Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Forum wyłącznie dla zamieszczania relacji z podróży
Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 12 gru, 2016 12:04

Kolejna twierdza w dolinie rzeki Mtkvari, ktora udaje sie nam odnalezc jest Ackuri. Jakis koles przy sklepie koniecznie chce mi opowiedziec jej historie, z ktorej wynika ze budowla ma ponad 1000 lat i zalozyli ją rozbojnicy. Chwile pozniej mowi, ze pilnowala doliny aby karawany z Borżomi do Achalcyche mogly isc spokojnie i zboje na nich nie napadali. Hmmm.. to ci zboje byli w twierdzy czy poza nia? Gosc sie troche zacukal, ale ostatecznie dobrze wybrnal z sytuacji twierdzac, ze zboje to ci, co są akurat po tej drugiej stronie niz my! Trzeba przyznac, ze jest w tym jakas logika :)

Twierdza lezy na skalistej gorce na obrzezach wsi. Troche przypomina mi jurajskie "orle gniazda" za dawnych dobrych czasow, zanim zrobili im krzywde i upstrzyli barierkami, tablicami, kłódkami albo wogole przerobili na hotele...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z gory na dol jezdzi linowy wagonik i cos wozi. Albo odbudowuja wieże, albo pozyskuja kamien na chlewiki, jedno z dwojga. I jakos do konca nie udaje sie nam ustalic w ktora strone jezdza kamienie- tzn. chyba w obie.. ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Do twierdzy wchodzi sie przez niewielki tunel ze schodkami. Potem kawalek trzeba sie wspiac po skale. Mozna wejsc do kazdej z baszt. Spod nog uciekaja jaszczurki.

Obrazek

Obrazek

Przefajne widoki rozciagaja sie na kazda strone :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Skala na ktorej stoi twierdza jest pelna roznych wnek, nibyjaskin, wyglada to troche jakby tu tez kiedys bylo skalne miasto!

Obrazek

Nieopodal zamku sa tez ruiny kosciola.

Obrazek

Obecnie jest tam przeprowadzany remont tzn biorac pod uwage zakres prac to raczej ogromna budowa czegos nowego.

Obrazek

Obrazek

Mimo stanu ruiny kosciol zawiera ołtarz

Obrazek

Obrazek

Robimy tez pętelke po Achalcyche, tutejsza twierdza nie nalezy do takich jakie lubimy wiec rzucamy na nia okiem tylko z oddali. Wystarczy.

Obrazek

Obrazek

Potem powoli jedziemy na poludniowy wschod. Wokol klimatyczne skaly, z wysoko polozonymi otworami wnęk, do ktorych nawet jakby sie chcialo to nie ma jak wylezc. Obiecujemy sobie, ze musimy w tym roku zwiedzic przynajmniej jedno skalne miasto. To znaczy “dzikie skalne miasto”, nie jakies cos obarierkowane i obiletowane. Poszukamy jakis takich wsrod traw i chaszcza!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzie nie ma skal to rozciagaja sie bezkresne płowe, stepowe łąki..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem gdzies na wzgorzu pojawi sie jakas ruina- baszta? resztka kosciola?

Obrazek

Zza jednej z gorek miga nam wiezyczka kosciola Muskhi. Od tej strony nie ma jak do niego dojsc- nie ma mostu! Wedlug mapy most jest dopiero za iles kilometrow i potem trzeba wracac sie polnymi drogami z drogiej strony gorki.

Obrazek

Za rzeka, u podnoza gorki (za ktora siedzi kosciol) jest sliczna łączka biwakowa a przy niej jaskinia o sporym wejsciu.

Obrazek

Przy dalszej drodze mamy okazje przekonac sie o wzglednosci znakow drogowych. Pierwszy to znak.. no wlasnie.. dwa w jednym :) A moze on ma symbolizowac cos unikalnego? Mozna snuc przypuszczenia jak przy wrozbach andrzejkowych ;) Jednym z moich skojarzen byla np. cerkiew ;)

Obrazek

Pozostale dwa znaki stoja przy klimatycznych mostkach i okreslaja nośność owych budowli. Tu mamy most 7 tonowy- czyli na ciezarowki. Skodusia wazy chyba kolo tony, moze poltorej.. Hmmmmm.... moze lepiej nie?

Obrazek

Obrazek

Drugi mostek zaklada dopuszczalna mase udzwigu jedną tone. Właze na jego skraj, ale dalej troche boje sie isc.. Wydaje mi sie, ze jestem za ciezka.. Gdy tak sie przygladam, robie zdjecia, podchodzi miejscowy (koles widzi ze obok stoi skodusia) “Dziewuszka, ale to most nie na samochod! Za wąsko! Tą tone na znaku powiesili, zeby krowy przepedzac pojedynczo!”. Naprawde nie wiem jak te krowy tu przechodza i nie spadna.. Na zdjeciu tego nie widac, ale tak bujajacej sie kladki nigdy wczesniej nie spotkalam. Po dwoch moich krokach miala chyba pol metra odchylu w kazda strone, zdołalam cofnac sie trzymajac drutow. Zwykle na kładkach, rowniez tych gruzinskich, jest boczna poręcz. Tu nie ma... Nie naleze do osob majacych lęk wysokosci, wrecz lubie przestrzen pod stopami.. Ale musialabym miec spora motywacje aby pokonac ta kladke. Ladne zdjecie na srodku taka motywacja nie bylo ;) Wiec pelen szacun dla lokalnych krow! Moze by zrobily kariere w cyrku chodzac po linie albo co?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Drogi lokalne o zmiennej nawierzchni i niezmiennie ladnych widokach

Obrazek

Obrazek

Na nocleg zatrzymujemy sie nad rzeka, niedaleko kosciolka Akhalszeni. Do niego wybierzemy sie jutro ( o ile znajdziemy most ;) )

Obrazek

Obrazek

Poki co stawiamy namiot w cieniu starych drzew, robimy pranie, szykujemy ognicho i cieszymy sie sielskim, cieplym wieczorem wsrod spiewu ptakow, kląskania cykad i plusku rzeki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nasza dzisiejsza obiadokolacja- ziemniaczki ze swanska sola! Troche brakuje masełka ale coz zrobic, do sklepu nikt nie poleci ;)

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » wt 13 gru, 2016 17:01

Akhalseni jest znaczone na mapie jako dawna wies, ktorej juz nie ma. Tereny sa uzywane pod sianokosy przez ludzi z innych, okolicznych wiosek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Faktycznie nie ma tu zadnych domow. Jest tylko jeden baraczek zrobiony ze starej blaszanej przyczepy.

Obrazek

Udaje sie nam znalezc mostek i przeprawic za rzeke do kosciolka na gorce.

Obrazek

Mozna sie tu zupelnie poczuc jak w Armenii- kosciolek jest otwarty! W innych regionach Gruzji obowiazkowym wyposazeniem tego typu obiektow jest duza kłódka. No coz- duzo ludzi mi mowilo, ze Dzawachetia to taka nie do konca Gruzja ;)

Obrazek

W srodku budynku dominuje zapach swiec i wilgotnego muru. Wszedzie sporo swietych obrazkow. Kabak zawiesza sie wpatrujac w pełgajacy płomien swiecy. Nieruchomieje, a na podswietlonym blaskiem swiecy pyszczku widac wielkie zainteresowanie i zadume.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czesc postaci przedstawionych na sciennych obrazkach ma charakterystyczne i dosc nietypowe twarze.

Obrazek

Obrazek

Kosciol jest zbudowany z nieregularnych kamieni o roznych kolorach. Nie wiem czy celowo takie dobierali czy przypadkiem tak wyszlo, bo takie mieli pod reka.

Obrazek

Czesc z kamieni jest rzezbiona.

Obrazek

Obrazek

Budynek chyba kiedys byl wiekszy, nieopodal wejscia stoja resztki jakiegos filaru.

Obrazek

Jest tez “oklapniety” krzyz

Obrazek

W polach lezy cos co wyglada jak kamienne poidło dla bydła

Obrazek

Widoki na wszyskie strony sa jednolicie plowe, tylko waski pas wzdluz rzeki daje po oczach zielonoscia!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ze wzgorza udaje sie wypatrzec jakis budynek na gorkach po przeciwnej stronie drogi (mniej wiecej w srodku zdjecia). Moze tez stepowy kosciolek? Moze baszta? Moze bacowka? Na mapie nie ma tam nic. Zatem trzeba isc sprawdzic!

Obrazek

Mała sciezynka wije sie polami. Wysoko nad nami spiewaja jakies ptaki. Ledwo je widac. Dzwiek jakby wiosenne skowronki skrzyzowac ze skrzeczeniem papugi. A poza tym to normalnie- wszystko sie trzesie od cykad, czasem w oddali zaryczy krowa. Trawa pod butami kruszy sie i zamienia w pyl..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem mozna sie natknac na mniej lub bardziej rozlozona padline

Obrazek

Albo zarloczne kolonie żuczkow gnojarzy, lepiacych kuleczki wieksze od siebie i potem mozolnie wpychajacych je pod gorke.

Obrazek

Obrazek

Sa tez inne stworzenia w kolorach maskujacych

Obrazek

W koncu docieramy pod poszukiwany obiekt. Spory szescian z kamieni. Wejscia brak. W srodku zarosly krzakami. Rozpadliska scian upodobaly sobie węże i jaszczurki.

Obrazek

Obrazek

Gdzies w okolicznych polach lezy jakies stare poidlo. Albo inne zastosowanie mogl miec ten kamulec, wyraznie obrabiany ludzka reka?

Obrazek

Za Aspindza skrecamy w boczna droge, ktora widokowymi serpentynami wspina sie na zbocze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Odwiedzmy tam wies Khizabawra, z dwoma kosciolami i zrodlem z zespolem kamiennych poidel, miedzy ktorymi woda przeplywa kaskadami.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W plot jednego z kosciolow wmurowane sa fajne rzezby.

Obrazek

Obrazek

Za wsią, w cieniu starych drzew jest tez budynek, ktory poczatkowo bierzemy za kaplice. Dziwi jednak ze jest szczelnie ogrodzony a przed zamknieta furtka siedzi babcia i mowi “zamkniete”. Miejsce to nie daje mi spokoju, obchodze dookola plot i w chaszczu gdzie mnie juz nie widac udaje mi sie go sforsowac. Zaraz za plotem wpadam na kola mlynskie?

Obrazek

Budynek pelni role jakby muzeum, jest poswiecone wojnie z lat 1941-45, w srodku jakies krzesla, stoliki i sciany udekorowane portretami gierojow. Czemu to takie wyzamykane?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Miejsce ma jakas dziwna moc. Albo to zemsta babuszki-strazniczki? Gdy wkladam przez okienko reke aby zrobic kolejne zdjecie- szlag trafia mi aparat.. Zaczerniony podglad, czarne zdjecia. Gasze, włączam, zmieniam baterie.. Dupa… Zdechl.. Bez ostrzezenia, dzialal bez zarzutu.. Az do teraz… Ani nie upadl, ani nim nie uderzylam... Musze wykopac aparat zapasowy… No to sie skonczylo zoomowanie z daleka... :(

W Saro tez ma byc kosciol. Nie mozemy go znalezc. Pytamy o droge miejscowych, ktorzy obsiedli lokalne zrodlo przystrojone gołąbkiem i narzedziami rolniczymi ;)

Obrazek

Chlopak mowi- za trzecim domem w prawo. Babcia - nie bo trzeba sie cofnac i wzdluz murku jechac. Przechodzacy facet- nieprawda! Dopiero za wsia jest skręt! I zaczynaja sie klocic kto ma racje. Chyba zaraz sie pobiją… Dobra.. Poszukamy sami...Damy rade.. Oddalamy sie, donosne wrzaski zbulwersowanych lokalsow powoli cichną. Wjezdzamy pomiedzy wiejskie zabudowania. Coraz bardziej grzasko.. Koła skodusi miela jakąs paste chyba o wiekszej zawartosci gnojowki niz zwyklego blota. Sprzed maski uciekaja stada gęsi i kaczek. Przy domach maja tu ciekawe piwniczki wsparte na palach. Uliczki sa wąskie, co chwile sie rozgałęziaja. Istny labirynt!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Okazuje sie ze kosciol jest w komplecie wraz z klasztorem pelnym zakonnic, ktore postanawiaja nas oprowadzic. Zapalaja swiatlo w kosciele, opowiadaja pare slow o jego historii, ale ogolnie bardzo trzymaja sie na dystans i odnosze wrazenie, ze nie sa zachwycone naszym przybyciem. Jedna cos wspomina “rzadko odwiedzaja nas turysci” a na twarzy ma wypisane “i dobrze nam z tym!”.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zabudowania "klasztorne" stoja zaraz obok

Obrazek

Obrazek

Kosciol polozony jest na brzegu urwiska. Pare metrow za nim jest jakby uskok plaskowyzu i skarpa waląca sie mocno w dol…

Obrazek

Obrazek

Przy serpentynach na zjezdzie stoja jeszcze ruiny jakiejs fabryczki. Calkiem mile miejsce na biwak, widac slady ognisk.

Obrazek

Obrazek

Ale my wracamy nad “nasza” rzeke. Pranie gdzies trzeba zrobic. Dzis wiekszy ruch nad rzeką- jakis chlopak wyczynia akrobacje na dwoch koniach. Chyba cos cwiczy, z dala od wzroku rodzny i znajomych, jakies przeskoki z jednego grzbietu konskiego na drugi, jakies zbieranie galezi w biegu, jazde w kucki itp. Jest tez ciezarowka i kilku facetow wybierajacych kamienie z rzeki. Biorac pod uwage rozmach przedsiewziecia to chyba ktos sie buduje. Raczej nie na skalniaczek do ogrodka ;) Przypominaja mi sie opowiesci Aszota: “Kazdy prawdziwy facet potrafi zbudowac dom. Najpierw jedziesz ciezarowka w gory po kamien. Gdy nie masz swojej ciezarowki to pozyczasz od kuzyna lub brata…”. Wieczorem zostajemy sami. Tylko za rzeka blyskaja czasem latarki. Chyba dalej zbieraja siano.. Choc kto ich tam wie…

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pt 16 gru, 2016 16:10

Kolejne kilka dni spedzimy w rejonie Wardzi. Poprzednio bylismy tu przelotem w 2012 roku, jeden nocleg, wizyta w skalnym miescie, w Vanis Kvabebi i tyle. Teraz Vanis Kvabebi miga nam z oddali

Obrazek

Obrazek

Mamy plan pokrecic sie tu kilka dni na spokojnie, pozagladac w wiecej kątow. Mijamy glowne skalne miasto, jedziemy dalej. Skrecamy w boczna doline gdzie lezy klasztor zwany Gorna Wardzia. Nie wiem czy taka jest jego oficjalna nazwa, ale tak nie niego wszyscy tu mowia. Jest zamkniety kosciol w remoncie a dalej chyba zabudowania klasztorne przed ktorymi stoi tabliczka informujaca o zakazie wstepu w kilku jezykach. Dolinka calkiem ladna ale nic tu po nas..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy do glownej drogi i suniemy w strone wioski Miraszkhani.

Obrazek

Obrazek

Po drodze malutki, otwarty kosciolek pod osypujaca sie skałą. Wnetrze dosc surowe, nie ma prawie zadnego wyposazenia oprocz kilku obrazkow z papieru.

Obrazek

Obrazek

Droga caly czas prowadzi dnem wąwozu, wokol wszedzie sa skalne zbocza o nieraz bardzo fantazyjnych ksztaltach, ni to kopuly cerkwi, ni to grzyby, ni to twarze. Czasem wrecz sie zastanawiamy czy to naturalne formy czy moze ktos im pomogl uformowac sie w ten sposob?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Caly czas towarzysza nam ten otwory jaskin i kolejnych skalnych miast. Spora czesc z nich jest trudno dostepna, otwory prowadzace do wnetrza sa bardzo wysoko. Zeby to na spokojnie wszystko pozwiedzac chyba by trzeba przynajmniej z rok mieszkac w Gruzji i tu przyjezdzac na weekendy, tak jak my włóczymy po Dolnym Slasku po opuszczonych palacykach.. Ogarnac w kilka dni tego sie nie da...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Te nizsze otwory czesto zagospodarowano na pomieszczenia dla bydla, skladziki czy pasieke.

Obrazek

Jedna z jaskin robi wrazenie swoja wielkoscia. Widac tez reke czlowieka- ktos dobudowal jakies murki, byly jakies proby zagospodarowania, acz czy wspolczesne czy sprzed lat to ciezko powiedziec..

Obrazek

Poczatkowo mamy plan jechac do opuszczonej wsi Agara i skalnych kosciolkow pod turecka granica.. Naopowiadali nam o tunelach prowadzacych do skalnych cerkwi zawieszonych nad szumiacymi strumieniami... Ale takie miejsca chyba nigdy nie sa latwo dostepne. Atrakcyjnosc jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do latwosci dojazdu.. Taka prawda... I niestety nas ponioslo z tym planowaniem- droga odbijajaca w prawo, czyli w pożądanym przez nas kierunku po pewnym czasie staje sie zdecydowanie nieskodusiowa. Skodusia "wiezdiechod" ale duze kamienie plus spore przewyzszenie sa mieszanka zabojcza... Noc coz... Bedzie powod aby tu wrocic jeszcze raz...

Obrazek

Mostek prowadzacy do wsi Miraszkani

Obrazek

Nocujemy na polu namiotowym pod glownym skalnym miastem, kolo sympatycznej knajpki i cieplych zrodel. Zwykle tak jest, ze nie lubie wracac do miejsc, w ktorych juz bylam. Zwykle miejsca zmieniaja sie na niekorzysc i po latach nie wytrzymuja konfrontacji ze wspomnieniami. Wardzia jest jednak zaprzeczeniem tej reguly- tym razem podoba nam sie tu znacznie bardziej. Po pierwsze jest mniej turystow. 4 lata temu to tu az sie roilo, co chwile wloczyly sie jakies autokary z ktorych wylewal sie tlum. Skalne miasto wygladalo jak mrowisko w ktore ktos wsadzil kij. Teraz turysci tez oczywiscie sa ale chyba 10 razy mniej. I to dziwne bo wtedy byl wrzesien a teraz sierpien! Wiec niby powinno byc na odwrot.

Podswietlone skalne miasto nocna porą

Obrazek

Namiocik stawiamy zaraz przy dawnym przyzrodlanym zewnetrznym baseniku ktory teraz porasta chaszcz.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obok buja sie na wietrze hamak, sa sznurki na pranie.

Obrazek

Budynek z zrodlami zostal wyremontowany- ale taki remont to ja rozumiem! Walil sie dach to go naprawiono, w srodku przybyly nowe lawki, haczyki na ubrania, cos sie zmienilo w rurkach z ktorych sie leje woda. I tyle. Nie wykafelkowali, nie wypolerowali, nie obili szklem, metalem i cholera wie czym. Nie wymalowali scian na sterylno-bialo. Wciaz sa te fajne malowidla z rogami- na ktorych sie chyba zarowno gra jak i z nich pije. Osiolki z sciennych malowidel tez wygladaja jakby mocno zapodaly sobie wina ;)

Obrazek

Obrazek

Taki remont raduje dusze. Ostatnim razem martwilam sie, ze tak sympatyczne miejsce sie zawali i zniknie. A tu mila niespodzianka. Fakt, ze zmienilo sie to, ze za korzystanie z cieplych kapieli sie placi. Ale 10 zl za 3 dni mozna zainwestowac :)

Basenik ma bardzo przyjemna temperature. Zwlaszcza wieczorem jak sie wlezie to sie bardzo nie chce wyjsc. Czlowiek by siedzal, plywal, pluskal nogami. Kabaczę jest zachwycone ciepła aromatyczna woda. Chlapie niemilosiernie machajac z radosnym kwikiem wszystkimi konczynami. Niucha noskiem, z zaciekawieniem przyglada sie swoim nozkom zanuzonym w mętej cieczy. Sądny dzien zaczyna sie kiedy postanawiamy ją wyjsc. Az dziw ze sie nie zlatuja ludzie sprawdzac czy nikt nie morduje niemowlęcia… Jedna trzecia ekipy zdecydowanie postanowila przejsc na wodny tryb zycia i nocowac w zrodle… Codziennie wyjscie ze zrodel wyglada tak samo- wynoszenie wierzgajacego tłumoczka na syrenie okretowej ;) W pelni rozumiem jej rozpacz, mnie tez zawsze jest niezwykle smutno opuszczac to przemile miejsce…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W pobliskiej rzece miejscowi łowia rybki za pomoca przyrzadu bedacego skrzyzowaniem wedki i sieci. Wschodnia mysl techniczna zawsze spotyka sie z moich ogromnym podziwem i zachwytem nad nowatorstwem i praktycznoscia :)

Obrazek

Przez pole namiotowe przewijaja sie rozni turysci, dominuja motocyklisci. Jest Wasia i Sasza, dentysci z Zaporoza. Wszystkim rozdaja wizytowki swojego gabinetu. A nuz jaki Gruzin zapragnalby wyleczyc ząbki na Ukrainie? Nam tez goraco polecaja, ze bedzie to duza oszczednosc ze wzgledu na korzystny dla nas kurs hrywny. Chlopaki przyjechali na motorach, zwiedzili skalne miasto i teraz pija ostro czacze z miejscowymi. Za jakas godzine maja zamiar znow osiodłac swoje maszyny- i jakos noca dojechac do Batumi. Szacuja droge na jakies 7 godzin. Miejscowi im powiedzieli, ze nie ma sie co bac policyjnych alkomatow- najwyzej da sie w łape. To i Ukraincy sie nie boja, zapodajac do baru po kolejna baryłke czaczy. Maja ciekawe koszulki, z napisem “Kosmos bedzie nasz albo niczyj” i obrazek ksiezyca, a na nim motocykl, na ktorym siedzi Taras Szewczenko w kombinezonie kosmonauty. Wasia bardzo narzeka na utrate Krymu, kiedys jezdzili tam co chwile, w koncu maja tak blisko. Teraz wiecej formalnosci, trzeba wyjezdzac ta sama droga ktora sie wjechalo, nie mozna jechac Arabatką, ktora uwielbiali. A i miejscowi patrza na nich jak na wrogow. Byli na wiosne. Ale mowia, ze jest inaczej, ze cos “w powietrzu” sie zmienilo.. Nawet kumple z Symferopola ich nie wpuscili do domu, bo "nie potrzebuja faszystow". A jeszcze trzy lata temu razem pili i jezdzili motorami po plazach, nie bylo pomiedzy nimi podzialow... Narzekam wraz z nimi, bo Polacy to juz calkiem przechlapane z tym Krymem teraz maja…
Chlopaki slowa dotrzymuja, gdy pokazuje sie dno w kolejnej flaszce, zegnaja sie wylewnie z Gruzinami, sa usciski na niedzwiedzia, jakies zapewnienia o braterstwie i "wspolnych korzeniach" , jakies łzy nawet- po czym siadaja na swe rumaki i z rykiem silnikow odjezdzaja, jeden nawet popisuje sie stajac na tylnym kole, co spotyka sie z gromkimi oklaskami zgromadzonych w barze.

Jest para z Polski, studenci. Zachwycaja sie kartami do metra w Tbilisi, ze taaaaakie nowoczesne! Chwalą, ze lot do Gruzji kosztowal ich ponizej 100 zl. Fajnie tak spedzic wakacje i nic nie wydac. Zabrali ze soba 10 pasztetow z Polski i tym zamierzaja sie zywic, tylko chleb kupowac. Minus taki, ze w tej Gruzji nie ma nic ciekawego, a poza tym ludzie niemili. Na stopa faktycznie biora, ale nikt im jeszcze nic nie dał. A liczyli, ze beda dostawac jedzenie i lokalne podarki. Tak pisalo w internecie. Ale zawsze mozna sie troche poopalac i odpoczac. Pozniejszym wieczorem chyba przez godzine okupuja kibel. Włażą razem do jednej kabiny, a ze srodka dobiegaja histeryczne smiechy i jakies wypowiedzi pol po polsku, pol po angielsku, zupelnie bez ładu i skladu. Sugeruje to, ze cos oprocz pasztetow jeszcze z soba zabrali ;)

Jest dwoch sympatycznych Chorwatow, z ktorymi wymieniamy sie interesujacymi miejscowkami i wzajemnie zaznaczamy na mapach ciekawostki. Od nich pierwszych dowiaduje sie smutnej nowiny, ze Kupari ktos kupil i ponoc bedzie to koniec chorwackiego kurortu widmo…

Jest jeszcze Aleks- egzaltowany motocyklista z Petersburga, ktory albo rozplywa sie w zachwytach i siega niebios, albo wpada w otchłan rozpaczy. Cala jego podroz ma charakter strasznie emocjonalny. Poza tym uparł sie jak osioł, zeby gadac do nas po angielsku. Mimo prosb ze strony mojej i Chorwatow- nie odpuszcza. Mam wrazenie, ze upaja sie kazdym angielskim slowem ktore wypowiada. Trąca to naprawde jakims absurdem i musi wygladac komicznie jakby sie ktos przyjrzal z boku. Ja z Chorwatami rozmawiam po rosyjsku, a koles wyraznie na nas wymusza aby mu odpowiadac po angielsku. Toperz cos tam z nim rozmawia, Chorwaci troche tez ale widac ze sie męcza. Na dodatek Aleks co chwile odbiega w bok kilka metrow, wyciaga kamerke na kiju i relacjonuje do niej przebieg rozmowy- co powiedzieli Polacy, co powiedzieli Chorwaci. Juz nie po angielsku. Oczywiscie kazdy temat potwornie wyolbrzymia. My powiedzielismy, ze fajne sa cieple zrodla- do kamerki leci “ze miejsce jest nadzwyczajne, zjawiskowe i kapiel w takowych odmienila zycie moich polskich przyjaciol”. Gdy Chorwat mowil, ze po chinkali w Achalcyche bolal go troche brzuch, petersburscy odbiorcy dowiedza sie, ze w Gruzji mozna sie powaznie zatruc nieprzebadanym miesem i tylko litr czaczy jest w stanie nas uratowac przed smiercia i pasozytami”. No coz.. Dobrze, ze od czasu do czasu leci na strone z ta swoja kamera, mozna wtedy przynajmniej na spokojnie z Chorwatami pogadac.

Rano sie okazuje, ze ktos powiesil na drzewie nóżki..

Obrazek

Na skraju pola stoi biały barak mnichow. Kilka lat temu mieszkali w skalach Vanis Kwabebi. Ale ponoc tu im wygodniej, tam bylo trudniej ogrzac. Maja satelite, wożą sie terenowym pick-upem. Co ciekawe jeden z mnichow nie rozstaje sie z zakonnica, zawsze sa razem, i w aucie, i w baraku, i w knajpie, i podczas kapieli w zrodlach. To chyba pierwszy koedukacyjny klasztor jaki mam okazje spotkac na swej drodze :) Bycie zakonnica nabiera dla mnie nowego wymiaru- moze to calkiem nieglupi zawód?

Obrazek

Obrazek

Po trzech dniach, kolejnego poranku , znow probujemy zaplacic w knajpce za nasze zarcie, z dzis, wczoraj i przedwczoraj. Kilka porcji chinkali, chaczapuri, herbaty, kawy, kilka litrow domowego wina, no i jeszcze za namiot i zrodla. Obsluga zawsze odklada to na pozniej, a gdy juz prawie sie udaje uregulowac rachunek, to Waża -gospodarz wybiega przed lokal bo akurat przyjechal ktos znajomy i trzeba witac i bawic rozmowa. To nic, ze ja tam kwitne pol godziny. Widac nie tylko nas dotyczy ten proceder, w czasie wertowania zeszytu (w nim sie zapisuje kto co zjadl) wychodzi na jaw, ze kilka dni temu ktos zapodal niezla supre i odjechal bez placenia. Wsrod obslugi robi sie niewesolo, ze ktos nie dopatrzyl a to naprawde niemale pieniadze. Wiec zaczynaja biegac w kolko łapiac sie za glowy, oczywiscie znow zapominajac, ze siedze tam z kasa w łapie i chetnie bym sobie juz poszla gdzie indziej. Potem wlasciciel knajpki wraca, troche uspokojony, gdzies dzwonil, moze udalo sie skontaktowac z ta ekipa? Wraca i zaczyna mi pokazywac zdjecia z roznych imprez ktore sie odbywaly w tym lokalu, a to sylwester, a to chrzciny kuzyna szwagierki bratanicy, a to zimowe kapiele w zrodlach. Aaaaaaaaa!!!!! A ja myslalam, ze to ja nie lubie pospiechu, zamulam bez powodu i wszyscy musza na mnie czekac. W Gruzji jestem demonem szybkosci i pospiechu :) Ostatecznie udaje sie sprawe zalatwic pomyslnie ostatniego dnia- zwiniety namiot, spakowany majdan i stojaca pod drzwiami skodusia na wlączonym silniku chyba byla twardym argumentem. Waża ostatecznie nie liczy nam za namiot- w koncu tyyle zjedlismy! Milo! Napewno zawsze tu bede chetnie wracac!

Odwiedzamy jeszcze drugie cieple zrodla, polozone troche głab doliny. Jest tam rura sikajaca goraca woda do sadzawki, a wszystko w pieknych naciekach mineralnych.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kiedys bylo tu cos wiekszego, sa ruiny pelne jakiegos sprzetu, licznikow, pomp, butli.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu tez jest zadaszony basenik, z woda na tyle goraca, ze nie mozemy wlozyc do niej calego kabaka. Tylko moczymy jej nozki. Ja chwile plywam, ale chyba to lepsza opcja na chlodne pory roku. Gdy wychodze z tego kotła na upalny, rozprazony sloncem dzien to troche mi sie robi słabo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Oprocz nas moczy tylki jakas rodzinka z Rosji, ktorzy strasznie sie ciesza, ze droga przez Kazbegi zostala na dniach otwarta. Mieszkaja w rejonie Soczi a w ta strone musieli do Gruzji jechac przez Dagestan i Azerbejdzan! Jak spod ziemi wyrasta tez pan w ciemnych okularach ktory pobiera haracz za wstep do basenu. Kim jest nikt nie wie, ale wszyscy grzecznie placa. A w knajpie mowili, ze te zrodla sa darmowe….

Wszystkim przyglada sie jakis mały ptaszek.. Troche wyglada na piskle ktore wypadlo z jakiegos gniazda i jest lekko zagubione...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » ndz 18 gru, 2016 12:30

Kolejnego dnia odwiedzamy Tmogvi. Odbijajac w boczna droge zauwazamy wodospad utworzony przez kolejne cieple, mineralne zrodlo. Kaskada jest zupelnie niewidoczna z glownej szosy i nie skrecajac w bok kazdy ją przegapi. A naprawde robi wrazenie. Narosłe bulwy o rażących kolorach w ktorych dominuje pomaranczowy, przeplatany czerwienia i zielenia. Po tym ciurka woda. Nie ma jak podejsc, najpierw trzeba by sforsowac rzeke, ktore jest tu dosyc gleboka. Od strony szosy jest zjazd do jakiegos mini zakladu przemyslowego, ni to przepompownia, ni to co.. Basenikow nie ma, sa jakies baniaki, rury. Wodospad wyplywa z okolic tego zakladu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idziemy poszukac skalnego miasta. W oddali widac jego otwory. Tym razem kładka jest 12 tonowa!

Obrazek

Obrazek

Przy szosie stoi tabliczka informujaca o skalnym miescie, acz potem nie ma nawet sciezki. Trzeba przełazic przez płoty i prawie torowac sobie droge maczeta przez chaszcz. Albo my idziemy do jakiegos innego skalnego miasta?. Czemu akurat do tego ustawili kierunkowskaz?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W skalach jest wykutych kilkanascie pieczar, przechodzi sie z jednej do drugiej waskimi korytarzykami lub okienkami. Oczywiscie jestesmy tu sami. Ktos jednak czasem tu bywa - widac slady ogarkow swiec.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Potem planujemy dotrzec do twierdzy. Polozona jest na skalistej gorze, ktora pionowymi scianami opada do rzeki. Z drogi miejsce zdaje sie byc zupelnie niedostepne.

Obrazek

Kiedys, ponoc z poziomu rzeki prowadzil na gore tunel wykuty w skalach. Przetrwaly chyba jakies jego fragmenty, widac nad lustrem wody jakies schodki, wyzej jakies murki opadajace ostro w dol i przyczepione do skal...

Obrazek

Obrazek

Postanawiamy obejsc gore z drugiej strony. W tym celu przełazimy przez klimatyczna, chybotliwa kładke. Tym razem przeznaczona dla ruchu chyba wyłącznie pieszego.

Obrazek

Obrazek

Zaraz za mostkiem sa dziwne bialo-szare skaly zbudowane jakby ze żwirku pozlepianego błotem

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kabak mimo ciaglego smarowania kremami z wysokim filtrem brązowieje w oczach. Jeszcze nas nie wypuszcza z tego kraju i stwierdzą, ze chcemy przemycic do Polski Gruziniątko ;) Juz kilka osob pytalo- “czemu tak malemu dziecku farbujecie wloski? U was w kraju tak sie robi?”. No tak, czarne oczka, smagły pyszczek i ta jasna czupryna do tego pasuje jak kwiatek do kozucha ;) No wiec z racji takich roznych spraw dzis po raz kolejny wedrujemy z parasolem.
Wiele razy slyszalam, ze parasol w gorach to wielki obciach- ale chyba tylko w czasie deszczu! :P

Obrazek

Stepowymi gorami pniemy sie dalej.

Obrazek

Zamek od tej strony okazuje sie byc calkiem dostepny!

Obrazek

Aby dotrzec do wnetrza murow i baszt trzeba sie troche wspiąć wiec dalej ide sama. Ze zdjecia skala sie wydaje pionowa ale jest sciezka, ktora wchodzi lagodniej od prawej strony.

Obrazek

Obrazek

Toperz zostaje z kabakiem w kamiennej bramie. Napredce sklecona zabawka cieszy sie wielkim zainteresowaniem.

Obrazek

Potem siedzimy dlugo przy drodze gapiac sie na wąwoz, na uskok plaskowyzu, na szose w dolinie, ktora smigaja auta, na szemrzaca gdzies w dole rzeke.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Fajnie stad widac dziwne skaly po drugiej stronie drogi,ktore wygladaja jak zastygla lawa.

Obrazek

Jakies kolejne skalne miasta wylonily sie zza wzgorz.

Obrazek

Obrazek

Jest tez skala o sporym pęknieciu ktora nazwalismy “dupa słonia”.

Obrazek

A tu druga ciut podobna.

Obrazek

Fajny kosciolek widac tez w oddali. To chyba juz nie Tmogvi? To chyba Nokalevi..

Obrazek

Nikogo dzis nie spotkalismy na wycieczce. Pusto, cicho.. A rzut beretem od Wardzi…

A to wioska, do ktorej planujemy dostac sie jutro! (ta na na gorze)

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 19 gru, 2016 11:19

Dzis mamy plan aby dotrzec do wioski Afnia, ktora jest polozona na skraju plaskowyzu i mamy podejrzenia, ze jest stamtad ladny widok. Prowadzi tam droga, ale zdecydowanie nieskodusiowa. Planujemy wiec isc piechota. Widac zakosy drogi ryjacej sie zboczem, domy na skraju i spory słup, ktory mamy zamiar obejrzec z bliska (prawa krawedz zdjecia)

Obrazek

Poczatkowo wybieramy zla droge, ktora wyprowadza nas pod szalasy pasterskie gdzies na ¼ wysokosci wzgorza.

Obrazek

Widac stad pole namiotowe, widac twierdze w Tmogvi gdzie bylismy wczoraj..

Obrazek

Ale nie widac perspektyw na kontynuowanie wycieczki.. Dalej chaszcze i skaly. Gruzja jest dosyc slabym miejscem do chodzenia po gorach na przelaj, bo nagle moze wyrosnac przed nami pionowa sciana.. Ze smutkiem cofamy sie. Juz nawet rezygnujemy z dotarcia na gore. Widzimy zakosy serpentyn przecinajace zygzakiem wzgorze ale nie mozemy cos znalezc wlotu tej drogi. Idziemy w takim razie zobaczyc opuszczony dom nad Wardzia. Dom obecnie sluzy jako oborka tzn jego dolny poziom, bo schody na gore sie obwalily. Ogrodek porastaja aromatyczne chwasty, ktore krowki wciagaja z niemalym zapalem. Ciekawe czy ma to jakies przelozenie na wlasciwosci mleka? ;)

Obrazek

Obrazek

I nagle okazuje sie, ze zaraz za domem ida serpentyny tej wlasciwej drogi na Afnie. Stad jednak widac wyraznie, ze to straszna wyrypa. Siadamy wiec na poboczu i czekamy na stopa. A nuz cos pojedzie. A jak nie pojedzie to trudno.

Obrazek

Obrazek

Fajnie stad widac nasz namiot!

Obrazek

I “glowne” tutejsze skalne miasto.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stadko krow przechadza sie skrajem szosy.

Obrazek

A my delektujemy sie spokojnym wczesnym popoludniem przy zapomnianej drodze.

Obrazek

Dobrze ze rejon obfituje w zabawki!

Obrazek

Po godzinie lub dwoch pojawia sie terenowka,nalezaca do jakiejs organizacji ochrony przyrody, jakis sluzb mundurowych, straznikow czegos tam.. Na dachu maja takie swiatla niebieskie jak policaje. Chyba sobie dorabiaja wozac po okolicy turystow z Tbilisi. Wnetrze kabiny jest dosc zapchane, wiec sadowimy sie na pace. Droga ryje serpentynami cale zbocze, kolejnymi zakosami powoli wspina sie do gory. Cala ma dlugosc chyba 10 razy wieksza niz byloby to w linii prostej. Mijamy kilka stad krow kupiących sie glownie nad wodopojami.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Znad horyzontu wylania sie coraz wiecej pagorow a w koncu pojawiaja sie moje ulubione Gory Samsarskie!

Obrazek

Sama Afnia jest dosc dziwna, nie przypomina innych gruzinskich wsi. Predzej wyglada jak osiedla uchodzcow kolo Gori. Wiekszosc domow jest zbudowana wedlug tego samego wzorca. Czesc z nich jest zamieszkana, a inne wogole nie zostaly ukonczone.

Obrazek

Obrazek

Na skraju urwiska

Obrazek

Obrazek

Nasz stop i sesja zdjeciowa turystow ze stolicy.

Obrazek

I "słup"- ten widziany z dołu. Tak naprawde jest jakims bardzo duzym baniakiem (silosem?) z zardzewialego metalu

Obrazek

Obrazek

Spotykamy tez osła w kolorze bzu ;)

Obrazek

Ogladamy kosciolek, do ktorego bezskutecznie probujemy sforsowac drzwi. A potem sie okazuje, ze sa drugie, otwarte. Taki maly budynek i dwoje drzwi!

Obrazek

Obrazek

W srodku dosc skromny wystroj, duzo malych swietych obrazkow

Obrazek

Nie wiem czy to Jezus, czy jakis lokalny swiety ale bardzo przystojny :P

Obrazek

Krzyz pokutny?

Obrazek

Ekipa z dwukolowego wozka wita nas ormianskim pozdrowieniem i sa bardzo zdziwieni, ze odwiedzilismy ich wioske.

Obrazek

Obrazek

Wracamy pieszo, nic nie jedzie, no ale my nawet nie planujemy łapac stopa- w dol to sie zawsze idzie przyjemnie. Poza tym na spokojnie nacieszymy sie widokami na wąwoz i gory ktorych z Wardzi nie widac..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu drugie cieple zrodla “z lotu ptaka”

Obrazek

Tu mało goscinny klasztor Gorna Wardzia

Obrazek

Ciekawe jaki procent gruzinskich krow ginie tragicznie spadajac ze skal?

Obrazek

Na jednej z gorek udaje sie wypatrzec jakis kamienny budyneczek. Chyba kosciolek? Na mapie nic tam nie mam- ani drog, ani zabudowan... Szkoda, ze zdechl mi aparat z dobrym zoomem.. Od strony wawozu raczej sie tam nie dotrze.. Predzej ta droga co szla za twierdze w Tmogvi. Kiedys tam sie wybierzemy- ale chyba nie tym razem…

Obrazek

Obrazek

Za Afnia, tez na krawedzi skarpy stoja jakies zelazne konstrukcje niewiadomego przeznaczenia..

Obrazek

Tu na poloninach chyba widac jakies bacowki…

Obrazek

Dlugo by mozna sie tu wloczyc, a im dalej sie pojdzie, tym wiecej widzi sie kolejnych miejsc, ktore tez by sie chcialo odwiedzic…

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » śr 21 gru, 2016 16:59

Jedziemy do Ahalkalaki. Na obrzezach wreszcie sie udaje zatrzymac przy pewnym mostku. Most ten jest wyjatkowy bo zostal wykonany z kolejowego wagonu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kawalek musieli go przytargac- linia kolejowa konczy sie kilka km stad, po drugiej stronie miasta. Co mysmy sie tego mostu naszukali 4 lata temu. Krazylismy kilka godzin, wszedzie rozpytujac i nikt nie byl nam w stanie wskazac wlasciwej drogi. Znalezlismy kilka innych mostow, w tym ciekawa i widokowa kladke nad wąwozem ;)

Obrazek

A wagon mignal nam za oknem gdy juz miasteczko opuszczalismy- stopem, wiec glupio bylo prosic o zatrzymanie sie z tak blahego powodu. Dzis mozemy parkowac gdzie chcemy i delektowac sie czym mamy ochote. Niestety most nie stanal na wysokosci zadania i przez te lata zdazyl na tyle przerdzewiec, ze pokonanie nim rzeki stalo sie niemozliwe. Albo przynajmniej “mocno utrudnione”. Ciekawe jak wygladal 4 lata temu?

Zaraz obok jest zrodelko i kosciolek na skarpie.

Obrazek

Wnetrze swiątyni wypelniaja obrazki tematyczne w ilosci duzo, chyba przynoszone tu przez wiernych. Sa wiec puzzle z ostatnia wieczerzą, trojwymiarowy Chrystus mrugajacy oczami i rozni swieci opisani w przynajniej trzech jezykach. Jest tez rozowa osmiorniczka z plastiku o wielkich zdziwionych oczach. Wygalada na to, ze trafila tu przypadkiem i chyba czuje sie nieswojo. A moze wlasnie ona ma do opowiedzenia najciekawsza historie? Musze nastepnym razem zabrac jakies swiete obrazki z Polski- i bede je zostawiac w takich gorskich kosciolkach!

Obrazek

W Ahalkalaki jestesmy umowieni z Ryzanna. Poznalismy sie dwa lata temu gdy biwakowalismy wsrod ruin lokalnej twierdzy, a ona przyszla tam z rodzina na spacer. Dzis idziemy do niej w odwiedziny, ale dopiero po 15 gdy wyjdzie z pracy. Poki co jedziemy odwiedzic okolice przykolejowe i zobaczyc co tam slychac. Stacyjka jest opuszczona, tory zarasta trawa a nieopodal budynku zgromadzono stare wagony.

Obrazek

Obrazek

Najbardziej mi zal, ze jest juz nieczynna “chinkalnaja” - wyglada na knajpe z gatunku takich, jakie lubie najbardziej.

Obrazek

Po drodze mijamy bloki z kominkami gigantami ujetymi w cale kiście. Wiele razy widzialam bloki gdzie ludzie dogrzewaja sie piecykami a rura przebita jest na zewnatrz. Ale czemu te rury ida az tak wysoko nad dach? Czyzby sasiedzi z wyzszych pieter skarzyli sie na np. okopcone pranie?

Obrazek

Z Ryzanna umawiamy sie przy twierdzy. Bo chyba nie ma szans abysmy odnalezli jej dom w platanie uliczek. Wsrod starych murow bez zmian- krowy sie pasą, atmosfera przyjemna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

U Ryzanny w domu czeka juz stol zastawiony pysznosciami- jest tolma w ciescie, bakłażany nadziewane mielonymi orzechami, chlebek faszerowany kapusta w przyprawami, ktorego smak powoduje, ze czuje sie zupelnie jak na Wigilie, sa kawalki roznych grilowanych mięs, owoce i dzbany domowego soku z malin. W knajpie nigdy jedzenie nie jest tak dobre... Co dziwi nieco w tych regionach- nie ma na stole zadnego alkoholu.

Obrazek

Obrazek

Akurat trafilismy w taki termin, ze nie jestesmy jedynymi goscmi u Ryzanny- przyjechala na tydzien rodzina z Rosji- z Krasnodaru. Jest wiec nas spora gromadka- my w trojke, Ryzanna z synkiem Wadikiem, dziadek i dwojka dzieci z Rosji i dwie babki, odnosnie ktorych nie połapalam sie czy sa miejscowe czy przyjezdne. Sprawe identyfikacji utrudnia fakt, ze gdy spotkalismy sie poprzednio- rodzina z Krasnodaru tez byla w Ahalkalaki. Wszyscy oczywiscie sa Ormianami, co w tym miescie nie powinno nikogo dziwic. Najbardziej rozmowny jest dziadek, emerytowany wojskowy, ktory pol zycia sluzyl w Niemczech, w Magdeburgu, a po 90- tym roku zostal przeniesiony na Bialorus. Przez Polske jezdzil pociagiem tranzytowo setki razy. W pamieci zostal mu glownie drobny handel, rozne wymiany z lokalna ludnoscia w czasie dluzszych postojow. Swiat dziadka jest prosty i jednoznaczny. Nie ma w nim miejsca na inne spojrzenia i odcienie szarosci. W jego swiecie wszystkie kraje (z Ameryka na czele) pragna skrzywdzic Rosje, oslabic ją i podbic. Kraj ten jednak nie poddaje sie nikomu i niczemu i na dodatek jeszcze wszystkim bezinteresowanie pomaga (rowniez swoim oprawcom). Jedna jedyna Armenia poznala sie na rosyjskiej dobroci i jest wdziecznym i wiernym przyjacielem. Jakakolwiek dyskusja oczywiscie nie ma racji bytu. Co ciekawe przy probie rozmowy dziadek sie nie denerwuje, najwyzej wpada na wyzsze poziomy uduchowienia.

Wszyscy probuja zabawiac kabaka, ktory jest dzis wyjatkowo niegrzeczny. Zwlekaja dziesiatki zabawek- misie, migajace swiatelkami samoloty, nakrecane myszki i klocki, ktore robia "bip" jak sie na nich usiadzie. Babcie nosza na rekach, Wadik probuje brac na barana. Kabaczę interesuje sie tylko pełzaniem po dywanie w kierunku gniazdek elektrycznych w scianach, przyspieszajac na zakretach.

Zostajemy tez wciagnieci w rozmowe na temat piekna Batumi, ktore wszyscy tu zgromadzeni odwiedzaja kazdego roku. Na tym etapie nie mamy wyjscia i tez musimy potakiwac, bo wyjawienie prawdziwych naszych odczuc na temat tego miasta (jak i calego gruzinskiego wybrzeza) byloby sporym nietaktem i moglo zwazyc mila atmosfere ;)

Obrazek

Obrazek

Z racji na duza ilosc przyjezdnej rodziny nie mozemy zostac na noc u Ryzanny bo w domu totalnie nie ma gdzie nas polozyc a ogrodek nie nadaje sie do rozbicia namiotu (albo kwiatki albo grzadki). Nie krzywdujemy sobie bo od dwoch lat mamy juz upatrzony hotelik, w ktorym koniecznie musimy zanocowac. Polozony jest na obrzezach miasta przy wylocie na Ninoncminde. Co najsmieszniejsze - Ryzanna wogole nie wiedziala o jego istnieniu i polecala nam jakis 5 razy drozszy, twierdzac ze jest najtanszy w miescie :) Najpierw zegnamy sie przed domem a potem jednak cala rodzinka postanawia nas odeskortowac pod hotelik.

Obrazek

Po drodze zagaduje nas jeszcze policja, chyba sa zdziwieni, ze po ciemku w plataninie malych uliczek wlocza sie dwa auta na zagranicznych blachach.

Nasz hotelik to pietrowy budynek z dlugim balkonem. Boczna sciane ma udekorowana starym napisem "slawa trudu". Po korytarzu buszuje maly kotek, babka, ktora dosc nachalnie oferuje swoja pomoc przy kabaku i chlopak, ktory chcialby wyjechac do Polski do pracy i bardzo dokladnie wypytuje nas o rozne szczegoly zycia w naszym kraju a spostrzezenia notuje w kieszonkowym zeszyciku. Kreci sie tez wlasciciel, ktory przyjezdza czarnym merolem, na ktorym nie ma nawet pyłka czy plamki i caly blyszczy sie jak psu... nos ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

O 6 rano budzi nas hymn ZSRR dudniacy z korytarza. Ja rozumiem, ze napis na scianie budynku zobowiazuje- ale dlaczego u licha o tak nieludzkiej godzinie?? Wylaze na korytarz. Przed wlaczonym telewizorem siedzi ekipa w komplecie- wlasciciel, babka, chlopak i kotek. Leci jakis film historyczny gdzie akurat odbywa sie defilada. Wszystko ladnie pieknie ale z ta pobudka to odrobine przegieli.

W Ahalkalaki odwiedzam tez apteke. Wogole na tym wyjezdzie odwiedzam duzo aptek- mozna tam kupic gotowe i niepsujace sie zarcie dla kabaka. Biorac pod uwage specyfike wyjazdu to jakbym zaczela sie bawic w gotowanie na marusi- to na zwiedzanie juz by czasu braklo ;) A wiec gruzinska apteka zwykle wyroznia sie tym, ze jest swiezo wyremontowana a wnetrze wyglada bardzo nowoczesnie. (z wyjatkiem tej jednej na trasie Anaklia-Zugdidi, gdzie sprzedawano tez chleb, wodke i plazowe piłki a babka siadywala na fotelu dentystycznym ;) ) Apteka przewaznie jest polaczona jakby ze sklepem dla dzieci i mozna kupic smoczki, nocniki, wózki, zabawki itp. Za okienkiem zwykle uwija sie 5 do 7 osob, ktore biegaja w kolko i ciezko jednoznacznie stwierdzic czym sie zajmuja. Zwykle nie wiecej niz dwie z nich podchodza do komputera i wbijaja tam zakupy. Proces sprzedazy lekarstw trwa kilka razy dluzej niz w Polsce, bo kazdy produkt musi byc kilkakrotnie podany z rąk do rąk, odstawiony i ponownie podniesiony. Leki dostaje sie bez recepty wedle uznania. Antybiotyki, antykoncepcja, silne leki na depresje a nawet psychotropy sa wylozone na polkach. Wiekszosc lekow pochodzi z importu z Rosji i Ukrainy i jest opisane cyrylica, najwyzej ma naklejki gruzinskie. Kilkakrotnie widzialam naklejone odreczne opisy, wykonane chyba przez personel apteki. Zakupy jednak zwykle przebiegaja bezprobemowo, tylko trzeba uzbroic sie w cierpliwosc i poswiecic na nie wiecej czasu niz w Polsce czy na Ukrainie (w innych krajach nie korzystalam z uslug aptek wiec nie mam porownania). Apteka w Ahalkalaki jednak przeszla wszelakie wyobrazenia. Dzis wyjatkowo oprocz kabaczego zarcia chce zakupic nurofen i tabletki na gardlo. Obsluga przynosi mi zupelnie co innego- zamiast nurofenu dostaje lek na potencje, jakis tez na "N". Wlasciwe tabletki musze sobie sama wyszukac w szufladkach, obsluga nie ma problemu aby mnie wpuscic na zaplecze i pozwolic buszowac po polkach. Wystarcza ustna deklaracja, ze ja tez pracuje w aptece i "sobie sama znajde". Naprawde wiara w drugiego czlowieka i zaufanie do niego jest wrecz rozczulajace. Znalezione dwa lekarstwa klade na ladzie a babka pakuje je do dwoch osobnych reklamowek, w ktorych zmiesciloby sie pol swini. Ja grzecznie staje w kolejce. Chwile pozniej dostaje metr paragonu. Moje siatki dalej leza za okienkiem. Na prosbe dostaje siatke z lekarstwami ale inna (wciaz staram sie nie utracic kontaktu wzrokowego z moimi siatkami). Skoro nie odpowiada mi siatka, ktora otrzymalam, prosza mnie o pokazanie paragonu, ktory juz odruchowo zdazylam zmiąć i wywalic do kosza. Nie mam w zwyczaju trzymac tego gownianego swistka gdy kupuje drobne rzeczy, ktorych nie planuje reklamowac i uwazam go za jeden z bardziej idiotycznych wymyslow dzisiejszych czasow. Dla gruzinskich aptekarzy jest to "dokument" i jest bardzo wazny. Mam teraz w rece siatke psychotropow i musze udowodnic, ze ich nie chce. Ide grzebac w koszu. W jego wnetrzu jest juz kilkanascie paragonow, wszystkie metrowe jak moj, wszystkie zmięte. I wszystkie oczywiscie w lokalnych robakach! Ratunku! Chyba gardlo mnie juz przestalo bolec.. Rozwiazaniu calej sytuacji nie pomaga fakt, ze w aptece jest tez Rosjanka, ktora kupila swojemu dziecku 20 jogurtow. Jednym z nich probowala nakarmic synka juz aptece ale jogurt wybuchł. Nie wiem jak kto wygladalo bo w czasie "eksplozji" kopalam za nurofenem na zapleczu. Moge ogladac tylko skutki - w jogurcie jest matka, dziecko, dwie panie z obslugi, szybka ekspedycyjna i spory kawalek podlogi. Na jogurcie poslizgnal sie dziadek. Rosjanka krzyczy, ze ona tych jogurtow juz nie chce, chce je oddac i żąda zwrotu pieniedzy. W dwoch okienkach drukują wiec płachty papieru, ktorymi mogliby sie okrecic (przypuszczam ze sa to protokoly zwrotu na jogurty). I wlasnie wtedy konczy sie tusz we wszystkich drukarkach... Udaje mi sie zakrasc i podmienic siatki, gdy wszyscy sa zajeci wspolnymi probami otwarcia drukarki. Poszkodowana jogurtowo dostrzega we mnie niemiejscową wiec automatycznie staje sie powierniczka jej żalow zwiazanych ze "zmarnowanymi wakacjami". Bo tu ani knajpy, ani stacje benzynowe, ani apteki, ani traktowanie kobiet nie odpowiadaja standardom, do ktorych przywykla w Moskwie. Dlatego dzis jest ich ostatni dzien w Gruzji. Zaraz wjezdzaja do Armenii, z nadzieja ze tam bedzie lepiej.. Coz.. kiwam tylko glowa po przekątnej i tylko sie zastanawiam ile czasu minie zanim zatęskni za Gruzja ;)
Nie wiem czy w tej aptece byl monitoring, ale jesli tak - to duzo bym dala za mozliwosc dostania w swoje rece nagrania z tego dnia!

Sniadanie zjadamy w nowej knajpce "Kavkaz", ktora powstala w budynku obok dobrze znanego nam burdeliku na wylocie z miasta na Turcje.

Obrazek

Zjadamy tam odżachuri jako ze takiej nazwy potrawy jeszcze nie spotkalismy. Okazuje sie to byc grilowanym miesem z zapiekanymi ziemniakami i warzywami. Smaczne acz nie jakies unikatowe. Zapewne wiele razy w zyciu juz jadlam "odżachuri" nie majac tego swiadomosci ;)

Obrazek

Potem jeszcze wracamy do centrum gdzie mamy sie spotkac z Ryzanna, ktora na chwile urywa sie z pracy aby nam pokazac cerkiew ormianska. Dzis przy niej trwaja jakies "prace spoleczne". Dzieci szkolne zamiataja, grabia rabatki.

Obrazek

Jest oczywiscie tez chaczkar

Obrazek

Przechodzimy tez kolo kasyna, na schodkach ktorego stoi babuszka i widac, ze sie waha czy oddac sie hazardowi czy tez nie.

Obrazek

Ciekawe bylo jeszcze ogloszenie. Ktos mial mocne parcie na wynajecie tego mieszkania, bo napisal az w trzech jezykach. A moze tutaj to normalne i wlasnie tak sie robi?

Obrazek

Ahalkalaki jest jedynym miejscem w Gruzji, ktore odwiedzilam juz po raz trzeci. I wciaz nie zmienilam zdania, ze to moje ulubione gruzinskie miasto i zawsze chetnie bede do niego wracac- do pylistych zaułkow oplecionych pajeczyna kabli i rur, do widokow na Gory Samsarskie, do pelnej krow twierdzy i oczywiscie do zapoznanych tu znajomych.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

wiecej zdjec z miasteczka

2012
https://goo.gl/photos/4SgaaGve2aLXpoT58

2014
https://goo.gl/photos/uCHRRfQTzoCw7wWU8

2016
https://goo.gl/photos/kXXY56M6SodNxc7d6

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » czw 22 gru, 2016 22:49

W Ahalkalaki musimy podjac ostateczna decyzje na pewien temat- co dalej? Zastanawiamy sie nad tym juz od pewnego czasu, miotajac miedzy roznymi przeciwstawnymi rozwiazaniami. Tu, stojac na skrzyzowaniu, musimy wybrac- albo jedziemy dalej, do Armenii, albo wracamy. Prosta decyzja - albo droga na Ninocminde albo na Achalcyche. Od tego skretu bedzie zalezec przebieg reszty wyjazdu. Armenia kusi bo nie bylismy w niej jeszcze samochodem, ulatwilo by to i przyspieszylo dojazd do wielu miejsc. Z drugiej strony do wielu najfajniejszych miejsc skodusia i tak nie dojedzie.. No i tym samym wciaz bedziemy sie oddalac od domu. Czy potem, na powrocie nie trzeba sie bedzie przez to zaczac spieszyc? Wizja ewentualnej koniecznosci pospiechu przeraza nas najbardziej. Tak latwo przywyknac do sielanki, nieliczenia dni, pozwalania aby los ukladal plany. Skrecamy na Achalcyche… spowrotem ku morzu.. Z perspektywy zimowego wieczoru kiedy to pisze (i mam wizje na kolejny rok juz tylko urlopu o normalnej dlugosci)- troche mi szkoda.. Ale moze wlasnie tak mialo byc? Rozwazajac cala sprawe po czasie zastanawiam sie tez na ile moze bylismy juz troche zmeczeni i podswiadomie tesknilismy za domem?

Powrot oczywiscie nie oznacza - pstryk i lądujemy w Polsce. Szacujemy, ze zajmie on nam okolo miesiaca.

Kolo miejscowosci Chunchkha (spisalam nazwe z mapy- wiem, ze to nie jest polska pisownia ale za cholere nie wiem jak to przeczytac) mijamy ruiny jakiegos kosciolka. Nie chce nam sie juz do niego wspinac, widac, ze to raczej tylko wydmuszka...

Obrazek

Obrazek

Z daleka przygladamy sie twierdzy w Khertvisi. Juz tam nie idziemy, kiedys bylismy, a nawet spalismy naprzeciwko.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jedziemy tez zobaczyc cerkiew Sapara kolo Achalcyche. Droga do niej jest bardzo widokowa, przeklada sie przez malownicze przelecze.

Obrazek

Obrazek

W dole Achalcyche, z plastikowa twierdza z klockow Lego...

Obrazek

Sapara ladnie sie prezentuje z oddali, utopiona w buszu zielonosci. Zdawaloby sie, ze to dzika dolina, zapomniana przez ludzi...

Obrazek

Obrazek

Droga dojazdowa jest w przebudowie. Jak wiadomo mnisi, ktorzy postawili monastyr w odludnej dolinie- musza miec dobry dojazd bo to jest potrzebne do zadumy i kontemplacji. Przy cerkwi kreci sie troche turystow. Miedzy nimi lawiruja walce, spychacze, koparki i inne wydziwiaste maszyny. Droga jest wąska wiec te wszystkie giganty sie tu nie mieszcza...

Obrazek

Obrazek

Opasłe ciezarowki wypelnione zwirem mijaja na grubosc lakieru wypasne bryki “noworuskich”.

Obrazek

Po jezdni plynie smoła. Jak czarne, cieple zrodło, tchnace goracem i charakterystycznym dla siebie aromatem. Podeszwy kleja sie do ciemnej brei.

Obrazek

Jakiejs pańci utkwil obcas w miekkiej, supernowej nawierzchni. Jakas matka ciagnie za kaptur wyjacego kilkulatka, ktory zbyt optymistycznie podlazł do pracujacego walca. Skarpa z jezdnia powoli sie osypuje. Do nowopolozonej drogi zostalo jej z pol metra.

Obrazek

Jakos oczy wszystkich sa wpatrzone w droge i jej gladkosc a skarpa nie przyciaga niczyjej uwagi. Kamienie z gory rowniez spadaja i wtapiaja sie w miekki, nowy asfalt, nieruchomiejac tam na dobre. Jeden z robotnikow probuje je wykuc łopatą. Kawalek dalej sobie odpuscili. Ustawili znak “zwezenie drogi” i wrosniete kamienie leza sobie spokojnie.

Budowa drogi utrudni dostep do biesiadek. Widac odchodzace na lewo i prawo bite drogi, ktore teraz odziela od szosy gleboki row. Miejscowi sa jednak zapobiegliwi- widze kilka osob ktore przywiozly grube dechy. Buduja z nich mostek, po ktorych dosc wypasny merol probuje przedostac sie na miejsce piknikowe. Przy jednej z drog do sosnowego lasku row zostal zasypany piaskiem, zwirem i szlag wie czym jeszcze. Ale grunt ze skutecznie. Dla nas to jedyna szansa na zjazd gdzies w bok wiec tam bedziemy szukac noclegu.

Klasztor Sapara siedzi za murem. Jest tam kilka roznych zabudowan, cerkwie sa chyba dwie, jakies ruiny jakby zamku oraz ocembrowane,rzezbione zrodelko.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W glownej cerkwi siedza zakonnicy o twarzach obozowych kapo i kategorycznie zabraniaja robienia zdjec. Gdy jakis turysta probuje fotografowac komorką, mnich rzuca sie na niego i sila probuje wyrwac telefon. Pilnujacy twierdzi, ze zakaz wynika z tego, ze to “swiete miejsce”. W samej cerkwi jednak znajduje sie sklepik gdzie mozna zakupic rozne pamiatki. To swiete miejsce czy bazar? Fotografia odbiera dusze ale dojenie dutków juz nie? Na scianach sa calkiem ladne malowidla. Przedstawiaja roznych swietych o smutnych twarzach- nic dziwnego, atmosfera nie jest tu za przyjazna. Szybko wychodzimy na zewnatrz. Tu tez jest wiele ladnych zdobien, ornamentow i podrzezbien- rozne motywy zwierzece, podobizny swietych, napisy, gwiazdy, krzyze. Mozna powedrowac wsrod murkow, kolumn i podcieni juz prawie w samotnosci. Wiele miejsc jest pieknych, pod warunkiem, ze zabierze sie z nich ludzi…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na nocleg zatrzymujemy sie w przydroznym sosnowym lasku. Jest to jedno z najfajniejszych miejsc noclegowych na naszej gruzinskiej trasie. Niby zwykly zagajnik, ale czasem miejsce jakos tak emanuje dobra energia, ze wyjatkowo milo sie tam siedzi, jedzenie lepiej smakuje a i spi sie cudownie! Aby bylo jeszcze bardziej swojsko rozwieszamy pranie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdy udaje sie zgromadzic opal na ognisko ( a w popularnych miejscach biesiadkowych nie zawsze jest to proste) znienacka przychodzi burza. Nie trwa dlugo, ale wiatr mocno duje. W wyniku tego caly namiot mamy zasypany igliwiem a pachnie jak w Boze Narodzenie :)

Obrazek

Widoki okoloburzowe zwykle sa ciekawe.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy drodze wedruja krowy. Ciekawe jest, ze za tunelem juz nigdzie nie spotkalismy bykow na wolnosci.

Obrazek

Rano odkrywamy w okolicy jeszcze wiecej miejsc biwakowo-biesiadkowych, ktore sa chyba jeszcze ladniejsze od naszego- tez w lasku lub na jego skraju- ale jednoczesnie z super widokami. Ale tylko dla wedrowcow plecakowych lub posiadaczy terenowek- droga jest przechylona mocno w bok i ma glebokie koleiny…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jakos nie chce nam sie szybko wyjezdzac. Skoro wczoraj nie udalo sie nam ognisko to robimy dzis! Drewno przez noc wyschlo! Nie bardzo mamy cos zeby upiec na ognisku, przypiekamy wiec suchy chleb i ogolnie okadzamy sie dymem. Kabak ochoczo dorzuca szyszki do ogniska a co bardziej dorodne okazy probuje uzywac jako gryzak.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mamy tez teraz czas, zeby na spokojnie zająć sie naprawa naszego dachowego bagaznika, w ktorym powoli acz nieublagalnie zaczyna sie wyłamywac zawias. Byloby niemilo jakby nam spiwory i karimaty pewnego dnia uciekly. Z pomoca przychodzi nam niezawodna srebrna tasma! Bez niej sie nigdzie nie ruszamy! Jak to kiedys nam powiedzial pewien drwal na Ukrainie- byly dwa glowne wynalazki ludzkosci- najpierw koło a potem taśma klejąca!

Obrazek

A po drugiej stronie szosy jest kosciolek. Mielismy do niego isc rano ale zapomnielismy :(

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » śr 28 gru, 2016 18:21

Jedziemy dzis przez Achalcyche. Tutejsza twierdza jest tak wielgasna , ze widac ją chyba z kazdego miejsca w miescie..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolo bazaru zatrzymuje nas policja. Tym razem trafiamy na wyjatkowych skurwieli. Przyczepiaja sie do nas, ze ustawilismy sie do skretu w lewo na niewlasciwym pasie. Znakow stojacych nie bylo. Na jezdni kiedys bylo cos namalowane ale chyba jeszcze za sajuza, teraz wszystko jest zatarte. Mowia, ze dostajemy mandat 10 lari. Nie jest to majatek ale probujemy sie dowiedziec dlaczego akurat my. Na naszych oczach identyczny manewr wykonuje kilka lokalnych aut, w tym marszrutka. Ich nie zatrzymuja. Nie wiem czy udaja, ze nie widzieli, czy miejscowym wolno. Mimo ze przed chwila mowili co innego wypisuja nam kwitek na 20 lari. Pewnie za proby dyskusji a nie klanianie sie w pas.. Taki mandat co wyglada jak paragon i jeszcze trzeba szukac banku zeby go zaplacic. Porozumienie z policjantami jes dosc trudne. Mlodszy twierdzi, ze mowi po angielsku ale przyswoil sobie jedynie liczebniki. Starszy mowi po rosyjsku, ale niewygodnych pytan udaje ze nie rozumie. Z jego wypowiedzi wynika glownie, ze nie lubi turystow i aut na obcych blachach i to byl glowny powod zatrzymania. A jak sie komus w Gruzji nie podobaja to niech wraca do siebie i tu sie nie pałęta.

Potem jedziemy do Abastumani. Czytalam gdzies o tym miasteczku, ze jest wpolopuszczonym dawnym kurortem, z cieplymi zrodlami, sosnowym pyłkiem i atmosfera zapomnienia. Jak tu nie zajrzec po takim opisie? ;)

Zabudowa jest tu ciekawa, nietypowa, nieco inna niz w innych wioskach i miasteczkach w okolicy. Wiekszosc budynkow jest drewniana, domy sa kilkupoziomowe, z balkonikami, werandami, podcieniami, wycinanymi w drewnie koronkami zdobien. Wszystko wyglada jak stare pensjonaty. Troche przypomina mi Nałęczow sprzed lat… Czesc jest opuszczona, w innych mieszkaja ludzie, czesc nadal sluzy pod wynajem dla turystow.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest tez opuszczony i szczelnie ogrodzony palac

Obrazek

Oraz blokowisko, gdzie ludzie kratuja sie do drugiego pietra.. Jakas mania przesladowcza? Czy rzeczywiscie jest tu tak niebezpiecznie i kradna na potege?

Obrazek

Sosen faktycznie jest duzo, Abastumani lezy w waskiej dolinie wsrod przepastnych lasow.

Obrazek

Obrazek

Ale jakie zapomnienie? Takiego tlumu, wrzasku i tumultu to nie spotkalismy ani w Mestii ani w Batumi! Juz nie mowiac o cichej i spokojnej tegorocznej Wardzi, gdzie bez problemu mozna bylo i pol godziny posiedziec samotnie w cieplym zrodle. Tu chodnikami przewalaja sie tlumy, wyglada to wrecz jaka jakas pielgrzymka albo pochod pierwszomajowy. Na drogach tworza sie korki.. Kazdy skrawek zieleni, kazda łączka jest zajeta przez auto, stolik lub kocyk, obsiadniete przez zgraje ludzi. Cieple zrodla przypominaja basen miejski, przed kasami stoi dlugasna kolejka. W wodzie kolonia pingwinow. Nie wiem co spotkalo ta miejscowosc, co to za inwazja kuracjuszy? Dominuja chyba jakies kolonie, bo wiekszosc tlumu stanowia dzieci i mlodziez. Szybko opuszczamy to zwariowane miejsce.

To Abastumani to chyba najlepszy przyklad, ze nie ma swiata obiektywnego, ze nie da sie opisac jakiegos miejsca jednoznacznie i oddajac jego ciagly klimat. Wszystko zalezy kiedy tam trafimy, jaka jest pora roku i dnia, pogoda, jak tam dotrzemy, kogo spotkamy. Bo to samo miejsce wczoraj i dzis moze lezec w odleglych galaktykach...

W miasteczku sa tez mozaiki mysliwskie, gdzie rozne egzotyczne zwierzeta spierniczaja przed kolesiem z łukiem

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy tez skrzyzowanie z droga podporzadkowana- ze to cos jest drogą sugeruje znak. Chyba nie kazda terenowka bylaby w stanie ją pokonac, ze wzgledu na row i nachylenie. I wytlumacz to potem takim Gruzinom, ze w Polsce w wielu miejscach jest nowiutki asfalt albo rowny szuter i nie wolno tam jezdzic...

Obrazek

Obrazek

Na samym wyjezdzie z Abastumani stoi niewielki budynek. Z ogolnego ksztaltu i zatknietych na drzwiach krzyzy- przypomina kosciol. Teraz czesciowo pelni chyba funkcje stajni- pasie sie przy nim kon wciagajac sianko zgromadzone na oknie. Wchodze do srodka. Wnetrze sugeruje jakis przemyslowy charakter, jakies okapy, jakies kadzie - moze bimbrownia?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jedziemy w strone Adigeni. Niebo spowijaja czarne chmury. W dali widac ze leje, a deszczowe smugi dziwnie podswietla slonce. Zrywa sie potworny wiatr, ktory kawalek chmury zmienia jakby w lej, w jakas taka pełgajaca krzywą zaslonke. Prawie mnie zdmuchuje z pagorka na ktory wlazlam aby obejrzec to niecodzienne zjawisko. Do skodusi wracam pod wiatr. Mam wrazenie, ze drobie nogami w miejscu. A sciana wiatru nie chce mnie puscic, jakby miala przed soba szybe. Skodusią tez miota na boki jak jedziemy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wjezdzamy do Adigeni. Miasteczko jest zupelnie puste. Nie ma kogo spytac o droge, o nocleg, wszystkich wymiotlo, domy tez jakos wygladaja jak wymarle. A moze to przez kontrast z tlocznym Abastumani mamy teraz takie wrazenie? Cisza az dzwoni w uszach... Napotykamy miejsce wygladajace na centrum- duzy budynek z kolumnami, droga rozszerzajaca sie jakby w plac, pomnik z glowa zolnierza i nascienna mozaika chwalaca klimaty pasterskie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zagladam tez do sklepu, ktory okazuje sie apteka. Na stanie sa trzy babki, ale dogadac sie nie da. Jedna z nich jednak wpada na rewelacyjny pomysl - wyjmuje telefon i dzwoni do swojej mamy. Z jej pomoca udaje sie dowiedziec, ze prawdziwe centrum miejscowosci jest kilometr dalej, tam gdzie zatrzymuja sie marszrutki i jest sklep. I jest tam rowniez hotelik, w ktorym sie kwaterujemy. W strone przeleczy chcemy wyruszyc rano, nie wiedzac ile czasu nam zajmie jej pokonanie i czy wogole sie to uda. O przejazd przez nia pytamy wszystkich juz od Achalcyche- taksowkarzy, innych kierowcow, w sklepach. Ogolnie wszyscy mowia, ze sie nam uda, acz wplatanie slow “powinno”, “raczej” czy “powolutku, powolutku” sugeruje, ze niekoniecznie bedzie to bardzo proste. Jedno jest pewne- ta droga do Batumi ma wiele zalet- po pierwsze jej jeszcze nie znamy, po drugie jest krotsza no i nie jest obrzydliwą, wsciekla, zatloczona drogą przez Zestaponi, na wspomnienie ktorej robi mi sie slabo. Staniemy na glowie aby przejechac tedy! Na wszelki wypadek pytam tez o droge do Kutaisi przez przelecz Zekari. Co do niej tez wszyscy sa zgodni- tam nie przejedziemy.

Hotelik w Adigeni miesci sie nad sklepem. W sklepie pobiera sie klucze i uiszcza oplate. Do pokoi wchodzi sie od ogrodka po metalowych schodkach. Pokoiki przyjemne, cale wylozone drewnem. Glownie nocuja tu kierowcy marszrutek, acz dzis jestesmy tylko my. Budynek hoteliku wydaje sie malutki, zwlaszcza przez kontrast z ogromnym betonowym szkieletem stojacym obok

Obrazek

Obrazek

Ogrodek od placyku oddziela wysoki blaszany parkan. Mozna sobie tam posiedzic przy stoliku zrobionym z wielkiej szpuli. Niezmiennie zachwyca mnie praktycznosc lokalnych ludzi i umiejetnosc wykorzystywania przedmiotow bedacych pod reka. Ogrodek konczy sie nagle- skarpa opadajaca do rzeki. Za nia stoi caly ciag nadgryzionych zębem czasu budynkow. Kazdy sympatyk ruin i miejsc opuszczonych bedzie sie czul dobrze w tym miejscu :)

Obrazek

Za oknem kilka budynkow i pusty plac. Czasem zajezdza marszrutka. Wtedy na chwile staje rojno i gwarno. Nagle jak spod ziemi pojawiaja sie dziesiatki taksowkarzy, ktorzy przechwytuja wysiadajacych z marszrutki pasazerow. Potem wszystko znika, rozplywa sie w nicosci. Pozostaje babuszka uparcie zmiatajaca piach z lewej strony placu na prawa, pies rozwloczajacy kartony przed sklepem, czasem ktos chlusnie na asfalt jakas ciecza.

Obrazek

Troche nas martwi, ze dalej prawie nic nie jedzie. Droga jest cicha i pusta. Czasem przemknie jakis uaz lub wypelniona gruzem ciezarowka. Marszrutki tutaj zawracaja.

Obrazek

W hoteliku w Adigeni mowie “gamardzioba” a gospodarz odpowiada “salam”. Kilkakrotnie sie jeszcze z tym spotkamy. Czyli kolejne miejsce po Dzawachetii, gdzie wydawaloby sie standardowe pozdrowienie, moze byc nietaktem? ;)

No a w sklepiku uswiadomilam sobie, ze jednak jestem podatna na reklame i kolorowe opakowania. Zawsze myslalam, ze tak nie jest ale to jednak byla pomylka. Mam do wyboru kilka konserw. Ale nie moge sobie odmowic i kupuje tą ;)

Obrazek

Obrazek

Rybak i kolchoznica pod czerwona gwiazda. Planujemy ją zjesc na szpuli wsrod ruin. Wsrod ciaglego szumu potoku pod skarpą i sporadycznego ryku ciezarowek wrzucajacych nizsze biegi i mozolnie pnacych sie gdzies w strone "naszej" przeleczy...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » czw 29 gru, 2016 23:27

Za Adigeni jest jeszcze wioska Zarzma. Zajezdzamy pod cerkiewke.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z wygladu bardzo przypomina tą w Sapara. Podobny ksztalt, podobne nascienne malowidla wewnatrz. Tylko, ze tej nie upstrzyli zakazami. Mozna robic zdjecia, w srodku rowniez. Krecacy sie mnisi usmiechaja sie do nas, zagaduja do kabaczka. Nie patrza na nas z oburzeniem jak tamci, ze smielismy wejsc do ich krolestwa i przeszkadzac. Jakos tu tak milo i spokojnie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pierwszy raz widze obraz Piotra i Pawła, ktorzy trzymaja sie w objeciach

Obrazek

Jest tez Matka Boska z dziwnymi smugami na brodzie

Obrazek

Sciany swiatyni pokrywa wiele plaskorzezb i wycinanych w kamieniu jakby koronkowych ornamentow

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sa tez rzezby stojace, cos jakby kon i dwie miniaturowe cerkiewki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I "uchachany lew”. Blizniaczo podobny do tego z Lwowka Slaskiego!

Zarzma

Obrazek

Lwówek Slaski

Obrazek

W ogrodku maja basen o ksztalcie krzyza, w ktorym plywaja rybki i dwa zolwie.

Obrazek

Obrazek

W obrebie cerkiewnych murow stoi tez pasieka. Pszczolki maja calkiem niezly widok ze swoich domow

Obrazek

A my jedziemy tam. Tam na gore.

Obrazek

Za wsia konczy sie asfalt. Szutrowo- kamienista droga z resztkami asfaltu pnie sie pod gore.

Obrazek

Obrazek

Wokol wisza skaly a ze skal zwiesza sie las...

Obrazek

Mijamy szereg dogodnych miejsc biwakowych, polanki, przydrozne laski. Zawsze takie fajne miejsca musimy znajdowac rano. Jedzie sie w miare dobrze, acz troche nas martwi, ze nadal spotykamy tylko terenowki i ciezarowki. Jedna z manewrujacych ciezarowek zmusza nas do zatrzymania sie na podjezdzie. Jest potem problem z ruszeniem. Stromo i skodusia slizga sie na kamieniach. Jakos ruszamy.. Dalsza droge prawie caly czas piłujemy na jedynce. Gdy tylko jest jakies wypłaszczenie to stajemy na chwile aby silnik sie schlodzil. Dobrze, ze dzien dzis jest chlodny bo wentylatory i tak wyja jak oszalale. Zaczynaja sie pojawiac widoki. W oddali widac zielone poloniny, schodzace na nie gołoborza a na nich rozsiane wioski lub szalasy pasterskie. Pogoda pogarsza sie coraz bardziej. Praktycznie na wszystkich wyzszych gorach siedza geste chmury. W oddali grzmi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W jednym miejscu droga krzyzuje sie z rzeka, ktora dwoma malowniczymi wodospadami przelewa sie przez droge. Wysiadamy, macamy patykiem, woda bedzie gdzies do polowy skodusiowego koła. Grunt, ze dno nie jest grzaskie i jest w miare rowne. Zakrecamy szyby, maly rozpęd, ziuuuuu....pluuuuum! woda zalewa szyby i jestesmy po drugiej stronie! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga ma zmienna nawierzchnie, chwilami widac ze kiedys w dawnych, zamierzchlych czasach, miala cos wspolnego z asfaltem! Na rowninach jechaloby sie po tym wspaniale, acz gdy dochodzi kwestia sporych przewyzszen- skodusie zaczynaja miec pewne problemy ;) Ale klimat jest! :) Na pohybel rownym asfaltom!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przed przelecza zaczyna sie spora wies, ktorej nie mam na mapie. Z poczatkiem wsi pojawia sie tez gesta mgla, pomieszana z dymem unoszacym sie z kominow. Prawie wszystkie domy we wsi sa zbudowane wedlug jednego szablonu- drewniane, pietrowe, z balkonikami. Przywodzą na mysl gorskie szalasy i bacowki pasterskie. Zimno sie robi jak cholera a my jak idioci w krotkich spodniach. Temperatura spadla chyba o 20 stopni.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na samej przeleczy jest slup , kilka knajpek czy sklepikow i stoliki biesiadne. Chyba sa tu ladne widoki jak cos widac. Za przelecza jezdzi kolejka linowa wagonikowa. Jest tez rozorana polana gdzie chyba buduja jakis hotel lub osrodek narciarski.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na tym etapie prawie skaczemy z radosci! Udalo sie wjechac na przelecz! Nie bylo przeciez tak zle! Co ci ludzie gadali, dobra droga, hurrra i wogole. Jak to mowia- “nie chwal dnia przed zachodem slonca”.. ;) Jeszcze nie wiemy, ze najlepsze kawalki drogi wciaz sa przed nami...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 02 sty, 2017 10:19

Zaczyna sie dlugi, mozolny zjazd. Wjezdzalismy na przelecz z wysokiego plaskowyzu, na ktorym lezy Dzawachetia a teraz czeka nas zjazd prawie ponad 2 tys metrow- bo przeciez do poziomu morza… Dalej droga staje sie blotnista i wezsza. Mokra pogoda nie pomaga… Pełzniemy po blocie, koleinach, kamulcach, wykrotach skalnych i ziemnych grzebieniach. Brody, rowy, wymyte dziury i srodjezdniowe potoczki. Mijamy te przeszkody to z lewej , to z prawej, uwazajac caly czas aby nie zostac rozjechanym przez rozpedzone terenowki lub gruzawiki, zdziwione, ze tak dobrą drogą mozna jechac 10 km/h i ciagnac brzuszek o milimetry nad kolejnymi przeszkodami. Jakis gosc nawet sie zatrzymal i pytal czy nic sie nie stalo, ze tak wolno pełzniemy ;) Im dalej jedziemy tym bardziej zdajemy sobie sprawe, ze juz nie ma odwrotu. Szanse na zawrocenie i powrot do Achalcyche maleja z kazdym kilometrem. Wiemy, ze nie ma szans aby wjechac spowrotem na przelecz po tym blocie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednym z zakretow gdzie odpoczywamy, zagaduje nas miejscowy na motorze. Cieszy sie, ze nie jestesmy z Rosji, wkurza go bardzo, ze w tym roku tak duzo Rosjan odwiedza Gruzje w celach turystycznych. Mowi tez, ze mieszka tu, ale jest zly , gdy ktos nazwie go Gruzinem. Bo Adżaria trzyma z Turcja i ma w dupie co uwaza Tbilisi. “Putin pederast!”- rzuca odjezdzajac.

Obrazek

Ponizej przeleczy zaczyna sie zupelnie inne uksztaltowanie terenu - glebokie doliny i gesto rozsiane wioski o domkach poprzyklejanych wszedzie do stromych zboczy. Jedziemy i jedziemy a miejsca na biwak to tu nigdzie nie widac. Ba! Nawet pojsc do kibla nie bardzo jest gdzie, bo z jednej i z drugiej strony skarpa. A jak nie ma urwiska i jest minimalne choc wyplaszczenie to zaraz tam stoi dom. Albo trzy. Ostatecznie pastwisko, wykoszona łąka, albo jakas uprawa. Nie marnuja tu ni kawalka ziemi, nie ma tu miejsca na nieuzytki... To juz nie nasza ukochana, stepowa Dżawachetia...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dwukrotnie przejezdzajac przez wioske slyszymy powywanie muezzina, ktory zapodaje swoje smetne piesni nie tylko z wiezyczki meczetu ale rowniez z glosnikow na slupach przy drodze.

Obrazek

Obrazek

Mijane wioski sa dosc zapadłe, sklepy , stacje benzynowe sa mocno klimatyczne. Kwitnie tez handel przydrozny, gdzie glownie mozna zaopatrzec sie w warzywa, ale rowniez np. gumiaki i wiadra. Roznych sladow z czasow jeszcze sajuza nie trzeba specjalnie szukac :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tutejsze szkoly opisane sa nie tylko w jezyku miejscowym ale rowniez po angielsku na duzych nowych tablicach, ktore jakos tak srednio pasuja do calej reszty wokol.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy tez ogromna budowe, wyglada jakby tama? Albo droga na jakis slupach? Buduja Turcy, ciezarowki i maszyny sa na tureckich blachach, robotnicy sa zakwaterowani w specjalnych osiedlach barakow za plotem i szlabanami.

Obrazek

Popoludniem zajezdzamy do Khulo. W miasteczku jest tak gesto, ze tworzy sie korek, w ktorym utykamy na dobre 15 min. Zatrzymujemy sie na nocleg w przydroznym hoteliku.

Jakos mamy juz dosc i jestesmy bardzo padnieci. Chyba od tego ciaglego wślipiania sie w droge i oceniania- czy ten wykrot przejedziemy czy wlasnie tu zostaniemy juz na amen? Skodusia zyskala kilka nowych szram od latajacych kamieni a tak poza tym to bardzo zrecznie i nadwyraz dzielnie sie spisala. I chyba pobila swoj rekord wysokosci, jako ze nie przypominamy sobie aby kiedys wczesniej przekroczyla 2 tys metrow wysokosci.

Przy hoteliku jest mala knajpka gdzie zjadamy nowa, nieznana nam dotychczas potrawe. Jest to jakby harmonijka zrobiona z ciasta nalesnikowego, nasączonego slodkim plynem, a pomiedzy ciastem jest ser. Jakos nie umiem powiedziec czy to bylo dobre, bo dominowalo wrazenie, ze jest to dziwne. Nazywalo sie to chyba sinori.

Obrazek

Jedno co jest pewne to mają tu najpyszniejsza kawe jaka kiedykolwiek pilismy. Ta oprocz tego ze jest gesta i slodka to ma jeszcze aromat jakis korzeni czy ziol. Na bank cos do niej dodali. Tylko co? Niestety z gospodarzami porozumienie jest minimalne.

Gdy wychodzimy z knajpy rzuca sie w oczy dziwna sytuacja. Przed budynkiem stoja gospodarze, jakas kobieta z dzieckiem na reku, kilku facetow i jeden dosc mlody facet, ktory płacze. Reszta probuje mu cos dac do picia i wszyscy sa bardzo przejeci. Na tyle ze na nas wogole nie zwracaja uwagi. Chwile pozniej przyjezdza policja w nieoznakowanym radiowozie i zaczynaja chlopaka przesluchiwac. On dalej placze i co chwile łapie sie za glowe. Glupio tak stac i gapic sie jak barany.. Toperz wraca z kabakiem do pokoju a ja ide niby poukładac rzeczy w skodusi, nie przestajac zapuszczac żurawia. Placzacy chlopak rysuje cos policjantom na kartce. Jest to jakby mapa. Sa na niej kropki, ktore podpisuje jakby nazwami miejscowosci, jakies linie- drogi lub rzeki, jakies strzalki, jakies szczyty gor. Jeden z policjatow zaczyna sie krecic przy skodusi. Juz mam wrazenie, ze zaraz zbiore opierdziel, ze wsadzam nos gdzie mnie nie chca. Policjant jest jednak mily, wrecz przesadnie mily i grzecznie pyta czy my turysci i czy bedziemy tak uprzejmi aby im pozyczyc mape. Nie, nie taka calej Gruzji, tylko dokladna mape tego regionu. Daje mu mape i krok w krok za nim ide. Siadaja przy stole i wraz z drugim mundurowm i płaczacym chlopakiem porownuja rysunek na kartce z moja mapa. Z mimiki wnioskuje, ze chyba cos sie nie zgadza. Policjant w koncu zauwaza, ze gapie sie mu przez ramie. Obiecuje, ze odda mi moja mape, ze jej nie zgubi (tlumacze ze mam jedna i bez niej nie dojade do Batumi ;) ) Policjant delikatnie sugeruje, ze jednak powinnam sie zajac swoimi sprawami. Wracam wiec do skodusi, odkrecam okno i wysypuje na siedzenie wszystkie kabacze ubranka i zaczynam je porzadkowac ;) Caly czas trwa rozmowa przejetymi, podekscytowanymi glosami. Inny chlopak cos krzyczy na tego placzacego, chyba chodzi o ta mape, ktora rysuje, probuje mu ją wyrwac. Policjanci odsuwaja go na bok z uzyciem sily. Glowny zainteresowany gdzies dzwoni i łamiacym sie glosem, ksztuszac łzami cos opowiada. Gospodarze chodza w kolko wyłamujac palce i skubiac rekawy.
Ech... zeby tak choc troche rozumiec ten gruzinski język...

Nie udalo mi sie ustalic co wydarzylo sie w Khulo w ten piekny sierpniowy wieczor. Jedno jest pewne, ze sytuacja byla jakas nadzwyczajna bo sama policja byla niepomiernie bardziej przejeta niz np. wlepiajac mandat turystom. Dokad prowadzila tajemnicza mapa? Co znajdowalo sie w gorach kolo szczytu Tavsakhnisi? Bo to wlasnie tam wszyscy zainteresowani najczesciej dziubali palcem... Czy chlopak ukryl tam trupa czy moze skarb - lub łup rozbojniczy? ;)

Widoki z hotelikowego okna.

Obrazek

Obrazek

Dzis rano dzwonimy do Batumi. Spytac kiedy bedzie prom bo od tego zalezy rozplanowanie naszych kolejnych dni i wycieczek. Glos w sluchawce mowi, ze prom jest jutro. Jak to jutro? Tak juz zaraz? No tak, a nastepny moze byc za 2 tygodnie.. Kurcze a mielismy jeszcze w planach poszukac po okolicznych gorach drewnianych meczetow. Ponoc jest ich tu duzo, ale nikt nie wie ile. One sa jakies na wpółlegendarne- kazdy o nich mowi ale nikt ich nie widzial osobiscie.. Ponoc niektore budynki sa wciaz uzywane do celow sakralnych, inne stoja opuszczone lub przerobili je na szopy. Juz od Achalcyche pytam wszystkich napotkanych ludzi o te meczety. Wielu slyszalo,ze sa takowe gdzies w gorach ale na wlasne oczy nikt nie widzial. Ponoc trzeba sie mocno wbic w gorskie przysiolki aby je odnalezc. I sporo pokrążyc, jako ze adzarskie wsie nie maja zwartej zabudowy i sa bezladnie rozrzucone po pagorkach. Co z tego, ze wiemy w ktorej wsi teoretycznie powinien byc taki drewniany meczet, skoro nie wiemy czy te trzy chalupy przylepione do skarpy to ta wies czy moze juz zupelnie inna? Probujemy na szybko odwiedzic jeden z meczetow o najlatwiejszym, jak nam sie wydaje, dojezdzie. Widzimy skret w prawo na Chinkadzeebi. Droga z poczatku jest nawet asfaltowa ale potwornie stroma, na zakretach wyrasta przed nami prawie pionowa sciana tworzona przez droge. Przy kilku domach kreca sie ludzie. Nic nie wiedza o drewnianych meczetach. Twierdza, ze wies nazywa sie zupelnie inaczej. Nie wiedza gdzie jest Chinkadzeebi. Wogole mam wrazenie, ze nie bardzo chca rozmawiac i chca abym jak najszybciej sobie juz poszła. Coz, trzeba bedzie tu kiedys wrocic na spokojnie, majac w zanadrzu duzo czasu. I nie wiem czy skodusia, bo ona chyba niezbyt jest przystosowana do stromych, waskich i nierownych drog w jakie obfituja okoliczne gory.

Jedziemy w strone Batumi. Odwiedzamy stary kamienny most w Dandalo. Jest ich tu ponoc 14 ale kolo polowy jest dostepna tylko pieszo lub konno.

Obrazek

Jest tez pomnik na ktorym stoi czołg. W pomnik wmurowane jest zdjecie dziadka, uginajacego sie pod medalami, ktory zmarl w 2005 roku. Jakby ktos przetlumaczyl mi napisy z pomnika to bylabym ogromnie wdzieczna!

Obrazek

Obrazek

W Zvare jest kosciolek na skalnej polce nad rzeka.

Obrazek

Obrazek

Ciekawe sa tez mijane mostki - kładki. Gdy wychodzimy na jedna z nich i robimy zdjecia to zatrzymuje sie tez bus z francuskimi turystami. Kierowca Gruzin potem mi powiedzial, ze nie planowal tu postoju bo kładka jak kładka. Ale skoro Polacy przyjechali tu i tak namietnie fotografuja- musi to byc atrakcja turystyczna i postanowil ją pokazac Francuzom. Francuzy maja nieco glupie miny :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Najciekawszy most znajduje sie w Makhunceti. Zawieszony jest wysoko nad droga i rzeka, wychodzi sie na gore po przyczepionych, metalowych schodkach. Wyglada jakby tak naprawde byla to gruba rura a most byl jedynie do niej małym dodatkiem. Nie mam pojecia co mogloby plynac w tej rurze. Handlarze spod mostu rowniez nie wiedza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od tego miejsca znacznie wzmaga sie ruch na drodze. Pojawiaja sie wypchane turystami autokary, busy z ktorych wysypuje sie halasliwy tlum. Zblizamy sie do Batumi...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » wt 03 sty, 2017 14:20

Jezeli kiedykolwiek wczesniej wydawalo mi sie, ze w calej Gruzji kierowcy jezdza jak szalency to byla to pomylka. Prawdziwy szał zaczyna sie w Batumi. Czy jest szansa bez stluczki przejechac kilkupasmowe rondo pod prad? Czy da sie pokonac ulice pieszo przeskakujac nad maskami samochodow? Czy mozna przy wyprzedzaniu walnac lusterkiem w trzy auta, zatrabic radosnie i pojechac dalej? Czy da sie w srodku miasta na ruchliwej, trzypasmowej ulicy stanac na srodkowym pasie, zamknac auto i oddalic w nieznanym kierunku? Jesli ktos powątpiewa to proponuje odwiedzic Batumi :) Ponoc czasem ludzie jezdza z kamerka na oknie w aucie. Bardzo a to bardzo zaluje, ze takiego ustrojstwa nie mamy- bylby naprawde zarabisty film!

Stawiamy sie popoludniem w przedstawicielstwie Ukrferry, coby nabyc bilety na prom. Dzis nie mozna. Bo nie. Po bilety trzeba przyjsc jutro o 10:30. Nie chcac dzis i jutro znow jezdzic pol dnia po tym zwariowanym miescie, decydujemy sie zostac w hoteliku naprzeciw. Nie jest on ani tani, ani wygodny , ani klimatyczny. Ale jest blisko miejsca zakupu biletow. No dobra- ma plusy- lezy w calkiem sympatycznej bramie! Wogole sporo bram w Batumi ma fajny klimat. Swiat podworek to zupelnie inna czasoprzestrzen niz swiat fasad. Z zewnatrz nowe tynki, szyldy dla turystow, jakies plastikowe knajpy a tunel ciemnej bramy prowadzi w miejsce pelne powiewajacego prania, powykrecanych balkonikow, workow z fasolą, puszystych kotow i ludzi sączących niespiesznie kawe…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W waskich uliczkach czasem meczet wychyli sie tu i owdzie...

Obrazek

W miescie stoi tez sporo nowoczesnych fikusnych budynkow, ktorych ksztalty wskazuja na wyrazny zwiazek z niedoszlym kurortem Anaklią. Widac tą sama reke, ten sam styl, ta sama estetyke megalomanii i ulubienie udziwnien. Ogolnie nie przepadam za tego typu architektorą, acz szereg budowli jest tak nietypowa, ze az ciekawie popatrzec- czego to ludzie nie wymyslili!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nietrudne do odnalezienia sa tez blokowiska z wielkiej plyty z pelna wolnoscia budowlana. O blokowiskach mowi sie nieraz, ze przypominaja pudełka. Nie dotyczy to chyba tych gruzinskich.. Przypomina to raczej bezksztaltne zlepki przeroznych brył i narosnietych bulw. Tu nie ma kątow prostych czy jakiejs nudnej symetrii. Kazdy dostawia balkon czy dodatkowy pokoik jak mu sie podoba. Mozna godzinami patrzec czego to ludziska nie wymyslili i znajdowac kolejne ciekawe detale i nowatorskie rozwiazania. Kiedys jakis miejscowy mi opowiadal, ze chcac dobudowac sobie szczegolnie duzy balkon wiszący (nie dotyczy tych podpartych slupami od spodu) trzeba sie dogadac z sasiadem z drugiej strony bloku, aby on tez cos dobudowal. Bo ponoc byl taki przypadek, ze wszyscy chcieli miec balkony od zacienionej strony i blok sie przewrocil. Nikt nie wie gdzie to bylo, ale sporo ludzi powtarza. Moze tylko taka legenda dla postrachu...

Obrazek

Obrazek

Oczywiscie wszystko jest oplecione w roznych plaszczyznach dziesiatkami metrow sznurkow z powiewajacym na wietrze praniem.- cos, na widok czego, zawsze mi sie cieszy geba!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Lazimy tez po bulwarze gdzie mozna zjesc popcorn i rozowa wate cukrowa. Mozna tez wypic piwo 5 razy drozsze niz w calej Gruzji. Skusilam sie na gotowana kukurydze, ktora smakuje zupelnie inaczej niz u nas- jest jakas taka slodka i zupelnie nie kukurydzowata! Mozna tez pojezdzic na wielkim kole diabelskiego mlyna lub wybrac sie na “polgodzinna morska wycieczke” o czym informuje znudzony, beznamietny glos z charczacego megafonu. Niektorzy korzystaja z urokow czerwonej sciezki rowerowej. Mozna sie tez wloczyc bez celu bulwarem,tam i spowrotem patrzac obojetnym wzrokiem w dal- co czyni 90% turystow.

Obrazek

Jest tez rzezba "Ali i Nino", ktora ponoc sie porusza i ma symbolizowac milosc i porozumienie (lub jego brak) miedzy narodami i religiami (glownie Gruzja i Azerbejdzanem, bo takiej narodowosci byli bohaterowie ksiazki, do ktorej rzezba ma byc ilustracja). Ksiazke chyba kiedys przeczytam bo zdaje sie byc ciekawa ("Ali i Nino" Kurban Said). Podczas naszego pobytu rzezba sie nie porusza. Tylko upiornie wyje na niej wiatr, kawalki metalu wpadaja w wibracje i brzmi to jak jakies jęki potepiencze (przypomna mi to odglos wydawany przez na wpol zdechlego psa z przeleczy Rikoti)

Obrazek

Pogoda jest raczej malo plazowa ale czesc ludzi sie nie poddaje i probuje zaklinac rzeczywistosc.

Obrazek

Nad gorami wznosza sie mgly. Na jednym ze szczytow siedzi calkiem fajna cerkiewka. Przynajmniej stad sie ladnie prezentuje.

Obrazek

Zaraz przy deptaku jest port. Cumuja rozne statki, machaja łapami dzwigow, skrzypia ladowane kontenery, zapach smaru i zbełtanych wodorostow niesie sie wokolo. Lubie gdy klimat portu wgryza sie w "turystycznosc"

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na zapleczu jednej z knajp kilku facetow łowi sobie rybki. Od zatloczonego deptaka oddziela ich plot z blacho- kartonu. Potawili go chyba celowo, bo widac łowienie ryb nie jest tym aspektem Batumi, ktory wladze chcialyby lansowac...

Obrazek

Scienne plaskorzeby maja tu tematyczne :)

Obrazek

Probujemy cos zjesc w jakiejs knajpce. Zwykle jest bardzo bogata oferta w spisie lub narysowana na sciennej reklamie, tak apetyczna, ze chcialoby sie zamowic wszystko. Ale zwykle sie okazuje, ze co bardziej interesujacych dan nie ma, sie skonczylo, dzis nie ma w ofercie, albo i tak sie dostaje chaczapuri z ziolowa posypką a “tym na scianie nie ma sie co sugerowac”. No i ceny z kosmosu. Za koszt szaszlyka w Batumi mozna w Ahalkalaki pewnie dostac stado owiec ;) Ale kawe w Adzarii maja najlepsza w calej Gruzji! Wprawdzie juz nie z tym “korzonkiem” co w Khulo ale ta z Batumi tez jest pyszna! (zwykle nie pijam kawy i nie lubie tego napoju ale czasem zrobie wyjatek)

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pt 13 sty, 2017 10:04

Rano stawiamy sie po bilety na prom, godzine przed czasem, a juz jest spora kolejka. W kolejce sa jacys bialoruscy kierowcy, para ukrainskich rowerzystow w srednim wieku, bardzo umalowane mlode niewiasty w ilosci kilka oraz dwoch niemieckich turystow, ktorzy chyba czuja sie bardzo zagubieni i zaszokowani wszystkim co ich otacza. Wyglada na to, ze spadli tu z ksiezyca i chyba bylo to niedawno bo sie jeszcze nie ogarneli. Od poczatku jakos poczulismy sympatie do rowerzystow i z nimi rowniez spedzimy wiekszosc czasu na promie. Na razie dowiadujemy sie, ze nazywaja sie Aleks i Swieta i pochodza z Dniepropietrowska. I ze tez wczoraj chcieli kupic bilety ale ich rowniez odeslali z kwitkiem. Sa rozezleni bo w druga strone kupowali bilety przez internet i nie musieli stac w kolejkach. Dzis spali na plazy i nie wspominaja tego milo. Jakos do tego tematu nie chca wrocic ani teraz ani potem wiec ostatecznie sie nie dowiedzialam co nieprzyjemnego moze spotkac turyste na nocnej plazy tego, jakze wspanialego, kurortu.

Babka biletowa jest wyjatkowo antypatyczna i w niczym nie przypomina przemilego i wesolego Draga z bulgarskiego Burgas, gdzie pozyskiwalismy poprzednie bilety. Tu sprzedajaca zachowuje sie jakby osadzono ją tu za kare i robila wielka łaske, ze spisuje paszporty czy wydaje bilety. Ciagle gada przez telefon i mamy podejrzenia, ze nie sa to rozmowy sluzbowe tylko najzwyklejsze ploty z kolezankami. Niestety nikt z czekajacych nie zna gruzinskiego wiec owe oskarzenia pozostaja jedynie przypuszczeniami. Swoje znudzenie codzienna praca owa niewiasta nie demonstruje tylko przez wywracanie oczami czy wielce wymowne miny, ale takze rzucajac co chwile zjadliwy komentarz, wyraznie nie pod nosem do siebie, ale w jezyku takim aby wszyscy w kolejce zrozumieli- juz bez domyslow i domnieman. “Wiecej was nie bylo?”, “Czemu wszyscy dzisiaj?”, “Pojechalibyscie pasazerska linia a nie półtowarową!”, a do tirowcow: “Towarowy zaladunek zalatwia sie inaczej a nie tu zawraca glowe w dniu odjazdu promu”..
Paszporty sa spisywane przez godzine, pozniej ukladane na kupke a ostatecznie kupka ulega wykoceniu pod biurko. Niemcy prawie schodza na serce. Potem dostajemy formularze, z ktorymi musimy sie udac do banku kilka przecznic dalej. Na szczescie rowerzysci widzieli ten bank i nas zaprowadzaja. Na etapie bankowej platnosci okazuje sie, ze Niemcy nie chca plynac dzis tylko za tydzien! Oczywiscie kupno biletow z takim wyprzedzeniem babce wogole nie miesci sie w glowie! Ze tez ktos mogl wpasc na tak absurdalny pomysl! Zartuja? Jaja se robia? I jeszcze sie pytaja o ktorej godzinie on za tydzien bedzie! Toz nie wiadomo o ktorej dzisiejszy wyplynie! A za tydzien to nawet nie ma pewnosci czy napewno w srode! Niemieckie chlopaki coraz bardziej sie denerwuja, ze nikt nie chce im udzielic odpowiedzi i sprzedac biletow, mimo ze czekaja w kolejce juz dwie godziny! I czemu nikt tu nie mowi po angielsku? Gdy juz sie udaje znalezc jakas babke, ktora robi za tlumacza i wydaje sie, ze wszystkie trudne sytuacje sa zazegnane i pod kontrolą, na tym etapie okazuje sie, ze w kolejce czeka tez gluchoniema.. Jak za pomoca obrazkow rysowanych na kartce wytlumaczyc, ze na prom trzeba stawic sie o 18 ale nie wiadomo czy wyplynie przed switem? Ktos wpada na pomysl, ze moze by napisac dziewczynie na kartce. Niestety nie rozumie angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego, gruzinskiego ani polskiego. Paszport ma gruzinski ale jest blondynka o niebieskich oczach. Wsrod tego calego kociokwiku, atrakcyjnosci chwili dodaje niemowle, ktore nie wiedziec czemu caly czas rechocze. Jakby rozumiala zainstniala sytuacje i ją to bardzo bawilo. Wiec wszystkie sprzeczki, klotnie i rozmowy maja akompaniament histerycznych wybuchow dzieciecego smiechu, co mam wrazenie, ze osoby w kolejce bardzo bawi a pania sprzedajaca zdecydowanie mniej ;)

Ufff po dwoch godzinach i kilkakrotnym bieganiu po Batumi mamy w łapie bilety!

Idziemy do knajpy. Tam jakis Iranczyk o wygladzie Chinczyka (nigdy nie przypuszczalam, ze w Iranie sa skosnoocy) robi nam ukradkiem serie zdjec. Gdy nasze spojrzenia sie krzyzuja, łamanym angielskim tlumaczy “bo jestescie piekni” i ma glupia mine.

W porcie stawiamy sie przed 18. Prom stoi, zaczyna lac ale nie chca nas wpuscic bo “trwa wyladunek”. Chyba wyciagaja towar gdzies pod wode bo dokladnie widac opuszczona rampe, po ktorej nic nie wyjezdza. Mamy oczekiwac pod wiatkami, pod ktore coraz bardziej zacina deszcz a ciec przychodzi pobrac oplate za samochody, ktore zmuszone sa stac na platnym parkingu miedzy zamknietym juz portowym szlabanem a promem na ktory nie mozemy wjechac. Ciec probuje pobrac tez oplate od rowerzystow ale go wysmiewaja. Cena nie jest wygórowana , jakies 5 zl ale absurdalnosc sytuacji jest porazajaca.

Obrazek

Obrazek

Siedzimy wiec pod wiata i gadamy z poznanymi juz w kasie biletowej rowerzystami z Ukrainy. Obydwoje sa wykladowcami na jednej z dniepropietrowskich uczelni. Od wielu lat urlopy spedzaja na rowerach zwiedzajac rozne kraje. W tym roku po raz pierwszy zostali zmuszeni do noclegow w namiotach bo przy obecnym kursie hrywny nadzwyczajniej ich nie stac na hotele czy knajpy w Gruzji. Mimo ze jak na warunki ukrainskie zarabiaja calkiem niezle. Szybko schodzi na polityke, na ktora dosc utyskuja, “ze byli zlodzieje i sa zlodzieje, ale wczesniej choc wojny nie bylo”. W Dniepropietrowsku mieszkaja przy lotnisku. Ponoc co chwile ląduja samoloty z trupami i rannymi wracajacymi z frontu. Ranni zajmuja wszystkie miejskie szpitale. Jak ktos zlamie noge lub dostanie zawalu to ma przechlapane “bo bohaterowie maja pierwszenstwo”. Ale i tak mieszkancy sie ciesza, ze ich miasto nie podzielilo losow Doniecka. A ponoc bylo blisko, bo tu tez pojawily sie ruchy separatystyczne, ktore zdecydowanie cos kombinowaly i probowaly wypowiedziec posluszenstwo nowym, samozwanczym wladzom z Kijowa i isc “inna droga”. Na tym etapie ponoc wkroczyl do akcji Kołomyjski -mer/gubernator miasta, lokalny udzielny wladca i oligarcha, “Żyd ale ludzki” jak go okresla Aleks. I on ponoc separatystow wylapal, powsadzal do pudła, bardziej agresywnym poukrecal łeby i jakis czas nie opowiadal sie po zadnej ze stron. A potem zdecydowanie sklonil sie ku wiernosci i poparciu dla Kijowa. I dzis mieszkancy miasta patrzac na lądujace samoloty z “zywym lub juz-nie ładunkiem” widza przed czym zostali uratowani. I ponoc Kołomyjskiemu mocno notowania wzrosly- “krasc kradnie, ale uratowal nas przed wojna”, Dzieci w przedszkolu spiewaja o nim piosenki.

Na prom probuje sie tez dostac Wojtek z Poznania. Nie ma biletu ale probuje sie jakos dogadac z pogranicznikami albo obsluga. Przeciez na promie jest kupa miejsca- w barze czy na sali telewizyjnej, nie trzeba przeciez miec kajuty i wyżywienia. Ostatecznie chyba mu sie nie udaje, bo potem go juz nie widzialam- ani na promie, ani w porcie w Iliczewsku.

Po jakis dwoch godzinach wpuszczaja nas na prom. Prom, mimo ze ciut drozszy od bulgarskiego jest bardziej siermieżny i starszy. Wyglada jak prom a nie jak plywajacy hotel. Ale o dziwo jest tez bardziej sztywniacki. Do auta w czasie rejsu schodzi nie wolno, alkoholu w barze (ani gdzie indziej) sie nie pije, gosci do swojej kajuty zapraszac nie wolno. Kapitan tez mniej wyluzowany od poprzedniego, łeb trzyma wysoko jakby kija łyknal. I tylko łapą na regulamin wszyscy pokazuja. Karmia zdecydowanie gorzej. Na obiad jest zawsze jakas breja “przeglad tygodnia”, zadnych frykasow typu wino, jogurciki, slodycze, owoce. Plus jedynie taki, ze kajuta duzo wieksza i kabacze łózeczko wchodzi bez problemu a nie na wcisk.

Obrazek

Obrazek

Zapach porannej zupy mlecznej, ktory niesie sie po korytarzach przypomina mi przedszkole.

Czas plynie spokojnie. Ludzie jakos siedza w swoich kajutach, nie maja parcia na miedzynarodowe bratanie. Gadamy jedynie z Aleksem i Swieta, chwile tez z rowerzystami z Chersona acz oni sa takimi maniakami, ze o czyms innym niz rowery rozmawiac nie potrafia. A jaki smar, a jakie hamulce, a maksymalna predkosc a odciski na dupie, a droga hamowania, a srednia predkosc podjezdzania na przelecz. Aleks ze Swieta poczatkowo wymieniaja sie z nimi doswiadczeniami, ale widze, ze po kolejnych wodospadach danych technicznych tez im zapał opada. Nas, poruszajacych sie samochodem, wogole traktuja jak turystow gorszej kategorii. Bo jak mozna patrzec z szacunkiem na czlowieka, ktory nie potrafi godzine perorowac o kaskach? Druga sprawa tych rozmow jest taka, ze uzywaja tak specjalistycznego slownictwa ze ¾ z tego wogole nie rozumiem ;)

Zapewne jest to wielka szkoda, ze ten prom nie byl naszym pierwszym. Bo tak caly czas porownujemy- “a bo w Burgas..”. A ten prom naprawde nie jest zly.. Tylko ze dobre w porownaniu z rewelacyjnym zawsze wypadnie blado..

Na gornych pokladach maja tu fajne laweczki ze stolikami. To jest duzy plus nad bulgarskim promem- tam ilosc siedzisk byla totalnie niedostosowana do ilosci pasazerow (4 krzesla i 2 lezanki)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Duzo czasu tam spedzamy z przelanym do plastikowej butelki winkiem. Tirowcy tez przemykaja z butelka wodki owinieta w gazete lub schowana do skarpety. Nikt tak naprawde nie wie co wolno a co nie.

Kierowcy chetnie spedzaja czas przy stolikach- twierdzac, ze "widoki na morze sa przecudne" ;)

Obrazek

Plyniemy zgodnie z planem 36 godzin. Widac dokladnie, ze ten prom zapiernicza ostro, widac ogromna roznice ze slimaczym tempem tego burgasowego. Chyba tamten naprawde musial miec zrąbany silnik. Woda spod burt umyka jak szalona a delfiny nie potrafia nas dogonic. Kilka razy probuja ale natychmiast zostaja w tyle.

W ktoryms momencie na horyzoncie widzimy cos zupelnie jak trąba powietrzna. Takie same jak te w Kobuleti miesiac temu! Tylko ze tamte wysuwaly wypustki i chwile pozniej sie “wchłanialy”. A tu jedna siegnela ziemi tzn morza i troche tam zabełtala. Promu toto by chyba nie wywalilo.. Chyba.. nie znam sie na promach i trabach.. Ale to zjawisko bardzo mi sie nie podoba..

Obrazek

Dlugo nie widzimy lądu bo siedzi we mgle. A potem myk i nagle sie pojawia tuz tuz. Widac wielkie i tlumne zabudowania Odessy, mniejsze Iliczewska.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ogolnie brzeg jest mocno zapchany, na dzikie plaze nie ma tu chyba co liczyc..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zanim dotrzemy do brzegu mijamy wiele statkow, zaladunkow, dzwigow.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest tez iles zapomnianych, pordzewialych i wpolzatopionych wrakow.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdy dobijamy, przychodza pogranicznicy na odprawe paszportowa. Pytaja nas o nasze dalsze plany, czy jedziemy do domu. No tak, do domu, juz do Polski. No bo nie do Rumunii czy Rosji. Nie opowiadamy im o planach dlugiego zwiedzania Ukrainy no bo i po co- co ich to obchodzi? I to okazuje sie ogromnym błędem.. Tym razem zwierzenia pogranicznikom by nam wyszly na dobre…

Po przybiciu do portu nic nie wiadomo. Piesi i rowerzysci sie rozpelzaja. Tirowcy biegaja z teczkami papierow pod pachą i obłędem w oczach. A my zostajemy ze skodusia przyblokowana przez tiry na piątym pokladzie, gdzie nie ma jak sie dostac bo sa zablokowane drzwi. Winda zjechac nie mozemy bo robi pipipi i nie rusza z miejsca. Jak sie potem okazuje ma naklejke “nosnosc 400kg” ale jest ustawiona na 200 kg a taka mase wraz z bagazem przekraczamy. Dorwac kogos z obslugi promu graniczy z cudem. Ostatecznie udaje sie dostac na dolny poklad, toperz biega po rampie gdzie zjezdzaja tiry. Skodusia jest na gornej czesci dolnego pokladu, gdzie dostac mozna sie przez zjazd albo przez zablokowane drzwi, ktore wygladaja jak do lodzi podwodnej i ani toperz ani dosc przypakowany ochroniarz nie potrafią ich otworzyc. W koncu odzyskujemy nasze autko, zjezdzamy z promu i gdzie mamy jechac dalej nie wiemy.

Obrazek

U wylotu promu stoi jakies zabytkowe auto- ponoc sprowadzane na zamowienie dla jakiegos lokalnego kacyka, ktory takie kolekcjonuje. Kilka osob z obslugi czuwa nad bezpieczenstwem autka i wlasnym cialem ochrania aby nikt przypadkiem nie przyhaczyl wyjezdzajac.

Obrazek

Pamietajac jak to wygladalo w Gruzji musimy znalezc wyjazd z portu, ktos zajrzy w bagaznik czy tam nie ma trzech ciapatych i bedzie ok. Nasze domysly sa jednak totalnie chybione. Tutaj wyglada to zupelnie inaczej. Obsluga promu mowi, ze trzeba jechac do celnikow na “mitnyj kontrol”.

Obrazek

Tam trzeba wejsc do budynku i ich szukac. Odnalezieni celnicy mowia, ze trzeba skserowac nasze paszporty i na kserze podbic jakas pieczatke. W tym celu mamy sie udac do bialego pietrowego budynku obok. Budynek jest hen za torami i majaczy na horyzoncie. Jako ze jestesmy z niemowlakiem wyjatkowo pozwalaja nam pojechac tam autem. Przejazd przez tory jest przystosowany chyba pod tiry (albo czołgi)- małe kolka skodusi grzezna w wykrotach miedzy torami, szyny wystaja nad beton chyba z 20 cm. Przy pokonywaniu kazdego toru rozlega sie donosne łup! a my cieszymy sie w duchu, ze zalozylismy tą ochronna szyne pod skrzynie biegow i wzmocnione gumami sprezyny z dostawczaka w koła. Wnetrze bialego budynku sprawia wrazenie nieco opuszczone a o obecnosci czlowieka przypomina jedynie zapach dawno nieczyszczonego kibla. W owym budynku nikt nam nie chce skserowac dokumentow, mowia ze to do nich nie nalezy, wykrecaja sie brakiem papieru, tuszu, czasu. Nawiazanie przyjaznej rozmowy ze strozem pozwala udroznic inne kanaly. Stroz prowadzi nas do jakiegos malego pokoiku na uboczu gdzie jest jego znajomy i ma ksero. Nie wiem czy to jest wlasnie to miejsce, ktore mielismy odnalezc, bo sie okazuje, ze znajomy stroza jest bardzo zorientowany np. wie ze paszporty trzeba skserowac dwa razy. Teraz z tymi papierami mamy uzyskac jakas pieczatke i w tym celu mamy isc do blaszanych budek. Na jednej z nich wisi tabliczka “Przewozy Batumi- Warna”. Siedzaca wewnatrz kobieta, o makijazu i odzieniu mocno wyzywajacym jak na sekretarke, oswiadcza ze “inspektora nie ma, poszedl gdzies z komorka i ona tez by chciala zeby juz wrocil” (tu usmiecha sie zalotnie i poprawia wlosy). Zatem siadamy na betonie i czekamy. Kabak wrzuca pileczke w jakas szczeline i za cholere nie moge jej wyciagnac. A to ulubiona pileczka! Musze rozebrac kawalek chodnika aby sie dostac do uwiezionej pileczki. Czekamy. Na scianie blaszanej budki jest jeszcze druga tabliczka, informujaca, ze jest to punkt kontroli sanitarnej. Obok zaparkowaly dwa tiry wiozące swiniaki. Prosieta kwicza zalosnie stojac na ostrym sloncu w rozpalonych, zelaznych klatkach i potwornie smierdza. Macki tego zapachu rozpelzaja sie po calej okolicy. Woń widac przeszkadza tez wydekoltowanej urzedniczce, bo raz po raz opyla swoja budke sprejem o mocnej nucie wanilii. Polaczenie aromatow jest zabojcze. Odchodze kawalek dalej. Juz wole same swinie. Nie mamy pojecia gdzie chca dowiezc te zwierzaki ale zaraz beda skwarki! Choc z drugiej strony, jak kilka zdechnie to pewnie i tak nie bedzie problemu. Zdechniete tez sie wmiesza do pasztetu a historia z portu w Iliczewsku na zawsze pozostanie nieznana dla przyszlych konsumentow. Mamy dziwne wrazenie, ze te tiry jechaly z nami promem - rozpoznaje kierowcow. Tylko ze na promie nic nie kwiczalo- moze swianiaki dostaly cos na sen? Czy dopiero teraz je zaladowali z innego statku?

My trzody chlewnej nie wieziemy a inspektor jednak tez obcykuje skodusie jakims dziwnym urzadzeniem, ktore wyglada jak smartfon na kiju, jakimi to robia sobie zdjecia turysci na plazach i na tle zabytkow. Dzwieki toto wydaje jak licznik Geigera w miejscu, z ktorego trzeba sie natychmiast oddalic. Zarazkow wąglika ani swinskiej grypy chyba nie znalezli bo dostajemy pieczatke na ksera paszportow. Inspektor ociera pot z czola i udaje sie do budki, skad juz po chwili dochodza chichoty jego i urzedniczki. Swiniaki dalej stoja na sloncu. Kirowcy tirow zdejmuja koszulki i nacieraja cielska kremem z wysokim filtrem.

Wracamy do celnikow. Teraz nastepuje chyba wlasciwa procedura- ogladanie zawartosci auta, wklepywanie danych w komputery, wpisywanie w zeszyty- w rowne zielone tabelki obramowane srebrzystym cienkopisem. Na tym etapie wychodzi rozbieznosc- czy skodusia byla juz kiedys na Ukrainie. Tak i nie.. Bo numer podwozia byl a blachy nie. Wot problem! Tlumacze, ze blachy sa nowe bo poprzednie zostaly skradzione. Celnik za cholere nie moze pojac po co krasc blachy- na zlom? Podejrzenia u nas byly takie, ze grasowala w okolicy szajka, ktora pozyskiwala cudze blachy, przypinala na swoje auta, tankowala benzyne do pelna i zwiewala ze stacji bez placenia. Blachy wyrzucali do lasu a zapis na kamerach pozostawal taki a nie inny. Celnik calkiem nie moze pojac mysli przewodniej zlodziei- ale jak poleciala benzyna jak nie zaplacil? No tak! Tu sie najpierw placi, mowi ile ilitrow i wtedy odblokowuja dystrybutor! Jak mowisz “do pelna” to od razu jestes podejrzany! Ukrainiec wiec cmoka nad nieodpowiedzialnoscia polskich stacji benzynowych.

Celniczka dlugo sie meczy co wpisac w komputer- bo sa dwie opcje czy samochod byl na Ukrainie, tylko “tak” i “nie” i miejsce na dwa numery. Obojetnie czy nasze numery wpisze sie z “tak” czy z “nie” to wywala na czerwono. Wolaja jakiegos kolege, ktory pomaga im przelamac informatyczne bariery i otworzyc jakies okienko pomocnicze z mozliwoscia opisu. Babka wklepuje tam dlugi elaborat. Nie wiem czy tez wspomniala o zasadach funkcjonowania polskich stacji benzynowych i swoich snach z poprzedniego tygodnia, ale stuka zamaszyscie ze zmarszczona brwia chyba 15 minut. Celnik robi mi hebate i podsuwa ciasteczka. “Zieloną czy owocowa?” Wypytuje o wakacje w Gruzji, powod tak dziwacznego transportu, opowiada jak byl kiedys w Kutaisi przed laty z jakas szkolną wymianą. Na tym etapie pada tez pytanie (a raczej stwierdzenie) ze zapewne mamy wbity “tranzyt” czyli 10 dni. Jaki k… tranzyt? Jakie 10 dni??? Przeciez na Ukrainie mozna byc bez wizy 60 albo 90 dni, juz nie pamietam dokladnie ale nie 10! No tak, ale nigdy nie jechalismy tranzytem. Zawsze byl wjazd z Polski i powrot. Celnicy nie wiedza i nie potrafia sprawdzic co mamy wbite bo ta informacja jest w komputerach pogranicznikow i wyswietli sie dopiero na polskiej granicy. Przypomina mi sie to pytanie czy jedziemy do domu. Pewnie wlasnie o to chodzilo. I pewnie babka wbila “tranzyt”. Niech to szlag! I jeszcze nie ma jak tego sprawdzic! I jeszcze nikt nie wie co grozi za przekroczenie tego czasu- czy mandat 200 UAH czy moze zakaz wjazdu na Ukraine na 5 lat..

Gdy sprawa naszych blach wydaje sie ustalona okazuje sie, ze nie wzielismy najwazniejszej pieczatki z bialego budynku- pozwolenia na wyjazd z portu. Wracamy. Skodusia znow grzeznie na torowisku. Na miejscu wydawania pieczatek wisi kartka z informacja o przerwie obiadowej. Ja pierdziele! To chyba jakis labirynt bez wyjscia…Czekamy. Tylko pol godziny. Stroz czestuje czekoladą. Jest pieczatka. Wracamy. Jeszcze tylko kartka od pogranicznikow z drugiego pietra. Pokoj zamkniety. Ciec z kanciapy z miotlami poleca ich szukac na schodach za budynkiem- przypomina ze maja czarne uniformy, coby zagadac do wlasciwych. Schody sa puste. Ktos poleca isc miedzy tiry. Tam trzeba podbic mala karteczke, ktora dostalismy jeszcze na promie i wogole nie zarejestrowalismy jej obecnosci- zostala nam wsunieta w paszporty. W tym celu trzeba isc do oklejonej plakatami budki, podstemplowac i oddac panu w czerni. On wzamian da nam inna karteczke z inna pieczatka. Wokol sznury tirow na blachach Europy wschodniej i czesci Azji. Kirowcy graja w karty, myja sie w wiadrach, pichca jedzenie. Jeden nadmuchal materac i spi. Inny obcina paznokcie, ktore odskakuja na wszystkie strony. Inny chyba wpadl w jakies otępienie, siedzi na krawezniku, oczy wbil w asfalt i bawi sie jojo. Powietrze drga na upale, przepelnia je gesty i lepki kurz, unosi sie zapach benzyny, smaru i palonej gumy. Czasem podmuch wiatru przyniesie aromat morza lub kibla, zalezy z ktorej strony zawieje. Wszyscy kierowcy wygladaja troche jak jacys przesiedlency, jak ludzie ktorzy zaaklimatyzowali sie na dluzszy pobyt, dla ktorych czas juz nie ma zadnego znaczenia. A moze oni maja racje? Stad chyba nie ma ucieczki. A moze swiat poza tym portem juz nie istnieje?

Z kompletem kartek i stempli stawiamy sie na szlaban wyjazdowy. Jedna karteczka jest cudem odnaleziona. Wyfrunela mi jak bylam w kiblu ale na szczescie ją znalazlam. Nie chcemy wrecz myslec co by bylo gdyby trwale zaginela. Przed nami okienko. Ostatnia pieczatka. Tylko ze przede mna kolejka chyba 40 tirowcow. Kazdy ma w łapie teczke wypchana papierami o grubosci encyklopedii. Babka w okienku studiuje z osobna kazda z kartek wydobytych z teczki. Zakresla, zawija, zszywa. Nie ma podchodzenia bez kolejki. Tirowcy mnie przepuszczaja ale babka odsyla na koniec. Chyba nie starczy nam tych tranzytowych 10 dni na opuszczenie tego portu.. Kabak zaczyna wyc. Nie dziwie sie jej, ja tez mam ochote! Nagla zmiana! Jest podchodzenie bez kolejki. “Riebionek” zmiekcza serca nawet najbardziej zaciętych sluzbistek. Bo taki kochany ciu ciu i ma pulchne nozki! Aleeee… Nie mamy podpisu z magazynow! Jakich k... magazynow!!!!!!!????? Trzeba wrocic do bialego budynku na pierwsze pietro… Czasoprzestrzen zatacza koło. Tam juz bylismy. Powrot do przeszlosci? Ponoc nic dwa razy sie nie zdarza, ta sama rzeka nie istnieje i takie tam. Jesli ktos chce zawrocic czas lub zatrzymac jego bieg to polecam port w Iliczewsku. Oswiadczam babce, ze ja juz nigdzie nie pojde, ze ja juz wszedzie bylam, we wszystkich budynkach i na wszystkich pietrach. Pukalam do wszystkich mozliwych drzwi i juz nie wiem gdzie mam isc a tak wogole to i tak nie ma sensu, bo i tak znajdzie sie w koncu jakis gosc od oliwienia kaloryferow, ktory jeszcze nie pochylil sie nad naszą sprawą. Chyba nigdy wczesniej nie udalo mi sie wyglosic tak plynnie tak dlugiej kwestii. Pare osob probuje mi przerwac ale im sie nie udaje. Wymieniam wszystkie miejsca gdzie bylismy, kogo spotkalismy. Pojawia sie jakis gosc, chyba urzednik konczacy zmiane. I chyba sie nad nami ulitowal bo obiecuje zalatwic sprawe. Jedziemy za nim. Trzeci raz tory. Koleiny coraz glebsze, za kazdym razem koła wyrywaja kolejne porcje zeżwirowaciałego asfaltu. Gosc przed nami widac n-ty raz je pokonuje bo zajezdza bokiem przed trawe gdzie szyny mniej wystaja. Biały budynek. Drzwi wydaja charakterystyczny, juz dobrze znany nam skrzyp. Jak jakas mantra.. I musze zwrocic honor- za tymi drzwiami nie bylismy. Te jedne przegapilam. Po minie babki “z magazynow” widze, ze jej jakos smutno, ze jej pieczatka jest ostatnia i prawie zapomniana i pominieta. A przeciez ona jest wazna. Tak samo wazna jak pozostali, a moze nawet wazniejsza… Zajezdzamy na brame. Mijamy kolejke tirowcow. W okienku jakas inna babka, tapirowana. Mamy komplet kartek, pieczatek i podpisow. Pada slowo “wypuscic”. Szlaban sie otwiera..

Jestesmy na Ukrainie.



Minelo kilka godzin. Nasze dane zostaly wpisane w przynajmniej 8 zeszytow. Glownie przez kobiety w srednim wieku, pieknym, kaligraficznym pismem. Podkreslone na zielono, czerwono i niebiesko. Wziete w ramke. Oddarte na linijsce. Przystemplowane i osuszone bibułka. Wklepane w wielki stary stacjonarny komputer i w trzy laptopy. Dziesiatki pierdzistołkow podkreslilo swoja niezbednosc. Zwiedzilam pokoje wygladajace na opuszczone, z odpadajacym sufitem, takie stylizowane na przytulny domowy salonik oraz obite sidingiem z rzedem nowoczesnych blyszczacych lamp. Wiekszosc spotkanych tam urzednikow byla bardzo mila, uprzejma, chetna do rozmowy i pomocy. I jak roboty zaprogramowana na swojej czynnosci, swojej czesci ukladanki. Wbijam czerwona pieczatke ponizej zielonej. Wpisuje w czarny zeszyt, a pod pieczatka wpisuje kolejny numer seryjny z czarnego zeszytu 3/15/DX/19872. Brak zielonej pieczatki przerywa ten ustalony ciąg i wzbudza panike. Nie ma zielonej pieczatki! Gdzie zielona pieczatka?? Aaaaaaa!

Rozne przygody mielismy na ukrainskich przejsciach granicznych. Zwlaszcza o tych pod koniec lat 90-tych mozna by napisac ksiazke. O ogniskach z tirowych palet, o autach rozkrecanych na srubki, o poszukiwaniach dziel sztuki, o koniecznosci golenia sie na granicy, o łapowkach w pomylonej walucie- ktore otwieraly kazde drzwi, o opowiesciach wspolpodrozujacych, ktore realne czy zmyslone- gleboko zapadaly w pamiec.. Ale to bylo juz lata temu. Myslalam ze specyficzny urok wjazdow/wyjazdow z Ukrainy minal bezpowrotnie. A tymczasem port w Iliczewsku zdecydowanie jest w stanie dorownac najciekawszym przygodom sprzed kilkunastu lat! A moze nawet je przebic? Nieee, tak dobrze to nie bylo! :P

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 16 sty, 2017 18:34

Wyjezdzamy z portu. Zegna nas tabliczka “Iliczewsk - port”. Dojezdzamy do jakiejs ulicy. W lewo czy w prawo? Nie mamy pojecia. Jakos z mapa sie nie zgadza.. Jedziemy na czuja w kierunku gdzie widac bloki. Mijamy tabliczke “Czernomorsk”. Hmmm.. Nie mam nic takiego na mapie. Wyciagam drugą. Nie ma.. Ani w spisie ani nigdzie w rejonie. A to jest cos duzego, nie ma opcji, zeby to byl przysiolek, ktory pominieto.. Ze trzy razy jezdzimy w te i wewte, trafiamy do okolicznych wiosek. W koncu sie poddajemy. Trzeba zapytac miejscowych. Stajemy pod jakims zakladem samochodowym. “Przepraszam, ktoredy jechac do Iliczewska”. Kolesie zaczynaja pękac ze smiechu. “Jestesmy w Iliczewsku”- “Ale jak to? Przed chwila byla tabliczka “Czernomorsk, ooo tam!”- “Czernomorsk i Iliczewsk to jedno i to samo miasto”- “Ze co?”.. I wlasnie sie dowiaduje, ze Iliczewsk nalezy do tej grupy miast, ktore ostatnio okazaly sie miec nazwy z dawnych lat, ktore sa nie po linii politycznej obecnego rzadu Ukrainy. Za malo europejskie i zbytnio swoim brzmieniem nawiazujace do dawnych komunistycznych czasow, ktore jak wiadomo sa najgorszym zlem, nawet na tabliczce z nazwa miasta lub ulicy. Wiec maja obecnie manie zmieniania. Los ten spotka kilkaset miast, miasteczek i wsi. Iliczewsk stal sie Czarnomorskiem, Dniepropietrowsk Dnieprem. Teoretycznym zmianom ulegna nawet tez nazwy miast i wsi na terenie Krymu i tej czesci donieckiej obłasti, nad ktora obecnie wladze Ukrainy nie maja kontroli. Mechanicy z zakladu nie kryja oburzenia z racji tych “fanaberii”- “Tak sie bawią kacyki z wierchuszki w Kijowie, a normalni ludzie sie zastanawiaja jak przezyc kolejny tydzien. W drogach sa jamy na pol metra, dzieci chodza glodne, w czesci blokowisk nie ma zima ogrzewania! Czy naprawde nie ma pilniejszych wydatkow w naszym kraju? Moze zaczna tez burzyc wszystkie budynki, ktore powstaly w tamtych czasach? Moze typ ich architektury tez sie komus zle kojarzy? Zrownaja wszystko z ziemia, zostanie goły step- to bedzie pełne “zdekomunizowanie””. Fakt - wymiana wszystkich tablic i znakow przy drogach, tablic na szkolach, szpitalach, urzedach, dokumentow, map- toz to musza byc ogromne naklady finansowe! Czy Ukraina je posiada i czy serio jest to najpilniejsze w tej chwili? Gdy maja wojne, korupcja szaleje, kurs waluty zaciąga muł a babcie za emeryture moga sobie kupic 5 bochenkow chleba? Nie mnie oceniac- “nie moje małpy, nie moj cyrk”- ale sie nie dziwie, ze chlopaki sie wkurwiaja- zwlaszcza, ze za obowiazkowa wymiane dokumentow musza zaplacic z wlasnej kieszeni. Opowiadaja tez ciekawa rzecz o lokalnych sporach. Ponoc w odeskiej obłasti gdzie sie znajdujemy, inny urzad odpowiada za tabliczki z nazwami miejscowosci na ich poczatku i koncu, a inny za znaki kierunkowe do miast i wsi. I tak jak pierwszy ochoczo podjal sie wymiany tablic, to drugi zamula i znakow kierunkowych zmienic nie chce. Tlumaczy sie brakiem pieniedzy, materialow i ochoty. Zatem pewnie jeszcze jakis czas bedziemy jechac za tablicami “Iliczewsk 50km, “Iliczewsk 14 km” i… wjedziemy do Czernomorska! ;) Zmiany nazewnictwa na Ukrainie beda dotyczyc nie tylko miejscowosci ale tez ulic, skwerow, parkow, a takze usuwania zle kojarzacych sie pomnikow. Z tymi ostatnimi jak sie okaze w najblizszych dniach sprawa jest najbardziej rozmyta, nieewidentna i czesto wrecz mocno zabawna. Czasem np. wystarczy przemalowc flage w rekach chloporobotnika. I juz jest dobrze ;)

Obrazek

Miasto Iliczewsk/Czernomorsk nieco nas zaskoczylo. Spodziewalam sie malego, zapomnianego miastecza w stylu Oczakowa a tu kurort! Wrecz kipiacy od turystow, kolorowych dmuchanych piłek i rozowej waty cukrowej. W Batumi to wiatr hulal i bylo pusto- w porownaniu z tym co dzieje sie tutaj! ;) Prawde gadali rowerzysci z Dniepropietrowska, ze od czasu gdy wyjazd na Krym jest “nieco utrudniony” to pododeskie i podchersonskie miejscowosci nadmorskie przezywaja prawdziwe oblezenie.

Obrazek

Po plazy chodza sprzedawcy ryb wykrzykujacy swoje oferty przez megafon. Bardzo ciekawia mnie owe ryby o dlugasnych pyszczkach, ale jakos ostatecznie jej nie kupilam i teraz zaluje.

Obrazek

Obrazek

Chodzą tez plazą Murzyni w spodniczkach z kolorowych wstążek i za kase mozna sie z nimi sfotografowac. Prawdziwy Murzyn nie jest chyba zbyt popularnym gatunkiem pod Odessa wiec proceder ma spora popularnosc, zwlaszcza wsrod dzieci i mlodych dziewczyn.

Obrazek

Z plaza w Iliczewsku/Czernomorsku graniczy trawiasty skwerek zarosly malymi drzewkami. Idealny na namiot! Widac slady ognisk. Obok stoja nowiuskie tabliczki “zakaz biwakowania, palenia ognisk, picia alkoholu”. Obok buduje sie hotel. Pewnie im zal d… sciska, ze ktos by mogl wypoczywac za darmo. Kiedys Ukraina byla synonimem turystycznej wolnosci, niestety i tu zmienia sie to na niekorzysc...

Obrazek

Obrazek

Na skwerku przyplazowym siedza cztery babuszki i spiewaja. Nie maja ze soba zadnego instrumentu a brzmi to jak cala orkiestra. Zawodzaca melodia niesie sie po okolicy, czasem tylko zagluszy ją łupanie z komorki przechodzacego malolata. Siadamy na najblizszej lawce i dlugi czas sie przysluchujemy. Cos pieknego!

Po miasteczku wloczy sie duzo wojska. Nie wiem czy pilnuja porzadku czy szukaja dezerterow. Chodza czworkami z gebami bez cienia usmiechu i rozgladaja sie wokolo. Kazda grupka jest tak dobrana, ze jest dwoch roslych chlopakow i dwoch kurdupli.

Bez problemu mozna znalezc w miescie mile zaulki. Dokladnie widac ze "zkurtortowacenie" miejscowosci nastapilo dosc niedawno

Obrazek

Czasem jakis robotnik przyglada sie nam ze sciany

Obrazek

Jakis czas szukamy miejsca na nocleg ktore by odpowiadalo naszym wymaganiom. Na peryferiach miasta jest “hostel Czernomorski” i strzalka wskazujaca na budynek ni to biurowy, ni fabryczny. Eksperymentalna fabryka zwiazana z jakas automatyzacja. Brzmi skomplikowanie ;)

Obrazek

Obrazek

Budynek otula bujna roslinnosc :)

Obrazek

Obrazek

Wlaze do srodka przez drzwi kojarzace sie z zakladami przemyslowymi. Korytarz, ciemno, jakies kasetony na suficie, pusta strozowka.

Obrazek

Hotel jest na lewo. Pierwszy pokoj jest pusty. Drugi zajmuja pietrowe lozka obwieszone ubraniami. Gra muzyka. Na dwoch lozkach leza jakies zwloki. Chrzakam ale zwloki nie reaguja tylko dalej chrapia. Wokol jakies rozrzucone gary. Bardziej wyglada to na oboz dla uchodzcow niz hotel. Nie ma z kim gadac. Nic tu po mnie.. Gdy wychodze to trafiam na babcie. Potwierdza ze hostel jest tu. A tak wogole to jej corka moze nam wynajac mieszkanie. Ona zreszta tez, ale jej jest mniej komfortowe i dalej od morza. Wogole caly Iliczewsk wynajmuje mieszkania wczasowiczom. Nie chce sie nam juz jezdzic na drugi koniec miasta, poza tym slyszac ze chcemy na jedna noc - babcia zaraz traci zapal reklamowania i zachecania nas. Za to idzie obudzic tutejsza gospodynie. Nie ma miejsc. Tzn na jedna dobe to sa. 10 zl. Rewelacyjny jest ten kurs hrywny! Tzn dla nas bo dla miejscowych to jest masakra. Prowadza nas do drugiego korytarza. Tu rzeczywiscie wyglada jak normalny hostel. Dostajemy pokoj z lozkami pietrowymi. Dosyc jest duszno w srodku- rzucamy sie aby otworzyc okno. Babka nas przestrzega ze lepiej zamknac bo tu sa komary. Znamy sie przeciez z komarami! U nas tez sa! Po raz kolejny wychodzi, ze miejscowych trzeba jednak sluchac. Zwlaszcza na wschodzie bo oni nie maja w zwyczaju robic z igly widly. (i jak pisze ze zakaz wstepu na most to pewnie jest zaminowany a nie wielce niebezpieczny bo kawalek barierki sie ukruszyl ;)

Obok nocuja chyba jacys robotnicy czy uczniowie szkoly przyzakladowej i to jest ich bursa. Caly wieczor chichotaja w kuchni z babka z obslugi. Mieszka tez jakis facet z dwojka dzieci. Tez wyglada na zadomowionego. Pol jego pokoju wypelnia sterta maskotek. Caly czas gdzies niedaleko chodzi ciezki silnik. Wciaz nam sie wydaje, ze jestesmy na promie…

No i w nocy nas zjadły komary. Wszyscy mamy po kilkadziesiat ukąszen (takie kilkadziesiat blizej setki ;) ). Najgorsze jest to w przypadku kabaka bo ona ma najmniejsza powierzchnie. Wyglada to jak wysypka z racji jakiejs choroby zakaznej. Na ulicy matki chwytaja swoje dzieci i przenosza na druga strone ulicy. Na plazy jest podobnie, mamy sporo miejsca wokol siebie. Niemowle sie nie drapie ale przez caly dzien jest lekko osowiale i rzadko sie usmiecha. Zapodajemy rajd po aptekach gdzie jej kupuje syropek na alergie, pewnie nie jest to potrzebne ale sie zmartwilam i wole popoic przez kilka dni. Zabrane z domu kropelki Zyrtec ugotowaly sie juz w Bulgarii dawno temu. Co ciekawe w calym miasteczku nie da sie kupic wapna dla niemowlat. Babki w aptakach maja miny jakbym pytala o sproszkowane meteoryty. Maja wapno ale tylko dla starych na osteoporoze. Dla niemowlat? W syropku? A co to?

Na bazarku przy plazy w Iliczewsku/Czernomorsku mozna nabyc pyszne wedzone rybki. Prawie za darmo!

Obrazek

Kupuje tez lany kwas i piwo i ide zaniesc na plaze. Sprzedaje Azer, ktory tu dorabia sobie w wakacje- “Co dziewuszka? Bedziesz pila na dwie rece?”. Mowie mu, ze jedno jest dla meza, ktory siedzi na plazy. Twarz sprzedawcy sie rozpromienia. “To w Polsce sa takie dobre kobiety? Bo u nas to sa, ale na Ukrainie to nie ma. Ukrainki wogole nie dbaja o swoich facetow! Mialem tu dziewczyne- masakra! Powiedz swojemu mezowi, ze dobrze trafil i ma wspaniala zone!”. Obiecuje powtorzyc. Nie wspominam, ze ow maz zostal na plazy pilnujac dziecka, podczas gdy ja ogladam sobie kramy. I ze to piwo, ktore niose, jest dla mnie ;)

Dalej jedziemy wzdluz wybrzeza. Nie wiem jak w inne miesiace, ale w sezonie jest tu zdecydowanie nie do wytrzymania. Kazda wiocha jest pospiesznie przebudowana i stylizowana na kurort i wrecz dusi sie od naglego najazdu tabunow spragnionych zamoczenia sie w morzu. Kilka osob potwierdza, ze zaczelo sie tak od czasow aneksji Krymu. Ale ze to tylko jeden z powodow. Drugi jest ponoc taki, ze dawniej czesc bogatszych Ukraincow wypoczywala nad morzami zagranicznych krajow. Teraz raz, ze niektorzy boja sie jezdzic do krajow islamskich z racji na zagrozenie terrorystyczne, a dwa, ze przy obecnym kursie hrywny wyjazd za granice wiaze sie z niebotycznymi kosztami utrzymania tam. No wiec czarnomorskie wybrzeze sie dusi i kotłuje.

Na obrzezach jednej z wiosek (Gribiwka? Ciezko powiedziec bo miedzy wioskami nie ma odstepow a i tablice nie zawsze stoja) dostrzegamy mily budynek, stare schody, powiewajace pranie. Wlasciciel nie wynajmuje pokoi na jedna noc, ale zgadza sie abysmy rozbili namiot na terenie. Na zewnatrz sa krany, prysznice, kible wiec to nie problem. Mowi, ze nie moze nas zbyc i odeslac z kwitkiem bo lubi Polakow. Smieje sie “musze byc dla was dobry bo inaczej nas nie wezmiecie w Eurosajuz!”. Pytam wiec czy jest przekonany ze chce taki Eurosajuz w pakiecie z Arabami i "tęczowymi" paradami. Koles sie smieje, ze takiego nie chce, ze on poprosi taki Eurosajuz w pakiecie z praca dla wszystkich, pensjami jak w Niemczech i zeby tanio mozna kupic dobre samochody.. “Choc z tym ostatnim w Polsce tez chyba nienajlepiej!” (tu obrzuca krytycznym spojrzeniem skodusie, ktora po przejechaniu 5 tys kilometrow i pokryta centymetrowa warstwa kurzu, wyglada na nieco zmeczoną i starsza niz w rzeczywistosci ;) Ostatecznie gosc stwierdza, ze mu zwisa czy Ukraina wejdzie do Eurokołchozu czy nie- on i tak ma rumunski paszport w szufladzie, wiec moze jezdzic do roboty gdzie ma ochote. A Polakow lubi bezinteresownie, bo "my bracia Słowianie" i mozemy postawic namiot gdzie nam sie podoba i bardzo nas przeprasza ale sobie juz pojdzie bo ma swoje pilne sprawy do zalatwienia.

Pensjonat, ktory przyciagnal nasz wzrok

Obrazek

Namiot stawiamy przy zarosnietym trawa starym deptaku. Pomiedzy trawa i brzozami stercza jakies betonowe plyty.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kawalątek dalej jest murek i widok na morze.

Obrazek

A to nasza lazienka!

Obrazek

Taka sama betonowa droga prowadzi na plaze. Szeroka, solidna, ale autem wjechac sie z drogi nie da, tylko przez teren pensjonatu. Mozna tez od drugiej strony przez jakies dziwne szlabany, gdzie spisuja dokladnie wszystkie dane auta i chyba trzeba komus dac w łape. Teren jest wogole dosc specyficzny i przypomina jakby opuszczony poligon. Bo po kiego diabla by ktos budowal takie betonowe zjazdy na plaze i rozrzucal wielkie plyty?

Obrazek

Wieczorem dlugo siedzimy na murku kolo namiotu i wgapiamy sie w morze, najpierw fioletowe od zachodzacego slonca a potem rowne jak tafla i srebrzace sie od swiatla ksiezyca. W dali łupie muzyka z jakis hoteli i strzelaja sztuczne ognie. Chyba sa to sztuczne ognie- albo w Odessie nie jest tak bezpiecznie jak mowili ;)

Spi sie wybornie wsrod grania cykad

Rano odwiedzamy jeszcze plaze. Juz spod namiotu dostrzegamy dziwne zjawisko- grupa okolo 50 osob stoi na plazy blisko siebie, w pelnych ubraniach. Nie siadaja, nie kąpia sie. Stoja. Gdy rozkladamy sie na plazy okazuje sie, ze mamy bardzo nietypowe towarzystwo- policje, pogotowie i... topielca pod bialym przescieradlem. Trochu nieswojo.. Topielec jest ponoc “mocno nieswiezy”. Za chwile ma przyjechac jeszcze prokurator.

Obrazek

Ukryty nieopodal w zaroslach artysta spokojnie oddaje sie swojemu zajeciu

Obrazek

Potem jedziemy w strone Biełgorodu Dniestrowskiego i Zatoki. Mamy plan aby wbic na mierzeje miedzy morzem a limanem. W 2009 roku jechalismy ta trasa pociagiem i widac bylo z okien dzika plaze z wrakiem statku. Nie bylo jak wysiasc w biegu.. Byla tez jakas stacyjka na plazy. Bardzo chcemy odnalezc na spokojnie te miejsca! Dzis jednak jest tu inny swiat. Tlum, scisk, wycie klaksonow. Wszedzie napisy “wynajme, sprzedam mieszkanie, apartament, pokoje, domki”. Spadamy stad. Nie chcemy widziec jak wyglada Zatoka. Wystarczy. Pododeskim wybrzezom w sezonie podziekujemy. Moze kiedys wiosna lub jesienia.. Coz.. Jest to dla mnie ogromne zaskoczenie. Wrecz szok! W konfrontacji wybrzezy jednego morza- Bułgaria, Gruzja, Ukraina, gdybysmy mieli wybrac wybrzeze najdziksze, najladniejsze, najbardziej pelne wolnosci, przestrzeni i miejsc na dzikie biwaki- to bez zastanowienia i namyslu w cuglach wygrywa Bułgaria. To szok, z ktorego wciaz nie moge sie otrzasnac. To nadmorska Bulgaria byla najbardziej wschodnia, zapomniana, pusta i przesiaknieta klimatem, ktory uwielbiam. Swiat jednak potrafi zaskoczyc!

W tyl zwrot. Odbijamy na polnoc. Wjezdzamy na autostrade na Kijow, ktora dla odmiany zaskakuje nas bardzo pozytywnie. Szeroka, nietloczna, połatany asfalt, widoki mile dla oka. Droga przecina liman. Na brzegu limanu knajpa, mozna sie swobodnie zatrzymac i polazic. Pewnie i miejsce na namiot by sie znalazlo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co ciekawe teren w rejonie nie jest plaski, co chwile wjezdzamy w obłą doline.

Obrazek

Obrazek

Dosc czesto na poboczu leza rozerwane opony. I to nie pękniete tylko takie jakby wybuchly od srodka!

Jejku! Jak na tej autostradzie jest przyjemnie w porownaniu z tymi pododeskimi wiochami! Jaki spokoj, jaka przestrzen, jaka cisza!

Raz po raz mijamy mocno wyładowane auta.

Obrazek

Obecnie zaobserwowalismy 5 rodzajow tablic rejestracyjnych wystepujacych na Ukrainie. Tu tez widac postepujace tendencje unifikacji- jak wszedzie niestety.

Małe,czarne, radzieckie tablice z poczatkow lat 80 tych i starsze. Jeszcze kilkanascie lat temu bardzo popularne np. Karpatach, obecnie juz rzadko spotykane. Najczesciej teraz widzi sie je na ciezarowkach pracujacych w lesie lub wrakach samochodow wrosnietych w przyogrodkowe chaszcze. Co ciekawe na tym wyjezdzie spotkalismy ich dosc sporo- i to na jezdzacych autach! Chyba sztuk 7 widzialam. Ten samochod nalezal do Cyganow grajacych na harmoszce na nadmorskim deptaku

Obrazek

Nowsze, bo z pozniejszych lat 80 tych, ale rowniez radzieckie tablice. Juz biale. Z mala literka na poczatku. Jeszcze normalnie z cyrylica. Jak pamietam z konca lat 90 tych to prawie wszystkie auta na takich jezdzily. Teraz ich coraz mniej acz na starych wołgach, zaporozcach i ładach jeszcze bez problemu do zaobserwowania

Obrazek

Oraz trzy rodzaje nowszych- z flaga i numerkiem

Obrazek

Z kolorami flagi, godlem i symbolem literowym kraju

Obrazek

Chyba najnowsze bo glownie obecne na wypasnych blyszczacych brykach. Blizniaczo podobne do wszystkich nowych z innych krajow- flaga i symbol na niebieskim pasku...

Obrazek

W okolicach wsrod wczawiczow spotyka sie sporo Mołdawian, na ich autach tez mozna zaobserwowac ewolucje tablic...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pt 20 sty, 2017 10:56

Zmierzch zaczyna nas doganiac w okolicach Krywego Ozera. Gdzies w tym miasteczku planujemy spac. Okolice na biwak jakos nie rokuja, objechalismy pare miejsc, ktore z mapy wydawaly sie fajne, ale wszedzie albo zabudowania albo pola uprawne. Nie chce sie nam juz szukac a po dwoch "przygodach" z maszynami rolniczymi noclegom w bliskiej okolicy upraw mowimy zdecydowane NIE. Krecimy sie po miasteczku. Na wjezdzie stoja w kukurydzy gieroje. Jeden ma rozwiana peleryne niczym batman.

Obrazek

Obrazek

Centrum jest mocno nafaszerowane symbolami wspolczesnymi i dawnymi. Przeplataja sie one ze soba, wspolistnieja na kazdym kroku, tworzac przedziwna mozaike. Lokalny niewielki ryneczek to "Majdan niezaleznosci", obok Szewczenko, tablica zasluzonych mieszkancow i oczywiscie flaga. A w tle sierp z mlotem wkomponowany w stara mozaike. Ciekawi tez kilkukrotne podkreslenie, ze na majdan sie nie wjezdza. Trzy znaki o tym informuja a wjazd i tak na wszelki wypadek zatarasowano betonowymi plytami ;)

Obrazek

Obrazek

Nieopodal pusty cokol pomnika. Ale wciaz podpisany zlotymi literami. Obalajac takowe chyba warto zadbac o szczegoly, bo wychodzi zabawnie. A moze wodz rewolucji tylko na kawe poszedl i zamierza wrocic niebawem?

Obrazek

Nie ma kogo zapytac, majdan jest pusty, tylko flagi łopocza na wietrze. Kolo urzedu kreci sie ochroniarz ale chowa sie na moj widok.

Napotykamy tez inny, bardzo ciekawy pomnik poswiecony piekarzom? “Chliborobam” a na cokole jakby maly traktorek!

Obrazek

Obrazek

W centrum mial byc stary hotel. Robimy trzy rundy wokol miasteczka ale ani widu ani slychu. Moze tu dla odmiany zdjeli tylko szyld a hotel pozostal? Rozpytujemy w sklepach i na skwerkach, bez skutku.

W bocznej uliczce nad stadem krow unosi sie pyl, w ktorym fajnie zalamuje sie zachodzace slonce. Wieczorne miasto ma swoje prawa.

Obrazek

Wedlug porad miejscowych noclegownia jest tu jedna - motel przy autostradzie. Z braku wyboru osiedlamy sie tam. Budynek jest nowy i ociekajacy gadzetami i symbolami bedacymi dla wiekszosci wyznacznikami luksusu i komfortu. Jest dywan na schodach, na ktorym udaje mi sie poslizgnac dwa razy. Lustra, kinkiety, krysztalowe zyrandole, sztukateria, rzezby stylizowane na antyczne, obrazy, kandelabry. Tapety w pokojach w odcieniach komponujacych sie z barwa i deseniami poscieli, wiszace na scianach telewizory i klimy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mamy wiec uzasadnione przeczucie, ze skasuja nas tu niezle, ale coz, nie chce nam sie juz dalej jechac w ciemnosci. Ide zaplacic do recepcji. W przeliczeniu na polskie pieniadze od osoby 20 zl. Ile???? Wybałuszam oczy na babke, a ona widzac moje zdumienie zaczyna przepraszac, ze tak drogo, ona wie, ze to kupa kasy- ale coz zrobic, tak szef postanowil, a warunki sa dobre i pokoje przestronne... I w cene wliczone jest sniadanie, tu mamy liste 5 sniadan, sposrod ktorym mozemy sobie wybrac.. Place bez slowa i ide do pokoju. Czuje sie dziwnie. Jak jakis burzuj. Jezdze na Ukraine od 19 lat, ale takiej rozbieznosci w cenach to nie bylo nawet w latach 90 tych. Z jednej strony fajnie, ze z nas nie zdarli, nie lubie tracic kasy na noclegi i luksusy, ktorych nie potrzebuje, ale.. jakos troche sie czuje jakbysmy kogos oszukali, albo zanocowali i nad ranem uciekli przez okno...

W pokoju, na szafce, wsrod chyba 4 pilotow, lezy kartka ze spisem wszystkich cennych rzeczy znajdujacych sie w pokoju. Co ciekawe, tylko cena stolika jest wyrazona w dolarach, wszystkie pozostale sprzety maja ceny w hrywnach. Czy ma to oznaczac, ze stolik jest zagraniczny? Czy ma podkreslic jego wartosc? Tylko po co ten wykaz? Aby nocujacym zadrżala reka zanim zniszcza wyposazenie albo wynoszac pod pacha wiedzieli za ile puscic na allegro? Czy moze lista ma podkreslic elegancje i wysoki standard pomieszczenia?

Obrazek

Z Krywego Ozera jedziemy w strone Pierwomajska jakimis bocznymi drogami. Tu chyba najbardziej dziurawa z nich

Obrazek

Suniemy przez male wioski, pola, klimaty sielskie, spokojne i przyjemne na oka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem trafi sie mercedes na sprzedaz

Obrazek

Czasem dziwna budowla

Obrazek

Albo niekonczace sie łany slonecznikow

Obrazek

Czasem zarosla przydrozne tworza zwarta zielona sciane.

Obrazek

Mijamy nieraz ciekawe pojazdy. Tu akurat przyczepka. Zawsze zachwyca mnie na wschodzie umiejetnosc przeksztalcania jednych rzeczy w drugie i wykorzystywania przedmiotow tak dlugo jak sie da.. A nie mania wyrzucania bo zepsute, stare, niemodne..

Obrazek

Obrazek

A tu dla odmiany ciezarowka, ktorą wszyscy szybko i bardzo nerwowo starali sie wyprzedzic. Nikt nie chcial za nia jechac ;)

Obrazek

Przypadkiem lądujemy w miejscu bedacym geograficznym srodkiem Ukrainy- okolice wsi Dobrowieliczkiwka sa udekorowane z tej okazji specjalnym pomnikiem, tablicami i wiata biesiadna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kirowogradzka oblast wita przemyslowo-rolnicza plaskorzezba

Obrazek

W Pierwomajsku ide do sklepu samochodowego zakupic jakies naklejki na skodusie np. taka z bobasem. Mamy juz bulgarska “bebe w kolata” i ukrainska “w awto dytyna”. Moze tu po rosyjsku beda tez miec? Facet jednak rozklada rece- “odgorny zakaz sprzedawania naklejek samochodowych z rosyjskimi napisami. Jak przyjdzie kontrola to grozi wysoki mandat. Mialem oczywiscie ale wszystkie musialem wywalic.” Patrze na drzwi- napis “otwarte”, godziny pracy, spis sprzedawanych akcesoriow- wszystko po rosyjsku. Tu mozna? “Godzin otwarcia i informacji dla klientow nie zabronili. Co nie jest zabronione jest dozwolone” - sprzedawca smieje sie blyskajac zlotymi ząbkami. Cos musialo byc w tym rozporzadzeniu. Odwiedzamy chyba z 10 sklepow. Nie ma nigdzie takich naklejek.

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Yakin
Radca Stanu
Radca Stanu
Posty: 314
Rejestracja: pn 02 kwie, 2012 22:37

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: Yakin » pn 23 sty, 2017 01:58

Buba, kiedy ciąg dalszy, bo nie mogę się doczekać :D ? Jak ja wam zazdroszczę, szczególnie tej drogi przez Khulo :). Kiedyś też chciałem nią pojechać, ale poruszaliśmy się marszrutkami i nie było takiej opcji. Ale jeszcze kiedyś na pewno do Gruzji zawitam :).

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 30 sty, 2017 10:22

Yakin pisze:Buba, kiedy ciąg dalszy, bo nie mogę się doczekać ?
juz jest!
Yakin pisze:Jak ja wam zazdroszczę, szczególnie tej drogi przez Khulo
Fajna byla, choc strasznie szkoda ze nie udalo sie zalapac na widoki z przeleczy :(
Yakin pisze:ale poruszaliśmy się marszrutkami i nie było takiej opcji.
Mozna jechac do Adigeni marszrutka i dalej probowac ze stopem, sporo tam jezdzi, zarowno turystow jak i miejscowych ciezarowek
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pn 30 sty, 2017 10:22

Jadac przez Ukraine wiele razy spotykamy sie z odleglymi, ale jednak echami wojny. Na ktorejs z przydroznych knajp wisiala petycja aby wysylac datki na poszkodowanych ochotnikow, ktorzy wrocicli z Donbasu w stanie dosc niekompletnym. Dołączone zdjecia. Dosyc drastyczne. Nad morzem na regulaminie pola namiotowego jednym z punktow bylo, ze uczestnicy ATO maja 90% znizki.

Ciekawa tez jest propaganda sukcesu zapodawana przez lokalna telewizje. Ciag wiadomosci- w Turcji wybuch- 53 osoby zginely, w Japonii powodz, zrywa mosty, W Indiach spadl z wiaduktu autobus, trupow co niemiara, jak to w Indiach... We Francji szaleniec zabil na ulicy niewinnych przechodniow! A tymczasem na Ukrainie... Powstalo ostatnio 200 km nowych drog, kolorowe plastikowe placyki zabaw dla dzieci (usmiechniete matki dziekuja rządowi), a z okazji poczatkow roku szkolnego najbiedniejsze dzieci dostaly wyprawke szkolna a w niej kredki o 50 kolorach. Zblizenie na paletę kredek i usmiechiete dzieciece buzie. I szybki przeskok- a tymczasem w Rosji rosnie problem z narkomanią, ćpaja juz kilkuletnie dzieci- zdjecia zasiniałych ciałek lezacych gdzies na ulicy jak psy... Nie podwazam faktow, ktore podala telewizja. Zapewne wszystkie sa prawdziwe. Jednak ich zestawienie pozostawia jedno wrazenie- Ukraina jest szczesliwa wyspą na morzu plag, nieszczesc i przemocy. Na innym programie jakis polityk wyglasza orędzie do narodu o nienaruszalnosci ukrainskich granic i pelnym bezpieczenstwie wszystkich obywateli. W koncu do nas dociera czemu wszystkie telewizyjne stacje sa takie przesycone klimatem zwyciestwa, szczesliwosci i patriotyzmu- wlasnie maja tu rocznice 25 lat wolnej Ukrainy! Wszystkie stacje nadaja wiec w ten desen! Moze na codzien tak nie jest?

Nie tylko stacje telewizyjne. Kipią tym rowniez przydrozne bilbordy- "z dniem niezaleznosci Ukrainy". Na zdjeciach dominuja piersiaste niewiasty w strojach ludowych i z warkoczami, polmiski narodowych potraw, zarys kraju w narodowych barwach, pola uprawne, twarze lokalnych lub kijowskich politykow z ojcowskim usmiechem, nieraz na ta okazje wystrojeni w narodowe soroczki z barwnymi haftami.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jezeli jakis bilbord nie jest zwiazny z rocznica to spora szansa, ze bedzie nawolywal aby wstapic do wojska i bronic wschodnich granic. W wojskowych fatałaszkach usmiecha sie z plansz rowniez wiele kobiet, o twarzach jakby przed chwila opuscily salon kosmetyczki. Zwraca uwage zroznicowanie i spora dowolnosc umundurowania. Przypominaja nam sie slowa jednego goscia spotkanego w knajpie- idac do wojska mundur i bron załatwiasz sobie sam. To twoja broszka. Mowia, ze warto np. sobie kupic dobra kamizelke kuloodporna, ale nie kazdego chlopaka z wioski na to stac...

Z plakatow zachecaja i kuszą powolujac sie na rozne wartosci, dume narodowa a takze kase. Nie mniej niz 7 tys UAH! Gdy robie zdjecie plakatu zagaduje mnie jakis chlopak- "A co diewuszka, chcesz sie zaciagnac? Wiesz, ze ci z drugiej strony placa lepiej? Ale nie oplaca sie, tam latwiej zginac. I to nie bohatersko w walce, tylko dzikie bandy cie rozwala za pol dolara, albo za lepsze gacie." Pytam go czy byl na froncie (po obu stronach) skoro tak dobrze sie orientuje? "Nie... a zreszta czy to wazne? Kumple mi opowiadali."

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na przystanku po drugiej stronie drogi wisi ogloszenie "Praca w Polsce za 14 tys UAH". Dwa ogloszenia... albo za 7 na front, albo za 14 na szparagi"... Ale szparagi juz bez zdjec, bez odnoszen do slawy, honoru czy prawdziwej meskosci..

Obrazek

Odezwy w sprawie wojska werbuja rownie zacheta jak i grozba. Zrobilo na mnie wrazenie jedno ogloszenie. Przyklejone na przystanku autobusowym i pozornie sprawiajace poczatkowo wrazenie inicjatywy oddolnej, jakby soltysa wsi, lub zgromadzenia miejscowych. Tresc pisma jest w skrocie mniej wiecej taka "Jesli nie wstepujesz do armii albo nie dajesz kasy na wojsko to jestes zdrajca i jeszcze wieksza gnida jak Ruscy". Nie wiem co taka retoryka ma na celu- czy sklocenie ludzi, czy wzbudzenie poczucia winy, czy zniechecenie do wspomagania wojska? Co ciekawe- przedruk tego samego ogloszenia spotykamy na przystankach i 15 km dalej. I 50 km.. (zatrzymujemy sie na przystankach bo fotografuje stare mozaiki- bedzie osobna relacja o nich)

Obrazek

W wiosce gdzies przed Lipniażką zagladam do sklepu, niby nic nam nie trzeba ale jedno piwko zawsze mozna nabyc. A wioska i sklep wyglada tak milo, ze zal by bylo nie zawitac.

Obrazek

Obrazek

W srodku zmeczona i znudzona sprzedawczyni, ktora stara sie ignorowac żulika, ktory caly czas cos nawija i burczy pol do siebie. Gdy pijaczek mnie dostrzega i znajduje we mnie obcokrajowca, stwierdza, ze napewno jestem z Francji. Bo za granica jest Francja. On tam byl, dawno temu to bylo, ale byl. I zaczyna mowic po francusku. Nie znam kompletnie tego jezyka, aby zweryfikowac sensownosc jego wypowiedzi, ale brzmi jak jakis wiersz..

Na scianie sklepu wisi ogloszenie. Zaproszenie na koncert z okazji 25 lecia niepodleglosci w wiejskim klubie! Zapraszaja i miejscowych i przebywajacych w wiosce goscinnie (to my!). Klimat napewno bedzie! Kiedy to? Wrocimy tu!

Niestety... Bylo tydzien temu... :(

Obrazek

Jadac przez Ukraine napewno dostrzega sie jedno- ze producenci zoltej i niebieskiej farby ostatnio musieli stac sie milionerami! Jakos sie tak porobilo, ze wyrazem symptii i poparcia dla ojczyzny jest pomalowanie wszystkiego na kolory flagi narodowej. Czasem sie zastanawiam czy ma to wydzwiek patriotyczny - czy moze wrecz przeciwnie? Czasem malowane sa rzeczy nieco ..dziwne

balustrada mostu

Obrazek

co drugi slupek wiaty przystankowej

Obrazek

caly przystanek autobusowy

Obrazek

Obrazek

informacja o poczatku miejscowosci

Obrazek

Ławka na przystanku. Tu dodatkowo pracowicie wygrawerowano wiersz tematyczny.

Obrazek

Obrazek

blaszana beczka

Obrazek

słup

Obrazek

palik znaku drogowego

Obrazek

sztandar w rekach kołchoznikow

Obrazek

doniczka

Obrazek

pomnik poleglych w Afganistanie

Obrazek

kubek z kawa na stacji benzynowej

Obrazek

wolny bilbord

Obrazek

mis olimpijski

Obrazek

gwiazda na helmie gieroja (zdjecie zrobione przez Radka z forum sudeckiego)

Obrazek

Ciekawe jak powstaly te wszystkie kolory- czy Sasza z Wania wznoszac wieczorem kolejny toast dochodza do wniosku- "trzeba cos zrobic dla ojczyzny", łapia za kubelek farby i co na drodze to nieprzyjaciel (kot sąsiadki tez sie zalapal) ;) Czy moze jakies akcje zorganizowane w sensie cala klasa idzie malowac mostek/przystanek? Czy farbe trzeba zakupic samemu czy jest gdzies wydawana w ilosciach hurtowych? Pytalam kilku osob ale twierdzili, ze nie wiedza i nie przyznawali sie do wspoluczesniczenia w procederze.

Aha! reklamowki w sklepach tez daja uroczyste, wprawdzie dla odmiany w innych barwach, na ludowo, z napisem "Ukraina ponad wszystko"

Obrazek

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » wt 31 sty, 2017 11:01

O Lipniażce dowiedzialam sie gdzies w odmętach internetu. Ze osiedle, ze robotnicze blokowisko i prawie calkiem opuszczone. Przez miejscowosc o tej nazwie przechodzi glowna szosa relacji Pomiczna- Nowoarchangielsk. Na pierwszy rzut oka jest tu normalna wies o niskiej zabudowie i calkowicie nieopuszczona. Dobrze, ze wzrok przyciaga rzezba ogromnego bociana, stojacego przy miejscu biesiadkowym. Za bocianem dokladnie widac miejsce, ktorego szukamy.

Obrazek

Obrazek

Dosc dlugo kluczymy aby z wioski dotrzec do blokowiska, ktore widac dokladnie przez pola. Wybieramy rozne drogi, ale raz po raz konczymy w burzanach i skodusionieprzejezdnym blocie.

Obrazek

Problem w tym, ze blokowisko lezy jakby za wąwozem z młakowata rzeczką a mostki nie sa przewidziane. Jest tuz tuz, ale znow musimy zawrocic bo cos co wzielismy za droge konczy sie stosem kapusty w obejscu jakiejs babuszki...

Obrazek

Obrazek

Dziwnie wyglada ta normalna, zywa wies na tle ogromnych, betonowych wydmuszek... Polozenie osiedla na pagorku wzmaga poczucie monumentalnosci.

Obrazek

Obrazek

Wracamy do wsi. Znajdujemy malusią cerkiewke wsrod kablowisk

Obrazek

Z zestawem dzwonkow roznych rozmiarow, do wyboru do koloru!

Obrazek

Nieopodal przyszkolny ogrodek udekorowany rzezbami z odpadow- z butelek, starych opon, dziurawych miednic i butow. Powstala piekna dzdzownica, slimaki, lew, zyrafa, mis, kwiatki, sloneczko. Jak super mozna zrobic cos z niczego! Strasznie podoba mi sie ten ogrodek. Bo widac w nim nie kase i zadęcie, ale wlozona czyjas mysl, prace i serce.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pytajac o droge trafiamy do sklepu i do knajpki. W knajpie jest dosc malomowny facet odpowiadajacy na pytania zdawkowo acz dokladnie, zupelnie jak robot. Zreszta rusza sie tak samo jak mowi. W sklepie sprawa ma sie zgoła inaczej. Babcia Ania nalezy do tych, ktore upajaja sie swoim glosem a kazdy wspolrozmowca jest skarbem, zwlaszcza jak nie przerywa monologu na wiecej niz "yyhy". Mysle, ze maz tej pani napewno lubi chodzic na ryby. Ale akurat mnie ta sytuacja bardzo pasuje i chetnie wysluchuje dlugiej opowiesci niemlodej juz niewiasty. Babka niegdys mieszkala na osiedlu, ktorego szukamy. Pracowala w tutejszych zakladach- byla "nakręcaczką". Dlugo nie moge zrozumiec o co chodzi ale babcia nie daje za wygrana i dokladnie mi tlumaczy uzywajac wielu rekwizytow przyniesionych z zaplecza. Chyba wiec pracowala przy tasmie i cos zakrecala. Od kiedy osiedle mocno podupadlo a bloki przestaly byc wygodne- przeniosla sie do corki, ktora ma domek we wsi.

Kiedys byla tu zwykla wies ale w latach 80 tych na stepowych łakach na wzgorzu powstala ogromna cukrownia a obok niej osiedle robotnicze z dwudziestoma kilkoma blokami i cala osiedlowa infrastruktura. Mieszkalo tu w najlepsze lata 4 tys ludzi. Po upadku sajuza zaklad przemyslowy i osiedle spotkal klasyczny los. Zaklad dzialal coraz marniej az w koncu zdechł smiercia naturalna okolo przelomu tysiacleci. Zabily go przeksztalcenia i gospodarka rynkowa. Podzielil losy setek i tysiecy innych obiektow przemyslowych, od Odry po Władywostok, ktore byly potrzebne a potem nagle przestały.. Obecnie po pobliskich zakladach nie zostalo juz prawie nic. Tylko pokruszone kawalki betonu, z ktorego najwytrwalsi nadal wyrywaja wszelakie pręty zbrojeniowe i wszystko co nadaje sie na zlom. Osiedle z szarych plyt wciaz stoi, moze tylko nieco bardziej krzywo niz niegdys. Pogoda robi swoje, deszcze wygryzaja nieimpregnowane dachy a wiatr i sniegi mieszkaja w pokojach zamiast ludzi. Miasteczko jest w 3/4 opuszczone. Obecnie okolo 50 mieszkan jest zamieszkalych a kilkaset pustych. Kto mogl wyjezdzal do rodziny, innej pracy, gdziekolwiek. Pozostali nieliczni. Osiedle za czasow swej swietnosci nazywalo sie Cukrowaja. Wladze stwierdzily, ze nie ma sensu aby prawie calkiem opuszczone osiedle mialo swoja osobna nazwe wiec zniknela z map Cukrowaja, podupadle blokowisko wlaczono administacyjnie do pobliskiej Lipniazki jako jedną z ulic (ul. Sacharnyj Zawod)

Chyba po poltorej godzinie objezdzania wszystkich wiejskich zakamarkow trafiamy na wlasciwa droge- szeroka asfaltowa arterie odbijajaca z glownej szosy. Nie wiem czemu wczesniej na nia nie zwrocilismy uwagi..

Obrazek

Gdy docieramy na miejsce okazuje sie, ze osiedle wcale nie jest takie opuszczone jak sie spodziewalismy. W kazdej klatce schodowej praktycznie ktos mieszka, wisi pranie, anteny, wyglada z okna pies lub kot. Sa sklepiki, zaparkowane auta, kreci sie sporo ludzi, jestesmy pod czujnym okiem wslipiajacych sie w nas kilkunastu osob. Moze to zabrzmi dziwnie, ale czasem czuc ciezar wzroku na plecach. Jakos w tych okolicznosciach nie mam smialosci zagladac do mieszkan, troche sie obawiajac, ze obca twarz moze tu byc tozsama z szabrownikiem, a takowych zazwyczaj mieszkancy nie darza specjalna sympatia. Ogladamy wiec osiedle jedynie z zewnatrz. Zastanawiam sie jakby ewentualnie zagadac do miejscowych ale jakos nic sensownego mi nie przychodzi do glowy. Zeby tu bylo cokolwiek co by moglo byc przyczyna naszego przybycia, ktora bedzie dla wszystkich zrozumiala i niepodpadajaca.. Coz wedrujac z plecakiem byloby latwiej, kupujesz piwo, siadasz pod sklepem i czekasz na rozwoj wypadkow. Samochod czasem bardzo nie pomaga.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pomiedzy blokami działaja sklepiki. Tu tez kreci sie najwiecej osob.

Obrazek

Mieszkancy dawnej Sacharnej to glownie osoby starsze oraz rodziny wielodzietne. Sporo dzieciarni biega z kwikiem po opuszczonych budynkach, balkonach, dachach. Malo kto w tym wieku ma az tak rozlegly i urozmaicony plac zabaw! Z opowiesci pani sklepowej wynika, ze od czasu upadku zakladow praktycznie nikt z pozostalych tu mieszkancow nie trudni sie normalna praca. Zyja glownie z emerytur, rent i zasilkow na dzieci. Czesc osob dorabia nadal "na cukrowni". Acz juz nie przy tasmie czy w słodowni ale wykuwajac ostatnie kawałki złomu. Na ile jeszcze starczy zbrojonego zelastwa? Tego nie wie nikt, ale tez nikt o tym nie mysli. W takim miejscach zyje sie z dnia na dzien, a nie planuje jakas daleka, nierealną przyszlosc.

Nie maja tu teraz prostego zycia bo blokowisko nigdy nie bylo przystosowane do samodzielnego istnienia bez centralnej cieplowni czy wodociagow, ktore po upadku cukrowni szlag trafil szybko. Mieszkancy wode musza nosic w butelkach lub wiadrach z wiejskich studni, mieszkania ogrzewaja wmontowanymi samodzielnie piecykami. Najgorzej sprawa wyglada z kanalizacja. Wiekszosci nie chcialo sie postawic slawojek i schodzic do nich z 4 pietra. Kible w mieszkaniach sa, czesc rur jest. Jak sie zrobi dziure w odpowiednim miejscu rury to muszla przestaje sie zatykac, droznosc jest utrzymana a... fekalia leca do piwnic. To byl ponoc ostateczny powod, dla ktorego babcia Ania postanowila opuscic swoje mieszkanko i udac sie gdziekolwiek. Przez kilka lat nie bylo tez pradu, ale ostatnio udalo sie go ponownie tu dociagnac. Czy oficjalnie czy na lewo ciezko powiedziec. Ale wieczorami nie burcza juz masowo agregaty. Gazu nie ma. Interenet tylko przez sieci komorkowe ;)

Mieszkanie mozna tu kupic za okolo 5 tys hrywien. Kilka lat temu znalazlo sie kilku pomyslowych ludzi, ktorzy pokupowali kilka opuszczonych mieszkan i probowali pod ich zastaw wziac kredyty. Komus ponoc sie to udalo, kredytu nie splacal a gdy wyslannicy firmy pozyczkowej zobaczyli "mieszkanie" to ich zatkalo. Z bankami juz nie poszlo tak latwo- kredytow dac nie chcieli- bo miejsce figuruje w rejestrach jako nieistniejace. Miala ponoc wyniknac z tego spora awantura o ogolnopanstwowym zasiegu i pozostali sprytni nabywcy lokalnych mieszkan zostali juz z przyslowiową reka w nocniku.

Bardzo jestem ciekawa ile jest na Ukrainie jeszcze takich wyludnionych Lipniażek (i nie mam tu na mysli czarnobylskiej zony). Bo jakos mi sie nie chce wierzyc aby byla ta jedna jedyna. Gdzies kiedys slyszalam, i to z dwoch niezaleznych zrodel, ze jakies takie miasto-widmo czai sie tez w rejonach Sokala (Czerwonograd, Czerwonobrod? Czerwono-coś tam?) Jakby ktos cos kojarzyl to bede wdzieczna za informacje.

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » pt 03 lut, 2017 09:07

Nie przepadam za zwiedzaniem muzeow ale czasem zrobie wyjatek. Tak bylo wlasnie w tym przypadku, gdy postanowilismy obejrzec jedno takie muzeum w rejonie Pierwomajska a dokladniej wsi Pobuzkie. Takie przynajmniej mielismy namiary, ze w tym rejonie nalezy szukac. Pobuzkie znalezlismy- wioska i ogromne jak na taka mala miejscowosc zaklady przemyslowe, wiec poczatkowo one sciagnely nas w swoja strone.

Obrazek

Jak sie okazalo tam miejsca naszych poszukiwan nie bylo i odnalezlismy je dopiero w polach po drugiej stronie drogi. Jak widac i do teraz- zmylenie wroga sie udalo! "Wrog" pojechal jak cma w strone dymu kominow podczas gdy tajny obiekt spokojnie siedzial w kukurydzy.

Obrazek

Obrazek

Owo muzeum wojsk rakietowych ponoc jest unikalne i nie ma wiecej jego odpowiednikow na swiecie. Przynajmniej tak napisali w reklamowym folderku i podkreslaja to podczas zwiedzania w przynajmniej co trzecim zdaniu.

W moim opisaniu moze byc duzo niescislosci i błędow- nie sluzylam w wojsku, nie znam sie na rakietach. Moje zainteresowania militariami sa bardzo powierzchowne i zwykle sprowadzaja sie do ulubienia dla imprez i noclegow w ciemnych wnetrzach bunkrow czy radosci z wygrzewania na cieplych blachach czolgow ;)

Za czasow radzieckich w bunkrach i podziemnych schronach w rejonie Pierwomajska siedzialy poukrywane jądrowe rakiety miedzykontynentalne i czekaly az jakis desperat postanowi nacisnac guzik. Muzeum utworzono w 2001 roku kiedy jednostka wojskowa zostala zamknieta. Oprowadzajacymi sa emerytowani oficerowie dawniej stacjonujacy w tej bazie, wiec pewnie dlatego maja w krwi nieodpowiadanie na niektore pytania, ktore im sie zadaje lub odpowiadaja wymijajaco lub zupelnie nie na temat.

Obecnie (przynajmniej oficjalnie) nie ma juz na Ukrainie zadnej broni jadrowej. Wszystko zostalo wywiezione z terenow Ukrainy w latach 90 tych, a w zamian zostala im obiecana gwarancja nienaruszalnosci terytorialnej w granicach dawnej republiki. Podpisalo sie pod tym pol swiata, bo i Rosja, i Europa, i Amerykance, i Chinczyki... Co sa wazne takie "umowy" i co mozna sobie nimi podetrzec- pokazal czas...

Na muzeum sklada sie baraczek, w ktorym sa wyeksponowane rozne tablice, dokumenty, stare motory, propagandowe plakaty, obrazy bitewne i sztandary z Leninem. Tu mozna obejrzec makiety, schematy i zdjecia miejsca, w ktorym sie znajdujemy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu wysluchujemy dlugiego przemowienia oprowadzajacego, ktore nudzi nie tylko mnie, ale miejscowych turystow rowniez. Ponadgodzinne sluchanie o szczegolowych danych technicznych i specjalistycznych funkcjach poszczegolnych sprzetow dla wielu ludzi ktorzy nie sa jakimis obłakanczymi fascynatami jadrowych rakiet i pragna poznac zastosowanie kazdej najmniejszej srubki - zaczyna byc lekko nuzace. Wiec wiekszosc zaczyna ziewac, szurac nogami, spogladac na zegarki a kilkoro zwiedzajacych dzieci raz po raz dopytuje "kiedy zjezdziemy do bunkra?". Bo chyba wlasnie po to wiekszosc tu zgromadzonych przyszla.

Z ciekawszych rzeczy padaja informacje, ze wieksze z rakiet palily 100 litrow paliwa na sekunde. Baza w ktorej sie znajdujemy stanowi jedynie centrum sterowania a sztolnie z siedzacymi we wnatrzu rakietami gotowymi do wystrzalu byly rozrzucone po okolicznych polach na przestrzeni 30 km. Calosc otaczalo kilka plotow drutu kolczastego, normalnie pod napieciem 800 wolt, acz z przygotowaniem, ze w razie podwyzszonej bojowej koniecznosci mozna zwiekszyc do 3 tys wolt.

Sporo wystawki jest poswiecona odziezy ochronnej pracujacych przy rakietach zolnierzy. Ponoc komponenty paliwa rakietowego byly tak trujaca substancja, ze jedna kropla upadnieta na skore mogla spowodowac smierc. Sa tez wystawki bardziej luzno zwiazane z baza - o wspolczesnych silach zbrojnych Ukrainy, o poczatkach produkcji radzieckich bomb atomowych, o Hiroszimie i Nagasaki itp

A tak ponoc wygladala glowna bohaterka- rakieta.

Obrazek

Obrazek

Potem idziemy poogladac tabor samochodowy zwiazany z baza. Sa wiec ogromne maszyny МАЗ sluzace do wyciagania ze sztolni i przewozu dlugasnych rakiet (nie wiem jak toto zakrecalo). Autko z ładunkiem wazylo ponad 250 ton. Jak to jechalo? Tego chyba zaden most nie wytrzyma?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest tez cala aleja silnikow rakietowych i innego wszelakiego zelastwa.

Obrazek

Obrazek

Sa tez jakies wyrzutnie oraz sprzety zwiazane z klimatem wiec rozniste czolgi, pojazdy pancerne, armaty itp. Fajne jest, ze mozna na kazdy eksponat wylezc, wejsc do srodka, usiasc i posiedziec ile sie chce, pokrecic korbami, rowniez takimi ktore np. podnosza lufe. Krecimy wiec obie z kabaczkiem czym popadnie a radosne piski niosa sie wokolo. Niemowlaka widac bardzo cieszy zgrzypienie nienaoliwionych kawalkow a i chyba zapach smarow i rdzy bardzo ciekawi bo caly czas niucha noskiem i rusza nim jak kroliczek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zagladamy w czelusc tuleji w ktorej niegdys siedziala rakieta. Teraz dziura jest tylko na 6 metrow. Pozostala czesc jest zalana betonem. Po co? nie wiadomo, ale ponoc taki byl wymog i koniecznosc przy zamykaniu bazy.

Obrazek

Maja tu tez maszt, do czego sluzyl nie pamietam, ale jest krzywy specjalnie. Bo ponoc proste maszty tego typu moga byc tylko w czynnych bazach.

Obrazek

Na koniec wreszcie to na o wszyscy czekali- podziemne centrum dowodzenia! Najpierw wchodzi sie do komory zajmujacej sie napowietrzaniem, regulacja temperatury i wilgotnosci wewnatrz kapsul i sztolni. Wiatraki i wszelakie mechanizmy po wlaczeniu robia niesamowity halas! Nawet duzo wiekszy niz nasz ulubiony odkurzacz-ogorek ;)

Obrazek

Obrazek

Potem jest dlugi korytarz z roznistym orurowaniem, ktory bardzo przypomina mi ten pod radarem w łotewskim Irbene, gdzie calą ekipa sie pogubilismy [tzn. mielismy male problemy z wyjsciem tzn otwarciem drzwi wyjsciowych] przyprawiajac obsluge radaru prawie o zawal. Tu jest mniejszy klimat bo idziemy z przewodnikiem nie sami ale korytarz podobny. A! I tu jest oswietlenie..

Obrazek

Obrazek

Drzwi to tu maja calkiem solidne

Obrazek

Obrazek

Na koniec docieramy do zawieszonej w studni metalowej kapsuly, ktora ma 12 pieter i 33 metrow glebokosci i wazy ponad 120 ton. Tu schemat obiektu:

Obrazek

Wlasnie tam na dole znajdowal sie ow przycisk mogacy zmienic losy swiata. Na kazdym pietrze jest okragly pokoj wypelniony aparatura sterownicza rakiet lub innymi sprzetami koniecznymi dla zycia obslugujacych- jest np. kibel, lozka pietrowe itp. W ramach wycieczki zjezdza sie tylko na przedostatnie dolne pietro a jeszcze na kolejne przechodzi drabinka. Zjezdza sie fajna winda- klatka gdzie mieszcza sie gora 4 osoby. Co sie znajduje na pozostalych pietrach- nie wiadomo, bo nie mozemy sie tam zatrzymac i obejrzec. Niektorzy zartuja ze tam pewnie siedzi wciaz dzialajaca aparatura. Bo jaka lepsza przykrywka dla dzialajacego obiektu jak muzeum?? ;) Kapsula jest zawieszona w studni i nie dotyka scian. Wszystko bylo ponoc wygluszone i wyamortyzowane w sposob majacy zapewnic, ze nawet w przypadku wybuchu jadrowego kapsula przetrwa i nie ulegnie rozwaleniu. Zapasy wody, pozywienia, powietrza mialy zapewnic kapsule zycie na kolo poltora miesiaca. Jak sie okazuje ow istotny przycisk wysylajacy rakiety w daleka, jednokierunkowa podroz- nie jest jeden. Aby zrobic bum trzeba bylo zaangazowania, dogadania sie i wspoldzialania kilku osob- i to nie tylko tych siedzacych w czelusciach bunkra rakietowej bazy. Swoje guziki mieli przede wszystkim urzednicy w Moskwie- glowny sekretarz czy prezydent, minister obrony itp i to od nich wszystko zalezalo. Wiec to nie byl ten jeden magiczny czerwony guzik, od ktorego wszystko zalezalo. Raczej nie bylo szans, ze ktorys wojskowy np. przysnal i oparl sie w zlym miejscu ;) Albo marzyl o ponurej slawie lub akurat zdradzila go zona i postanowil popelnic samobojstwo w dosyc spektakularny sposob ;)

Widok w studnie czelusci, w ktorej siedzi kapsuła

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wewnatrz panuje chlod, zapach metalu i martwa cisza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeden z uczestnikow wycieczki- mały Nikita, wszedzie biega z kamerką na kiju i nic nie umknie jego szpiegowskiej misji. Chlopiec w czasie zwiedzania kapsuly woła "tato, tu jest tak samo jak w tej opuszczonej bazie na Białorusi gdzie bylismy na wiosne! Tylko tu jest winda a tam byly schody". Na twarzy ojca pojawia sie grymas ..."ciiiii". Na pytanie przewodnika czy tam tez jest muzeum, ojciec odpowiada, ze nie i ze tam wogole nie da sie wejsc, bo calosc jest przykryta wielka, betonowa pokrywa. Mały Nikita gwizdze, patrzy w niebo i kopie papierek po podlodze. Wiecej nic nie mowi, troche poplakuje... Ojciec za kare zabral mu kamere.

Podczas calego zwiedzania widac, ze z pracownikow muzeum wylewa sie ogromna nostalgia, za wielka utracona potega, za czasami gdy byli mlodzi i mieli prace bardziej odpowiedzialna i nobilitujaca niz sprzedawanie magnesikow i pocztowek. Nie mowia tego wprost ale caly czas czuc tu ogromny zal nad zamknieta baza, nad wywiezionymi rakietami, "nad przeszloscia niedawna co jak sen minela". Juz po zwiedzaniu zagaduje jednego z przewodnikow i pytam go czy gdyby od niego zalezalo- to czy by chcial aby baza wciaz tu byla i dzialala jak niegdys. Gosc dlugo nic nie mowi, wbija tylko wzrok w polamany asfalt i zaciaga sie papierosem. Potem stwierdza, ze dla bezpieczenstwa swiata lepiej , zeby takich miejsc nie bylo. Acz z drugiej strony wciaz takie miejsca sa, sa na calym swiecie, a ich pierwomajskiej bazy juz nie ma. Wiec moze jednak szkoda, bo skoro swiat i tak jest zagrozony, to fajnie jakby oni tez mieli swoj udzial w tej ukladance. A tak zostali tak pieknie zrobieni w ch... "Tak, bardzo zalujemy, ze Ukraina oddala rakiety.." Nagle jednak zmienia mu sie wyraz twarzy, z zadumanego pojawia sie jakas zlosc. A tak wogole- to dlaczego mnie to interesuje? Dlaczego nie zadawalam pytan w czasie zwiedzania gdy o to prosil tylko teraz? A moze wogole powinnam poszukac mojego meza i dziecka? Widzial, ze siedzieli na czolgu i chyba sie niepokoili, ze mnie tak dlugo nie ma! A on musi isc oprowadzac kolejna grupe!

Chcialam bardzo jeszcze dorwac ojca malego Nikity o dlugim jezyku i zadac mu jedno pytanie na osobnosci... Ale gdzies znikl bez sladu...

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » sob 04 lut, 2017 20:24

W kolejne dni jedziemy juz po prostu na zachod, w strone Polski. Jak nam sie spodoba jakas boczna droga to sobie zjezdzamy, robimy zdjecia mozaikom na przystankach autobusowych, pomnikom betonowych gierojow z dawnych lat. Nie spieszymy sie, ale tez staramy sie nie przekroczyc tych 10 dni, ktore byc moze mamy wbite w paszport.

W okolicach Ozernej rzuca sie nam w oczy nietypowy cmentarz, pelen nagrobnych kamiennych figur. Zagladamy na teren i okazuje sie, ze cmentarz jest ogromny, duzo wiekszy niz wydawalo sie patrzac z drogi. Jego stan zachowania tez jest bardzo fajny bo wiekszosc rzezb jest kompletna, nawet czasem jakby troche odnowiona ale jednoczesnie wszystko jest zarosniete, poprzekrzywiane, oplecione pajeczynami i owiane mgłą zapomnienia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieniegdzie jakas glowa czy geba przepadly w odmetach czasu albo zmienily swoja lokalizacje..

Obrazek

Obrazek

Czasem posągom tylko głowy wystaja z plataniny nawłoci czy innego burzanu i splatanych chabazi

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

a nad nimi zwieszaja sie dojrzale kiscie owocow dzikiego bzu...

Obrazek

Obrazek

Wiele napisow na grobach jest polskich acz nie wszystkie

Obrazek

Obrazek

Tu nagrobek wyglada jakby mial slady ostrzału?

Obrazek

Juz calkiem rodzime akcenty mozna spotkac w zruinowanych resztkach dawnej kaplicy grobowej

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kopułka kaplicy wpadła do piwniczki, tam gdzie zwykle trzyma sie trumny. Nieboszczykow z opakowaniami chyba ktos zabral w nieznanym kierunku juz duzo wczesniej.. Tak daleko od domu a czuje sie tu jak na Dolnym Slasku. To samo. Identycznie. Tylko zatarte napisy sa polskie, nie niemieckie...

Obrazek

Przez srodek cmentarza wiedzie chodniczek, ale i jego przyroda zaczyna zabierac w swe władanie.

Obrazek

Dalej wglab cmentarza jest jakis czechosłowacki pomnik i to chyba ich sprawka ten chodnik- bo tam sie konczy..

Obrazek

o drodze przez Ukraine mamy okazje nocowac w lesnym hoteliku otoczonym starym murem, o wodzie mineralnej w kranach i chyba jakis bunkrach pod spodem. Oprocz nas nocuje tu jeszcze jakis poeta. Tzn. przynajmniej tak mi sie przedstawia gdy w ulewnym deszczu wieczorem ide po cos do skodusi. Tak po prostu. "Jestem poetą, a wy kim jestescie?". Od dwoch tygodni jedzie przez cala Ukraine i szuka natchnienia. Poki co nie znalazl. Pytam go o czym pisze wiersze a on na to, ze wlasnie tego tematu szuka. Sugeruję, ze moze napisze o lesnym hoteliku z mineralna woda w kranach, ale koles chyba sie obrazil. Jest mi przykro bo nie chcialam go urazic. Ot taka gadka na ciemnym, mokrym parkingu z deszczem cieknacym za kolnierz. Choc czasem mi ludzie mowia, ze jestem najbardziej zlosliwa i paskudna jak sobie z tego zupelnie nie zdaje sprawy. A moze po prostu nie znam sie na poezji?

Obrazek

Obrazek

Przy budynku sa stare ławeczki, miejsca biesiadne, jakies betonowe grzybki. Zauwazamy, ze w okolicach jednego ze stolow kabaczek ochoczo tupie i rechocze. Odciągnieta za raczke w inne miejsce wraca tu jak bumerang i dalej tupie. W koncu i my zauwazamy, ze tupniecie tutaj ma zupelnie inny dzwiek niz kilkanascie metrow dalej! Tu odpowiada mu jakby gluche echo... Madre niemowle wyczaiło :D

Obrazek

Obrazek

Nocujemy tez w jakims zajezdzie przydroznym o parkingu tak stromym, ze pod kola trzeba koniecznie cos podlozyc. Gospodyni ma juz przygotowane odpowiedniu ociosane kloce.

Obrazek

Do tutejszego domu idzie sie przez dluga kladke a obok wogole jest parking dla tirow z wiatkami gdzie mozna nawiazac ciekawe znajomosci oraz pozywic sie wedzona ryba.

Obrazek

A z okien kwatery widoczki na wies skąpana w popoludniowym słocu. Ale juz tak jakos zapodaje jesienią...

Obrazek

Najlepszy nocleg trafia nam sie na sam koniec. Juz za Lwowem, juz blisko granicy. Zapomniana baza kempingowa nad lesnym malutkim jeziorkiem.

Obrazek

Wszystko wyglada troche jak opuszczone acz jest babka opiekujaca sie osrodkiem i zarzeka sie, ze jutro przyjedzie tu duza grupa jakiejs mlodziezy na kolonie. Poki co jestesmy sami. Jest tylko ta babka z pieskiem i jakis gosc rąbiacy drewno. Ale od czasu zainkasowania od nas 5 zl od osoby juz ich nie spotykamy. Odradzaja nam korzystanie z brudnych slawojek, polecajac raczej okoliczny las. Przy kazdym domku stoja drewniane lawy i stoly, mozna rozpalic ognisko. Teren jest cienisty i zewszad wieje spokojem, zadumą i przeszloscia. Domki ozdabiaja postacie z dawnych radzieckich bajek- jest wilk z zajacem, jest Czeburaszka.

Po raz kolejny mam wrazenie, ze udaje nam sie przeniesc w czasie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rozpalamy ognicho, wyciagamy jakies marne resztki zarcia pałętające sie po dnie torby. Jakos wypadlo nam z glowy zrobic zakupy. Jest kilka kromek chleba, lekko nadtopiony od upału i zgnieciony zolty ser, puszka rybek, jedno wino. Jakos obleci na kolacje i sniadanie :) Smazymy grzanki. Smiejemy sie, ze nastepnym razem to bedziemy juz musieli jesc kabacze zupki- bo tego zostalo nam jeszcze naprawde sporo! Jakby dodac soli i ostrej papryki to by byly calkiem smaczne! Zaplątala sie nawet jeszcze jakas rumunska i bulgarska, acz takie sprzed 2 miesiecy to juz chyba wywalimy ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ludzi wokol nie ma ale za to zwierzyna dopisuje. W kolacji towarzyszy nam ten maly, puszysty ciekawski ptaszek. Jakos wogole sie nie boi, prawie z reki wyrywa okruszki chleba.

Obrazek

Gdy ide w las za drewnem - wpadam na stadko saren. Jest jedna malutka, ktorej rozjezdzaja sie na blocie nozki. Ucieka bardzo nieporadnie. Taki sarni kabaczek. W nocy, gdy wychodze do kibelka , na progu domku przemyka mi pod nogami jakies stworzonko. Jakas łasiczka? wyglada troche jak popielica ale 4 razy dluzsza. Ma tu chyba swoj staly domek, bo wprawnym ruchem łapek odsuwa ułamany kawalek deski i wpelza pod podloge. W drewnianych scianach naszego baraczku cos biega i chrobocze cala noc..

Rano obchodzimy sobie jeziorko dookola. Kiedys musial tu byc spory osrodek, jakies hale sportowe, jakies wiaty gdzie teraz powiewaja suszace sie przescieradla.

Obrazek

Obrazek

Jest tez "osada" kilku calkowicie opuszczonych budyneczkow z napisami "korpus". W srodku kaflowe piece, jakies meble i stos starych sflaczałych piłek..

Obrazek

Obrazek

W Mosciskach czynimy ostatnie zakupy, trzeba napchac skodusie kahorami :) Przybywaja dwie nowe butelki do kolekcji. Bo oprocz tego, ze lubimy spozywac te wina - to zbieramy butelki z tych wszystkich produktow cieklych o nazwie "kah(g)or". Ukrainskie, mołdawskie, inne. Uzbieralo sie juz przez laty okolo 65 sztuk o roznych etykietach i ksztaltach. Kahory charakteryzuja sie tym, ze jak na wina sa bardzo mocne, bardzo slodkie i zwykle czerwone. Pije sie je dobrze, ale w wiekszych ilosciach moze zemdlic i wywolac uczucie ciezkosci na zoladku. W swych poczatkach kahory byly winami cerkiewnymi, uzywanymi w czasie mszy do celow obrzedowych, stad czesto na etykiecie pojawia sie krzyz, Chrystus, ikony, kopuly cerkwi. Jak to ksieza wschodniego obrzadku mieli zawsze klawe zycie w porownaniu z naszymi- raz ze legalnie moga miec babe i dzieci - to jeszcze zawsze pod reka takie pyszne wino! :D

Kolekcja naszych kahorow do obejrzenia tutaj: https://goo.gl/photos/pCXmvbdxwa2RS9S88

Babka ze sklepu zartuje, ze w Mosciskach nawet remont ryneczku przeprowadzili aby utrzymac kolory narodowe. Cos w tym jest!

Obrazek

Wlazi tez w oczy pomnik. Chyba juz czwarty takowy na naszej trasie. Chyba tez nowiutki. Zwolennicy majdanow, obłędu natychmiastowej dekomunizacji i zmian "niepolitycznych" nazw miejscowosci pewnie sa zachwyceni, ze ten kolega coraz czesciej na cokolach zastepuje "złego Włodka"...

Obrazek

Tu tez po raz pierwszy zauwazam na urzedzie czerwono- czarna flage. Spotykalam je juz nie raz na Ukrainie- na przydroznych kopcach UPA, na roznych demonstracjach, w knajpach w stylu lwowskiej "Kryjiwki".. Zdaje sobie sprawe, ze i teraz i niegdys czesc ludzi sie z nia identyfikuje i wymachuje przy kazdej nadarzajacej sie okazji. Ale zeby wisiala oficjalnie na czynnym panstwowym budynku uzytecznosci publicznej- to widze po raz pierwszy...

Obrazek

Na granicy solidna kolejka- i tak samo jak rok temu, taka co wogole sie nie przesuwa. I to nie kwestia mrowek handlujacych wodka i papierosami. To nowa moda zarabiania a raczej oszczedzania. Od kiedy 3/4 zachodniej Ukrainy jezdzi nieprzerejestrowanymi polskimi samochodami i co kilka dni musi jechac do Polski sie odmeldowac, to w obie strony non stop tworza sie gigantyczne korki. Ale poki co nas to nie obchodzi. My jezdzimy bez kolejki. Omijamy dlugasny ogonek aut lewym pasem, sunac za jakims wypasnym merolem z naklejkami korpusu dyplomatycznego. Oczywiscie na ktoryms etapie straz nas zatrzymuje. Oni pokazuja jakies czerwone legitymacje a my kabaka. Kolejne ogonki aut juz trudniej ominac bo czesc pasow jest zatarasowana slupkami. Odciagam je zeby zrobic skodusi przejazd ale sa dosyc ciezkie. Morderczy wzrok ludzi z kolejki mowi wszystko. Oczywiscie trafiaja sie tez kapusie- jakis sepleniacy polski turysta biegnie do ukrainskich straznikow- "Prossse pana! bo ona jedzie besss kolejki, bo ona russa slupki, tak nie mozzze byc, zrobcie cos z tym bo ona....". Straznik, ktory chwile wczesniej łaskotał kabaka w stópki i chyba nie lubi donosicielstwa, obwieszcza tylko grobowym glosem "zaraz sprawdzimy panu samochod"...

Mocujac sie ze slupkami (bo rowniez grzecznie staram sie je odstawiac na miejsce) udaje sie podsluchac rozmowe z marszrutki. Kierowca: "To skandal, zeby takie małe dziecko wozic za granice i męczyc na upale". Jakas kobieta: "Ale to jest czlowiek. Gdzies sie musi nauczyc zycia" :D Temat zostaje podchwycony przez pozostalych pasazerow, ale do czego doszli to nie wiem- my juz jedziemy dalej...

Przejazd, pieczątki, słupki, zajmuja nam kolo godziny. Mialam sie zapytac pogranicznikow czy mielismy wbity ten nieszczesny tranzyt czy nie.. Ale ostatecznie zapomnialam... ;)

Ojczyzna wita nas natychmiastowym brakiem zapachow, dzikimi korkami w Przemyslu i promocja na hotdogi na orlenie ;)

Tu tez nie zawsze jest latwo.. ;)

Obrazek

Na polu namiotowym w Stasianym zamykamy pętelke rozpoczeta wlasnie tu wczesnym latem, 71 dni temu.. Za nami okolo 6 tys. kilometrow na liczniku (na promach sie nie krecil ;) ), 11 tys. zdjec, centymetr kurzu na skodusi, spalone sloncem trzy gęby, rozpadniete buty i kłebiacy sie w glowie kalejdoskop wspomnien..

Ide nad ten sam potoczek, dzis plytki i wyschly tak samo jak poprzednio. Wokol nie ma juz łanow firletek, za to pojawily sie nagle cale połacie zoltej nawłoci i wrotyczu. Przez chwile mam wrazenie, ze wroce pod wiate i siadziemy do biesiady z Grzesiem i Niemcami z kampera. A jutro wyruszymy w droge na poludnie.. Toperz ma chyba podobne przemyslenia bo pyta: "To co, jeszcze jedno kóleczko?" :)

KONIEC
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Yakin
Radca Stanu
Radca Stanu
Posty: 314
Rejestracja: pn 02 kwie, 2012 22:37

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: Yakin » wt 07 lut, 2017 19:37

Świetna wyprawa, świetna relacja, na pewno masa wspaniałych wspomnień :). Przeczytałem z ogromną przyjemnością, tym bardziej, że wasz styl zwiedzania krajów jest mi bardzo bliski :D. Ja co prawda lubię też zabytki, a do niektórych muzeów też z chęcią zaglądam, ale w trakcie podróży nie lubię się spieszyć, planować co do minuty, spać w pięciogwiazdkowych hotelach itd. :D. Mam nadzieję na równie fascynującą relację po tegorocznych waszych wakacjach, bo pewnie znów odwiedzicie wschód :).

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » śr 08 lut, 2017 23:29

Yakin pisze:Ja co prawda lubię też zabytki, a do niektórych muzeów też z chęcią zaglądam,
Nam tez sie zdarza. Na tej wycieczce odwiedzilismy co najmniej 2 muzea - baze rakietowa kolo Pierwomajska i muzeum w wiezy w Uszguli. Ale w tym drugim nie pozwalali robic zdjec, jak i tak robilam ale skoro im tak zalezy to w neta nie wrzucilam. Poza tym wyszly nieostre ;)
Yakin pisze:Mam nadzieję na równie fascynującą relację po tegorocznych waszych wakacjach, bo pewnie znów odwiedzicie wschód .
Plan jest i oczywiscie bedzie to wschod. Jedno jest pewne- wyjazdy beda nieporownywalnie krotsze, bo tylko takie w ramach urlopu...
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Yakin
Radca Stanu
Radca Stanu
Posty: 314
Rejestracja: pn 02 kwie, 2012 22:37

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: Yakin » pt 10 lut, 2017 17:29

buba pisze:I muzeum w wiezy w Uszguli. Ale w tym drugim nie pozwalali robic zdjec, jak i tak robilam ale skoro im tak zalezy to w neta nie wrzucilam. Poza tym wyszly nieostre ;)
[quote/]
W muzeum w Uszguli byłem :). I też robiłem zdjęcia z ukrycia, ale podobnie jak tobie nie wyszły za dobrze. Trochę tam jednak za ciemno :).


Plan jest i oczywiscie bedzie to wschod. Jedno jest pewne- wyjazdy beda nieporownywalnie krotsze, bo tylko takie w ramach urlopu...
Ja na ogół też nie mogę się wyrwać na dłużej niż trzy tygodnie. Ten rok jest wyjątkowy. No i w sumie też jadę na wschód, tylko troszkę dalej :D.

martinez
Kolegialny Sekretarz
Kolegialny Sekretarz
Posty: 55
Rejestracja: ndz 01 lip, 2012 20:18

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: martinez » pt 24 lut, 2017 11:54

Dobra lektura, widzę spory talent pisarski w tej kategorii :) Co do Gruzji to niby taka gościnność i super ludzie a tu i tez w innych relacjach można sie dowiedzieć że różnie z tym bywa.I ta alkoholiczka wypijająca wódę zmarłym na cmentarzu.kiedyś muszę ten kraj zobaczyć.Tymczasem jutro znów Ukraina-huculszczyzna- dokładniej narty w Bukowelu noclegi w Jabłonicy bo sporo taniej a zaoszczędzona kaska pójdzie oczywiście na % -jakos trzeba wspomagać gospodarkę Ukrainy ;) p.s też skodą.

Awatar użytkownika
buba
Kanclerz
Kanclerz
Posty: 2233
Rejestracja: wt 03 lip, 2007 18:41
Lokalizacja: Oława

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: buba » śr 08 sie, 2018 22:28

Nie ma to jak odpisac po dwoch latach ale wczesniej jakos nie zauwazylam komentarza :oops: :oops: :oops:
martinez pisze:
pt 24 lut, 2017 11:54
Dobra lektura, widzę spory talent pisarski w tej kategorii :)
dzieki za miłe slowa
martinez pisze:
pt 24 lut, 2017 11:54
Co do Gruzji to niby taka gościnność i super ludzie a tu i tez w innych relacjach można sie dowiedzieć że różnie z tym bywa.
Mysmy jakiejs specjalnej goscinnosci w Gruzji nigdy nie zauwazyli. Ukraina czy Armenia jak dla mnie biją w tej kategorii Gruzje na łeb na szyje. Chyba, ze chodzi o Dżawachetie - to sie zgodze, ale to taka nie do konca Gruzja.. ;)
martinez pisze:
pt 24 lut, 2017 11:54
I ta alkoholiczka wypijająca wódę zmarłym na cmentarzu.
To akurat mialo klimat. Dosc mroczny ale w pamiec zapadalo.
martinez pisze:
pt 24 lut, 2017 11:54
muszę ten kraj zobaczyć.
Chyba im szybciej tym lepiej bo czas nie dziala na jego korzysc...

martinez pisze:
pt 24 lut, 2017 11:54
Tymczasem jutro znów Ukraina-huculszczyzna- dokładniej narty w Bukowelu noclegi w Jabłonicy bo sporo taniej a zaoszczędzona kaska pójdzie oczywiście na % -jakos trzeba wspomagać gospodarkę Ukrainy ;) p.s też skodą.
Bedzie relacja? hmmm.. choc gdyby miala byc to pewnie juz by byla.. ;)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..

http://jabolowaballada.blogspot.com/

Tato
Okręgowy Sekretarz
Okręgowy Sekretarz
Posty: 30
Rejestracja: czw 04 sty, 2018 23:20

Czas nie goni nas czyli skodusia na Kaukaz

Post autor: Tato » sob 11 sie, 2018 13:49

Nawet po dwóch latach miło się czyta. To co napisaliście to jest " Mistrzostwo Świata ". Dziękuję za to, że chciało Wam się chcieć tak pięknie opisać.
Buba - jesteś wielka. Wielki 'szacun'

ODPOWIEDZ