Ukraina 2011

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
aniaz4
Okręgowy Sekretarz
Okręgowy Sekretarz
Posty: 35
Rejestracja: pt 16 kwie, 2010 11:31

Ukraina 2011

Post autor: aniaz4 »

Ukraina w odsłonie drugiej – 2011r.

Początkowo wakacje A.D. 2011 mieliśmy spędzić nad morzem w Chorwacji, lub jeszcze gdzieś indziej. Namówiona przez kuzynkę ostatecznie zdecydowałam się na Ukrainę.
Żeby zupełnie nie było zuełnie „lądowo”, korzystając z weekendu Bożego Ciała kilka dni udało się poplażować z córkami w Helu.
Ekipa miła liczyć , 6, 7 ,5 osób... Po różnych perypetiach ( jedzie nie jedzie, może nie może) okazało się ,że cała ekipa to młodsza córka, mąż i ja:) W drogę.
Rozpoczynamy na międzynarodowym ( !?) dworcu autobusowym w Gliwicach. Autokar firmy Eurolines, odjazd do Lwowa 8.45. Cena w obydwie strony 173 zł, dziecko zniżka( chyba 86 zł ale nie pamiętam dokładnie).
Podróż przebiegła bez większych kłopotów.
Wart uwagi jest humorystyczny element z nastoletnia Niemką, która sama podróżowała. Kierowca pytał czy „maje sumku” ona nie wiedziała o co chodzi. Ktoś powiedział „bagaż” „a bagaż”, to „fater” przyniósł. Potem dziewczyna dość wystraszona bu ani po ukraińsku nie umiała ani po polsku ani po angielsku bo jakaś pasażerka chciała zagadać. Kiedy kierowca podał komendę przerwy na siusiu to nie wysiadła, Więc żal mi się dziewczęcia zrobiło, wróciłam i moim nieszkolnym niemieckim objaśniłam iże może spokojnie wszelkie potrzeby załatwić po pół godziny pauzy.. Dziewczę się ucieszyło i później co chwile zagadywała ( ja nie zawsze rozumiałam ;)).
Na jednym z dworców czekanie się przedłużyło z powodu spóźnionego pasażera. Okazał się nim zakolczykowany, wysolaryzowany „model”. Później w czasie jazdy co chwila dopominał się przerwy na siku i palenie ( nie zdążył bo może żel tak długo nakładał).
Ot takie urozmaicenia podróży.
Granicę przekroczyliśmy gdzieś po godzinie czekania nie wiadomo na co. Ponieważ nie było kolejki ani tez niczego innego nie zauważyłam. Zaczął padać deszcz. Na dworzec Stryjski we Lwowie dotarliśmy opóźnieni około 2 godzin. Tam czekał na nas nasz sympatyczny przewodnik Pan Artur (autor i współautor wielu przewodników wydawnictwa Bezdroże- polecam). Zawozi nas do mieszkania które u niego wynajęliśmy (pokój, kuchnia,łazienka za 105zł.). Mieszkanie w porządku, ale ta klatka. Pewnie nic się nie zmieniła od czasów wybudowania w 1904r. Czujemy się zmęczeni. Kolacja, szybki prysznic i do łóżka.
Kolejne dni naprzemiennie zwiedzamy Lwów i bliższe lub dalsze okolice. Piechotą tramwajem, marszrutką lub samochodem naszego przewodnika Artura.
We Lwowie zobaczyliśmy Operę, Prospekt Swobody, katedrę, kaplice Boimów, Rynek, oraz liczne kościoły, cerkwie, pomniki, stare kamienice, piękne uliczki. Zwiedzając cmentarz Łyczakowski docieramy na „Powstańczą Górkę „ i cmentarz „Żelaznej Kompani”.Krążyliśmy uczęszczanymi ścieżkami jak i zarośniętymi dróżkami, tam gdzie dawno nie było ludzi. Podziwialiśmy widoki z wieży ratusza i Kopca Uni Lubelskiej. Zachwyt nad Lwowem udzielił się całej rodzinie.
Jadaliśmy w knajpkach i restauracjach., ja odkrywałam na nowo smak barszczu ukraińskiego i pierogów (polecam lokal U Pani Stefy- na ul. Swobody, lub Puzata Chata na Siczowych Strielców). Kosztowaliśmy solianke, i sirowy sup. Niestety mężowi wschodnia kuchnia barszczowo-mączna nie za bardzo podchodzi a o mięso tam trudniej, jest drogie i nie tak smaczne jak u nas. Więc dla niebo nie była to podróż kulinarna. Jedynie zajadał się chlebem, który codziennie kupowaliśmy w sklepie niedaleko mieszkania. Nie powiem, że rano, bo ranek to na Ukrainie pojęcie względne, życie zaczyna się rozkręcać około 9-10.. Na szczęście w rejonie domu handlowego Magnus odkryliśmy punkt, gdzie sprzedawali kurczaki z rożna (35 hrywien kg). Dzięki temu mąż nie umarł z głodu. Dodatkowo na bazarze zaopatrywaliśmy się w pomidory, jajka i inne specjały. Babuszki cały ten towar miały w kraciastych torbach, które przewoziły w marszrutkach. Nierzadki był widok jak jedna kobieta ma ze cztery ogromne torby i jeszcze udało jej się wejść do zatłoczonego busa. Na targu warunki sanitarne jak u nas 30 lat temu, ale pomidor tam kupiony smakował jak pomidor, papryka jak papryka a ser jak ser. W sklepach właściwie jest wszystko ,ale bez wymyślania. Ceny jak u nas, niektóre wyższe, szczególnie sery i węliny. Widać sporo produktów z Polski.
Ja piłam miejscowe piwa Obołon, Czernihowskie, Lwowskie( szczególnie 1715). Madzia odkryła kwas chlebowy, stwierdziła, że smakuje jak cola z piwem:). Zajadaliśmy się lodami „limo” i czekoladkami firmy „Switocz”, markizami „Roshen”- naprawdę dobre.
Na pamiątkę Kopiliśmy trochę czekolad ( 3,5 hrywien sztuka), kilka butelek wina „Szabo Królewskie” i wódki z papryką .Niestety w drodze powrotnej trochę musiałam się tłumaczyć bo mieliśmy dokładną kontrolę, ale udało się przewieźć. Magda nabyła rozkręcane fioletowe”babuszki”. Starszej kupiłam srebrny pierścinek z cyrkonią a mamie chustkę.
Z bliższych i dalszych okolic to zobaczyliśmy :Podhorce.Olesko, Poczajów, Krzemieniec,Brzeżany, Litiatyn, widoki Tarnopolszczyzny, Podola i Wołynia.
Zamki i kaplice w Olesku i Podhorcach robią wrażenie, mimo że potrzebują wiele pracy i pieniędzy. Barwne opowieści Pana Artura przenoszą nas jednak w czasy ich świetności, czasy Sobieskich,Potockich, Rzewuskich. Sanguszków. Magda najbardziej ucieszyła się z aktu nadania godności księżniczki i fotki z postawnym magnatem.
Poczajów to zespól cerkwi i klasztorów, miejsce pielgrzymki prawosławnych lecz także grekokatolików i katolików. Miejsce modlitwy o zdrowie. Jako osoba wierząca traktowałam to dość poważnie i klękłam na chwile modlitwy i zadumy. Zapaliłam świeczkę. Zasady dość ortodoksyjne. Kobieta bez nakrycia głowy i spódnicy do kostek nie wejdzie. Jednak można takowe wypożyczyć za kaucje zwrotna 30hrywien. Zazwyczaj są czarne, jednak mnie jako obcokrajowcowi dali różową chustę i czarną spódnicę. Byłam zachwycona- a jakie fotki!:). Cerkwie przepiękne, misterne dekoracje, złoto i przepych. Kopułki złote, niebieskie, białe robią wrażenie. Modlący się mnisi i mniszki w czarnych ubraniach również. Powiew wschodu. Oczywiście miejsce pielgrzymkowe musi mieć wodę , Tutaj tez jest święta woda z Góry Poczajowskiej. Nabyliśmy butelkę, oraz kilka świeczek z prawdziwego pszczelego wosku ( jaki zapach).
Modlitwa modlitwą ale marketing działa, w piwnicach w schludnej jadłodajni można zjeść obiad z klasztornych produktów. 3 x barszcz z chlebem, świeży przecierany sok jabłkowy i duży piernik 14 hrywien.
Przejeżdżając przez wioski widać sporą biedę. We Lwowie takiej nie ma lub tak jej nie widać. Małe chałupki, czasami walące się ogrodzenia., auto mają nieliczni. Małe poletka , które uprawiają całe rodziny. Dzieci pasące krowy. A krowy to w ogóle historia. Jedziemy sobie dwupasmówka i nagle autobus międzynarodowy się zatrzymuje bo idą krowy, Krowy mają pierwszeństwo;)
Krzemieniec to miejsce urodzenia Słowackiego, tutaj zwiedzamy kościół i Liceum krzemieniecki, Muzeum Słowackiego, kilka cerkwi, cmentarze. Jeśli ktoś ma sporo sił może wejść na Górę Królowej Bony z ruinami zamku. My podziwialiśmy ja z tarasu restauracji popijając piwko(sok) po obiedzie. Z tym obiadem to była taka historia, że Pani nie bardzo się chciało gotować , najpierw stwierdziła, ze nie ma gazu, później, że musi obierać ziemniaki, że będzie długo i że może pójdziemy gdzie indziej. Nie ustąpiliśmy. 20 hrywien zaliczki podziałało i po powrocie z jednego z cmentarzy obiadek czekał.
W drodze powrotnej łapie nas burza. W wyniku czeka droga nam zginęła(!), no zwyczajnie rozmyła się . Fakt, że to był skrót skrótów, ale droga miała być obwodowa i na mapie jak najbardziej była zaznaczona. Nie ma złego co by..... zobaczyliśmy kawałek Wołyńskiego Parku Krajobrazowego a dzięki panu Arturowi zaprawionemu w drogach Ukrainy wróciliśmy późno, ale cało do Lwowa.
Na Tarnopolszczyznę, do Litiatyna i Brzeżan udaliśmy się marszrutką. Bilety „tam” kupiliśmy wcześniej w biurze na ulicy Winniczenki 39 hrywien/osoba. Z powrotem jedziemy „po ukraińsku” tzn. płacąc kierowcy, cena 30 hrywien/ osoba.
Pokazałam rodzinie tereny skąd wywodzą się moi przodkowie. Źródełko, cmentarz, kościół, szkoła i ten spokój, jedynie słychać cichy szum traw. Na wsi informacja ze przyjechali Polacy rozchodziła się szybciej niż my się przemieszczaliśmy. Znajomi znajomych, krewni dawnych krewnych, ci co mają lub mieli kogoś w Polsce, każdy chciał z nami porozmawiać , popytać, zaprosić. Hania, osoba spokrewnia z naszą dawną rodziną była w swoim wiejskim gospodarstwie. Hoduje kury i kaczki, sadzi warzywa, jakoś trzeba dorobić, emeryturka i praca na ćwierć etatu to i tak niewiele. No i nie było możliwości musieliśmy zatrzymać się u niej w Brzeżanach przynajmniej na jedna noc. Nie żałowaliśmy, noc sprzędzona z Hania , jej synem Bogdanem synową Nadią i wnuczka Galiną przy dobrym winie i wódce ( no bo trzeba przynajmniej ciut ciut 2 hramy) była niezapomniana. Są pomidory i ogórki z ogrodu, smażone ziemniaki z czosnkiem, mortadela, pyszny chleb i przecier malinowy (jeden nawet mąż dostało do domu), pyszności. Czym chata bogata. Trzeba przyznać, że czasami chodzimy w Polsce do lasu na maliny, ale tamten smak, ech a nie chciałam wierzyć mamie, że na kresach wszystko inaczej smakowało. Nasi gospodarze bardzo serdeczni, dopytują o życie w Polsce. O nas, nasze rodziny. Wszystko przeliczą na dolary i są w tym bardzo biegli;) Na marginesie wyszło, że jesteśmy bogaczami chociaż o tym nie wiedzieliśmy););.). Mieliśmy tu dostęp do neta i mogliśmy wymienić kilka informacji z domem. Przy okazji starsza córka przesłała fotki, które możemy pokazać naszym znajomym. Nocleg u Hani zaowocował tym ,że dokładniej zwiedziliśmy Brzeżany. Zamek Sieniawskich, Rynek,cmentarz, kościół, cerkwie, rzekę -Złota Lipa. Pięknie.
Kolejna podróż na Ukrainę utwierdziła mnie w przekonaniu, że to piękny kraj z serdecznymi ludźmi. Na pewno tam wrócę. Nie spotkaliśmy się z przejawami wrogości. Wręcz przeciwnie poznaliśmy wielu sympatycznych ludzi, z którymi mam nadzieję utrzymać kontakty. Tym razem wspomnienia mają smak solianki, barszczu, domowego przecieru z leśnych malin, krymskich win, zakarpackiego koniaku, piwa Lwowskiego,wody z Litiatyńskiego źródełka. Jawią się w obrazie szerokich zielonych pól, dojrzałej pszenicy, przeoranej czarnej ziemi, pięknych wołyńskich i podolskich krajobrazów, babuszek w chustkach z wielkimi kraciastymi torbami , cudownych Lwowskich zakamarków i klimatycznych cmentarzy, pięknych cerkwi i kościołów, wystrojonych długonogich dziewczyn w butach z bardzo wysokimi szpilkami spacerujących deptakami miast, pięknych ukraińskich wyszywanek,umorusanych dzieci pasących krowy, dziurawych dróg, super samochodów i starych rozklekotanych ład, wszechobecnych kantorów i bankomatów, braku możliwości zapłaty kartą, braku supermarketów (poza jednym we Lwowie), stadionu w początkowej fazie budowy i licznika dni do Euro na rynku, sławojek i kibelków „na Małysza” i kaliny-tak kalina rosła wszędzie. Stare i nowe, tradycja i nowoczesność z przewaga pierwszego, To trzeba przeżyć, zobaczyć .
Polecam:)

Awatar użytkownika
dubaj
Radca Kolegialny
Radca Kolegialny
Posty: 227
Rejestracja: pt 06 mar, 2009 23:46

Post autor: dubaj »

Fajna relacja - brawo za wypad.

Ale jako "mięsny" facet napiszę, że mięcha można pojeść na Ukrainie. Wręcz ja bardzo lubię ich kuchnie... Ogólnie polska kuchnia... jest chyba najlepsza na świecie, ale i na Ukrainie można pojeść.
Na pierwsze Solanka, na drugie "Żarkoje" - i mięsa starczy nawet Twojemu mężowi :wink:

Pozdrawiam
RTS Widzew Łódź!

Danielgd
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 71
Rejestracja: sob 11 wrz, 2010 15:19
Lokalizacja: Gdańsk/Kraków

Post autor: Danielgd »

no zalezy. we lwowie, juz nie pamietam gdzie, zamowilem stek po kozacku, i faktycznie, dostalem stek. ale w sosie curry... widac ukraincy chyba uwazaja, ze curry tez jest ich wymyslem :D

aniaz4
Okręgowy Sekretarz
Okręgowy Sekretarz
Posty: 35
Rejestracja: pt 16 kwie, 2010 11:31

Post autor: aniaz4 »

Mnie większość potraw smakowała, chociaż mięsko było zupełnie inne niż u nas, ale mąż nie najadał się ;) ale i tak uważa podróż za bardzo udaną, poza tym nadrabiał sobie chlebem z wkładką :)

ODPOWIEDZ