Ałtaj Sierpień 2017

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » czw 25 sty, 2018 14:05

Zapraszam do galerii zdjęć z sierpniowego Ałtaju:
https://photos.app.goo.gl/N1kzkBg5qhJID5ci1

Wyjazd w pojedynkę, 3 tygodnie. Głównie marszrutki + autostop. Piękne miejsca, wspaniali ludzie.

Relację publikuję po kawałku na FB, później skompilowane wrzucę na bloga.
https://www.facebook.com/mariusz.pabich.9
http://okrokdalej.pl

Mała
Okręgowy Sekretarz
Okręgowy Sekretarz
Posty: 32
Rejestracja: sob 09 sty, 2016 22:08

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: Mała » czw 25 sty, 2018 17:25

msvklr pisze:
czw 25 sty, 2018 14:05
Relację publikuję po kawałku na FB, później skompilowane wrzucę na bloga.
https://www.facebook.com/mariusz.pabich.9
Może od razu tu przekopiować?

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » pt 26 sty, 2018 12:25

Proszę bardzo:

ROSJA - AŁTAJ 2017

Powiem Wam, że Rosja uzależnia. Przyciąga swoimi przepastnymi, nieskończonymi przestrzeniami. Już trzeci raz dane mi było pojechać do tego kraju, a po raz drugi samotnie. Plany miałem zgoła inne niż ostatnio. Nie szukałem samotności podczas 10 dniowej wędrówki po dzikich syberyjskich górach ani hardkoru, który połechta moje ego. W zasadzie niczego nie szukałem, i zdaje mi się, że właśnie to było kluczem do tej podróży. Zaplanowałem z grubsza trasę przejazdu, z miejscami które chciałem odwiedzić. I tak wiedziałem, że zdany będę na łaskę marszrutek albo ludzi którzy łaskawie zdecydują się mnie podwieźć.

Tym sposobem, w ciągu 3 tygodni przejechałem, głównie autostopem, prawie 2 tysiące kilometrów, wiele z nich Czujskim Traktem - jedną z najpiękniejszych dróg świata, wszedłem na mój pierwszy lodowiec, kąpałem się w błękitnej wodzie rzeki Katuń, zostałem wyrzucony ze strefy przygranicznej, w której przebywałem nielegalnie i przemaszerowałem z plecakiem dobrze ponad 100 kilometrów. Były niespodziewane spotkania, wspaniali ludzie, przygody, noclegi i nagłe zmiany planów. Słowem wszystko, czego mogłem chcieć.

Przez całe 3 tygodnie sumiennie prowadziłem dziennik podróży i teraz po 4 miesiącach brnąc przez jego strony, przeżywam tamte momenty na nowo. Chcę się z Wami nimi podzielić, publikując tutaj część z moich historii w ciągu następnych dni. Nu, pajechali!

-----------------------------

Do Nowosybirska leciałem samolotem z przesiadką w Moskwie. Najjaśniejszym punktem było poznanie złotej medalistki Mistrzostw Świata z Londynu w skoku wzwyż – Marii Lasitskene. Zaczepiłem ją na chwilę żeby pogratulować medalu i wypluć z siebie pierwsze słowa po rosyjsku. Początkowo byłem zdziwiony, że z Warszawy leci kompletnie anonimowa, ale już na lotnisku w Moskwie czekał na nią cały komitet powitalny z orkiestrą i ministrem sportu na czele.

W stolicy Rosji po raz pierwszy skorzystałem z Ubera, żeby przedostać się na drugie lotnisko oddalone o ponad 40 kilometrów od rozpasanego Szeremietiewa. Mój kierowca – Iwan, pochodził z Kaukazu i co roku spędzał w Moskwie 6-7 miesięcy pracując dla Ubera, zarabiając na tym około 6-7 tys złotych miesięcznie. Auto bierze z wypożyczalni i jeździ po 10-12 godzin dziennie. Zadał mi szereg pytań poczynając od cen poszczególnych produktów w Polsce na głównych problemach społecznych kończąc. Na większość z nich trudno mi było jednoznacznie odpowiedzieć, bo co to za pytanie: "W miastach macie szerokie czy wąskie ulice?" albo "Czy u was mężczyźni dużo palą?".

Po niemal dobie w podróży, nad ranem wylądowałem na lichym lotnisku w Nowosybirsku. Wyszedłem przed budynek i zacząłem rozglądać się za przystankiem autobusowym. Wyglądając jak typowy turysta od razu przyciągnąłem do siebie jakiegoś taksówkarza. Z zasady zawsze ich zbywam. Tym razem jednak, z czystej ciekawości spytałem o cenę i gdy usłyszałem trista piatdziesiat, co równało się około 20 złotym, postanowiłem dać facetowi zarobić i przystałem na jego ofertę. Droga do miasta upłynęła w miłej atmosferze pogawędki, co zupełnie nie zapowiadało finału tegoż przedstawienia.
Dojechawszy na miejsce wręczyłem kierowcy 500 rublowy banknot. Nagle spochmurniał, przewrócił oczami i mówi, że mało.

- No jak, przecież umawialiśmy się na 350
- Nie nie, powiedziałem tri sto piatdziesiat (czyli 3150)

Wyciągnął ze schowka cennii, na którym widniały jakieś kosmiczne ceny z dupy i już wiedziałem, że padłem ofiarą oszustwa. O ja naiwny! Szybka analiza sytuacji stawiała mnie na przegranej pozycji. W bagażniku znajdował się mój plecak z całą elektroniką. Otworzyłem szybę i zaczepiłem przechodnia, szybko wyjaśniając sytuację. Ten tylko wzruszył ramionami i poszedł dalej. Taksówkarz zaczął się robić agresywny. Musiałem podjąć szybką decyzję, walka czy kapitulacja.

Zapłaciłem.

Tak mnie przywitał Nowosybirsk. Zostawił wściekłego na taksiarza - szmaciarza i oszusta, ale również na siebie, że dałem się wyrolować jak dzieciak. Żeby się dobić sprawdziłem ceny Ubera za przejazd na lotnisko – 350 rubli. Zły jak nigdy, pomaszerowałem w stronę mojego pierwszego noclegu, od którego dzieliły mnie 3 kilometry. "Spacer dobrze mi zrobi" – pomyślałem.

-----------------------------

Ruslan jeszcze spał jak przyszedłem, mimo, że na zegarze dochodziła 12. Umówiliśmy się na couchsurfingu, że mnie przyjmie na jedną noc i pokaże miasto. Nie marzyłem o niczym innym niż o śnie po 30 godzinach w podróży, ale nie chciałem wstawiać lipy człowiekowi, zwalając mu się do mieszkania i idąc spać. Robiąc dobrą minę do sennej gry, poszliśmy zwiedzać Nowosybirsk.

Stolica Syberii ujawniła mi się jako betonowa dżungla z poupychanymi gdzieniegdzie parkami i romantycznym nabrzeżem Obu. Skwery, nad nazwami których lokalne władze zanadto zastanawiać się nie muszą, bo to zawsze skwer Lenina, Marksa albo Puszkina, są smutne, szare, nieciekawe. Typowo sowieckie – to określenie dobrze oddaje ich obraz. Rozwój miasta przypadł na lata wojny, kiedy to Nowosybirsk stał się militarnym zapleczem Moskwy, więc również na próżno szukać tu wiele historii.

Wieczorem, wraz z nowo poznaną Hiszpanką, przebywającą w mieście na intensywnym kursie rosyjskiego, Ruslan zabrał mnie do swojego ulubionego lokalu. Ściany ukraszone dywanami i pstrokatymi wzorkami oraz grubo ciosane drewniane stoły nakryte kolorową ceratą i ogólny kicz nie pozostawiał złudzeń, że jesteśmy w Rosji. Do kotleta, pod stroboskopowym światłem, przygrywała para muzyków, gdzie facet dawał z siebie wszystko na keyboardzie a wokalistka serwowała nam utwory typu "Bukiety białych róż". Słyszycie już ten dźwięk syntezatora i łagodny, melodyjny kobiecy głos z lat 60? Bo ja tak.

Kiedy Ruslan zamawiał nam jedzenie a później taksówkę dla Any, naszła mnie myśl, że sposób, w jaki Rosjanie komunikują swoje potrzeby zupełnie nie znosi sprzeciwu. Konstrukcja języka sprawia, że nie usłyszymy tam wprost zwrotów grzecznościowych takich jak: czy mógłbym, chciałbym, prosiłbym. Nie. Krótkie, zwięzłe polecenia które odmowy nie biorą pod uwagę.

Uznawszy, że jeden dzień w stolicy Syberii wystarczy, zacząłem planować jak następnego dnia dotrzeć do Gornoałtajska – wrót Ałtaju. Zapowiadała się długa, niemal 9 godzinna, jazda autobusem. Nie szkodzi. W końcu nie cel, lecz droga mi miła.

-----------------------------

Po nieco ponad 9 godzinach jazdy autobusem, co jak na rosyjskie warunki nie jest aż tak długo, postawiłem swoją stopę w Górnoałtajsku. Czujski trakt, póki co nie porywa. Przez 450 kilometrów krajobraz został zdominowany przez pola, lasy i pagórki. Większe wypiętrzenia zaczęły być zauważalne dopiero 20-30 kilometrów przed Górnoałtajskiem.

Czym prędzej opuściłem płytę dworca, nauczony doświadczeniem, zbywając natrętnych taksiarzy. Udałem się wzdłuż głównej ulicy, licząc na znalezienie jakiegoś noclegu. Po pół godziny nie wskazywało na to, żeby miało mi się udać, więc pozostało koło ratunkowe w postaci booking.com. W Rosji ta strona nie jest zbyt popularna, jak zresztą wiele z zachodnich serwisów. Zamiast Googla, dominuje Yandex, zamiast Facebooka, ludzie swoim życiem dzielą się na Vkontakte. Nie znaczy to, że ich nie znają, po prostu wybierają rodzimy produkt.

Zaklepałem pierwszy lepszy nocleg z dobrą oceną. Właściciel napisał, żebym czekał. Wszedłem na teren małego osiedla, gdzie znalazłem właściwy adres a po chwili pod blok zajechał Jeep. W środku siedział właściciel z nastoletnim synem. Siergiej oznajmił mi, że mieszkanie jest na dzisiaj zajęte, tylko zapomniał zdjąć ogłoszenia z bookingu. Miałem się nic nie martwić, bo miał dla mnie coś ekstra. Po kilku minutach jazdy wylądowałem nad rzeką, w piętrowym domku, w bardzo wysokim, jak na syberyjskie warunki, standardzie. Miejsce to było na swój sposób wyjątkowe, gdyż w przeszłości pełniło funkcję pierwszego gościńca w Górnoałtajsku.

Siergiej był lokalnym biznesmenem i skupiał się głównie na nieruchomościach i pożyczkach. Syna brał ze sobą żeby młody już uczył się fachu. Najbardziej lubił gościć w swoich mieszkaniach oficjeli, bo ci nigdy nie żałowali kasy. Teraz już tak często nie przyjeżdżają, ale w tłustych latach jego dzienne zyski sięgały 500 dolarów. Nie wyrażał się najlepiej o rdzennych mieszkańcach, Ałtajcach. Jego zdaniem w ogóle nie zależy im na integracji z Rosjanami a na dodatek to pijaki, brudasy i lenie. Do tej pory nie miałem zdania na ten temat, więc z zadowoleniem zanotowałem sobie w głowie te oskarżenia żeby skonfrontować je z rzeczywistością.

Po kolejnym ciężkim dniu w końcu mogłem się zrelaksować. W pobliskim sklepiku kupiłem sobie lane piwo, którego miałem nadzieję napić się z moim poprzednim hostem Ruslanem, gdyby nie to, że okazał się być abstynentem. Po raz kolejny przekonałem się, że życie zaskakuje w najmniej oczekiwanych momentach. Włączyłem telewizor. Na kanale pierwszym leciało 50 Twarzy Greya z pełnym rosyjskim dubbingiem. Osłupiały, obejrzałem kawałek, choć słuchało się tego naprawdę przykro. Później odkryłem, że mają tutaj obrzydliwy zwyczaj pełnego dubbingu niemal wszystkich amerykańskich filmów. Uratował mnie kanał sportowy, a później sen.

-----------------------------

Poranek nieco mnie zaskoczył – nie było wody. Pozytyw był taki, że zorientowałem się zanim poszedłem na dwójkę.

W końcu czekał mnie autostop. Chciałem dostać się do Czemala, niedużej wioski będącej turystycznym centrum Ałtaju. Łapać zacząłem w Majmie. Pierwszą podwózkę złapałem do wioski Manżerok a drugą prawie do samej Ust-Siemy. W obu przypadkach nie czekałem długo, około 15-20 minut. Kilka kilometrów przed Ust-Siemą, gdzie od Czujskiego Traktu odchodzi droga do Czemala złapałem już ostatnią okazję. Bigiet, rodowity Ałtajec o pucołowatej twarzy wcale nie planował jechać tak daleko. Przeciwnie, jego droga wiodła w zupełnie innym kierunku. Usłyszawszy mój plan, postanowił jechać ze mną i pokazać co nieco na miejscu.

Bigiet był bardzo dumny, że jest mieszkańcem Ałtaju. Co rusz na swoim smartfonie pokazywał mi przeróżne filmiki promocyjne regionu. Jednocześnie narzekał na brak pracy. Cieszył się na nadchodzący sezon na szyszki kedrowe, dzięki którym można nieźle zarobić. Skupy płacą ok 50-60 zł za worek szyszek, a w ciągu dnia uwijając się można zebrać takich kilkanaście. Sezon jest krótki, więc trzeba wycisnąć ile się da. Później spotkałem się z żartem na ten temat, który bardzo bawił Rosjan: "Po czym poznać, że zaczął się sezon na szyszki? Na każdym drzewie można wypatrzeć Ałtajca". Bigiet był sympatycznym gościem z którym dało się normalnie pogadać. To był miły kontrast w stosunku do Buriatów z okolic Bajkału, z którymi zazwyczaj miałem dziwne doświadczenia.

Dojechawszy do Czemala udaliśmy się na wyspę Patmos. A w zasadzie podjęliśmy taką próbę, bo aby dostać się na wyspę, trzeba było wyczekać swoje w kolejce. Na drewnianym moście mogło jednocześnie przebywać maksymalnie 6 osób, poruszając się ruchem wahadłowym.
Poszliśmy wzdłuż rzeki Katuń i Bigiet opowiadał mi o wielkiej skali zniszczeń podczas powodzi z 2014 roku. Oczom nie chciało się wierzyć, że woda tak drastycznie podniosła swój poziom, co było szczególnie widoczne po zerwanym moście na wysokości dobrych 10 metrów.

Bigiet pomógł mi też znaleźć nocleg i kiedy się żegnaliśmy dałem mu 500 rubli. Choć twierdził, że wcale nie trzeba, tym chętniej mu je wcisnąłem.

Na kolacji poznałem przesympatyczną kucharkę, która swoim ciepłem otaczała chyba wszystkich gości. Opowiadała mi, że niedawno gościli grupę 12 Polaków i myślała, że od nich dowiedziałem się o pensjonacie.

Zapisałem się na wycieczkę na Jeziora Karakolskie. Mają o mnie przyjechać o 6 rano a przewidywana godzina powrotu to 18. Choć zawsze alergicznie reagowałem na tego typu zorganizowane przedsięwzięcia tym razem postanowiłem przełamać się i podejść do tego pozytywnie.

Naszła mnie myśl, że póki co, to mój najczystszy wyjazd do Rosji. Codzienna kąpiel, nocleg pod dachem. Luksus. Ale powoli czuję, że kumuluje się we mnie energia żeby znów poczuć dziki zew..

-----------------------------

Pobudka o 6 rano nie należała do najgorszych, chociaż znowu mało spałem. Zapakowałem fanty jak to w góry: przeciwdeszczowo, ciepło, wygodnie i lekko. Miałem wątpliwości czy to faktycznie potrzebne. W końcu jechałem na zorganizowaną wycieczkę z losowego pensjonatu, więc chyba nie może być zbyt ciężko? Ale lepiej być przezornym i zabezpieczonym, niż później pluć sobie w brodę i marznąć.

O 6.40 podjechał po mnie transport a po drodze wzięliśmy jeszcze jedną dziewczynę. Samochód dowiózł nas do rozwidlenia w kierunku jezior Karakolskich, i dalej mieliśmy jechać na GAZie-630, czyli czymś, co w teorii powinno przejechać po wszystkim. Wycieczka była zbieraniną z całej okolicy i różne grupy na miejsce zbiórki dotarły różnym transportem. W sumie uzbierało się nas 10 osób. Myślałem, że spotkam jakichś obcokrajowców ale się przeliczyłem, prócz mnie byli sami Rosjanie.

Zobaczywszy na zbiórce ludzi w trampkach, lekkich dresach i bez plecaków, zwątpiłem w sens mojego sprzętu i czułem, że się wygłupiłem. Niektórzy nawet nie mieli jedzenia choć wycieczka miała trwać 12 godzin Przewodnik Anatolij, którego na początku wziąłem za uczestnika wycieczki zadawał się małomówny i niezbyt przyjemny. Też był w prostych adidasach z małym plecaczkiem. Gdzie ja jadę, myślałem.

Na miejsce startu jechaliśmy 1,5 godziny po strasznie wyboistej i błotnistej drodze, kilkukrotnie przekraczając wcale niemały bród. Wytrzęsło nami tak, że zacząłem sobie przypominać traumatyczne przygody z chorobą lokomocyjną. O tyle miło, że przeszłość się nie zmaterializowała w postaci wymiocin.

Kiedy dojechaliśmy na polanę postawiono przed nami dwie opcje: pieszo 8 kilometrów do pierwszego jeziora, albo dalej GAZem za dodatkową opłatą. Na opcję pieszą zdecydowały się 3 osoby i nasz przewodnik, co pozwoliło nam stworzyć młodą, wesołą kompanię: Angelina, Iwan, Anatolij i ja.

O dziewczynę z początku trochę się obawiałem ale okazała się być twardą sztuką. Młoda, sympatyczna i kontaktowa, miło nam się rozmawiało. Dopiero pierwszy raz jechała na jeziora, mimo że wychowała się kilkadziesiąt kilometrów obok nich. Anatolij narzucał mocne tempo i w ogóle mało się odzywał. Był typem samotnego wilka który zdawał się gardzić materialnym światem i słabością. Miał przeszywające spojrzenie, nie używał zbędnych zbędnych słów. Mimo niedostępności było w nim coś, co mi się podobało. Może to ten typ Sybiraka. Twardy, trochę zimny, ale w tym wszystkich bardzo ludzki.
Z biegiem kilometrów jasne stało się, że trafiłem z doborem sprzętu. Szlak bym przyrównał do tego wiodącego na Halę Gąsienicową z naszych tatrzańskich Kuźnic. Pogoda płatała figle: to padał deszcz, to śnieg, to świeciło słońce. Najczęściej jednak to pierwsze. U moich kompanów, zaopatrzonych w adidasy, szybko zrobił się gnój w butach. Podejście nie było zabójcze, i po niecałych 2 godzinach doszliśmy do pierwszego jeziora, które otwierało dolinę przywodzącą na myśl naszą tatrzańską piątkę, z tą różnicą, że tutaj były dwa jeziora więcej.

Do dłuższego postoju doszliśmy przed grupą zmotoryzowaną. Co to musiała być za droga skoro 10 km jechali 1,5 godziny! Dalej, wokół jezior, poruszaliśmy się już zwartą ekipą, a Anatolij jakby od niechcenia opowiadał przy każdym z nich co nieco o jego nazwie. Angelina i Iwan robili dziesiątki selfie przy każdej nadarzającej się okazji. Ja raczej zająłem się krajobrazami, a tych było mnóstwo i na dodatek wspaniałe. Każde kolejne jezioro leżało wyżej od poprzedniego i z każdego kolejnego rozciągał się coraz to lepszy widok. Po czterech kilometrach marszu, szlak zaprowadziły nas na najwyższe jezioro, którego woda, wedle legendy, ma działać uzdrawiająco. Zanurzyłem ręce w lodowatej cieczy, obmyłem twarz i pomyślałem, że fajnie, jakby rzeczywiście tak było.

Mimo tylu kilometrów na szlaku nikt nie zdradzał oznak zmęczenia ani głodu. W biurze nikt ich nie poinformował o panujących warunkach, więc przyszli kompletnie nieprzygotowani. Podobała mi się wytrzymałość i pogoda ducha tych ludzi. Nie narzekali, tylko maszerowali z uśmiechem i wygłupiali się. Anatolij szedł cały czas mocnym tempem i co chwila, bez wyrazu irytacji, czekał na wszystkich. Kiedy usłyszałem, że w sezonie taką trasę pokonuje średnio 5 razy w tygodniu, nie mogłem wyjść z podziwu. Dzień w dzień 25 kilometrów i 12 godzin to niezwykły wysiłek. Jak to wytrzymujesz, pytałem? Lubię to, odpowiadał.

Po obejściu jezior, Iwan zdecydował się wracać z grupą zmotoryzowaną, a ja, Angelina i Anatolij poszliśmy pieszo. Deszcz zlał nas tak, że prawie spłynęliśmy z gór razem z błotem. Widziałem, że dziewczyna zaczyna słabnąć ze zmęczenia i zimna. Woda płynęła wartkim potokiem na wysokości kostek i obmywała nasze stopy lodowatym dotykiem. Dla podtrzymania morale zwarliśmy grupę i szczęśliwie zeszliśmy do polany, gdzie już czekało na nas ognisko, a zza chmur wyjrzało słońce.

Po powrocie do pensjonatu miałem ochotę paść na twarz, ale w duszy mi grało. Tym razem szybko zasnąłem.

-----------------------------

Z Czemala wyjechałem o 10.30 i po godzinie byłem w Ust-Siemie. Niestety, po poprzednim słonecznym dniu nie pozostał ślad i niebo szczelnie zakrywały chmury z których od czasu do czasu sączyła się mżawka. Z tej krótkiej przejażdżki w mojej pamięci utknął jeden osobliwy obraz – osioł w pomarańczowej czapce, skubiący trawę przy drodze. Osioł w czapce, dobre sobie.

Moim kolejnym dużym przystankiem miała być najwyższa góra Ałtaju – Biełucha, wznosząca swój ośnieżony szczyt na wysokość ponad 4500 metrów. Nie łudziłem się, że dotrę tam w ciągu jednego dnia, ale jakiś plan i punkt zaczepienia były, co w zupełności mi wystarczyło.

Pierwszą okazję złapałem na dystans zaledwie 25 kilometrów, ale na bezrybiu i rak ryba. Wysadzili mnie w szczerym polu, co zresztą nie było niczym dziwnym.

Moim kolejnym paputczikiem (towarzyszem podróży) był lokals. Chcąc pokazać mi jak wygląda życie na ałtajskiej wsi, po drodze zawiózł mnie do siebie i w końcu zobaczyłem jak oddziela się kedrowe orzeszki od szyszek. Mają do tego specjalną maszynę, w wyglądzie przypominającą gigantyczną maszynkę do mięsa. Od góry wsypuje się szyszki, obierki wypadają bokiem a orzeszki są wytrząsane z otrębów na małej taśmie. Jako wyraz gościnności, w prezencie dostałem 2 kilogramy takich orzeszków, nalewkę z krwi jelenia i coś co wygląda jak huba. Ta huba, ścierana do herbaty ma zapewnić mi 100 lat życia. No nie wiem, być może, ale raczej nie spróbuję. Nie powiem, żeby było to wygodne to wożenia, ale prezenty z zasady przyjąć trzeba.

Po tym krótkim przystanku krajoznawczym, zaoferował się podrzucić mnie na przełęcz położoną aż 50 kilometrów dalej. W trakcie jazdy rozgadał się strasznie na tematy polityczne. Wszystko kręciło się wokół tezy, że z Rosją nikt nigdy nie wygra. Oni nigdy nie zaczęli żadnej wojny sami z siebie, a Ameryka obecnie zdecydowała się rozbijać ich od środka, dokładnie tak samo jak rozbijała pozostałe kraje. Ameryka jest całym złem tego świata. Konkluzja była taka, że póki jest wóda i kałach, Rosja zawsze powstanie z kolan. Pocieszające.

Na przełęczy nic ciekawego nie zastałem więc niezwłocznie ruszyłem dalej. Czekając na stopa dołączyła do mnie młoda dziewczyna z Chakasji i ucięliśmy sobie miłą pogawędkę w oczekiwaniu na jakiś litościwy pojazd. W końcu takowy pojawił się pod postacią ciężarówki i zawiózł nas aż do wioski Ongudaj. Anna też planowała jechać aż pod Biełuchę, tylko inną trasą, więc wysiadła wcześniej. Powinienem był postąpić podobnie, ale dowiedziałem się o tym kilkadziesiąt kilometrów później.

Z Ongudaja musiałem przedreptać kilka kilometrów przez roboty drogowe i ostatnią okazją tego dnia planowałem dojechać na przełęcz Czike-Taman i po raz pierwszy podczas podróży zanocować na dziko. Zmrok zapadał szybko a mnie zaczęły nachodzić wątpliwości czy dam rade pokonać ostatnie 30 kilometrów. Wysmażyłem plan, który zakładał czekanie do godziny 20, a w razie niepowodzenia szukałbym miejsca do spania w sąsiedztwie trasy.

Poszczęściło się kwadrans przed zakładaną godziną i dojechałem szczęśliwie do przełęczy. Niestety, dowiedziałem się też, do dojazd pod Biełuchę od strony wschodniej, nie jest możliwy samochodem. W grę wschodziła albo 50 kilometrowa piesza trasa przez zupełną dzicz, albo cofka tam gdzie wysiadła Anna i pokonanie 300 kilometrowej okrężnej trasy dolinami. Trochę spraw i planów to pokomplikowało, ale postanowiłem martwić się później. Słońce już dawno schowało swoje oblicze za górami, a ja musiałem jeszcze rozbić obóz.

Oddaliłem się kilkaset metrów od trasy i znalazłem cudowne miejsce na nocleg z widokiem na wielką dolinę rozciągającą się w kierunku południowym. Rozpaliłem małe ognisko i cieszyłem się ciepłym wieczorem z rozgwieżdżonym niebem. Pierwsza samotna noc w terenie zazwyczaj przychodzi mi najciężej, jednak tym razem zasnąłem zadziwiająco szybko, wcześniej nastawiwszy budzik na wschód słońca.

W środku nocy ze snu wyrwał mnie warkot silnika. Kilkanaście metrów od namiotu stał samochód. Nie spodziewałem się żeby ktokolwiek o tej porze mógł się pojawić na małej, leśnej drodze. Nadstawiłem uszu i w ciszy nasłuchiwałem o czym rozmawiają nieznajomi. Nie byłem w stanie prawie nic zrozumieć, udało mi się tylko kilka razy wyłowić charakterystyczne słowo „turist”. Rozmowa trwała około 10 minut, aż usłyszałem coś, co brzmiało jak przeładowanie pistoletu. Gula podskoczyła mi do gardła. Siedziałem cicho i czekałem w napięciu, a minuty płynęły jak godziny.

Odjechali.

-----------------------------

Nie no, te orzeszki i inne fanty to mnie autentycznie doprowadzą do szału jeśli będę je ciągle nosił. Z drugiej strony nie wypada się tak pozbywać prezentów. No nic, ponoszę je jeszcze trochę i może komuś wcisnę jako prezent, albo się przyzwyczaję.

Nadeszła taka przykra chwila kiedy trzeba się cofnąć. Nie lubię się cofać. Zresztą, kto lubi? Z przełęczy stopa złapałem błyskawicznie i dojechałem do wiochy Ongudaj. Druga podwózka była zabawniejsza, wziął mnie ten sam kierowca co wczoraj. Nie powiem, trochę się uśmialiśmy kiedy mu powiedziałem, że chcę dojechać tam, gdzie wczoraj wysiadła Anna.

Tutaj zaczynały się schody, do Ust-Koksy miałem ponad 200 kilometrów mało uczęszczaną trasą. Słońce grzało niemiłosiernie, a w stepowym krajobrazie nie dało się schronić w cieniu drzewa. Coś się zacięło i na kolejną okazję czekałem prawie 2 godziny. Ważne, że jechałem dalej. W dolinie Rosjan było już mało i za kierownicą widywałem głównie Ałtajców. Dla nich obcy jest zwyczaj podróżowania autostopem i z reguły za podwózkę żądają pieniędzy. A może nie tyle żądają, co jest to po prostu normą.

Dojechawszy do Ust-Kania, podjąłem bolesną decyzje o rozstaniu się z fantami. Wziąłem ze sobą tylko kilka garści orzeszków. Postanowiłem w końcu zobaczyć jedną z atrakcji, których jeszcze przed wyjazdem zaznaczyłem dużo na mapie. Niestety proza podróży autostopem rewiduje plany i ciężko zajrzeć tam, gdzie się chce.

Po 5 kilometrach marszu dodreptałem do jaskiń Ust-Kańskich. Wszystko super, szkoda tylko, że zamknięte. Nieco zrekompensował mi to widok z podejścia do pieczar. W oddali widziałem stadion sportowy z niewielką, drewnianą trybuną. Na murawie leżały snopki siana. Ałtajcy preferują nieco inne sporty niż my i głównie emocjonują się wyścigami koni, sportami walki i tańcami.

Pozostał mi ostatni etap do Ust-Koksy – 110 km, skąd nazajutrz mógłbym podjechać pod Biełuchę. Ruch był mizerny, ale Zdrajcy Metalu na słuchawkach umilali mi oczekiwanie. Długa, pusta droga pośród stepu budziła we mnie ciepłe uczucia. A ja zrobiłem się wybredny. Jeden kierowca proponował podwózkę 15 km – odmówiłem. Jak się okazało, słusznie, bo po godzinie załapałem się na złoty strzał – prosto do celu. Po drodze mijaliśmy znaki informujące o zonie nadgranicznej i wymaganych przepustkach. W domu czytałem, że pogranzona dopiero zaczyna się pod Biełuchą i w takim przekonaniu jechałem dalej.

W Ust-Koksie udałem się do turbazy gdzie zamierzałem przenocować. Na recepcji wywiązał się dialog:

- Propusk jest?
- Propuska niet
**niezręczna cisza**

Okazało się, że moje przekonania były błędne. Owszem, jedna pogranzona zaczynała się bliżej Biełuchy i tak propusk był wymagany dla wszystkich. Natomiast druga pogranzona, do której należała Ust-Koksa również wymagała propuska, ale tylko jeśli nie byłeś obywatele Federacji Rosyjskiej. A tak jakoś wyszło, że jestem Polakiem. Innymi słowy, w Ust-Koksie przebywałem nielegalnie. Pojawił się sam właściciel i zaczął myśleć, co tu zrobić z tym nieszczęsnym Polakiem. Ja już mogłem tylko stać i czekać na rozwój wydarzeń. Miałem nadzieję, że najgorsze co może mnie spotkać, to grzywna. Postanowił zadzwonić do pograniczników i nakreślił im całą sytuację. W rezultacie, zgodził się mnie przenocować pod warunkiem, że jutro z samego rana wrócę tą samą drogą co przyjechałem. 250 kilometrów psu w dupę, ale co mi pozostało. Jeśli jest coś, czego nie chcę sprawdzać w Rosji, to tolerancji tutejszej służby granicznej. Właściciel odradził mi w ogóle wychodzić na miasto dla własnego bezpieczeństwa, ale z uwagi na brak zapasów musiałem kupić coś do jedzenia.

Wyprawa po żywność obyła się bez komplikacji a w drodze powrotnej usiadłem nad rzeką żeby zastanowić się co dalej. Szkoda, że tak niefortunnie wyszło, bo strasznie chciałem zobaczyć Biełuchę. Jakoś tak się składa, że ostatnio miewam problemy z granicami (osobna historia z lipcowego wyjazdu do Rumunii). Przynajmniej upewniłem się, że bez propuska można jechać na lodowiec Aktru, który też miałem w planach. Pierwszy raz podczas tej podróży morale nieco spadły ale nie ma co się umartwiać. To przygoda i nieoczekiwane wydarzenia są wpisane w reguły tej gry. A ja mam zamiar grać dalej.

-----------------------------

Jak powiedziałem, tak zrobiłem. O 7 rano ogarnąłem się na dobre i poszedłem na powrotną marszrutkę aż do Czujskiego Traktu. Załapałem się niemal od razu i za opłatą 1000 rubli zająłem miejsce na pokładzie. Poznałem gościa który wracał z Biełuchy z kiepskimi wrażeniami. Śnieg, deszcz i chmury to jedyne co tam zastał.

Marszrutka, jak to ona, w cholerę niewygodna. Jednym z pasażerów była babuszka-Ałtajka. Kiedy przez telefon świergotała swoim lokalnym dialektem myślałem, że parsknę ze śmiechu. Nie dość, że samo brzmienie języka zakrawało na żart to jeszcze jej piskliwy głos, jak u dwunastoletniego chłopca przed mutacją, dopełniał tej komedii. Nie chciałem jednak narażać się na gniew duchów więc zachowywałem kamienną twarz.

Prawie cztery godziny jechaliśmy żeby skończyć tam, gdzie wczoraj zacząłem. Dobra robota. Wysiadły ze mną cztery osoby i od razu wszyscy skierowali swoje kroki na przystanek łapać dalej stopa. Tutaj to norma, bo marszrutek jak na lekarstwo, a główna droga jest dość często, jak na syberyjskie warunki, uczęszczana. Poszło błyskawicznie, i po 40 minutach ja, jako ostatni, zatrzasnąłem za sobą drzwi swojej okazji.

Trafił mi się milczek, w sumie może i dobrze, bo też nie miałem specjalnej ochoty gadać. Toyota sprowadzona z Japonii, z kierownicą po prawej stronie, nie przeszkadzała mu w żaden sposób, chyba tutaj będzie to jedyne właściwe słowo, zapierdalać. Gnał po serpentynach, podjazdach i zjazdach ze stałą prędkością 100-140 kilometrów na godzinę a mi serce co raz podchodziło do gardła. W końcu musiałem kooperować i siedząc po lewej stronie dawałem znaki kiedy jest czysto i może wyprzedzać. Chyba tak było najbezpieczniej.

Około 20 kilometrów za przełęczą Czike-Taman, gdzie nocowałem 2 dni temu, Ałtaj zaczynał coraz bardziej odkrywać swoje prawdziwe piękno. Jak tylko wjechaliśmy z powrotem w dolinę Katuni, którą ostatni raz widziałem w Czemalu, w końcu pierwszy raz poczułem szczery, autentyczny zachwyt nad krajobrazami. Mimo, że jechaliśmy przez środek niczego, podziękowałem za podwózkę, zapłaciłem, wysiadłem i w zamian mogłem do woli nacieszyć się tym pięknem.

To był kolejny upalny dzień. Całe szczęście po kilku kilometrach doszedłem do przystanku, w cieniu którego mogłem czekać na kolejną podwózkę. Na ten dzień miałem zaplanowane już tylko 20 kilometrów i chciałem przenocować przy zlewie rzek Czui i Katuni. Łapanie znów szło opornie. Ruch był nawet nawet, ale widocznie nikt nie czuł potrzeby poratowania nędznego człowieka na poboczu. W końcu jednak się udało. Moim paptuczikiem został producent orzeszków kedrowych Jego firma skupowała szyszki od lokalnych zbieraczy, obierała je i na koniec pakowała próżniowo delikatne, lekko słodkie orzeszki. Na odchodne podarował mi jedno opakowanie i książeczkę o tematyce hinduistycznej. W porządku, będę miał co czytać chociaż, bo niestety mój Kindle nie przeżył trudów podróży.

Zlew Czui i Katuni to magiczne miejsce. Dwie tonie wody mieszające się ze sobą w promieniach słońca tworzyły bajkowy spektakl. Postanowiłem rozbić się na brzegu, odpocząć, wykąpać się i jutro rano ruszyć dalej. Po wydarzeniach z Ust-Koksy miałem 2-3 dni w zapasie więc niespecjalnie mi się spieszyło.

Żar z nieba w dalszym ciągu lał się niemiłosiernie więc poszedłem na spacer w dolinie mając nadzieję nieco schować się w cieniu. To co miało być krótką przechadzką zmieniło się w godzinny marsz. Ciekawość cały czas pchała mnie za kolejne wzgórze i kolejne, mając nadzieję, że w oddali zobaczę gdzieś Biełuchę. Nie zobaczyłem, ale doszedłem na trawiasty płaskowyż z pięknym widokiem na góry i Katuń. Los niesie różne rzeczy. Czułem się szczęśliwy będąc tutaj i pamiętając co na mnie czeka w domu.
http://okrokdalej.pl

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » pt 26 sty, 2018 16:30

Mój wewnętrzny leń nie wytrzymał naporu słońca na poły namiotu i musiałem dać za wygraną. Po wciągnięciu świeżego powietrza przez nozdrza od razu przybyło mi energii. Od kilkunastu godzin nie jadłem nic prócz orzeszków, które wczoraj podarował mi mój ostatni paputczik. Chleb się skończył a dzień ułożył się tak, że nie miałem gdzie dokupić jedzenia. Chwała Bogu za orzeszki!

Niespieszno ogarnąłem cały majdan, wykąpałem się w zimnej rzece i byłem gotów do dalszej drogi. Po raz kolejny ustawiłem się przy drodze i czekałem. Step na dobre zdominował krajobraz i nawet ciężko było wypatrzeć krzewy, które dawałyby choć złudne nadzieje cienia. Do przejechanie na ten dzień miałem zaplanowałem raptem 100 kilometrów, czyli formalność. Czekałem prawie 2 godziny ale jak już się doczekałem, to ruszyła lawina nieoczekiwanych zdarzeń.

Zabrał mnie Aleksiej, szalony, jak się miało okazać, doktor z Petersburga, pracujący na Ałtaju. Nadszedł weekend, więc wsiadł w samochód i z samego rana wyruszył z Gornoałtajska bez konkretnego planu. Przyjemnie nam się gawędziło na standardowe, zapoznawcze tematy. Interesujące wydało mi się, że istnieje program zachęcający lekarzy do przenosin na prowincję. Taki specjalista otrzymuje jednorazowe wsparcie w postaci miliona rubli, co z drugiej strony nie jest aż tak dużą kwotą. Aleksieja przyciągnęła tutaj raczej romantyczna wizja bycia felczerem gdzieś daleko na Syberii, w służbie potrzebującym.

Wyglądało na to, że jednym rzutem dojadę do Kuraja, skąd nazajutrz planowałem udać się na upragniony lodowiec Aktru. Po drodze było kilka ciekawych miejsc do zobaczenia, a Aleksiej chętnie się przy nich zatrzymywał. W pamięci na pewno zachowam jezioro gejzerów z niezwykle błękitną wodą, której takiej intensywnej barwy nadawały związki chemiczne ulatniające się spod powierzchni.

Prawdziwy spektakl zaczął się kiedy wjechaliśmy na Kurajski Step. Swoje ośnieżone czapy odkrył grzbiet Siewieroczujski i pozostawił mnie z rozdziawioną paszczą. Porażające piękno którego nie oddadzą żadne zdjęcia. To po prostu trzeba zobaczyć.

Dojeżdżaliśmy do wioski Kuraj i chciałem już wysiadać. Aleksiej zaproponował, żebym pojechał z nim zobaczyć miejsce o intrygującej nazwie Mars, gdyż później i tak miał zamiar wracać przez Kuraj. Czasu do zmierzchu było sporo, nie miałem żadnych planów, więc chętnie przystałem na propozycję.

Z Czujskiego Traktu zjechaliśmy w jakiejś zabitej dechami Ałtajskiej wsi. Rozkład takich wsi jest niepodobny do niczego. Prawdopodobnie nie istnieje jakiekolwiek planowanie i ma się wrażenie, że domu są po prostu porozrzucane losowo na pewnym obszarze. Wiele z nich było już opuszczonych, większość jawiła się jako obraz nędzy i rozpaczy, a jedynie kilka wyglądało na zadbane. We wsi trwała jakaś uroczystość, prawdopodobnie ślub albo dożynki, ale nie miałem okazji przyjrzeć się bliżej. Szukaliśmy wylotu na Mars (jak to w ogóle brzmi). W końcu się udało i po kilkukilometrowej jeździe szutrową i wyboistą drogą dotarliśmy na miejsce.

To było dosłownie doświadczenie z innej planety. Kolory skał, ogrom stepu, góry i roślinność zachwycały. Niegdyś było to miejsce eksploatacji siarki i innych metali, stąd takie fantazyjne kolory. Błądząc po okolicy, zdarzało się, że przelatywały nad nami orły. Jeden z nich przycupnął niedaleko nas, a ja zachęcony jego bliskością, postanowiłem nieco podejść. Dopóki nie zbliżyłem się na odległość kilkunastu metrów, ani drgnął. A nawet wtedy, kiedy już myślałem, że zwyczajnie wzbije się w powietrze żeby uciec od intruza, on zaczął rozpościerać skrzydła i odsuwać się małymi susami. Po krótkiej zabawie w kotka i myszkę dałem mu spokój.

Myślałem, że to już koniec miłego dnia i nasze drogi rozejdą się w Kuraju. Nic z tego. Aleksiej nagle wypalił, że skoro i tak nie ma planów, może by poszedł ze mną na lodowiec. Zrobiliśmy mały rekonesans cen za transport z Kuraja do bazy Aktru, ale były dość zaporowe – 5000 rubli w jedną stronę, niezależnie od ilości osób. A innych turystów prócz nas nie widzieliśmy. Aleksiej wykonał jeszcze telefon do znajomej, z pytaniem, czy da rade wejść w trampkach i lekkim dresie, bo nic innego ze sobą nie miał. Trampki, dres, lodowiec? Nie ma problemu! Pajechali..

Zapadał zmrok, a do pierwszej bazy mieliśmy około 20 kilometrów. 20 ciężkich kilometrów, po stepie, bez znajomości drogi, kompletny offroad. Terenowe Suzuki miało przejść naprawdę poważny test. Drogę zgubiliśmy po kilku minutach i zatrzymała nas rwąca rzeka. Musieliśmy szukać płycizny lub mostu. Jechaliśmy wzdłuż brzegu po kamieniach, trawach i przeróżnych wyrwach w ziemi. Znaleźliśmy most i za rzeką otworzył się step, przez który musieliśmy znaleźć bezpieczną drogę do wejścia w dolinę. Prócz kiepskiej mapy na telefon, nie mieliśmy nic. Drogi pośród stepu rozwidlały się, krzyżowały i co raz prowadziły nas na manowce. Zrobiło się praktycznie ciemno i naszym jedynym wskaźnikiem było orientacyjne położenie GPS na mapie. Zatrzymały nas bagniska. Wysiedliśmy z auta wybadać, czy da się po tym przejechać. Pierwszy krok na grząskim gruncie upewnił nas, że nie ma takiej opcji. Trzeba było zawrócić i szukać innej drogi. Zajechaliśmy na pagórek, gdzie stał samotny drewniany dom. Na nasze pukanie nikt nie odpowiadał i w dalszym ciągu musieliśmy liczyć na siebie. Poprowadziłem Aleksieja na czuja, aby ominąć bagniska od strony północnej. Znaleźliśmy bród, który wyglądał obiecująco. Postanowiliśmy zaryzykować i jechać kawałek rzeką. Z duszą na ramieniu pokonywaliśmy powoli kolejne metry a Suzuki co chwila wspinało się na półmetrowe głazy dając wrażenie, że zaraz się wywrócimy. My jednak utrzymaliśmy pion i znaleźliśmy drogę, która, jak się zdawało, powinna doprowadzić do obozu. Nie dane było nam się długo cieszyć. Aleksiej stracił impet przy przejeździe przez małe bagno i zakopaliśmy się. Suzuki stanęło jak wryte. Wtedy, jak gdyby nigdy nic, doktorek sięgnął do bagażnika po wyciągarkę i wyraźnie podniecony zaczął śmiać się, że zaraz wyciągniemy dziada, że nie z takiego syfu już wychodził. Zaczepiliśmy hak o wielką skałę i mieliśmy tylko nadzieję, że nas nie zabije jeśli się z niej wyślizgnie. Wyciągarka zrobiła robotę, my przeżyliśmy bez szwanku i ruszyliśmy dalej. Ostatni kilometr to nierówna walka samochodu i umiejętności Aleksieja z drogą po której nigdy bym nie zaryzykował jazdy w dzień, a co dopiero w nocy. Suzuki było niezmordowane i po kolejnych akrobacjach, które według wszelkich zasad fizyki powinny były zakończyć się wywrotką, postawiliśmy nasze ubłocone stopy w bazie. Przejechanie 20 kilometrów zajęło nam 2,5 godziny, ale najważniejsze, że się udało.

Wzięliśmy na noc mały domek. Ciepłej wody brak, ale przynajmniej było trochę prądu do 22. To już półmetek mojej podróży, ale dzięki takim dniom jak ten, czas leci nadzwyczaj szybko. Szalony doktorek zaczął mnie upominać za przekleństwa podczas jazdy, bo zdarzyło mi się na wielkich wybojach ze dwa razy powiedzieć „bladź”! Przed snem zaserwował sobie jeszcze porcję ćwiczeń na brzuch. Chyba mam do czynienia z lewakiem i cyklistą.. W tym wszystkim zorientowałem się, że przez cały dzień kompletnie nic nie zjadłem. Na szczęście w Kuraju zrobiliśmy zakupy na dwa dni, więc urwałem kawałek chleba, zaparzyłem herbatę i półświadomy, powoli popadałem w objęcia morfeusza..
http://okrokdalej.pl

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2241
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: buba » pt 26 sty, 2018 17:22

Zagladales do srodka?

Obrazek
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » sob 27 sty, 2018 09:22

Zasypane wszystko, nie da się :)
http://okrokdalej.pl

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » pn 29 sty, 2018 14:16

Wstaliśmy skoro świt, obmyliśmy się w lodowatej wodzie i już przed 8 ruszyliśmy do głównego obozu Aktru. Czas naglił głównie Aleksieja, ponieważ musiał tego dnia jeszcze wrócić do Górnoałtajska, oddalonego około 400 kilometrów.

Dwugodzinny marsz przebiegł bez większych problemów, a po drodze rozmawialiśmy o polityce Rosji i Polski. Na takie tematy niestety brakowało mi słownictwa, ale jakimś sposobem udawało mi w miarę sprawnie przekazywać swoje myśli. Aleksiej twierdził, że lepszym prezydentem byłoby Chodorkowski, a Putin swoim konserwatywnym podejściem do wielu spraw hamuje rozwój kraju.

Infrastruktura obozowa mnie zaskoczyła. Domki, namioty, kuchnia z możliwością zakupu posiłków, a nawet szczątkowy zasięg i internet na wysokości 2150 metrów. Zebrałem podstawowe informacje, zostawiłem duży bagaż i ruszyliśmy na jezioro Golubye, położone na wysokości niemal 3000 metrów.

Szlak był całkiem prosty, z jednym forsownym podejściem, ale ogóle szło się bez problemów. Pogoda dopisywała, a widoki.. cóż, niech zdjęcie choć w pewnym stopniu ukażą piękno tego miejsca. Jestem pierwszy raz na lodowcu i wrażenie jest niesamowite. Biały, wielki jęzor, schodzący po szerokiej dolinie, a wokół strzeliste szczyty pokryte wiecznym śniegiem.

Do jeziora doszliśmy w kolejne dwie godziny. Jakiś szalony Rosjanin rozebrał się do rosołu i postanowił popływać. Na moje odczucie, temperatura wody nie przekraczała 3-4 stopni. Zresztą, mój doktorek zrobił to samo. Ja zadowoliłem się przemyciem twarzy.

Aleksiej postanowił wracać, a ja chciałem pójść jeszcze trochę w górę lodowca. Pożegnaliśmy się wylewnie i znowu zostałem sam. Ten stan nie trwał długo. Po drodze poznałem Daszę i Sławę, którzy zmierzali w tym samym kierunku. Połączyliśmy siły i po niedługim marszu postawiliśmy nasze stopy na prawdziwym lodowcu. Nieco wyżej doszliśmy do labiryntu szczelin i tam postanowiłem zawrócić nie mając żadnej asekuracji, a w plecaku jeno banana i batona. Oni zdecydowali iść dalej, więc umówiliśmy się na wieczór w obozie. Samotne zejście, bez pośpiechu, było dokładnie tym, czego potrzebowałem. Łapałem przyrodę wszystkimi zmysłami, było mi naprawdę dobrze.

W bazie postanowiłem zostać na 2 dni. Zamówiłem wyżywienie, żeby w końcu trochę lepiej pojeść. Co prawda menu wyłącznie mięsne, ale nie miałem zamiaru wybrzydzać. W obozie panowała sielska atmosfera. Prócz mnie, nocowała jedynie garstka innych turystów więc zawieranie nowych znajomości było ułatwione. W międzyczasie pojawiła się grupka młodych Niemców, którzy planowali dłuższy trekking. Jako, że nikt nie znał angielskiego, zostałem oficjalnym tłumaczem rosyjsko-angielskim. Grubo.

Przed kolacją poznałem Piotra i Nastię, świetne małżeństwo w średnim wieku. Przy posiłku dołączył do nas Andriej, zapalony podróżnik, autostopowicz i były prawnik. Przegadaliśmy cały wieczór o przeróżnych rzeczach. O zwyczajach w naszych krajach, niemieckim porządku, cenach, kryzysie we Włoszech, zarobkach, kombinatorstwie Polaków i Ruskich, sprzęcie turystycznym, śmierci w górach. Szczególnie w pamięci mi utknie historia o stylowym Włochu na Aktru, który to na szlak wybrał się pod krawatem i w lakierkach. Wrócił cały postrzępiony i oburzony, że w takie miejsca nie powinno się chodzić. Z Nastią sprzeczaliśmy się, czy da się samochodem dojechać do Magadanu. To raczej powszechna wiedza, że obecnie się da, więc tym bardziej byłem zaskoczony kiedy ona szła w zaparte, że to niemożliwe, pomimo tego, że sama pochodzi z Magadanu, choć wyjechała stamtąd 20 lat temu. Na dodatek, prawie każdy obecny, prócz Andrieja, się z nią zgadzał! To zaskakujące jak mocno ludzie trzymają się starych faktów, a raczej jak wydarzenia w odległym Magadanie są zupełnie bez znaczenia, jakby był obcym krajem. Umówiliśmy się na trekking nazajutrz i po 22 rozeszliśmy do domków.

To był doskonały dzień. Przepiękne krajobrazy i świetni ludzie, wśród których poczułem się bardzo swobodnie. Miałem wrażenie, że każdy jakoś chce mi pomóc w mojej podróży i jestem im za to wdzięczny.
http://okrokdalej.pl

johnnie_rider
Sekretarz Gubernialny
Sekretarz Gubernialny
Posty: 27
Rejestracja: śr 28 lis, 2012 12:28

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: johnnie_rider » pn 26 lut, 2018 14:53

Bardzo ciekawie...
Czy możemy liczyć na dalszą część relacji?

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » czw 01 mar, 2018 13:10

Równo o 10 wyszliśmy na szlak. Mieliśmy do pokonania prawie 1000m przewyższenia, więc szliśmy spokojnie i często robiliśmy przystanki, które wykorzystywaliśmy na rozmowy. Andriej ma 46 lat, z wykształcenia jest prawnik. Sześć lat temu postanowił wszystko sprzedać i podróżować po świecie. Kocha góry i pomyka po nich jak szalony. Co ciekawe, Andriej też dobrze zna Sajany i dolinę rzeki Zun-Chandagaj, czyli miejsca gdzie po raz pierwszy byłem w Rosji, jeszcze z Martą, Anną i Tomkiem. To typ śmieszka i wodzireja, cały czas nas zabawiał swoimi historiami.

Jedna z nich o Meksykańskich kobietach szczególnie zapadła mi pamięć. Jeden z jego kolegów ma żonę stamtąd. Twierdzi, że to, co pokazują w latynoskich telenowelach, nie dorównuje rzeczywistości, pod względem wybuchowości i nieprzewidywalności temperamentu tamtejszych kobiet.

Nastia i Piotr też są w formie. Nikt nie narzekał na zmęczenie, było dużo śmiechu i żartów, bardzo miło. Czułem się z nimi tak swobodnie jak z nikim do tej pory. Nadawaliśmy na tych samych falach.

Po kolacji w końcu postanowiłem wybrać się do sławnej rosyjskiej bani. Wstyd się przyznać, ale w trakcie poprzednich 2 wizyt nie miałem okazji skorzystać z tego symbolu Rosji. Piotr zaoferował się zostać moim instruktorem, na co chętnie przystałem, żeby lepiej poznać banię z prawdziwie rosyjskiego punkt widzenia.

Bania dzieli się na 3 pomieszczenia, przebieralnię, myjkę i pariłkę. Przy każdym wejściu musiałem na głowę założyć śmieszną wełnianą czapeczkę, żeby chronić miejsce za uszami przed przegrzaniem i bólem. Następnie usadowiłem się w pariłce, w której to miałem siedzieć wedle uznania. Piotr twierdził, że bania to nie żadne wyścigi (akurat). Po wyjściu, w myjce miałem się trochę schłodzić, a w przebieralni odpocząć. Dalej zaczęła się prawdziwa zabawa. Wróciliśmy do pariłki, Piotr wziął zwitki jodły i brzozy, kazał mi położyć się plackiem na brzuchu i zaczął mnie delikatnie okładać gałązkami po stopach, co było bardzo przyjemne. Kiedy zaczął przyspieszać i bić po plecach i nogach, poczułem powstający żar w wyniku szybkiego ruchu rozgrzanego powietrza. W międzyczasie lekko ugniatał mi plecy i nogi. Przewróciłem się na plecy i usłyszałem tylko krótką komendę „zakryj jajca” i znowu przeszedł do okładania mnie gałązkami. Przyłożył mi brzozową witkę do twarzy i kazał wziąć kilka głębokich wdechów. Po takiej intensywnej sesji, następowało lekkie schłodzenie, a po nim od razu wyszliśmy na dwór, gdzie czekał na nas szlauch z lodowatą wodą, prosto z potoku. Polewaliśmy się nią przez kilka minut a później znowu załadowaliśmy się do pariłki. Po takim schłodzeniu, w środku w ogóle nie czuć tych 100 stopni, ale Piotr znowu pojawił się z gałązkami i wprawił gorące powietrze w ruch, tak, że parzyło. Po wyjściu lekkie schłodzenie, i leżenie plackiem na ławce, żeby serce mogło spokojnie rozprowadzić krew. Czułem wszechogarniającą błogość, jak nowo narodzony. Wydawało mi się, że będę spał jak niemowlak, ale Piotr mówił, że to nic pewnego, bo Ruska bania raczej pobudza.

Podziękowałem mojego nauczycielowi za tę niezwykłą lekcję zapoznawczą i rozeszliśmy się do domków. Jutro wyjeżdżamy z Aktru i ruszam do ostatniego celu mojej podróży, czyli południowego brzegu Jeziora Teleckiego. Zasnąłem błyskawicznie.

------------------------------

Pojedliśmy śniadanie i o 8 mieliśmy jechać UAZem do Kuraja. Kierowca od rodziny Piotra chciał 4000 rubli, a ode mnie i Andrieja 3000. Piotr w naszym imieniu stargował cenę do 2000, grożąc, że jeśli się nie zgodzi to tez nie pojadą. Nam nawet niespecjalnie zależało na cenie, ale Piotr widocznie postawił to sobie jako punkt honoru. Kierowca niechętnie przystał, ale ostatecznie pojechaliśmy.

To był kolejny przejazd samochodem zamiast którego wolałbym iść pieszo. Do pierwszego obozu droga wiedzie po takich kamieniach i nierównościach, że głowa mała. Powoli zaczynały mi wracać wspomnienia z czasów, kiedy cierpiałem na chorobę lokomocyjną, ale jakimś cudem przetrwałem te 2 godziny jazdy. W Kuraju załadowaliśmy się do samochodu i podrzucili mnie do wioski Aktasz, gdzie zaczyna się dolina prowadząca do mojego celu. Wymieniliśmy się kontaktami i przyszedł czas pożegnania. Strasznie się cieszę, że ich poznałem.

Korzystając z dostępu do internetu napisałem do Marty kilka słów i przysiadłem na przystanku odpocząć. Nagle, jakby znikąd, pojawiła się dwójka ludzi. Jechali do Kuraja autostopem, choć nie mieli żadnych plecaków. Po krótkiej rozmowie wyjaśniło się, że to Czesi. Dziewczyna studiowała na ASP we Wrocławiu i nawet coś tam dukała po Polsku. Porozmawialiśmy dosłownie 3 minuty, ale szybko złapali stopa i pojechali dalej, pozostawiając mnie z uczuciem jakbym doświadczył fatamorgany.

Zarzuciłem plecak i niespiesznie skierowałem swoje kroki w kierunku ałtajskiej wioski Ułagan. Długa, prawie na 200 kilometrów dolina, była w większości zasiedlona przez miejscowych. Od kilku osób słyszałem, że są to miejsca wręcz niebezpieczne. Ałtajcy mieli rzekomo nie lubić i nie tolerować turystów. W Czemalu ktoś opowiadał mi historię, która zdarzyła się kilka lat temu właśnie w Ułaganie. Para turystów postanowiła przenocować w namiocie blisko wioski. W nocy zakradła się do nich grupka miejscowych, wyciągnęli i pobili. Nie dawałem temu zbytnio wiary nie znając kontekstu, ale na wszelki wypadek postanowiłem być po prostu ostrożny.

Przeszedłem ponad 4 kilometry, zrzuciłem plecak, i chciałem łapać stopa. Spodziewałem się, że autostopowo będzie to jeden z trudniejszych odcinków, bo ruch był naprawdę mizerny. Los miał inne plany, bo nawet nie zdążyłem nic zjeść, a pierwszy samochód zatrzymał się sam z siebie i wyskoczyła z niego wytatuowana dziewczyna z śmiesznej czapce. Jej chłopak, równie wytatuowany co ona, zaproponował wspólną wycieczkę. Jechali do przełęczy Katu-Jaryk, czyli dużo dalej niż planowałem na ten dzień. Zatrzymywali się w co ciekawszych miejscach, więc z praktycznego punktu widzenia nie mogłem nie skorzystać z tej okazji.

Masza i Ilja mieli ze sobą drona i zawodowo zajmują się fotografią. Tworzyli ciekawy kontrast – on spokojny, a ona nadawała jak katarynka. Poruszając się w głąb doliny, przyroda nabierała miejscami bardziej jesiennych barw. Odległości między wioskami też zaczynały się wydłużać. W Ułaganie zrobiliśmy ostatnie zakupy. Sklepy tutaj są wyposażone fatalnie, i prócz alkoholu, słodkich napojów, słodyczy, konserw, mięsa i dziwnych lokalnych wynalazków, ciężko coś kupić. Skończyło się na chlebie i dżemie.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do przełęczy. Podróżnicza para zajęła się kręceniem filmów z drona a ja fotografowaniem. Błądząc po skałach szukając dobrych ujęć poznaliśmy parę studentek z Tomska, które podobnie jak ja, jechały nad jezioro Teleckie. Zbliżał się zmrok, więc zabrałem się z Miszą i Ilią w dół, aby znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Aby zjechać na dół trzeba było pokonać długą serpentynę szeroką na jeden samochód, bez żadnych barierek. Dolina zrobiła się bardzo ciasna. Miejsce na obóz znaleźliśmy dopiero po kilku kilometrach.


To jest piękne w Rosji i w ogóle na wschodzie, że nie ma obostrzeń dotyczących biwakowania. Można wrzucić sprzęt do auta i jechać przed siebie w dzicz nocując gdzie popadnie. Dzięki temu człowiek oddycha wolnością, świadom tego, że przyroda nie leży w rękach prywatnych, lecz jest wspólnym, narodowym skarbem. Smutna jest dla mnie myśl, że w niektórych krajach tak to nie wygląda, a wzdłuż dróg ciągną się nieskończone płoty i ogrodzenia. Rosjanie mają jeszcze dużo do nadrobienia w kwestii dbania o przyrodę ale widząc jak kochają i głęboko szanują przyrodę, uważam, że wraz z postępem edukacji, będzie tylko lepiej.

Rozpaliliśmy ognisko i spędziliśmy wieczór rozmawiając o życiu. Znów z zadowoleniem stwierdziłem, że mam naprawdę wielkie szczęście. Moi towarzysze byli dobrze wyposażeni i jak na Rosjan przystało, nie zabrakło garnka do przyrządzenia zupy na żywym ogniu. Choć było bardzo miło, całodniowe towarzystwo już mnie zmęczyło i miałem ochotę znów pobyć sam.


Prawdopodobnie jutro będę miał do tego najlepszą okazję. Masza i Ilja ruszają z powrotem, a ja do celu mam 60 km z zaledwie trzema wioskami po drodze. Obliczyłem, że w najgorszym przypadku powinienem być w stanie przejść ten dystans w 2-3 dni, jeśli nic bym nie złapał.

-------------------------------------------

Trochę kaprawo rozłożyłem namiot i spałem na przechyle. Bywa. O 9 pożegnałem jeszcze śpiących Maszę i Ilję i ruszyłem piechotą w stronę jeziora. Do celu miałem 60 km i gotowy byłem to przejść w 2 dni, ale miałem nadzieję, że jednak ktoś mnie podrzuci.

Przez pierwsze 2 godziny marszu minął mnie jeden samochód i zacząłem trochę wątpić w powodzenie planu. Mimo tego, maszerowało się nad wyraz przyjemnie. Dolina odznaczała się bajkową urodą.

Po około 15 kilometrach los się do mnie uśmiechnął i złapałem okazję nad samo jezioro. Było to starsze małżeństwo a podczas jazdy prawie nie rozmawialiśmy, co bardzo mi odpowiadało. Trasa była licha, nasza średnia prędkość nie przekraczała 25 km/h. Z biegiem kilometrów dolina i roślinność radykalnie zmieniły swoje oblicze. Zamiast stepu i złotych kolorów zaczęły dominować drzewa, soczystozielone łąki i leniwie toczące wodę potoki. Idylla, jedna z najpiękniejszych dolin w jakich miałem przyjemność być.

W końcu dojechaliśmy nad jezioro, któremu podczas tej podróży przypisałem niemal mitologiczną funkcję. Był to ostatni przystanek przed drogą powrotną. Zaszedłem do pierwszej turbazy i zdaje się, że byłem jedynym gościem. Odnotowałem jedynie kilka namiotów na piaszczystej kosie, która w połączeniu z jeziorem i górami od razu mi przywiodła na myśl bajkalski Święty Nos.

Oksana – gospodyni, jest twardą babką. Siedzi w ośrodku przez cały rok sama, a obecnie powoli się odbudowują po powodzi z 2014 roku. Wówczas, niemal wszystko zostało zmyte. Zimą często chodzi na polowania. Nie przeszkadzają jej miesiące samotności, przyzwyczaiła się. Ludzie ją zbyt często denerwują, woli być sam na sam z naturą. Dzięki Bogu nasmażyła mi jajka i bliny, bo nie miałem już prawie nic do jedzenia. Dostałem jakiś gówniany domek, ale nie miałem specjalnej ochoty na kolejną noc w namiocie.

Wybrałem się nad jezioro wykapać i pospacerować. Jakaż była moja radość gdy zobaczyłem Daszę i Sławę, moich towarzyszy z bazy Aktru! Już myślałem, że się gdzieś minęliśmy po drodze a tu taka niespodzianka. Chwilę pogawędziliśmy i umówiliśmy się na wieczorne ognisko. Zrobiłem sobie długi, relaksujący spacer i wygłodniały, udałem się na kolację.

W Turbazie kolejne zaskoczenie – spotkałem dziewczyny z Tomska, poznane dzień wcześniej na przełęczy. Jednak postanowiły się nie wycofywać i dojechały nad samo jezioro. Kombinowały jak by się tu dostać na północ i rzekomo miały płynąć jutro na jakimś transportowcu za 1000 rubli. Ja jeszcze nie zdecydowałem czy wyjeżdżać jutro, czy zostać dzień dłużej. Już powoli zaczynałem czuć dom i awanturnicza werwa nieco opadła.

Po kolacji kupiłem 3 piwa (jedzenia nie było, ale piwo jakimś cudem tak) i zgodnie z obietnicą poszedłem na plażę do Daszy i Sławy. Spędziliśmy przyjemny wieczór grając i śpiewając polskie i rosyjskie piosenki. W końcu moje domowe brzdąkanie do czegoś się przydało. Sława świetnie grał i śpiewał, a Dasza zdawała się nieco zamknięta w sobie. Mało mówiła, ale wyłonił mi się jej obraz jako buntowniczki, poszukującej swojej drogi w życiu. Nadawaliśmy na tych samych falach, gawędziło się nadzwyczaj przyjemnie.

Na koniec ze Sławą rozpaliliśmy kilkumetrowe ognisko. Niech płonie. Plaża, jezioro, gwiazdy. Było wspaniale. Czułem, że żyję.

-------------------------------

Po przebudzeniu spostrzegłem, że drzwi od domku są otwarte na oścież. Skoczyłem na równe nogi i od razu skontrolowałem czy mam portfel, dokumenty i aparat. Wszystko było na swoim miejscu, widocznie drzwi musiał otworzyć wiatr.

Długo myślałem czy zostać dzień dłużej, czy jechać dalej. Z zamyślenia wyrwał mnie gospodarz, zwany „Wujkiem Wowa”, i zaproponował transport na północ jeziora, do Artybasza, łódką. Na moje pytanie „ile”, dowiedziałem się jedynie, że tanio. Poszedłem pogadać z dziewczynami, czy też by reflektowały na taką przejażdżkę i one też ochoczo się zgodziły, mając alternatywę w postaci czekania na prom i kilkugodzinnego rejs. Od Wujka Wowy w prezencie dostałem okazały ząb piżmowca syberyjskiego, osadzony na naszyjniku. Zwierz ten, z wyglądu podobny do sarny, jest wyjątkowy właśnie za sprawą swoich kłów mierzących nawet kilka centymetrów. Mój, tak na oko, był długi na jakieś cztery i prezentował się pięknie.

O umówionej godzinie zebraliśmy się na molo. Wujaszek jak jakiś magik, spod wielkiego płótna odsłonił małą, blaszaną motorówkę. Okutani w kamizelki ratunkowi pomknęliśmy po falach na północ. Poczuliśmy wspaniały, rześki wiatr na naszych twarzach, a przed bryzgającą wodą chroniła nas naprędce sklecona z pleksi szybka. Oddalaliśmy się od brzegu błyskawicznie, a Wujek Wowa w jednej ręce dzierżył kierownicę, pełniącą rolę steru, a w drugiej linkę, którą dodawał albo odejmował gazu. Wcisnęliśmy się między wąskie gardło okalających jezioro szczytów i po początkowym zachwycie, przyszła pora aby odczuć mniej przyjemne doznania. Przy naszej zawrotnej prędkości co chwilę skakaliśmy po falach i co kilka sekund mój tyłek soczyście obijał się o drewnianą ławeczkę. Ciągłe kołysanie nie wpływało też korzystnie na mój układ trawienny i po pół godzinie poczułem, że robię się zielony. Musiałem nieco zamknąć się w sobie, żeby przetrzymać ten kryzys. Po drodze zatrzymaliśmy się przy jednym z wielu wodospadów. Muszę powiedzieć, że w porównaniu do tych, które widziałem w Laosie, nie robiły specjalnego wrażenia. Dopiero po wpłynięciu w nurt rzeki, woda nieco się uspokoiła, a ja doszedłem do siebie. 70 kilometrów pokonaliśmy w niecałe 2 godziny, co uznałem za wynik co najmniej godny.

Wujek Wowa skasował nas na 1000 rubli, więc bardzo tanio. Czekając na prom, do celu byśmy dopłynęli prawdopodobnie w nocy. Zameldowałem się z dziewczynami tam, gdzie wysiedliśmy. Od razu poznaliśmy Joela, amerykańskiego podróżnika. Co zabawne, przy wczorajszym ognisku opowiadali mi o nim Sława i Dasza. Warto odnotować, że Joel przez rok mieszkał w Gdańsku i bardzo sobie Polskę chwalił. Po rosyjsku mówił wolno i z parszywym amerykańskim akcentem, ale zasób słownictwa miał całkiem niezły.

Wieczorem Joel namówił mnie na ryby. Pożyczyliśmy od właściciela łódkę i wypłynęliśmy na środek jeziora, próbując swojego szczęścia w spinningu. Był to mój pierwszy wędkarski raz i niestety jedyne co nam się udało złapać, to wodorosty.

Po powrocie zafundowaliśmy sobie szybką banię i zasiedliśmy w czwórkę do stołu. Czas na rozmowie mijał radośnie, przy jedzeniu i niewielkiej dawce alkoholu. Z Daszą szybko znalazłem wspólny język kiedy okazało się, że też biega na orientację. Spotkać drugiego orientalistę tak daleko od domu, to prawie jak spotkanie z rodziną. Długo rozmawialiśmy o sprzęcie, mapach i zawodach, na koniec zapraszając się wzajemnie do siebie.

Dotarło do mnie, że to koniec. Nazajutrz mieliśmy się rozjechać w różne strony. Ja chciałem dojechać do Gornoałtajska, a dalej samolotem po Moskwy i Warszawy. Długo nie mogłem zasnąć. Leniwie odtwarzałem ostatnie 2 tygodnie w mojej głowie. Stęskniłem się za rodziną, ale jednocześnie żal było wyjeżdżać. Ałtaj z całą pewnością zdobył sobie stałe miejsce w moim sercu. Jeszcze kiedyś tu wrócę.

KONIEC

Dziękuję wszystkim zainteresowanym, bardzo mi miło, że ktoś czyta :)
http://okrokdalej.pl

johnnie_rider
Sekretarz Gubernialny
Sekretarz Gubernialny
Posty: 27
Rejestracja: śr 28 lis, 2012 12:28

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: johnnie_rider » czw 01 mar, 2018 15:07

Pewnie, że czyta! Widzę, że podróżujemy w podobnych kierunkach, w ubiegłym roku byłem nad Bajkałem.
Chętnie bym się wybrał na Ałtaj, być może w połączeniu z Mongolią przez Kocz-Agacz.
Gdzie należało wcześniej załatwiać propusk na Biełuchę?

msvklr
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 69
Rejestracja: śr 06 sty, 2010 14:02
Lokalizacja: Pabianice

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: msvklr » pt 16 mar, 2018 10:36

Gdzie należało załatwić to Ci dokładnie nie powiem, bo nie wnikałem w temat koniec końców. A Ałtaj z całego serca polecam i myślę, że trasa do Mongolii tez może być mega ciekawa.
http://okrokdalej.pl

Awatar użytkownika
murzasihle
Radca Kolegialny
Radca Kolegialny
Posty: 242
Rejestracja: sob 03 paź, 2009 18:54
Lokalizacja: Zawiercie

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: murzasihle » ndz 18 mar, 2018 22:18

johnnie_rider pisze:
czw 01 mar, 2018 15:07
Gdzie należało wcześniej załatwiać propusk na Biełuchę?
W siedzibie FSB w Górnoałtajsku.
«Степь широкая, да дорога узкая - так, мы встретимся»
https://www.facebook.com/grzegorz.janas.39

Awatar użytkownika
murzasihle
Radca Kolegialny
Radca Kolegialny
Posty: 242
Rejestracja: sob 03 paź, 2009 18:54
Lokalizacja: Zawiercie

Ałtaj Sierpień 2017

Post autor: murzasihle » ndz 18 mar, 2018 23:12

msvklr pisze:
pt 16 mar, 2018 10:36
A Ałtaj z całego serca polecam i myślę.
Ja też polecam - byłem i naprawdę warto.
Uważam, ze to ostatnie szanse przed ucywilizowaniem
«Степь широкая, да дорога узкая - так, мы встретимся»
https://www.facebook.com/grzegorz.janas.39

ODPOWIEDZ