Kercz 2011 część I

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Kercz 2011 część I

Post autor: mi » wt 16 sie, 2011 08:02

Wytłuszczonym drukiem komentował Zibi. :D


Nasze tegoroczne plany wakacyjne nie zostały niestety zrealizowane w całości ze względu na braki czasowe spowodowane kilkoma niezależnymi czynnikami: wyjazdem latorośli (musimy wrócić wcześniej, żeby przejąć opiekę nad psem i wyprawić dziecię), próbujemy przesunąć więc urlopy „na wcześniej”, ale okazuje się, że jesteśmy tak ważnymi dla firmy pracownikami, że nie ma takiej opcji, bo te wcześniejsze trzy dni naszej nieobecności niechybnie doprowadzą zakład do upadłości… :wink:

Wyruszamy więc po pracy, w piątek. Jeszcze tylko zakupy jakieś, instrukcje dla dziecięcia (nie wiem dlaczego obsługa pralki automatycznej przerasta możliwości percepcyjne mężczyzn w każdym wieku), potajemne wynoszenie bagaży (pies nie może widzieć, bo ma natychmiast rozstrój żołądka), powrót do pracy (bo zapomniałam z wrażenia zamknąć okien w pokoju i ochrona mnie zawezwała) i jedziemy.

Cudowna jest ta moja małżonka – „ruszamy po pracy” to było , jak się okazało, tylko moje pobożne zyczenie. Zamiast planowanej 20 z małym plusem ruszyliśmy po godzinie 23, co zaowocowało dotarciem do granicy w okolicach 5 rano, a nie 1-2 jak to ja sobie wymyśliłem

Do granicy w Korczowej docieramy nad ranem i spędzamy na niej 4 godziny. Ukraińcy odprawiają bardzo wolno i Polacy automatem też.
Za granicą drzemka na stacji OKKO już nie tak komfortowa jak zazwyczaj, bo słoneczko już grzeje, jedziemy dalej do Jaworowa, gdzie chcemy zakupić starter Beeline. Nie jemy już śniadanka w naszym ulubionym Jaworowskim zajeździe odkąd kolega z pracy mieszkający w tym miasteczku uświadomił nas, że jest to lokal lokalnej mafii i ostatnio było tam kilka strzelanin w biały dzień….

Obrazek

Startera nie udaje nam się kupić, wszędzie jest tylko Life, ale za potwierdzają się słowa kolegi, że zasypali tę jamę w głównej drodze. Rzeczywiście, jamy już nie ma, jest „normalna” dziura.

Ta dziura na głównym skrzyżowaniu Jaworowa nadal nie jest „normalna” chyba, że jako punkt odniesienia przyjmiemy to, jak wygladała dwa lata temu. Wtedy był tam lej po bombie, obecnie jest to „lejek” po wybuchu granatu.

Jedziemy dalej. W planie mamy jako pierwszy punkt muzem wojsk rakietowych. Rezygnujemy ze zwiedzania Sofijskiego parku w Umaniu, bo wymagałoby to kolejnego noclegu w trasie i tym samym skrócenia pobytu w Kerczu.

Na nocleg zatrzymujemy się na obwodnicy Winnicy w kompleksie "Автопорт" (Винница, Турбовское шоссе, 6 км) gdzie do wyboru mamy pokój w budynku hotelowym za 250 hr lub pokój w budynku obok za 190 hr. Wybieramy drugą opcję, gdyż pokoik jest bardzo fajny, nie słychać muzyki z hotelu, w którym trwa świętowanie czyjejś 50-tki, ma łazienkę i nic poza tym nie jest nam do szczęścia potrzebne.

Kolacyjkę zjadamy na zewnątrz, gdzie czas miło płynie nam na obserwacji gości, a zwłaszcza młodych kobiet toczących dramatyczne walki z kostką brukową o utrzymanie się na niebotycznej wysokości szpilkach w pozycji pionowej. W większości wypadków pojedynek wygrywa kostka i wtedy chyboczące się dziewoje, kiedy tylko kąt przechyłu przekracza 20 stopni ratują panowie siedzący na ławeczkach podbiegając chyżo i łapiąc je dziarsko przed zaliczaniem gleby. :D

Dziewoje podczas tracenia równowagi łapane były bardzo ostrożnie i delikatnie, gdyż makijaż na ich twarzach, był tak intensywny, że Kleopatra wygłądałaby jak blada córka młynarza. Ostrozność była konieczna, aby ta misterna kompozycja, przypominająca stiuki nie odpadła

Zjazd z drogi do muzeum rakietowego o dziwo jest bardzo dobrze oznaczony, trafiamy więc bez trudu.

Obrazek

Na parkingu stoi kilka samochodów, ale nigdzie nie widać żadnych ludzi, ani też napisu KASA.

Obrazek

Obrazek

Nieśmiało więc oglądamy sobie rakiety (kurcze, wielkie są – jedna z nich ma 33 metry długości, średnicę 3 metry i waży sobie 211 ton i spala 26 ton paliwa w ciągu dwóch i pół minuty lotu) i nagle pojawia się dziewuszka, którą mijaliśmy jadąc gruntowką do muzeum. Okazuje się być przewodniczką, ale prowadzi grupy angielskojęczyczne. My jednak wolimy po rosyjsku… więc dziewczynka prowadzi nas do budynku, gdzie już trwa jakaś wycieczka, ale wojskowy pan mówi, że zapłacimy później, on dużo nie powiedział i później nam dopowie to, co straciliśmy. Facet mówi naprawdę bardzo interesująco i co ważne bardzo wyraźnie.

Nie udaje mi się oczywiście zapamiętać wszystkiego, Zibi pewnie tu zaraz coś dopisze, ja zapamiętałam tylko, że: rakieta leci do NY 23 minuty, wystrzeliwuje pociski zmylające, więc na radarach widać nie jedną a 50 rakiet, że do dziś dnia amerykanie nie pojęli tego patentu, że mieli tych rakiet dość sporo.
Potem pan opowiada jak wyglądała służba w jednostce, szkolenie i system odpalania rakiet. Przeraża mnie, że służba trwa 7 dni, że się przez ten czas jest zamkniętym od zewnątrz, 44 metry pod ziemią, że zmieniają się co 8 godzin i funkcjonują na powierzchni pewnie 3 metrów kwadratowych. I jeszcze na dodatek jest to 33 metrowy, metalowy kontener, ważący 125 ton podwieszony za pomocą amortyzatorów w specjalnym szybie. Widzimy na makiecie ten punkt dowodzenia i jestem bardzo ucieszona, że później można sobie zjechać pod ziemię i zobaczyć to na własne oczka. Jest jeszcze sala ze wstrząsającymi zdjęciami z Hiroszimy, z jakimiś pociskami, granatami i takimi tam różnymi rzeczami, których nazw nie zapamiętałam.

Obrazek
Obrazek

Ja jako wyznawczyni spiskowej teorii dziejów zwracam uwagę na często powtarzaną frazę „teraz nie ma tu broni jądrowej” (podobnie jak w Bałakławie) więc bardzo ciekawi mnie po co w takim razie całość bazy utrzymywana jest w „gotowości do natychmiastowej pracy”. I czy pan pułkownik jest zadowolony z pensji ekskursawoda….. i dlaczego wciąż w promieniu 15 km nie można niczego budować? :roll:

Kończymy teoretyczne opowieści i zostajemy przekazani kolejnemu wojskowemu, który oprowadza nas po terenie z czołgami, samochodami do transportu rakiet, największą rakietą i wyrzutnią, której ogromna gruba pokrywa, ważąca pewnie z kilkanaście ton (sprawdziłam i waży dokładnie 120 ton) odkrywa w się w 7 sekund. Łazimy już raczej samopas, bo pan mówi bardzo szybko, już nie tak wyraźnie i w zasadzie powtarza to, co już słyszeliśmy w pierwszej części wycieczki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W kolejnym etapie przechwytuje nas kolejny pan w randze pułkownika, który ma nas zawieźć pod ziemię. Udowadnia też, że faktycznie wszystko jest gotowe do pracy, migają na tablicach światełka, nigdzie nie ma grama rdzy ani kurzu, pan pozwala dzieciakom wciskać określone guziczki, włącza się wentylacja itp. Idziemy korytarzem, gdzie pan gromadząc całą wycieczkę przed wejściem do windy opowiada praktycznie to, co już słyszeliśmy.

Mnie bardzo interesuje wszystko co wokół, stojąc na platformie, gdzie „mamy uważać” zaglądam w dół tej studni, widać drabinki awaryjne i inne dziwne przyrządy. Któraś bardziej znudzona wycieczkowiczka łapie słuchawkę telefonu i nagle z przerażeniem rzuca ją z powrotem….. telefon działa i ktoś po drugiej stronie się odzywa…. Pan mówi, że działa tu wszystko i że jak teraz pierdyknie bomba to my przeżyjemy. Mamy wodę (bo jest własne ujęcie), mamy zapasy jedzenia na 3 miesiące, mamy łączność no i mamy dowódców….

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po chwili pan zaczyna przekonywać wycieczkę, żeby nie jechać tą windą…. Jestem trochę zdziwiona, ale później rozumiem jego postępowanie. Mnie tam nic nie przekona, ale jego argument, że tam jest to samo co na makiecie, a można zaoszczędzić 25 hr sprawia, że z 20 osób zostaje 6.

Do windy może wejść max 4 osoby (w tym Pan) i reszta czeka, aż ci co zjeżdżają obejrzą sobie wszystko i wrócą. (teraz już wiem, czemu tak przekonywał…) I tak tłok jest porównywalny do jazdy w pociągu relacji Przemyśl-Szczecin z 3 wagonami w tym jednym zarezerwowanym dla kolonii.

Pierwsza grupka zjeżdża windą wielkości szafy, my czekamy. Ja oczywiście w swej naiwności myślałam, że zatrzymamy się na każdym piętrze, które było widoczne na makiecie, ale kiedy nadchodzi w końcu nasza kolej okazuje się, że nie. Zobaczymy tylko piętro, gdzie odpalano rakiety (3 żołnierzy 8 godzin siedzi kołkiem przypięta pasami w fotelach) oraz piętro, gdzie „odpoczywa” zamienna trójka. Do niego schodzimy po pionowej drabince, bo winda zatrzymuje się co drugie piętro.

Moja spiskowa teoria nabiera kształtów i jestem przekonana, że na pozostałych piętrach po prostu pracują ludzie ….. :wink:

Obrazek

Obrazek

W pomieszczeniu odpalania robimy sobie fotki, a później po pionowej drabince złazimy do pomieszczenia odpoczynku, gdzie oczywiście chciałam zajrzeć do szafek, ale były zamknięte… Woda była, kibelek działał….samowar był. Całość jednak baardzo klaustrofobiczna. Żeby ta trójka na górze nie zasypiała, mieli co jakiś czas fałszywy alarm… Nie wiem co robili, żeby ta druga trójka nie dostawała pierdolca mieszkając tydzień w szafie….Podobno mogli iść na wcześniejsze wojskowe emerytury. Z drugiej strony jest to pewien pomysł jak urządzić sobie małe mieszkanko i na kole o średnicy 3metrów mieć sypialnię, kuchnię i łazienkę. :mrgreen:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po zakończeniu wycieczki ( 4 godziny mineły nie wiadomo kiedy) kupujemy jeszcze płytę DVD (niestety tylko w języku ukraińskim, co utrudnia nam nieco zrozumienie), na której widać odpalanie rakiet i ich unicestwianie zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami, ale kurczę skąd wiadomo ile ich tak naprawdę było? I skąd wiadomo, że unicestwiono wszystkie?? Pocieszające jest tylko to, że wszystkie wycelowane były w Stany Zjednoczone….

Praktycznie nic dodać, ale należy się wyjaśnienie: otóż ta główna „rura” w której znajdował się cały system, nadzoru i dowodzenia ma średnicę 3 metry z małym kawałkiem i umieszczona jest w „rurze” o średnicy 5 metrów z małym kawałkiem i ta mniejsza rura wewnętrzna podwieszona jest na gigantycznych teleskopach z układem żyroskopowym zapewniających stabilność centrum dowodzenia nawet podczas wybuchu nuklearnego. Uzasadnienie przewodnika: „Żołnierzom nie mogła zadrżeć dłoń przy wpisywaniu kodów i odpalaniu rakiet” Dodatkowo prosta arytmetyka pokazuje nam rozmiary windy, która znajduje się pomiędzy „rurami” – 80 na 80 centymetrów.

To co udało mi się podejrzeć w prześwicie obok windy to układy elektroniczne; wszystkie zbudowane na lampach, a te jak pragnę poinformować odporne są na wszelakie promieniowanie. Komputer na lampach pracuje nawet wtedy kiedy znajdzie się w epicentrum wybuchu. Tranzystor poda szybciej niż promieniowanie osiągnie swoje maksimum. Tranzystor pada w około 0.02 sekundy po „uwolnieniu” promieniowania i cała elektronika pada. A ta stara „lampowa” pracuje jakby się nic nie stało.


Kolejny nocleg wypada nam za Chersonem w kompleksie "Синевир" (трасса Ростов-Одесса-Рени 597 км, с. Токаревка, Бериславское направление) Jest to bardze sympatyczne i zacisze miejsce z własnym jeziorkiem. Prosty pokój z łazienką kosztuje 120 hr, luks (z klimą) 200 hr, domek drewniany z klimą 250 hr. Bardzo miła obsługa, pani dopytywała o której rano wyjeżdżamy, bo kuchnia czynna od 8.00, ale ona może przyjść szybciej zrobić nam śniadanie…

Obrazek

Obrazek

Wszystkich zainteresowanych informuję, że jeżdżącą reklamą tego miejsca jest kultowe auto ZSRR, zwane przez złośliwców-zazdrośników, sportową wersją czołgu T-34 – ZAPOROŻEC!! Ale nie byle jaki Zaporożec, bo cały obłożony drewnem, można rzec jest wykonany z drewna. Trudno nie zauważyć takiego cacka.
I słówko o miłej pani kelnerce. Otóż kiedy już zdecydowaliśmy się zagościć w tym miłym zajeździe, Małgosia usiadła za stołem, ja parkowałem auto (stajanka bezpłatna, pilnowana przez psa wielkości małego cielaka), pani kelnerka przyjęła zamówienie, ale mijając mnie poinformowała o zamówieniu mówiąc: „Pani już zamówiła czy Pan się na to zgadza?”
Poczułem się jak prawdziwy PAN I WŁADCA…. I było to miłe!


Obrazek

Rano wyjeżdżamy w kierunku Askanii Nowej, gdzie już nie mogę się doczekać safari. Dojazd do rezerwatu nie jest oznaczony w ogóle, mamy więc nadzieję, że nas dobrze pokierowali. Jedziemy i jedziemy w upale pustą drogą przez wysuszone trawy i żaden rezerwat nie majaczy nam na horyzoncie.

Obrazek

Nagle jak fatamorgana wyrastają drzewa.. i wjeżdżamy do Askanii. Wioski Askania. Tu już są jakieś drogowskazy jedziemy więc dziurami przez jakieś rozpadające się blokowiska i wreszcie pojawia się parking, brama wjazdowa, mnóstwo autokarów i budka KASA.

W magicznej budce poraża mnie kartka z napisem, że „safari wremjenno nie rabotajet” O to co to znaczy czasowo pytam paną z budki. Pani mówi, że jest zagrożenie pożarowe i safari będzie rabotało….we wrześniu. Niech to szlag. :evil:

Postanawiamy wejść i zwiedzić rezerwat. Hmm…. Powiem tak. Jeśli ktoś jest dendrologiem znajdzie tam coś dla siebie. Jeśli ktoś interesuje się zawodowo drobiem, także będzie zadowolony (różne rodzaje kaczek). Cała reszta będzie miała ochotę wetknąć pawie pióro, które wszyscy namiętnie kupują, w cztery litery administratorowi strony internetowej za brak owej (dość chyba istotnej) informacji o Safari. :cry:

Dobra, jest kilka klatek ze zwierzątkami typu bawół, zebra, jakieś kozy. Jakieś 10 sztuk. Każde powiatowe polskie zoo robi większe wrażenie.

Obrazek

W oddali majaczy zaś step, po którym miałam śmigać i bratać się z dzikimi kopytnymi na przykład sajgakami – potomkami mamutów. A Zibi miał spróbować mleka antylopy, które ponoć jest lepsze od wiagry. :D Póki co Zibiemu musi wystarczyć mój balsam do ciała, nazwany przez niego „erotomanem”, gdyż za każdym razem, gdy go używam mój mąż chce mnie ciągnąć w krzaki. :D
Wypijamy najlepszy na świecie kwas domowej roboty, sprzedawany przez babuszkę na zagraconym podwórku (ale nie wiem, czy jest to wystarczający powód, by tam jechać) i ruszamy w dalszą drogę.

Zibi każe mi zapytać pana parkingowego, gdzie jest stacja benzynowa (zazaczona na mapie), bo od jakiegoś czasu świeci nam rezerwa. Pan parkingowy oznajmia, że w Askanii nie ma stacji…. Najblisza za jakieś 40 km…. Studiujemy mapę, by dowiedzieć się, że znaczkiem dystrybutora oznaczone są punkty naprawy….

Z duszą na ramieniu ruszamy przez step pocieszając się, że wędrówka na piechotę w palącym słońcu do stacji po paliwo będzie z pewnością fantastyczną przygodą….
Na szczęście nasze uno kochane na oparach dojeżdża do dystrybutora….. (pewnie z wdzięczności za wymianę opon na szersze i podniesienie tyłka)

Nie tylko tyłka, ale i trochę przodu też!!!

Robocop drogowy czyli Zibi jeszcze w ten sam dzień dowozi nas do Kerczu.

I tylko raz zdarza się niebezpieczna sytuacja na drodze, kiedy to po wpadnięciu w dziurę urywa nam się kołpak, wystrzeliwuje w górę i z kosmiczną prędkością, ruchem koszącym zapiernicza w stronę aut przed nami…pisk hamulców świdruje mi mózg, na szczęście kołpak z hukiem rozstrzaskuje się na poboczu. Ufff. Nikogo nie zabiliśmy.

Przyznam się bez bicia, że sytuacja była mocno stresująca, wlokłem się za jakimś „gruzawikiem” jadąc pod górke, aż mało nie zasnąłem (tempo żółwia upojonego walerianą), więc kiedy zrobiło się z górki i trochę wolnego miejsca zacząłem wyprzedzać. Nie doceniłem silnika wyprzedzanej ciężarówki. Ta zaczęła gnać jak szalona. Ale nie prędkość była tu najważniejsz tylko dziura na lewym pasie drogi. Lewa strona auta wpadła w nią jak ostrze gilotyny w kark francuskiego arystokraty podczas rewolucji. Ledwo jęk zawieszenia przebrzmiał w uszach, to kątem oka zauważyłem dziwny obiekt latający, który zaczął nas wyprzedzać zwiększając prędkość i pułap lotu. Wystarczy wyobrazić sobie jak leci płyta CD wyrzucona z całej siły.

Przez moment myślałem, że to koło. Kiedy zorientowałem się, że to kołpak odetchnąłem z ulgą, ale tyko na chwilę, bowiem fruwający z zawrotną predkością kołpak kieruje się w stronę czerwonego BMW jadącego z przeciwka…. Pisk hammulcówBMW czasami brzmi mi w uszach i wtedy budzę się zlany potem…

Należy dodać, że upał panował okropny (miły to on jest ale na plaży, a nie w aucie bez klimy) i przez moment myślałem, że moja małżonka dostała udaru słonecznego. W pewnym momencie zaczęła półgłosem mamrotać: „pewnie, że ochujeliśmy jadąc w taki upał” zaniepokojony stanem zdrowia Małgosi zacząłem bacznie wypatrywać znaku informującego o najbliższym szpitalu. Zamiast niego oczy moje napotkały znak reklamujący sieć restauracji na którym było napisane: „A wy uchu jeli?” Czcionka była duża, miejsca mało słowa i literki zlały się w jedną całość i wyglądało to tak: „A wy uchujeli?” Gra słów polsko-rosyjskich i absolutna zmiana znaczenia tak nas tak rozbawiła, że upał już nam nie przeszkadzał! A tak naprawdę o co chodzi zorientowaliśmy się po trzecim mijanym znaku, gdyż reszta napisu nie miała z zupą rybną (ucha) nic wspólnego - „50 widow wareników”


W Kerczu stajemy w okolicach dworca autobusowego i ruszamy na poszukiwania kwatery. Jest już dość późno, po 17, przewodnik Bezdroża za swoim „biuro pośrednictwa kwater jest w OKOLICY dworca autobusowego” jest zupełnie nieprzydatny. Biura nie znajdujemy. Nie znajdujemy też żadnej babuszki ani żadnego ogłoszenia. Łazimy po tym dworcu jak błędne owce czym wzbudzamy uwagę taksówkarza, który nam pomaga. Ponieważ żaden z telefonów, które ma nie odpowiada bierze nasz numer i obiecuje zadzwonić. Upewnia się jeszcze, że nie szukamy ani full wypasu ani garażu tylko normalnej kawalerki w rozsądnej cenie. My idziemy szukać dalej i trafiamy do hotelu „Lazurnyj” czyli hotelu roboczo nazwanego „BUBA STYLE”. (po przyjeździe wracam do relacji Buby i wiem, że już tam była, a chciałam jej go polecać, nawet fotki robiłam). :P

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W „hotelu” bierzemy pokój na jedną noc. Wtedy dzwoni pan, że znalazł nam mieszkanie za 140 hr. Wracamy do niego po namiary i jedziemy oglądać. Mieszkanie okazuje się być 3 pokojowe, normalne, więc bierzemy. Umawiamy się z panią na rano i wracamy do naszego Lazurnego.

Rano z radością zjawiamy się w mieszkanku, Zibi pobiera lekcję zamykania i otwierania drzwi magicznym kluczem (ja zrezygnowałam ze słuchania i zajęć praktycznych, po tym jak się okazało, że tym kluczem się nie kręci w zamku tylko ciągnie z użyciem siły) :roll:

Obrazek

rozpakowujemy się, idziemy na kawkę i obczaić co jest w pobliżu, robimy jedzeniowe zakupy i wyruszamy w miasto. Wtedy też dociera do nas straszna prawda, że moje skrzętnie gromadzone ostatnimi czasy notatki na temat tego co zobaczyć w Kerczu i okolicach, niekoniecznie wspominanego w przewodnikach …zostały w Opolu.

Co ciekawe w Kerczu nie ma tak charakterystycznych jak w Sewastopolu „bocznych uliczek” (czyli wypicowana Bolszaja Morskaja i zdecydowanie rozpadające się domy w każdej jej odnodze). Powiedziałabym nawet, że główne ulice w centrum Kerczu po jednej stronie mają odrestaurowane budynki, a po drugiej całkowity rozpad, albo tak naprzemiennie.
Widać, że to typowe miasto portowe. Może na pierwszy rzut oka nieładne i mało interesujące, ale na pewno z duszą. Mi się osobiście podobało. Ma swój klimat, piękne plaże wokół (informacja dla Miner72pl: plaża miejska nie znajduje się na portowym nadbrzeżu, Twoje fotki to basen na którym odbywają się zawody.)

A dokładniej rzecz ujmując to są dwa baseny sportowe zbudowane na otwartym morzu. Jeden zrujnowany w stanie rozpadu, drugi prawie kompletny, z widownią, słupkami startowymi i wieżą do skoków wysokości trzech metrów – doskonale widoczne na Google Earth:45 stopni, 20 minut, 54,92 sekundy NORTH, 36 stopni, 28 minut 30,08 sekund EAST)

Plaża miejska jest przy arszyncewskiej kosie i jest to najładniejsza plaża miejska jaką widziałam.

Jest to najładniejsza plaża, jeśli spoglądamy i oceniamy plaże z punktu widzenia Bałtyku
Obrazek

Przechadzamy się, o dziwo nie zatłoczonym prospektem Lenina.
Jest pomnik wodza, jest przepiękna cerkiew Jana Chrzciciela, jedna z najstarszych w Europie wschodniej, schody na Górę Mitrydat, przepiękny gmach gimnazjum. Są uliczni grajkowie, kwas, lody, kafejki, dziewczęta robiące sobie fotki na „nasz kłas” w różnych dziwnych pozach, ale za to z nóżką obowiązkowo zgiętą w kolanie i wysuniętą w tył... Czyli wakacje.

Można żałować, że deptak jest tak krótki i czuje się niedosyt podczas spaceru, ale tak jak Małgoś napisała, stratę tę rekompensują uliczni grajkowie,rewelacyjny kwas….i dość duży fragment orkiestry symfonicznej – koncerty od 18 do 20 na początku deptaku od strony pomnika – polskie piosenki partyzanckie też grają! Mało brakowało, a wystąpiłbym jako solista śpiewając:

„Rozszumiały się wierzby płaczące,
rozpłakała się dziewczyna w głos.
Od łez oczy podniosła błyszczące,
na żołnierski na krwawy życia los.
Ref.
Nie płacz dziewczyno ma
Na los co serce rwie
Nie płacz dziewczyno ma
Bo w partyzantce nie jest żle….”

Cudownie to brzmi w wykonaniu trąbek, saksofonów, gitary i innych instrumentów…Usta same się rwały do śpiewania….
Ja to znam, a Małgoś patrzyła na mnie tak, jak Robert patrzy na najcudowniejszy wykopek starożytny…… róznica pokoleń….


Oj tam, oj tam. Zaraz różnica pokoleń. Oczywiście, że znałam tę piosenkę….

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Planujemy, że następnego dnia pojedziemy sobie na arszyncewską kosę sprawdzić stan wysiedlenia i obejrzeć plaże. Ponieważ jednak jest jeszcze jasno Zibi zarządza, że podjedziemy sprawdzić dojazd. Jak już jesteśmy na kosie jedziemy dokąd się da, czyli do bramy jakichś zakładów, skręcamy w bok i dalej plażą postanawiamy dotrzeć na sam koniec kosy jeśli będzie taka możliwość. Mijamy łowiących rybki, zbieramy obłędne muszelki i idziemy, idziemy…. Po pewnym czasie piasek robi się jakiś dziwny, twardy, jakby pokryty jakąś substancją, mi się kojarzy z watą szklaną… nie potrafimy stwierdzić co to jest. Woda też staje się na tyle dziwna, że przestajemy w niej brodzić, jest okropnie brudna, gęsta i czarna, coś jakby morze wywalało jakiś mazut czy coś…. :roll: Dochodzimy do samiutkiego końca kosy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W drodze powrotnej zmienia się kierunek wiatru i zagadka wody oraz piasku rozwiązuje się w sposoób mało satysfakcjonujący dla nas. Chcieliśmy tam troszkę na tych plażach pustych poleniuchować. Czarna woda okazuje się być po prostu ściekami kanalizacyjnymi, a substancja na piasku to nic innego jak zamoknięty i scalony z piaskiem papier toaletowy…. :evil:
Jakoś odchodzi nam ochota na zabawy plażowe w ścieku (przed oczami mam informacje o cholerze…) Wracając oglądamy sobie pozostałe domostwa. Trochę ich jednak zostało, mają prąd, nie wiem jak z wodą. Działają dwa ośrodki wypoczynkowe.

Na początku kosy znajduje się bardzo ładna plaża miejska. Na tyle ogromna, że sprawia wrażenie mało zatłoczonej i co ciekawe jest bezpłatna.

Kolejne miejsce, które odwiedzamy to Eltigen. W drodze zatrzymujemy się jeszcze przy kurhanie Joz-Oba (albo tak nam się wydaje, że to właśnie jest „sto wzgórz”). Dla mnie to po prostu górki z pasącymi się kozami. Oznaczeń żadnych nie ma, więc i pewności, ze to kurhany, a nie porośnięte wyschniętą trawa pagórki – też nie. Ale koza ładna.

Trzy plany i mapy wydane przez trzy niezależne wydawnictwa kartograficzne wskazywały, że owe sto wzgórz i jedna koza znajdują się naprzeciwko wież telewizyjnych! Jesteśmy konsekwentni i łatwowierni. Uznajemy ten punkt zwiedzania jako zaliczony

Obrazek

Obrazek

Eltigen prawie bezludny, pracują jakieś ośrodki wypoczynkowe. Dumnie wita nas statek na cokole, kilka armatek i coś sterczące na wysokiej skale. Jest też muzeum, ale okazuje się, że nie możemy wejść, gdyż zapomnieliśmy z domu kasy….

Obrazek

Obrazek

Idziemy więc sobie na plażę. Woda jest tu czyściutka i bardzo ciepła, plaża prawie pusta, może ze względu na upał i parzący piasek.. Jednocześnie wieje bardzo wiatr i cali jesteśmy w piasku…
Po dwóch godzinkach taplania się w wodzie, zbieramy się w drogę powrotną. Na parkingu ucinamy sobie pogawędkę z parą młodych rosjan z Moskwy na temat tego kto jechał na półwysep Kerczeński lepszą drogą. Nie bardzo chcą nam uwierzyć, że drogi w Polsce nie wyglądają jak autostrada Moskwa-Kijów-Odessa…. :P

Po powrocie do Kerczu Zibi idzie obejrzeć kurhan na dworcu autobusowym, którego nie widzieliśmy za pierwszym razem (sic), ja wybieram zacienioną ławeczkę i papieroska.

Obrazek

Kontempluję sobie przechodzących ludzi. Uwielbiam irracjonalne zachowania młodych kobiet, podziwiam je bezbrzeżnie za pomysły garderobiano-obuwnicze (a zwłaszcza te szpilki, na których większość niestety nie potrafi się poruszać). Obserwuję sobie podjeżdżającą marszrutkę do której niepiesznie wchodzą ludzie, większość kładzie siatkę na fotel i wychodzi na zewnątrz, bo upał jest niemiłosierny, a tu nagle biegną z wrzaskiem 3 panienki, dopadają marszrutki, prawie dochodzi do bójki, popychają się i wyzywają…. O co chodzi? Chodzi o to, że w kabinie kierowcy są tylko dwa miejsca….. W końcu dwie „zwycięskie” ładują się do kabinki obok pana kierowcy ściśnięte jak sardynki w puszce, zamykają drzwi i dla pewności jeszcze okno…. No cóż….. a taki miały piękny makijaż… Zaczyna on żyć własnym życiem, po jakiejś minucie… spływa..

Dalej jedziemy do portu Krym, ponieważ gdzieś wyczytałam, że jest stamtąd przepiękny widok. Niestety widoku nie ma żadnego. To zwykła granica, ze swoimi celnikami, kolejką aut i knajpką.

Obrazek

Jedziemy więc dalej, kolejny punkt wycieczki to cypel Fonar. Nie wiem, czy do latarni można wejść, ale jedziemy sprawdzić. Po drodze do latarni widać jakąś górę z pomnikiem, ale Zbyś koniecznie chce wjechać na górę z latarnią. Było to dość lekkomyślne posunięcie i mogło skończyć się nieciekawie… bo góra jest na tyle stroma, że ostatni odcinek nasz uniaczek pokonywał z dość dużą prędkością na pierwszym biegu i chwała Zibiemu za refleks w momencie kiedy już byliśmy na jej szczycie. Zaraz bowiem po jej drugiej stronie przywitało nas baaarrrrdzo strome urwisko….. aj aj nie chcę myśleć co by było gdyby….. Do latarni nie można wejść, normalnie jest to czynna latarnia, ale i tak z górki widoki zapierają dech w piersiach. Fale tłuką o brzeg, wiatr rozwiewa włosy i tłumi rozmowy, w takich chwilach człowiek czuję jakąś niewymowną więź z otaczającym go światem….

Obrazek

Obrazek

Ja z wrażenia, że jestem na najdalej na wschód wysuniętym punkcie Krymu postanawiam pójść dalej wzdłuż ogrodzenia latarni, żeby zobaczyć co tam dalej jest…. Nie było to zbyt roztropne w moim obuwiu (klapeczki), ale stromizna górki nie wydawała mi się jakaś wielka…. Zibi sobie odpuścił, a ja szłam i szłam i stwierdziłam, że jak zwykle miałam problem z oceną odległości…. Za latarnię nie dało się dojść, widać było tylko kawałek Rosji, i port, ale nie dało się zrobić zdjęć, ze względu na ciągnące się druty. :x

Wracać postanowiłam przy siatce ogrodzeniowej, bo mi się wydawało, że tak będzie szybciej. I kiedy właśnie swój zamiar wprowadziłam w czyn dostałam prawie zawału, gdy coś grubego, brązowego i długiego jak kij od mopa przepełzło mi centralnie po stopach i zniknęło wijąc się w odmętach suchej trawy…. Stałam jak skamielina, czułam serce walące jak szalone gdzieś w okolicach migdałów, nogi miałam jak z waty, a ze strachu odebrało mi mowę. Kompletnie nie wiedziałam ile tak stoję i gdzie powinnam postawić stopę, żeby czasem na to coś nie nadepnąć. Postanowiłam wrócić na zbocze, gdzie trawa była nieco niższa. I poczekać na Zibiego (sądziłam, że w końcu zacznie mnie szukać), ewentualnie rozważałam jeszcze możliwość rozpłakania się. Stałam tam i stałam i kiedy wrócił mi głos zaczęłam wzywać Męża, ale wiatr skutecznie mnie głuszył. Wpadło mi do głowy, żeby do niego zadzwonić, ale sobie przypomniałam, że drugi telefon został w domu. Kiedy już wydawało mi się, że minęła co najmniej godzina, mąż jakoś mnie nie szuka, a wąż/żmija zawsze może zechcieć wrócić zaczęłam swoje mozolne przemieszczanie się w kierunku auta…..

Zibi powątpiewał w wielkość tego co mi przepełzło po nogach do czasu, kiedy kolejnego dnia nie spotkał się osobiście z osobnikiem tegoż gatunku….

Co oczywiście zrozumiałe nie miałam najmniejszej ochoty włazić na tę sąsiednią górkę z pomnikiem….. Siedziałam sobie w samochodzie z nogami na desce rozdzielczej (na wszelki wypadek) i zastanawiałam się jak Zibi ma zamiar zjechać z tej góry… miejscowi kazali iść pieszo, ale Zibi zauważył jakiś samochód na szczycie i stwierdził, że uno poradzi sobie całkiem tak samo jak terenowa toyota….

Obrazek

Obrazek

Do twierdzy Jenikale było nam dość ciężko trafić, nie ma żadnych wskazówek, kilka razy kluczyliśmy, ale w końcu naszym oczom ukazały się pozostałości twierdzy.

Ale dwa drogowskazy na fermy strusi po drodze były! Strusi mieliśmy dosyć i jedyny drogowskaz związany z tymi ptaszyskami , który nas uradował brzmiał: „POTRAWY Z MIĘSA STRUSI”

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W drodze powrotnej korzystając z faktu, że słońce już prawie zachodzi postanowiliśmy wspiąć się na owe 430 schodów na górę Mitrydat. Widok na miasto fantastyczny, Pantikapajon nie robi jednak na mnie wrażenia (po Chersonezie chyba trudno o zaskoczenie pozostałościami Kerczeńskimi). Pomnik Chwały na szczycie też jakiś porywający nie jest… więc 430 schodków w dół….

Obrazek

Obrazek

tatanka
Kolegialny Asesor
Kolegialny Asesor
Posty: 131
Rejestracja: pt 10 lip, 2009 11:13

Post autor: tatanka » śr 17 sie, 2011 00:03

RE-WE-LA-CYJ-NA relacja:) Fragment z tajemniczym wężem przepełzającym przez stopy zostaje moim ulubionym (a również ten z telefonem na początku). Biorę się ochoczo za częśc drugą. Jak fajnie, że Wam się chciało napisać taką elegancką relację :D

Awatar użytkownika
fijalkowski
Rzeczywisty Tajny Radca
Rzeczywisty Tajny Radca
Posty: 1323
Rejestracja: śr 08 sie, 2007 17:16
Lokalizacja: Sale, Cheshire (United Kingdom)

Post autor: fijalkowski » pt 19 sie, 2011 08:48

mi pisze:Zjazd z drogi do muzeum rakietowego o dziwo jest bardzo dobrze oznaczony, trafiamy więc bez trudu.
to jest to muzeum koło Piewromajwska ??
mi pisze: Co oczywiście zrozumiałe nie miałam najmniejszej ochoty włazić na tę sąsiednią górkę z pomnikiem….. Siedziałam sobie w samochodzie z nogami na desce rozdzielczej (na wszelki wypadek)
grunt to być przygotowanym na wszystko :wink: :wink:

mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Post autor: mi » pt 19 sie, 2011 10:37

Tak, to jest to muzeum o którym pisał Tanais :) Super

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2268
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Post autor: buba » pn 05 wrz, 2011 12:45

mi pisze:powrót do pracy (bo zapomniałam z wrażenia zamknąć okien w pokoju i ochrona mnie zawezwała)
to zamkniecie okien „przekracza mozliwosci percepcyjne” ochrony? I musialas to zrobic osobiscie??
mi pisze:Ta dziura na głównym skrzyżowaniu Jaworowa nadal nie jest „normalna” chyba, że jako punkt odniesienia przyjmiemy to, jak wygladała dwa lata temu. Wtedy był tam lej po bombie, obecnie jest to „lejek” po wybuchu granatu.
dziury bywaja normalne i normalniejsze ;) kiedys jedziemy sobie skodusia z topeerzem, gdzies z predkoscia 30km/h bo na więcej nie pozwalaja dziury, muldy, łuki pionowe i blotnisto zuzlowe pobocza z pasja walczace z asfaltowa nawierzchnia, zagarniajac coraz więcej drogi dla siebie.. I nagle przy tej drodze stoi znak „uwaga nierowna nawierzchnia”. Zignorowalismy go- no bo przeciez nawierzchnia była caly czas nierowna... i to był błąd! Wpadlismy wtedy w lej „bombowy” glebokosci przynajmniej pol metra.. ;) trzeba zwazac na znaki!
mi pisze:Kolacyjkę zjadamy na zewnątrz, gdzie czas miło płynie nam na obserwacji gości, a zwłaszcza młodych kobiet toczących dramatyczne walki z kostką brukową o utrzymanie się na niebotycznej wysokości szpilkach w pozycji pionowej. W większości wypadków pojedynek wygrywa kostka i wtedy chyboczące się dziewoje, kiedy tylko kąt przechyłu przekracza 20 stopni ratują panowie siedzący na ławeczkach podbiegając chyżo i łapiąc je dziarsko przed zaliczaniem gleby. :D
oj to winnickie dziewoje jakieś niezaprawione w bojach! W Rachowie dawaly rade na 15-20cm szpilkach poruszac się dziarsko po glebokim grzaskim blocie i popękanych plytaj z metalowym zbrojeniem. Zadna nie upadla, ba! Nawet się nie zachwiala...
mi pisze:W planie mamy jako pierwszy punkt muzem wojsk rakietowych
to muzeum jest otwarte codziennie? W jakich godzinach? Musi się zebrac grupa? Czy jak nie ma grupy po prostu jest drozej?

jak oceniasz tam mozliwosc dotarcia bez wlasnego auta? Kolo jakiej wioski to jest dokladnie? Dojezdzaja tam kursowe autobusy? Minelo was dużo aut po drodze tam? (mozliwosc autostopu?), jeśli na poprzednie pytania odpowiedzi są niezbyt pozytywne to skad najblizej bylaby szansa wziecia taksowki? Czy widzialabys mozliwosc noclegu (pod dachem- namiotu nie bierzemy bo będziemy tam pod koniec pazdziernika) gdzies blizej niż w winnicy?
mi pisze:Ja jako wyznawczyni spiskowej teorii dziejów zwracam uwagę na często powtarzaną frazę „teraz nie ma tu broni jądrowej” (podobnie jak w Bałakławie) więc bardzo ciekawi mnie po co w takim razie całość bazy utrzymywana jest w „gotowości do natychmiastowej pracy”. I czy pan pułkownik jest zadowolony z pensji ekskursawoda….. i dlaczego wciąż w promieniu 15 km nie można niczego budować? :roll:
czyli sugerujesz by zabrac tam licznik? ;)


wspanialy ten drewniany zaporozec!!!!

mi pisze:Otóż kiedy już zdecydowaliśmy się zagościć w tym miłym zajeździe, Małgosia usiadła za stołem, ja parkowałem auto (stajanka bezpłatna, pilnowana przez psa wielkości małego cielaka), pani kelnerka przyjęła zamówienie, ale mijając mnie poinformowała o zamówieniu mówiąc: „Pani już zamówiła czy Pan się na to zgadza?”
Poczułem się jak prawdziwy PAN I WŁADCA…. I było to miłe!
opis tej sytuacji idealnie pasuje do tematu ;)
viewtopic.php?t=8251&postdays=0&postorder=asc&start=0
mi pisze:„pewnie, że ochujeliśmy jadąc w taki upał” zaniepokojony stanem zdrowia Małgosi zacząłem bacznie wypatrywać znaku informującego o najbliższym szpitalu. Zamiast niego oczy moje napotkały znak reklamujący sieć restauracji na którym było napisane: „A wy uchu jeli?” Czcionka była duża, miejsca mało słowa i literki zlały się w jedną całość i wyglądało to tak: „A wy uchujeli?” Gra słów polsko-rosyjskich i absolutna zmiana znaczenia tak nas tak rozbawiła, że upał już nam nie przeszkadzał!
nie nooo... rewelacja!!! zadna UCHA już nie będzie dla mnie taka jak kiedys :D:D:D:D
mi pisze:My idziemy szukać dalej i trafiamy do hotelu „Lazurnyj” czyli hotelu roboczo nazwanego „BUBA STYLE”. (po przyjeździe wracam do relacji Buby i wiem, że już tam była, a chciałam jej go polecać, nawet fotki robiłam). :P
taaaaaaaaaaaak!!! niech zyje hotel „lazurnyj”!!! ile milych wspomnien! Spedzilismy tam 5 nocy!!
Gadaliscie z obsluga? Z ochroniarzem saszą i babkami z recepcji? Wspaniali ludzie! Polecili nam tyle miejsc fajnych wokół kercza! To dzieki nim trafilismy do adzymuszkajskich kamieniolomow i zdecydowalismy się odwiedzic generalskie plaze!!
mi pisze:Cudownie to brzmi w wykonaniu trąbek, saksofonów, gitary i innych instrumentów…Usta same się rwały do śpiewania….
Ja to znam, a Małgoś patrzyła na mnie tak, jak Robert patrzy na najcudowniejszy wykopek starożytny…… róznica pokoleń….

Oj tam, oj tam. Zaraz różnica pokoleń. Oczywiście, że znałam tę piosenkę…
nawet ja ją znam!!!
mi pisze: Ja z wrażenia, że jestem na najdalej na wschód wysuniętym punkcie Krymu
tylko kosa tuzła jest dalej , nie? :)
mi pisze:Wracać postanowiłam przy siatce ogrodzeniowej, bo mi się wydawało, że tak będzie szybciej. I kiedy właśnie swój zamiar wprowadziłam w czyn dostałam prawie zawału, gdy coś grubego, brązowego i długiego jak kij od mopa przepełzło mi centralnie po stopach i zniknęło wijąc się w odmętach suchej trawy…. Stałam jak skamielina, czułam serce walące jak szalone gdzieś w okolicach migdałów, nogi miałam jak z waty, a ze strachu odebrało mi mowę. Kompletnie nie wiedziałam ile tak stoję i gdzie powinnam postawić stopę, żeby czasem na to coś nie nadepnąć. Postanowiłam wrócić na zbocze, gdzie trawa była nieco niższa. I poczekać na Zibiego (sądziłam, że w końcu zacznie mnie szukać), ewentualnie rozważałam jeszcze możliwość rozpłakania się. Stałam tam i stałam i kiedy wrócił mi głos zaczęłam wzywać Męża, ale wiatr skutecznie mnie głuszył. Wpadło mi do głowy, żeby do niego zadzwonić, ale sobie przypomniałam, że drugi telefon został w domu. Kiedy już wydawało mi się, że minęła co najmniej godzina, mąż jakoś mnie nie szuka, a wąż/żmija zawsze może zechcieć wrócić zaczęłam swoje mozolne przemieszczanie się w kierunku auta…..

Zibi powątpiewał w wielkość tego co mi przepełzło po nogach do czasu, kiedy kolejnego dnia nie spotkał się osobiście z osobnikiem tegoż gatunku…
o kurde... ale przygoda... brrrr

ja tez nie wierzylam ze ta krymie zyja wielkie weze az zobaczylam tego:
https://picasaweb.google.com/uchate.pac ... 9006288402
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

karolonek
Kolegialny Registrator
Kolegialny Registrator
Posty: 2
Rejestracja: sob 12 kwie, 2008 14:02

Post autor: karolonek » pt 27 lip, 2012 23:11

Do mi.
W tym roku wybieramy się z żoną na Półwysep Krymski, zaczynając od Kerczu. Zainspirowałaś nas
swoim opisem i wobec tego mam prośbę o podanie bliższych namiarów na kwatery w okolicy
Winnicy oraz tej w okolicy Askanii Nowej. Nie mogę ich zlokalizować . Jeżeli możesz zaznaczyć
trasę przejazdu na mapie,i je zaznaczyć, byłbym bardzo wdzięczny.
Pozdrawiam Bogdan.

mi
Tajny Radca
Tajny Radca
Posty: 554
Rejestracja: śr 21 cze, 2006 07:53
Lokalizacja: Opole

Post autor: mi » sob 28 lip, 2012 21:55

Гостиница "Автопорт" находится на кольцевой дороге возле заправки при въезде в город с восточной стороны ( со стороны пгт. Турбова).
http://hotel24.samotur.net/%D0%B3%D0%BE ... -2350.html

co do tego koło Askanii to
синевир, трасса Ростов-Одесса-Пени 597 км с. Токаревка (Бериславское направление)
http://sinevir.ks.ua/?page_id=76

ODPOWIEDZ