by jak najszybciej mieć
coś do czytania i do rozważania. Dzięki temu nie będę szukać usprawiedliwienia
dla swojego lenistwa wobec niesprzyjającej pogody i wyeliminuję myślenie typu
"zbyt mocno wieje, a niech tam, dziś nie wychodzę z namiotu i czytam". Zamiast
tego zmaksymalizuję szansę na zdecydowane napieranie oraz jeszcze bardziej
zminimalizuję ryzyko ulegania lenistwu czy braku determinacji. Jak palić mosty,
to sumiennie ;-)



>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> RELACJA

Łączny dystans: 300-320 km (dane wedle DaftLogic Distance Calculator,
GPS włączany był tylko co jakiś czas w celu lepszej orientacji).


>>>>>>> Dolot:

Zurich ---> [Aeroflot] ---> Moskwa ---> [Aeroflot] ---> Krasnojarsk ---> [KrasAvia] ---> Chatanga ---> [Helikopter Mi-8] Góry Byrranga

Na lotniskach praca do ostatniej chwili + rozwiązywanie różnych kwestii organizacyjnych.

Obrazek


Ostatni segment w samolocie: lot do Chatangi:

Obrazek

Po przylocie odwiedzam znajomego Valery'ego i załapuję się na posiłek :-)

Obrazek

Chatanga:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

>>>>>>> Dzień pierwszy. Przybliżony dystans pieszo: 13 km

Yuri przyszedł po mnie bodajże około 9:30 rano, przynaglając, bym za chwilę
udał się na lotnisko. W tym czasie wciąż mocowałem się z wolnym internetem,
odpisując na maile. Wkrótce połączenie nagle przestało działać (zdarza się w
Chatange częściej niż rzadziej), a ja stwierdziłem, że czas na mnie, po czym
skierowałem się w stronę lotniska. Po szybkiej kontroli bezpieczeństwa znalazłem
się w helikopterze (jak zwykle Mi-8). Okazało się, że leci też grupa geologów.

Obrazek

Po około 1-1.5h lotu helikopter wylądował w sercu tundry, kilkadziesiąt
kilometrów od Zatoki Chatangi, by zatankować (w tym punkcie znajduje się taka
mini-stacja benzynowa dla helikopterów - cysterna z paliwem na zupełnym
pustkowiu). Po wyjściu na zewnątrz helikoptera zaskoczyła mnie wyjątkowo niska
odczuwalna temperatura - wielki kontrast w porównaniu z Chatangą odległą o
zaledwie około 200-300 kilometrów. Cóż, zapomniałem już trochę o niezwykle surowym
klimacie północy Tajmyru od wyprawy z 2015...


Obrazek

Obrazek

Obrazek

Następnie helikopter skierował się dalej na północny zachód, gdzie po
kilkudziesięciu minutach dalszego lotu grupka geologów wysiadła u podnóża gór.
Kolejne kilkadziesiąt minut lotu, kierunek prawie idealnie na wschód, i
znaleźliśmy się w punkcie docelowym - południowo-wschodni kraniec Gór Byrranga.
Inna grupa geologów kończyła tam badania, a ja tam wysiadałem. Dochodzi 15.

Krótka rozmowa z Yurim. Na moje pół żartobliwe i pół poważne uwagi o tym, czy
przyleciałby po mnie, gdyby stało się coś poważnego, jak na przykład złamana
noga, skwitował raczej brutalnie, że w centralne góry nikt nie lata i że wtedy
najlepiej jak strzelę sobie w głowę. Po chwili zorientował się chyba, że nie
biorę broni palnej, więc dodał, że lepiej bym wtedy podciął sobie gardło. Cóż,
potraktowałem to jako dodatkową motywację do zdecydowanego marszu bez
oglądania się wstecz.

Wiedziałem, że zrobiłem, co mogłem, by ukształtować tę ekspedycję właśnie na
wzór przejścia bez możliwości odwrotu, a ostatnia rozmowa z Yurim utwierdziła
mnie w tym przekonaniu. Yuri podkreślił też ponownie, że w tym miejscu
(startowym) już nie będzie lotów i że mam iść do Punktu Barkova, gdzie loty
mają miejsce co jakiś czas. Następnie szybko skonsultowałem się z geologami, która
rzeka jest tą, wzdłuż której planowałem pierwszy etap marszu.

Szybkie wypakowanie rzeczy, Yuri podrywa helikopter, a hałas silnika szybko niknie
w dali.

Obrazek

Obrazek

Zostaję sam, a wokół tylko biel (spadł już śnieg), wystająca spod śniegu trawa,
porywisty wiatr, niskie szare chmury gnane podmuchami i ponura aura. Zebrawszy się w
sobie, zaczynam marsz.

Pogoda pogarsza się coraz bardziej w ciągu najbliższych kilku godzin. Coraz
mocniej wieje, co gorsza idę pod wiatr, przychodzi solidny opad deszczu ze
śniegiem.

Obrazek

Obrazek

Od pierwszej chwili sporo bagnisk. Na razie wciąż poszukuję suchej drogi marszu
po kępach. Po pewnych etapach w ciągu kolejnych dni przestanę się tym przejmować.

Obrazek

Obrazek

Napotykam rzekę zbyt szeroką do przejścia suchą stopą. Stwierdziwszy, że równie
dobrze i teraz mogę zacząć przekraczanie w klapkach, zamiast iść w górę dopływu
i znaleźć dogodniejsze miejsce, szybko zdejmuję buty, przechodzę w klapkach, i
kontynuuję marsz.

Obrazek

Obrazek

Po jakiś czasie, może około 19, opad powoli ustaje. Około 20 zatrzymuję się i
decyduję na biwak (po krótkim wahaniu). Kolejne kilometry będą wieść przez
rejony gdzie rzeka jest coraz mniejsza a teren podnosi się coraz bardziej -
stwierdzam, że zamiast tracić czas na późniejsze dłuższe szukanie miejsca na
biwak, gdzie kamienie nie przetną podłogi namiotu, skorzystam z dogodnie
wyglądającej łączki (raczej rzadkiego widoku w tych górach) i wstanę jutro
wcześniej, by w ten sposób wykorzystać zaoszczędzony czas na dłuższe maszerowanie.

Obrazek

Jak zawsze jest mi ciepło w stopy dzięki skarpetom puchowym Roberts'a.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Miejsce biwaku: 75.215649, 110.747844

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 110.747844



>>>>>>> Dzień drugi. Przybliżony dystans pieszo: 27 km

Pobudka o 6 rano. Jestem zaskoczony niezwykle słoneczną pogodą. To coś, czego
nie spotyka się zwykle na Tajmyrze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szybko zbieram się i o 7 jestem już w drodze.

Obrazek

Obrazek

Po niedługim czasie docieram w pobliże nienazwanego szczytu o wysokości 1125
metrów, najwyższego w całych Górach Byrranga. Mimo, że w międzyczasie
nadciągnęły chmury, to dzięki raportowi Yuri'ego (z Sankt Petersburga) wiem, że
ma być raczej pogodnie cały dzień. Decyduję się na atak.

Obrazek

Obrazek

Dla szybkiego wejścia zostawiam plecak u podnóża oraz zabieram ze sobą:
oczywiście kije trekkingowe, nieco jedzenia do kieszeni, aparat fotograficzny z
telefonem satelitarnym, przewieszony przez szyję sweter puchowy Roberts, oraz
termos przewieszony przez ramię dzięki prostej niby-uprzęży, którą naprędce
zmajstrowałem z paska kompresyjnego.

Obrazek

Obrazek

Podchodzę szybko pokrytymi śniegiem zboczami.

Niezbyt fortunnie wybrałem trasę podejścia - pewien odcinek był dość
nieprzyjemny z powodu sporego kąta nachylenia oraz luźnych kamoli. Pokonałem
fragmenty dla bezpieczeństwa na czworaka i w końcu wgramoliłem się na grań szczytową.

Obrazek

Obrazek

Szczyt był dalej niż przypuszczałem, ale na szczęście po kilkunastu minutach
zameldowałem się na wierzchołku. Czas podejścia - około 2 godzin.

Na szczycie widać wyraźnie, jaka pogoda panuje tutaj w pierwszej połowie sierpnia. A jeszcze 50
kilometrów dalej na południe nie ma ani grama śniegu...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Radość na szczycie i zdjęcia z samowyzwalacza. Na szczycie towarzyszy mi ulubiony "docieplacz"
na wszelakie chwile postoju: sweter Roberts'a.

Obrazek

Obrazek

Z serii "Dla Judyty" :-)

Obrazek

Różaniec na wieczory :-)

Obrazek

Kilka widoków:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zejście wybrałem już nieco fortunniej. Zbiegłem niemal do samej podstawy i w
ciągu około 40 minut byłem na dole.

W tym dniu popełniłem kardynalny błąd, który będzie ciągnął się za mną do końca
marszu - niepotrzebnie ubrałem polar, który przepociłem w wyniku intensywnego
podejścia. Nie wysuszę go już do końca wyprawy, mimo wysiłków jak np.
zawieszanie go nad kuchenką w trakcie gotowania.

Po zejściu szybko zagotowałem wody na ponowne zalanie termosu gorącą herbatą.
Dla szybszego gotowania dodatkowo zaizolowałem kuchenkę karimatą, już wtedy
próbując podsuszyć polar.

Obrazek

Obrazek

Czekam na zagotowanie wody :-)

Obrazek

Kolejne godziny to marsz pokrytymi śniegiem dolinkami, podejście na przełęcz i
zejście do doliny kolejnej, większej rzeki

Obrazek

Ślady, jedne z wielu

Obrazek

Marsz korytem, obserwacje szpiczastego szczytu wystającego ponad chmurami.

Obrazek


W tym momencie zatęskniłem do domu oraz do Judyty.

Dojście do sporej rzeki i przekroczenie bez zdejmowania butów po znalezieniu
miejsca, gdzie dalekim skokiem przesadziłem nurt, trochę tylko zamoczywszy
buty.

Obrazek

Gdzieś w tych rejonach napiłem się lodowato zimnej wody ze strumienia, mimo
tego, że chwilę wcześniej przemknęła mi przez głowę myśl, że może na razie będę
pić tylko gorącą herbatę z termosu, a jeśli jej zabraknie, to wtedy - gdybym
nie chciał rozpalać znowu kuchenki - będę posiłkować się strumieniami. Wodę ze
strumieni popijałem już wcześniej, ale wydaje mi się, że to dopiero w tej
właśnie chwili podrażniłem gardło. W wyniku tego, pod koniec dnia będę czuć się
jakby "w stanie podgorączkowym", a przez kolejne 2-3 dni będę czuć się o
porankach i wieczorami zwyczajnie źle, a gardło będzie dosyć mocno dokuczać. Na
szczęście za 3-4 dni objawy znikną.

Podchodzenie kolejną rzeką. Widoczność coraz bardziej maleje, mgła coraz
bardziej gęsta. Robię się zmęczony.

Obrazek

Obrazek

Dojście do kolejnej sporej rzeki i rozbicie namiotu. Na dziś koniec!

Przy rozbijaniu obozu o mało nie zadeptałem tego maleństwa :-)

Obrazek

Gardło daje się we znaki

Obrazek



Miejsce biwaku: 75.486115, 110.385979

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 110.385979
Ostatnio zmieniony sob 07 paź, 2017 20:34 przez anomander, łącznie zmieniany 3 razy.

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowii Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » sob 07 paź, 2017 19:03

>>>>>>> Dzień trzeci. Przybliżony dystans pieszo: 43 km

Tego dnia opuszczam wysokie masywy na południu Gór Byrranga i wchodzę w
centralny "płaskowyż". Na początku dnia chciałem dotrzeć do chociaż połowy
płaskowyżu - nie przypuszczałem, że dotrę dużo dalej.

Początki tego dnia to zachwyt surowością pogody. Wczoraj było pochmurnie, ale
spokojnie. Dziś wicher pędzi po niebie bałwany chmur, krajobraz jest niezwykle
surowy. Wszystko pokryte solidną warstwą śniegu. Arktyka Syberyjska jest
naprawdę niezwykła.

Obrazek

Mrok na horyzoncie, ponura czerń chmur upstrzona białymi obłokami pędzonymi
huraganowym wichrem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przekraczanie rzeki niedaleko biwaku.

Obrazek

Obrazek

W stronę płaskowyżu:

Obrazek

Podchodzenie na płaskowyż w labiryncie wąskich gardzieli wąwozów pełnych
czarnych, ostrych kamieni.

Obrazek

Obrazek

Wejście na płaskowyż po niewielkim lodowcu.

Obrazek

Płaskowyż - pierwsze widoki.

Obrazek

Uwaga, w niektórych miejscach można łatwo przebić skorupę lodową i zapaść się po łydki w gęstej lodowej brei.

Obrazek

Obrazek

Wieje huraganowy wiatr. Dzięki Opatrzności - wieje w plecy, nieco z boku, ale
tak, że nie trzeba mocno walczyć, by poruszać się do przodu. Gdybym szedł pod
wiatr, nigdy nie zrobiłbym nawet małej częścu dzisiejszego dystansu.

Ziemia zalodzona przez niezwykle mroźny (patrz dalej) i porywisty wicher.

Obrazek

Płaskowyż jest niezwykle surowy i niezwykle piękny na swój surowy sposób.

Obrazek

Obrazek

Podłoże jest płaskie (poza częstymi kanionami biegnącymi w poprzek) i twarde,
wiatr zamroził w dużej mierze bagna. Maszeruję bardzo szybko.

Mimo wszystko, dość często trzeba pokonywać biegnące w poprzek kaniony.

Obrazek

Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo zimny i gwałtowny jest dziś
wiatr. Po dłuższej chwili marszu zorientowałem się, że uderzający od tyłu
wicher z marznącym deszczem szybko pokrył tył kurtki warstwą lodu.

Obrazek

Ale ziemia twarda - jest OK

Obrazek

Obrazek

Gwałtowne burze w sercu płaskowyżu. Głuchy grzmot przetacza się nad moją
głową.

Obrazek

W trakcie krótkiego postoju zorientowałem się, że cały plecak jest pokryty
grubą (do 5mm) i litą warstwą lodu. Wszystko było zalodzone, łącznie z klamrami -
musialem napocić się przez dobre 5-10 minut, żeby skruszyć lód i dostać się do
termosa z gorącą herbatą.

Niezwykłe widoki wciąż mi towarzyszą. Dni, kiedy wieje bardzo mocno, przynoszą
zazwyczaj niezwykłe formacje chmur. Dla mnie osobiście to jeden z
najistotniejszych powodów, dla których robię tutaj ekspedycje. Te chmury
zawierają w sobie niejako kwintesencję tego miejsca: surowość, majestat,
groza, ale i niezwykłe piękno.

Obrazek

Czy tylko ja widzę poniżej kręgosłup jakiegoś potwora?

Obrazek

Więcej formacji...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W międzyczasie wchodzę na niską ale rozległą przełęcz gdzieś w sercu płaskowyżu.

Nareszcie, w oddali widzę pasma zwiastujące kres płaskowyżu. Zaczynam wierzyć,
że dziś jeszcze mogę tam dotrzeć. Po drodze jednak czekać mnie będzie kilka
niespodzianek.

Okazuje się, że huraganowy i lodowato zimny wiatr połączony z gwałtownym
deszczem spowodował niezwykły efekt. Wszystkie kamienie, zarówno te na
gołobożach, te na brzegach strumienia, oraz te wyrastające ponad powierzchnię
wody, WSZYSTKIE, są pokryte cienką warstą lodu. Co istotniejsze, TYLKO kamienie
są zalodzone - woda NIE zamarzła. Nie jestem w stanie przechodzić sprawnie
przez strumienie - ślizgam sie beznadziejnie. Strumieni jest wiele. Bagien (na tym
etapie już nie są zamarznięte) jest jeszcze więcej, jak zwykle. Po kilku próbach
po prostu zaczynam iść przed siebie, nie próbując unikać wpadania do wody i
zapadania się po kostki w lodowate błota. To jedyny sposób, by zachować w miarę sprawne
tempo. Wkrótce buty są pełne wody. Trudno. Następne 2-3 godziny to marsz w
zupełnie już przemoczonych butach.

Zdjęcie na pamiątkę kamieni pokrytych lodem ;-)

Obrazek

Ostatecznie docieram do granicy płaskowyżu. Jestem bardzo zmęczony i bardzo
zadowolony.

Jak każdego dnia, trochę czasu zajmuje znalezienie miejsca na namiot. Czy nie
za blisko wody? Co jeśli będzie gwałtowny deszcz i strumień wzbierze? Czy nie
za daleko od skał? Co jeśli zacznie wiać 100 km/h? Czy pobliskie pagórki
wyhamują nieco wiatr? itd...

Miałem nadzieję na to, że koniec dnia będzie suchy. Było inaczej. W trakcie
rozkładania namiotu przyszła potężna i bardzo gwałtowna ulewa. Przemokłem do
ostatniej, suchej nitki - na szczęście szybko skończyłem rozkładanie namiotu.
Byłem tak zmęczony i przemoczony, że położyłem się w środku na karimacie w
mokrych ubraniach, niezmiernie szczęśliwy, że mogę po prostu odpocząć nie
myśląc o tym, że leje mi na głowę. Wtedy doceniłem bardziej to, że
zainwestowałem kilkaset gramów więcej w pewniejszy i solidniejszy namiot. Przed
wyprawą zastanawiałem się, czy zabrać solidniejszy ale i cięższy (1500 g)
namiot, czy lżejszy (ok. 800 g) ale i mniej solidny. Rafał Król zdecydowanie
doradził mi tę pierwszą opcję, i ta decyzja była naprawdę dobra - odchudzony z
innych rzeczy plecak nie stanowił problemu, a noce spędzałem w komforcie
psychicznym, wiedząc, że trzeba by naprawdę wyjątkowo solidnej wichury, bym
zaczął się martwić. Dzięki Rafał!

Obrazek



Miejsce biwaku: 75.607451, 109.123730

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... d109.12373



>>>>>>> Dzień czwarty. Przybliżony dystans pieszo: 24 km

Wstaję późno, z premedytacją, chcąc trochę bardziej odpocząć. Chcę przejść
całość dystansu jak najszybciej, szukam optimum globalnego, nie lokalnego. Mam
ten komfort, że o tej porze roku jest jasno praktycznie całą dobę - zawsze mogę
iść do bardzo późna.

Pierwsze kilometry to manewrowanie po bagnach otaczających pobliskie jezioro
oraz szukanie drogi wśród rozlewisk i wyrastających pagórków. Dziś staram się trochę
zmniejszyć poziom wody w butach, nie idę na oślep przez podmokłą trawę.

Obrazek

Jakoś w tym kierunku widziałem niknące w dali stado reniferów

Obrazek

Mimo to, kilka razy na dzień zatrzymuję się i wyciskam wodę ze skarpet.

Maszeruję wzdłuż rzek w stronę pierwszej poważnej przeszkody. To rzeka Malakhaytari.
To pierwsza rzeka, co do której obawiam się, czy będę w stanie ją szybko
przekroczyć. Liczę się z tym, że będę musiał iść w górę rzeki długie kilometry
w poszukiwaniu brodu. Rzeka na mapie wygląda na sporą i głęboką.
Dodatkowo, w górze rzeki jest "zachęcający" do marszu w tę stronę dopływ: "Mjertwaja" ;-)

Marsz dolinami i przejście przez przełęcz. Zaczyna mocno padać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na przełęczy, jak zazwyczaj, bagna. I na odmianę, bagna. No i coś nowego: bagna.

Docieram do rzeki; to chwila, która długo była gdzieś na obrzeżach myśli -
przejdę, czy nie przejdę? Opatrzność czuwa. Od razu dostrzegam w oddali
rozlewisko - rzeka jest tam szeroka ale i płytka. Przechodzę bez dużych
trudności trzy szerokie ale niezbyt głębokie koryta.

Obrazek

Po przejściu decyduję się zakończyć marsz na dziś - zrobiłem już sporo, mam pod
nosem dobre miejsce na biwak. Jutro mogę wstać wcześniej i iść dłużej.

Obrazek

Wieczorne próby podsuszenia polaru

Obrazek

Teraz, kiedy już przekroczyłem rzekę, kolejna poważna potencjalna przeszkoda
zajmuje moje myśli. To masyw Góry Lednikowaji oraz ulokowany obok płaskowyż ze
skomplikowanym systemem lodowców i najwyższym wypiętrzeniem o wysokości aż 1106
metrów, poprzecinany tu i ówdzie głebokimi kanionami. Mam do wyboru - albo iść
prosto przez płaskowyż, przecinając lodowce i szukając źródeł rzeki Żdanova,
wzdłuż której później pójdę, albo iść wiele dziesiątków kilometrów naokoło
głębokimi kanionami, manewrując wzdłuż porywistych rzek - ta ostatnia opcja
jest mało zachęcająca. Mam nadzieję przejść krótką drogą przez płaskowyż - ale
czy to się powiedzie?

Obrazek

Spróbuję krótszej drogi, zachowując ostrożność. Może się uda. Gna mnie palące
wewnętrzne przekonanie, żeby iść sprawnie, bez ogladania się. A jeśli
helikopter przyleci w okolice punktu Barkova już za 2-3 dni, a potem dopiero za
miesiąc...?



Miejsce biwaku: 75.755312, 108.727126

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 108.727126



>>>>>>> Dzień piąty. Przybliżony dystans pieszo: 22 km

Pobudka. Zbieram się sprawniej niż dzień wcześniej, ale
późniejszy marsz jest wolniejszy; teren jest wciąż podmokły, w bardziej
uciążliwym stopniu niż wczoraj. Podchodzę pod kilka niskich przełęczy, teren
często wznosi się, i w 100% maszeruję po błotach bądź gęstych i uginających
się pod stopami połaciach mchu i trawie, w które zapadam się po kostki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przekraczam rzeki

Obrazek

Nieustannie towarzyszy mi biały ptak. Co jakiś czas odlatuje na pewną
odległość, po czym siada w widocznym miejscu i trwa tak, póki się nie zbliżę.
Bardzo interesujące.

Obrazek

Na chwilę się przejaśnia

Obrazek

Kolejne spotkanie ze stadem reniferów

Obrazek

Okolica wokół nasuwa mi na myśl pewne szczególne i absolutnie niezwykłe
miejsce, które jest związane z jedną z kolejnych ekspedycji za około 2 lata.

Obrazek

Obrazek

Docieram do przełęczy, z której schodzę do kolejnej rzeki, wzdłuż której dotrę
prawie w sam masyw Lednikowaji.

Obrazek

Obrazek

Jest pięknie, cicho, i niezwykle samotnie, lecz w pozytywny sposób.
Zastanawiam się nad kształtami gór poza zasięgiem wzroku. Ta dolina wydaje się
idealnym miejscem na założenie bazy na dłuższy czas i eksplorację leżących
wokół masywów. Jest pełna zieleni i piękna, lecz bliska wyższym partiom,
gdzie teren będzie z pewnością dużo bardziej ponury.

Obłe kształty gór w swojej obojętności wprowadzają mnie w szczególny nastrój.
Myślę chwilę nad tym, że trwały tutaj niezliczone setki lat i trwać będą
również po tym, jak stąd odejdę, w ciszy i samotności. Ale w końcu i one
również przeminą.

Obrazek

Dostrzegam w oddali "głaz"...

...który po podejściu wstaje i zaczyna galopować w stronę pobliskiej rzeki. To
wół piżmowy.

Obrazek

Przekraczam kolejną rzekę.

Obrazek

Wchodzę w zwężającą się gardziel kanionu. Coraz mniej miejsc zdatnych na biwak.

Teren robi się coraz bardziej ponury. Zieleń ustepuje miejsca czarnym,
potrzaskanym kamieniom, oraz płatom brudnego śniegu.

Kolejne przekraczanie rzeki.

Obrazek

Obawiam się, że dalej nie znajdę miejsca na rozbicie namiotu - nie zabrałem
grubej podłogi, by zmniejszyć ciężar, więc jestem niejako ograniczony do
miejsc, gdzie rośnie trawa bądż mech. Obawiam się trochę, że jeśli w nocy
spadnie deszcz, to woda może wezbrać i porwać namiot, ale postanawiam
zaryzykować. Musiałoby naprawdę długo i solidnie lać, żeby coś takiego się
przydarzyło. Mech i trawy wydają się rosnąć już dość długo.

Obrazek

Pogoda pogarsza się z godziny na godzinę. Yuri informuje przez satelitę, że
będzie jeszcze gorzej przez kolejne 2 dni. Zastanawiam się długo, czy czekać
gdzieś w okolicy na poprawę i potem atakować masyw Lednikowaji, czy iść już
jutro rano w stronę masywu, i dalej. Dochodzę do wniosku, że czekanie jest bez
sensu - jest decyzja, idę z samego rana, a jeśli pogoda będzie dramatycznie
zła, to ominę szczyt i pójdę dalej na wschód - atakowanie góry pokrytej
popękanymi lodowcami, samotnie, tylko z ultralekkimi aluminiowymi rakami,
prawie 500 km od najbliższej wioski, przy zerowej widoczności i porywistym
wietrze, bez praktycznie żadnej szansy na jakikolwiek ratunek w przypadku
stoczenia się do wnętrza lodowca, nie jest dobrym pomysłem.



Przybliżone miejsce biwaku: 75.822355, 108.097821

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 108.097821

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowii Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » sob 07 paź, 2017 19:05

>>>>>>> Dzień szósty, Przybliżony dystans pieszo: 40 km

Pobudka wcześnie rano, bodajże około 6. Na zewnątrz pogoda dużo gorsza niż
wczoraj - nie wieje (jeszcze), ale jest niewielka widoczność. Myślę sobie tak -
do podnóża właściwego masywu i lodowców Lednikowaji mam może 1.5-2 godziny -
jeśli zacznie się rozpogadzać, albo jeśli chociaż zobaczę promień Słońca, to
spróbuję iść tak daleko, jak się da.

Obrazek

Pierwsze kilometry są bardzo trudne - rzeka jest porywista, silna, robi zakola
kończące się tuż obok stromych i niestabilnych piargów. Muszę iść przez
kilkaset metrów tuż ponad powierzchnią wody, sprawnie i szybko, bo kamienie
wciąż niestabilnie ruszają się pod moimi stopami. Jeden zły krok i polecę do
wody - nie utonę, ale z pewnością wszystko po piersi będę mieć zupełnie
przemoczone.

Obrazek

W krytycznej chwili, kiedy czuję, że zaraz polece, i szybko zaczynam myśleć,
czy nie wycofać się i nie próbować przejść przez rzekę i iść drugą stroną, nad
głową przelatuje krzyczący biały ptak, taki sam jak wczoraj, szybując w górę
rzeki. Co on tu robi? To w pewien sposób motywuje mnie do wytężonego wysiłku i
większego skupienia uwagi - udaje się przejść to krytyczne miejsce. Potem jest
już łatwiej.

Opuszczam główny nurt rzeki i wchodzę w niewielką dolinkę prowadzącą do
miejsca, gdzie zaczną sie lodowce.

Cały teren przypomina mi nieco pustkowia Islandii - wyjątkowo ponure czarne
gołoboża, upstrzone na przemian płatami brudnego śniegu i lodu bądź
zielonkawego mchu, wyglądającego jak trujące chemikalia.

Dochodzę do rzeki wypływającej z lodowca. Widzę, że nad Lednikowają... widać
przejaśniające się niebieskie niebo oraz padające stamtąd silne promienie
Słońca. Cieszę się i decyduję - idę.

Od razu przychodzi pora na kolejną decyzją. Albo idę dolinką położoną bardziej
na wschód, gdzie trasa prowadzi bezpośrednio na szczyt, albo drugą dolinką,
bardziej na zachód, gdzie będę zmuszony iść dużo dłużej, bo niejako naokoło,
trawersami. Decyduję się na ten drugi wariant - jest dłuższy, ale wnioskując z
mapy podejście będzie bardziej płaskie. Szybka i stroma trasa z moim "sprzętem"
to nie najlepszy pomysł. Słońce jakby zdaje się ze mną zgadzać - dolinka
wschodnia jest mroczna i w pełni zakrywa chmurami, dolinka zachodnia jest pełna
światła.

Zostawiam plecak i prawie cały sprzęt, zabieram tylko termos, trochę jedzenia,
raki, aparat, telefon satelitarny, kije trekingowe, sweter puchowy. Wszystko
zgrabnie przyczepione do mini uprzęży zrobionej z paska kompresyjnego.

Wyruszam truchtem, chcąc mieć to wejście jak najszybciej za sobą.

Po 45 minutach docieram do początku lodowca, zakładam szybko raki.

Obrazek

Obrazek

To model Petzl Leopard - wydaje mi się, że ciężko o cokolwiek lżejszego. Waga kompletu raków
wraz z workiem ochronnym to prawie równe 400 gramów.

Obrazek

Podejście lodowcem.

Obrazek

Obrazek

Wejście granią.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trzymanie termosu zaczepionego z przodu okazuje się doskonałym pomysłem z
innego jeszcze powodu, poza brakiem konieczności zabierania ze sobą plecaka.
Otóż, nieświadomie, umocowałem termos w ten sposób, że bez ściągania go mogę
odkręcić korek i nalać sobie herbaty. Innymi słowy, termos zyskuje zalety
Camelbaga. Możliwość sprawnego i szybkiego popijania małych porcji gorącej
owocowej herbaty co kilkaset metrów (często i gęsto ;-) ) daje mi dużo większe
morale i motywację.

Po grani zaczyna się wielkie wypłaszczenie - szczyt jest bardzo płaski i bardzo
rozległy.

Obrazek

Nawet tutaj w zabawny sposób czuwa Opatrzność. Gubię w pewnym momencie jedną z
gumowych nakładek na końce kijów trekkinowych. Paradoksalnie, kilkanaście
sekund później staje się to bardzo przydatne - zaczynają się bardzo śliskie
pola ze zlodowaciałego śniegu, gdzie ostra końcówka jednego z kijów pozwala na
stabilny marsz. Znając siebie, być może prułbym do przodu bez zdejmowania
niczego.

Szukam drogi na sam szczyt, przypuszczając, że będzie jakoś oznaczony. Jest trudno znaleźć
sam wierzchołek z powodu dużego obszaru - wyjątkowo nawiguję dłużej na GPS.

Jest i szczyt.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jestem bezgranicznie szczęśliwy. Mimo, że Lednikowaja to nie jest najwyższy
szczyt Gór Byrranga, to w pewnym sensie to wejście jest dla mnie istotniejsze i
niesie ze sobą o wiele większy ładunek poczucia dokonania czegoś pięknego.
Najwyższy szczyt zdobyłem praktycznie na samym początku marszu - teraz
natomiast mam już w nogach spory dystans, długie wahania, oraz tę ostatnią,
długo ważoną decyzję, która dała tak wspaniały owoc. Krzyczę na szczycie z
radości, pełen wdzięczności dla Opatrzności za dyskretną pomoc w różnych
momentach w ciągu ostatnich dni.

Obrazek

Przejaśnia się i na chwilę wychodzi Słońce.

Podziekowanie dla Roberts'a i p. Romana Werdona za błyskawicznie i tanio
zrealizowane zamówienie na ultralekki śpiwór, który dotarł tuż przed wyjazdem.

Myślę o tych wszystkich ludziach, bliskich i mniej bliskich, którzy pośrednio
bądź bezpośrednio przyczynili się do tej chwili. Wielu, bardzo wielu pomogło na
różne sposoby - Rodzice, Narzeczona, dobrzy znajomi. Z tych ostatnich zwłaszcza
Rafał Król - dzięki Rafale za nieskończoną cierpliwość wobec setek pytań
sprzętowych na przestrzeni ostatnich lat! Dzięki Janusz Majer za konkretną
pomoc i rady sprzętowe, nie tylko teraz, ale i przed zimowymi wyjazdami w góry
Jakucji!

Wielu również pomogło paradoksalnie przez wielokrotne próby zniechęcenia,
zasiania wątpliwości, nieraz bezpośredniego oporu - wobec których musiałem
wypracować własny opór i większą determinację, świadomie utrwalić i
zacementować w sobie ukierunkowanie większości myśli na "Wschód i Północ", co
teraz, bo latach poznawania i zagłębiania się coraz bardziej w te obszary
Syberii, dało owoce w postaci tej wyprawy i tego wejścia.

Zejście jest szybkie i sprawne.

Docieram do plecaka. Gotuję szybko wodę na nową porcję herbaty. Szybko i
sprawnie wyruszam dalej - w planie jest wciąż wielki dystans do przejścia...

Obrazek

...i ta wielka nieznana... Czy znajdę drogę przez wyrastający przede mną
wielki, wypiętrzający się masyw ze schodzącymi lodowcami?

I jeszcze jedno pytanie - czy zejdę szczęśliwie stromym zejściem do kanionu, gdzie -
wedle mapy - płynie porywista rzeka zasilana wielkimi masami lodowca Nieożidannyj?

Przez kolejne kilometry idę w stronę kanionu i masywu.

W środku tych ponurych pustkowii napotykam uroczą łączkę, niemal że pole
namiotowe, jakby wymarzone miejsce do rozbicia bazy na dłuższej wyprawie w celu
dokładniejszej eksploracji okolicy, tego niezwykłego miejsca, gdzie pierwszych
badań i odkrycia tych wszystkich lodowców zaczęto dokonywać dopiero w latach 60
XX wieku.

Obrazek

Udaje mi się szczęśliwie i ostrożnie zejść rumowiskiem na dno kanionu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rzeka jest wartka i silna. Rozbieram się "do rosołu" i zaczynam próbę przejścia
w samych klapkach, najwyższy poziom wody prawie sięga bioder.

Pierwsza próba jest nieudana - nurt jest tak silny, że zaczyna mnie ściągać w
dół rzeki. Wycofuję się i próbuję nieco wyżej - jest odrobinę głębiej ale i
odrobinę spokojniej. Przechodzę rzekę.

Każdy z tych przejść jest bogate w skrajne doznania. Najpierw skrajne zimno - woda
jest jak zawsze lodowata i wartka. Potem skrajna ulga, kiedy wkładam na siebie ubranie.

Obrazek

Szybki posiłek, kilka minut dosłownie, i ruszam w górę płaskowyżu.

Plan: już dzień wcześniej podjąłem decyzję, że zaatakuję również najwyższy
(nienazwany) punkt tego lodowcowego płaskowyżu. Mapa podaje, że góra wznosi się
na 1106 metrów. Co istotniejsze, wydaje się z mapy, że właśnie przez szczyt
biegnie najszybsza i jednocześnie najbezpieczniejsza droga do źródeł rzeki
Żdanova. Inna fajna sprawa, to fakt, że w ciągu ostatnich wieczorów
kilkakrotnie i dokładnie przestudiowałem mapy, i okazało się, że jest to trzeci
i OSTATNI szczyt w całych Górach Byrranga (a tym samym na całym Półwyspie
Tajmyr) o wysokości przekraczającej 1100 metrów. Mimo, że nie jest to dla mnie
zazwyczaj priorytetem, to stwierdziłem, że dobrze będzie zdobyć i ten szczyt i
w ten sposób niejako definitywnie zakończyć ten aspekt eksploracji Gór
Byrranga.

Podejście jest długie, bardzo płaskie, i nużące.

Obrazek

Obrazek

Ciekawy efekt kontrastu:

Obrazek

Obrazek

Im wyżej, tym zimniej i coraz więcej śniegu. W okolicach szczytu kamienie robią się zalodzone.

Nareszcie. Udało się.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ciekawostka: pomierzona GPS'em wysokość jest inna od tej na mapie o kilka
metrów. GPS raczej się nie myli, bo wysokość wcześniejszych szczytów zgadzała
się.

Obrazek

Jest już późno, wieczór, i robię się trochę znużony. Wciąż jednak sporo dziś do
przejścia. Czeka mnie jeszcze samotny trawers lodowców i zejście do rzeki
Żdanova.

I tutaj zaczyna się kolejna ciekawa część opowieści. Szczyt zdobyłem po części
motywowany myślą, że najprostsza i najbezpieczniejsza droga do rzeki Żdanova
biegnie tędy. Zaraz po zdobyciu zacząłem iść dalej na północ. Poziomice
sugerowały, że robi się tam stromo, ale stwierdziłem, że nie powinno być aż tak
źle. Zaraz potem, tuż poniżej szczytu, zrobiło się trochę stromo, a ja
momentalnie posliznąłem się na zupełnie zalodzonych kamieniach, i z wysiłkiem
zapobiegłem zsunięciu się kilkanaście metrów po lodowym stoku. Niby nic, ale
dało mi to do myślenia - przecież wkrótce zrobi się dużo stromiej, a kamienie
na tej wysokości wciąż będą zalodzone. Zmieniłem plan i postanowiłem, że pomimo
zmęczenia pójdę kilometry naokoło, trawersując lodowce, ale za to idąc po
bardziej płaskim terenie. Decyzja okazała się słuszna - myślę sobie dzisiaj, że
schodząc tymi stromymi północnymi stokami, pomimo ominięcia lodowców, mógłbym
co najmniej solidnie się potłuc. Mógłbym ubrać raki, ale z drugiej strony, jak
długo te ultralekkie aluminiowe raki wytrzymałyby marsz po polach zalodzonych
kamoli?

Trawersuję lodowce. Jest niewielka widoczność, mgła, nieprzyjemna i ponura
aura. Teraz dopiero w pełni doceniam fakt posiadania dokładnych map GPS tego
obszaru - bez tych map też bym sobie poradził, ale mogłoby to zająć więcej
czasu.

Lodowiec pokrywa warstwa mokrego śniegu, w którym zupełnie już przemoczyłem
buty zapadając się po kostki i łydki. Jest trudno, ale wiem, że już niedługo.

Przeżywam kilka ciekawych chwil - ale to już bardziej temat na rozmowy przy
piwie :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nareszcie. Dostrzegam początek rzeki. Ale i tutaj nie obyło się bez konieczności
ostrożnego zejścia.

Obrazek

Jest już późno, niedługo północ, maszeruję od ponad 16 godzin w ciekawym
terenie, za mną dwa szczyty, lodowce, długie podejścia. Decyduję się na dalszy
marsz wzdłuż rzeki. Szukam lepszego miejsca na biwak, ale też czuję przypływ
sił - zastanawiam się, czy może przejść jeszcze z 10 kilometrów? Przyczynia się
do tego fakt, że mimo północy, jest w miarę jasno - nie odczuwa się tutaj aż tak bardzo
konieczności snu z powodu braku silnie naznaczonego rytmu dzień-noc.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po krótkim marszu dostrzegam dobre miejsce na rozbicie namiotu. Chociaż
perspektywa "urwania" jeszcze z 10 kilometrów kusi, to decyduję się jednak
rozbić - dzień był mimo wszystko bardzo długi, a nie mam pewności, kiedy znajdę
miejsce na biwak - pola śnieżne mogą się już zaraz skończyć, a zanim rzeka
wejdzie w szersze koryto, gdzie będzie więcej trawy i mchu, może minąć sporo
czasu.

Jeszcze tylko zęby...

Obrazek

...wyżymanie skarpet...

Obrazek

...jedzenie...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

...planowanie...

Obrazek

...i sen!

Obrazek

Obrazek


Miejsce biwaku: 75.850110, 107.461478

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 107.461478

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » sob 07 paź, 2017 19:06

>>>>>>> Dzień siódmy. Przybliżony dystans pieszo: 36 km

Budzę się, i widzę piękne, niebieskie niebo. Nieco żałuję, że nie miałem takiej
pogody na szczycie. Po kilkunastu minutach widzę nadciągające chmury... i
zaraz pojawia się myśl: "Tak, nie ma czego żałować - to Arktyka, tutaj nigdy
tak naprawdę nie jest pogodnie. Nie żałuj, bo dzisiaj i tak przyjdzie zła
pogoda. Jak zawsze."

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Maszeruję szybko. Na tym etapie jestem zaskoczony tempem - wczorajszy dzień
był bardzo długi, a wcześniej było ich też dużo więcej. Nawet te krótsze etapy
po 20-25 kilometrów były w większości wypełnione maszerowaniem po błotach czy
uginającym się mchu. A mimo to idę jakby bez zmęczenia.

W pewnym momencie śnieg się kończy, a ja wchodzę w nieco szersze koryto, gdzie
teren staje się twardy, a kamienie nie zapadają się w błotniste podłoże, lecz
można iść po nich naprawdę szybko. Decyduję się to wykorzystać do maksimum, i
*naprawdę* podkręcam tempo - maszeruję bez wytchnienia, tempo niezłego truchtu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Okazuje się to być w pewnym sensie błędem... Stopy nie wytrzymują. Po godzinie
czuję odciski. Kilka. Dużych. Krótka przerwa na założenie plastrów - trudno,
idę dalej, odrobinę wolniej.

Obrazek

To taki teren naruszył stopy:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejny etap to kilka łagodnych przełęczek i przejść rzek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na odmianę: bagna :-)))

Obrazek

Obrazek

Marsz, marsz, marsz... Pogoda dopisuje, nie leje.

Obrazek

Obrazek

Góry pokazują nieco więcej ze swego piękna - trudnego w odbiorze, bo jakże
surowego. Ta wyprawa potwierdza wnioski z wcześniejszych - że Arktyka, Góry
Byrranga, to nie jest miejsce, które poleciłbym komukolwiek, kto chce nacieszyć
oczy pięknem Syberii. "Nie, gdziekolwiek, ale nie w to miejsce - bo zrazisz
się. Lepsza centralna Jakucja wczesną jesienią, w pierwszym tygodniu września -
w Góry Suntar-Chajata, Czerskiego, Momskie, Kołymskie, Wierchojańskie. Nad jakieś
malownicze jezioro. Ale nie tutaj. Chyba, że... szukasz nie tyle piękna zawartego w jasnych i
malowniczych kolorach i łagodnym szumie tajgi, co surowości i majestatu, grozy
i wrażenia niezmierzonej potęgi, piękna ukrytego w bezkresnej przestrzeni
rozciągającej się wszędzie wokół, samotnej kontemplacji ponurych i czarnych
pustkowi, które jednak potrafią w najmniej spodziewanym momencie zajaśnieć
blaskiem i jasnym światłem. Wyrastających wszędzie wokół czarnych głazów,
wyglądających jak ponure demony czyhające na Twoje życie na tle brudnoszarych
chmur, lecz zarazem jak wiekowi staruszkowie przytłoczeni i mądrzy bezmiarem
przeżytych lat, gdy zajaśnieje Słońce. To wszystko znajdziesz w pewnym stopniu
też i w Jakucji, i na Kołymie, i nieco dalej na południe, i dalej na wschodzie,
za Jakucją. Ale w pełni znajdziesz to właśnie tutaj, na najdalszej północy
Syberii, w Górach Byrranga."


Obrazek

Obrazek

Z serii "Dla Judyty" :-)

Obrazek

Obrazek

A ten kamień wyglądał z daleka jak trupia czaszka

Obrazek

Maszeruję i maszeruję, jestem trochę znużony. Pogoda się pogarsza a teren staje
się coraz bardziej ponury.

Obrazek

W nocy i nad ranem będzie najpewniej bardzo mocno wiało. Rozkładam namiot.
Nakładam opatrunki na obolałe stopy i idę spać. Palce wyglądają coraz gorzej.

Obrazek

Poza stopami zajechałem też zupełnie nowe buty :-)

Obrazek


Przybliżone miejsce biwaku: 75.749190, 106.274684

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 106.274684



>>>>>>> Dzień ósmy. Przybliżony dystans pieszo: 37 km

Dziś jest dzień kolejnej ważnej decyzji. Od 2 dni zastanawiam się, gdzie
ostatecznie będę czekać na helikopter. Punkt Barkova jest wciąż daleko, a jest
też możliwość transportu z innej lokalizacji, dużo bliższej, gdzieś dalej obok
rzeki Żdanova. Początkowo chciałem kończyć wyprawę w tym bliższym punkcie - to
już i tak praktycznie koniec gór. Jakkolwiek, Yuri (pilot) stwierdził, że on
teraz nigdzie nie leci, ale i tak lepiej będzie w Punkcie Barkova. Z jednej
strony to więcej dni w marszu, z drugiej - przejdę dużo więcej i ostatecznie
wyprawa będzie bardziej wartościowa. Właśnie ósmego dnia musiałem podjąć tę
decyzję ostatecznie - czy iść na północ jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów,
czy praktycznie sto na zachód.

Tak czy siak, jestem nieco przygnębiony - Yuri twierdzi, że poleci dopiero za
jakieś 10 dni. A ja już za 3-4 dni maksymalnie dotrę na Punkt Barkova. Czyli
trzeba będzie długo czekać.

Pogoda rano nie jest zbyt przyjemna.

Obrazek


Ciekawe zdarzenie: spotkałem w korycie rzeki wielkiego woła piżmowego.
Ostrożnie obszedłem wystraszoną bestię.

Obrazek

Obrazek

Ciekawsze zdarzenie: zobaczyłem w oddali zbliżające się truchtem zwierzę. To
wilk. Najpierw zdawał się mnie obiegać łukiem. Nagle zaczął biec w moją
stronę. Nie spowodowało to we mnie żadnej emocjonalnej reakcji, być może
dlatego, że wilk nie wyglądał na wrogo nastawionego (na tyle na ile mogłem to
ocenić na tę odległość), raczej wciąż zaciekawiony. Na wszelki wypadek
odbezpieczyłem nóż u pasa i chwyciłem za minirakiety, kiedy to drapieżnik nagle
zawrócił i zaczął biec w stronę gór. Posłałem za nim racę, tak, by
zabezpieczyć się przed ewentualnym powrotem.

Obrazek
Obrazek



Podejście na przełęcz w przedostatnim paśmie gór.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A na przełęczy... urocze jeziorko. I kilka komarów.

Urządziłem tutaj krótki odpoczynek. Krótki, bo siedzące obok białe ptaki
wyglądały, jakby spoglądały na mnie wyczekująco. Zebrałem się szybciej, i...
nie pożałowałem. Trafiłem akurat na najlepsze światło zachodzącego Słońca,
które akurat wyjrzało zza chmur. I sfotografowałem to urzekające jezioro.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tuż po zakończeniu sesji zdjęciowej usłyszałem... połączenie przychodzące na
telefon satelitarny (akurat miałem go na chwilę włączony). To coś
niecodziennego - pomyślałem. Po oddzwonieniu okazało sie, że Yuri dowiedział
się, że w najbliższych dniach, może już jutro, poleci inny helikopter! Jestem
naprawdę wniebowzięty. To wspaniała wiadomość. Jutro rano mam czekać na
wieści, jeśli helikopter poleci, to już jutro zakończę wyprawę.

To motywuje mnie do bardzo szybkiego marszu. Gdzieś w międzyczasie koordynuję
ze swoim dostawcą usług satelitarnych zakup kolejnych minut, tak na wszelki
wypadek (obecne są już wyczerpane).

Obrazek

Maszeruję kolejne kilometry. Chciałem dotrzeć zupełnie poza granicę gór, ale
ostatecznie kończę marsz nad ranem nieco wcześniej. Znajduję miejsce, które
helikopter przypuszczalnie rozpozna na mapie i w terenie, gdyby miał już dziś lecieć.

Obrazek

Obrazek

Opatruję piekące stopy.

Urokliwy Księżyc.

Obrazek



Miejsce biwaku: 75.732139, 105.210021

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 105.210021
Ostatnio zmieniony sob 07 paź, 2017 19:18 przez anomander, łącznie zmieniany 1 raz.

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowii Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » sob 07 paź, 2017 19:07

>>>>>>> Dzień dziewiąty. Zakończenie. Zwycięstwo. Przybliżony dystans pieszo: 65 km

Budzę się. Przychodzi informacja, że tego dnia nic nie poleci. A więc decyzja -
idę do Punktu Barkova. I od razu myśl - a może dotrę tam już dziś? To wielka
odległość. 2 lata temu, będąc dużo bardziej wypoczętym i z przypuszczalnie
podobną kondycją, przebyłem w jednym wielkim skoku przez pustkowia ledwo 65%
tego dystansu, i byłem już bardzo zmęczony.

Zobaczymy.

Wschód Słońca jest piękny.

Obrazek

Na początek ponownie zajmuję się stopami. Wyglądają raczej niedobrze

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pakuję się sprawnie, szybko przechodzę przez rzekę.

Pierwsze 10 kilometrów to narastające rozczarowanie - idę bardzo wolno, wciąż
silnie podmokły grunt. Trudno, myślę, jeszcze nie dziś, nie przeskoczę na raz.
Ale nie tracę nadziei - może będzie lepiej.

Obrazek

Podejście na przełęcz. Tutaj łączę się z trasą, którą zrobiłem w 2015 roku (relacja kilka tematów niżej). Jestem trochę
wzruszony.

Obrazek

Do zobaczenia, wewnętrzne przestworza Gór Byrranga! Teraz kolej na zimowe wejścia.

Obrazek

Obrazek

Tutaj jestem już za ostatnim pasmem.

Obrazek

Spojrzenie na bezkresne pustkowia Arktyki, oddzielające mnie od Morza Karskiego.

Obrazek

Obrazek

Te pustkowia to w większości płaskie bądź lekko wypiętrzające się równiny
i płaskowyże poprzecinane głębokimi kanionami wyżłobionymi przez wartkie rzeki.

Przecinam kolejne płaskowyże jak najkrótszymi dystansami.

Niektóre odcinki są suche i twarde. Z drugiej strony, kamienie są ostre i stopy
to czują. Na szczęście na tym etapie nie mam z tym żadnego (jeszcze) problemu.
Jeszcze nie wiem, że potem zacznie się większa "zabawa".

Przechodzę kilka rzek.

Sporo pustkowi jest podmokłych. Czyli nic nowego.

Ale pewne odcinki są suche. Mimo, że podłoże nie jest miękkim dywanem, pokonuję
te odcinki naprawdę szybko, wiedząc, że niedługo znów będzie bagno, przez które
pójdę znacznie wolniej. Jeśli naprawdę chcę dziś zakończyć marsz, to muszę iść
zdecydowanie i bez żadnego marudzenia po drodze. Marsz, marsz, marsz; jedyna
tylko czynność musi zająć większość myśli.

W pewnym momencie zrozumiałem, że pokonałem prawie połowę marszu. Jestem zadowolony.

Groza i majestat nieba wciąż mi towarzyszą.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pogoda szybko się pogarsza.

Obrazek

Nieco bardziej skomplikowane miejsce, gdzie wąska gardziel kanionu jest pokryta
świeżym śniegiem, i muszę ostrożnie przejść ten fragment, by nie stoczyć się do
rzeki.

Obrazek

Jest już środek nocy. Gotuję nową porcję herbaty. Do końca marszu mam może 20, może 25
kilometrów. Za mną już na pewno 40 km. Leje. Zaczynam być zmęczony.

Na tym etapie zaczynam odczuwać stopy. To dla mnie coś nowego. Wcześniejsze dni
przynosiły bąble, odciski, otarcia, przemoczenie, ale odczuwałem to wszystko
jako lekki dyskomfort, nic więcej. Teraz sytuacja zmieniła się gwałtownie i
radykalnie. To dla mnie coś zupełnie nowego - w ciągu może 5 kilometrów
odczuwanie stóp przeszło z "Lekko bolą mnie stopy, prawie o tym nie myślę", do
"Nie jestem w stanie zrobić kroku bez zaciskania z całej siły szczęk.". Ból
wciąż się pogarszał. A do końca wciąż bardzo wiele.

Ktoś powie: stopa okopowa. To nie było raczej na pewno to. Codziennie po marszu
suszyłem stopy i upewniałem się, że nocą będą miały szansę odpocząć. Nie,
wydaje mi się, że ból na tym ostatnim odcinku był spowodowany tym, że stopy w
ciągu tych wielu dziesiątków kilometrów były z jednej strony wciąż mokre, a z
drugiej non-stop, nieustannie, uderzały ze sporą siłą (marsz był intensywny) w
ostre kamole. To wszystko podrażniło nerwy na tyle, że zaczęły reagować
intensywnym bólem na każde, najmniejsze nawet dotknięcie o coś twardego bądź
niestabilnego.

Do końca może kilkanaście kilometrów. Świta kolejny dzień. Czuję senność i mam
lekkie zwidy - czasem dostrzegam coś na kształt ruchu na granicy wzroku. Co
jakiś czas pojawia się przemożne pragnienie, by na chwilę chociaż położyć się w
tej mokrej trawie i odpocząć, może nawet usnąć. Nie ulegam mu, nakazuję sobie
dalszy marsz. Chcę to mieć już za sobą, chcę jednym, szybkim skokiem przebyć
cały ten obszar aż do samego końca.

Obrazek

Obrazek

Na tym ostatnim etapie wola marszu przestała się już opierać na konkretach,
które pomagały wcześniej: woli szybszego dotarcia do domu, wizji odpoczynku.
Pozostał czysty CEL, by po prostu dziś już zakończyć
marsz. Zniknęły wszystkie powody, być może zmęczony umysł nie był w stanie już
opierać się na czymś wymagającym nieco większego zaangażowania intelektu czy
wyobraźni. Pozostała tylko jedna, czysta myśl: ZAKOŃCZYĆ TO DZIŚ, IŚĆ DO KOŃCA.
Boli? trudno, IŚĆ DO KOŃCA. Pali? Trudno, IŚĆ DO KOŃCA. Zatoczyłem się
właśnie? trudno, IŚĆ DO KOŃCA.

Przekraczam jeszcze jeden strumyk o poranku - ten jeden jedyny raz
przekraczanie było przyjemne - rozgrzane i płonące stopy mile przywitały zimną
wodę.

Ostatnie może dziesięć, może piętnaście kilometrów było naprawdę trudne. Stopy płonęły żywym
ogniem, każdy krok był jak na rozżarzonych węglach. Na tym etapie trzeba było jeszcze
pokonać kilka wąwozów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Otoczenie wciąż zaskakiwało, i udało się znaleźć tę odrobinę motywacji do kilku
zdjęć zapierającego dech w piersi piękna.

Obrazek

Obrazek

Ostatni kilometr to bardziej zdecydowany marsz. Tak, jakby ciało zrozumiało, że
niedługo już naprawdę koniec, i zmobilizowało się do ostatniej prostej.

Ostatnia przeszkoda - rzeka Leningradskaya. W 2015 woda była wzburzona i
sięgała mi do pasa. W tym roku widzę, że jest jej więcej. Mam nadzieję, że
przeprawa się uda.

Obrazek

Obrazek

Zdejmuję wszystko do rosołu i ubieram klapki. Zaczynam przeprawę. Po przejściu
ledwie jednej czwartej dystansu mam już wody po piersi i widzę, że będzie
gorzej. Zaczyna mnie ściągać, i cofam się z powrotem. Trzeba spróbować w innym
miejscu.

Przygotowuję się lepiej. Bardzo marzną mi stopy, więc decyduję się na
poświęcenie jednej czy dwóch par suchych skarper - ubieram je i tak planuję
własnie przekraczać rzekę. Mam jeszcze dwie inne suche pary. Dodatkowo
przepakowuję plecak - wszystko co puchowe bądź łatwe do zamoczenia na samą
górę, reszta na dół plecaka (po tak długim marszu nie ufam już szczelności
worka foliowego wyściełającego plecak).

Zaczynam przeprawę w miejscu, gdzie rzeka płynie bardziej wartko, ale jest
wyraźnie węższa. Udaje się... Choć nie bez strachu. W najgłębszym miejscu woda
sięga niemal po piersi, nurt jest mocny, ściąga silnie w bok, lecz jest
pokonywalny. Docieram zziębnięty do drugiego brzegu. Zakładam szybko wierzchnie
ubranie i pokonuję ostatnie kilkaset metrów. Docieram do rozpadającej się tankietki i Punktu
Barkova.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kończę marsz. jest 8 rano. 21 godzin non-stop, prawie 70 kilometrów trudnego
terenu za plecami od ostatniego biwaku. Będzie ponad 300 od początku marszu.
Jestem naprawdę szczęśliwy.

KONIEC

Miejsce biwaku w Punkcie Barkova: 75.897793, 103.403600

https://www.google.ch/maps/place/75%C2% ... 4d103.4036



>>>>>>> Zakończenie.

Kilka uwag i ciekawszych historii na sam koniec.

Yuri zapomniał zostawić mi publikacje do czytania. Na szczęście, helikopter
przyleciał już następnego dnia, a większość czasu i tak przespałem, regenerując
siły, jedząc rosyjskie specjały z zostawionego zapasu jedzenia, oraz próbując
podleczyć stopy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Moje stopy zostały dość mocno "zmasakrowane". Kilka kolejnych dni byłem w
stanie poruszać się w miarę sprawnie, chociaż utykałem na lewą stopę - okolice
ścięgna Achillesa były mocno nadwyrężone. Kolejne tygodnie były dużo gorsze.
Tył lewej stopy był bardzo zgrubiały (wciąż taki jest, choć już nie boli) - ból
był silny, ciężko było się poruszać.

Niska to cena w porównaniu za zwycięstwem, które wciąż przynosi uśmiech na usta
i rozjaśnia serce.

Pasażerowie helikoptera okazali się grupką przyjaciół z Chatangi, która
wynajęła helikopter na weekend na ryby. Szybko się polubiliśmy, poczęstowali
mnie górą pysznego jedzenia, a ja odwdzięczyłem się historiami oraz dowcipami
opowiedzianymi moim dosyć kulawym rosyjskim.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ryby brały jak szalone. Poniższy łup to efekt może 5-10 minut łowienia przez jedną osobę.

Obrazek

Było bardzo fajnie.

Po przylocie spędziłem w Chatandze półtora dnia, od razu skok na pisanie
publikacji. Czyli "to, co tygryski lubią najbardziej" - nie tracić czasu,
działać i tworzyć.

Podziękowalna wizyta w cerkwi - staram się w swoim życiu nie widzieć na ślepo i
na siłę wszędzie oznaków działania Boga czy też tzw. "szczęścia". Jakkolwiek,
ta wyprawa była naprawdę inna, szczególna. Tak wiele było tych momentów, kiedy
nic nie zależało ode mnie, i kiedy wszystko to, co musiało się ułożyć, tak, by
marsz zakończył się sukcesem, układało się od razu. Natychmiastowe znalezienie
brodów na wielkich rzekach, bezpieczne przejście przez lodowce, wybór jedynej
chyba bezpiecznej drogi podyktowany nie tyle samym tylko moim rozumem, ale
również splotem sytuacji następujących we właściwych momentach. Z
drugiej strony wiele było też sytuacji, kiedy trudności piętrzyły się lawinowo,
ale były to trudności >pokonywalne<, których przejście wymagało zogniskowania
woli, co sprawiło, że wspomnienie ekspedycji jest jeszcze silniejsze, bardziej
wyraziste, a poczucie zwycięstwa pełniejsze. Jak choćby ta silna ulewa
trzeciego dnia, i zupełnie i nieustannie przemoczone stopy, i zalodzona połowa ciała, i
grzmoty przetaczające się ponad głową niczym głazy, i nieustanne bagna, i stopy
płonące żywym ogniem - bez tego wszystkiego byłyby o wiele łatwiej, i wielokrotnie
wielka część mnie chciała, żeby to wszystko ustało, żeby nareszcie się
skończyło i wyszło słońce - lecz druga część wiedziała, że - chociaż teraz jest
trudno - to dzięki temu stawka wzrasta, i w ostateczności nie tylko nie będę
żałować, ale przeciwnie, cieszyć się, że było, mokro, ciężko, i bardzo boleśnie
- nie dla wartości samego bólu, ale dla świadomości zwycięstwa pełniejszego,
większego, wyrazistszego.

To pierwsza ekspedycja, o której wiem, że naprawdę się udała, że przebiegła
tak, jak powinna - zaplanowana, wykonana w miarę możliwości wedle planu, z
wystarczającą swobodą na zmianę drobnych szczegółów. Świadomość powrotu z
dobrze wykonaną misją jest wspaniała, urzekająca - wiem o tym o tyle lepiej, że
wiele wcześniejszych wyjazdów (w sumie zdecydowana większość) wychodziły "ot
tak" - niby wychodziły, ale zawsze brakowało tego zdecydowania do wypełnienia
konkretnego, trudnego, ale osiągalnego celu. Zawsze czegoś brakowało - czasem
właściwego sprzętu, najczęściej - wytrwałości, walki z lenistwem. Tym razem sie
udało - teraz trzeba postarać się, żeby następne były budowane w oparciu o to
doświadczenie, i by błędy przeszłości nie zostały powtórzone.

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2239
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: buba » wt 10 paź, 2017 10:55

Czy w ramach minimalizowania wagi sprzetu zabierales ze soba komputer??? :shock: (pierwsza fota)

Niesamowite te zdjecia burzowe! zupelnie jak kregoslup! albo jakies potwory!

ech... wybralabym sie kiedys w te rejony- ale raczej tylko tam gdzie docieraja helikopter, tankietki i rybacy, tyle by mi wystarczylo!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » wt 10 paź, 2017 13:05

Czy w ramach minimalizowania wagi sprzetu zabierales ze soba komputer??? :shock: (pierwsza fota)
Oczywiście, że nie na właściwy marsz. Komputer na pracę i ogarnianie logistyki w
trakcie lotów, przesiadek, i do Chatangi do momentu wylotu helikopterem. :)
ech... wybralabym sie kiedys w te rejony- ale raczej tylko tam gdzie docieraja helikopter, tankietki i rybacy, tyle by mi wystarczylo!
Najlepsze rejony do podróży w tym stylu to stopem przez leśne dukty i góry przez wioski Jakucji ;-)
Na stopa z Jakucka do Ust-Nery, potem dzikim stopem "po rzekach" przez góry i lasy do wioski Sasyr,
a tam można powałęsać się z pasterzami reniferów, połowić ryby, itp. Super sprawa na wyjazd w stylu
"wagary od życia" :D

Dracid
Rzeczywisty Radca Stanu
Rzeczywisty Radca Stanu
Posty: 460
Rejestracja: pn 23 lip, 2012 13:06
Lokalizacja: Polska

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: Dracid » wt 10 paź, 2017 18:07

Pytanie o Chatangę i w ogóle cały przemarsz: czy miałeś przepustkę do pogranzony?

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » wt 10 paź, 2017 19:56

Pytanie o Chatangę i w ogóle cały przemarsz: czy miałeś przepustkę do pogranzony?
Tak. Tam bez przepustki raczej nie wjedziesz.

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2239
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: buba » śr 11 paź, 2017 13:02

anomander pisze:Najlepsze rejony do podróży w tym stylu to stopem przez leśne dukty i góry przez wioski Jakucji
Na stopa z Jakucka do Ust-Nery, potem dzikim stopem "po rzekach" przez góry i lasy do wioski Sasyr,
a tam można powałęsać się z pasterzami reniferów, połowić ryby, itp. Super sprawa na wyjazd w stylu
"wagary od życia"
Ojjjj marzenie! Moze kiedys sie spelni!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: msvklr » sob 14 paź, 2017 08:11

Podziwiam jak nie wiem co! Największy syberyjski świr w Polsce :)
http://okrokdalej.pl

anomander
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 70
Rejestracja: wt 16 lut, 2010 20:18
Lokalizacja: Zurych

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: anomander » śr 11 kwie, 2018 17:26

:D :D :D :D :D

http://kolosy.pl/index.php/laureaci-kol ... ratulujemy

Dodatkowa motywacja do realizacji wielkiego projektu, który ostatnio się wykrystalizował.

Swoją drogą, podzielę się ciekawostką - Kolosy były w 1 połowie marca, a byłem wtedy
na zimowej ekspedycji w Jakucji (Góry Suntar-Chajata, wyszła ciekawa
wyprawa swoją drogą, w te potwornie odizolowane zimą góry dostałem się zaprzęgiem
reniferów). Jak tu pogodzić jedno z drugim... Z gór do wioski Uchugey "na krańcu świata"
wróciłem 9 marca, na kilka godzin przed godziną swojej prezentacji... Potem szaleńcza jazda
taksówką do kafejki Kyubyume ulokowanej na Drodze z Kości, gdzie (na szczęście!)
w tym roku zainstalowano WiFi. No i przez to WiFi jakoś poprowadziłem prezentację :)

https://en.wikipedia.org/wiki/Yuchyugey
https://pl.wikipedia.org/wiki/Suntar-Chajata

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: msvklr » czw 12 kwie, 2018 15:16

Wow, gratulacje za wyróżnienie na Kolosach i dobrze widzieć że żyjesz ;)

Suntar-Chajata jest na liście miejsc zdecydowanie do odwiedzenia.
http://okrokdalej.pl

Awatar użytkownika
micaj
Radca Stanu
Radca Stanu
Posty: 388
Rejestracja: pn 10 maja, 2010 14:08
Lokalizacja: Lublin

Góry Byrranga 2017: pełny samotny trawers największych pustkowi Arktyki i Syberii

Post autor: micaj » wt 17 kwie, 2018 11:41

Jesteś Wielki! :)
PKS Kasy Międzynarodowe Lublin
GG: 9594935
tel.: 81 747 74 42

ODPOWIEDZ