O 23 jestesmy juz na pkp, a dluga noc przed nami. Przygotowujemy sobie laweczki do snu na peronie.
Smiejemy sie ze powinnismy wyryc na lawkach swoje imiona i za kazdym kolejnym noclegiem dorysowywac kolejna kreske- byloby juz z 4-5 kresek. Spi sie rewelacyjnie, ale krotko, kolo 4 wjezdza nasz chyrowski pociag. Jak zwykle obserwujemy 3 krotne rozkrecanie skladu- raz gdy
"mrowki" pakuja towar w sciany, dwa gdy straz graniczna na przejsciu przeszukuje wszystkie katy i trzeci raz gdy juz na ukrainie towar jest wyjmowany. Widok to juz dla nas powszedni ale zawsze jakos milo sie patrzy na to przedstawienie
Z Chyrowa mykamy marszrutka na Stary Sambor, potem elektriczka do Turki, marszrutka do Kostriny i autobusem do Ljuty. Trafiamy akurat na Zielone Światki wiec wszystko jest umajone galazkami- domy,auta, pociagi, nawet karetki pogotowia.
Dojazd poszedl nam wyjatkowo sprawnie wiec w Ljucie odwiedzamy jeszcze nasz ulubiony sklep.
Tu wlasnie rok temu zakonczylismy nasza wschodniobieszczadzka wyprawe, obiecujac sobie powrot za rok. Teraz mamy dwa tygodnie wloczegi przed soba, jest czerwiec, kwitna łąki, do 23 jest tu jasno- no wogole szczescie nie zna granic!!!
Rano pogoda jakby ciut lepsza wiec zmierzamy na Polonine Rowna. Po drodze mijamy dogodne na nocleg chatki, raczymy sie cytrynowka grzesia i oczywiscie sie gubimy.
Sciezki nie ma, uksztaltowanie terenu nie pasuje nam ani do mapy ani do wskazan kompasu, decydujemy sie isc na czuja gdzies w prawo. Mijamy jakies male olesione szczyty a naszej poloniny wciaz niet.. Na pocieche wypijamy reszte cytrynowki i mozolnie pniemy sie pod kolejna gore..Po chwili las sie przerzedza, wychodzimy wreszcie na łąki. Obok widzimy charakterystyczny wierzcholek ostrej hory-wiec wyglada na to zesmy dobrze trafili i jestesmy na Rownej
Pogoda ladna, stawiamy namioty a ja biegam w kolko z aparatem.
Rano budzi nas ulewny deszcz tlukacy sie w dach namiotu..Wokol mgla, obrzydliwie zimno, gory sie schowaly..
Godziny mijaja, pogoda sie "ustabilizowala", siedzimy w spiworach. Wreszcie mozna sie wyspac do woli
Pogoda poprawia sie kolo 19, zbieramy majdan (bo to grzech spedzic dwa noclegi w jednym miejscu) i ruszamy dalej pod gore, sa nawet jakies widoki.
Idziemy do 22, dluzej nam sie nie chce.. Stawiamy namioty- smiejemy sie ze my dzis prawie jak SKPB- szlismy nieprzerwanie od 8 do 22
Rano znow deszcz i mgla..ale i tak decydujemy sie isc bo ile mozna siedziec w namiocie na tej zasranej , tfu zamglonej poloninie. Ochoczo zwiedzamy ruiny bazy rakietowej na szczycie (przyczyny radosci sa rozne- niektorzy uwielbiaja miejsca opuszczone, niektorzy sie ciesza ze wreszcie im na leb nie leje
Odnajdujemy rowniez betonke by zejsc do Lipowca. Po drodze spotykamy stado dzikich koni
a i pogoda im nizej tym lepsza.
Gdzies na granicy lasu spotykamy spora gromadke Czechow. Jako ze to pierwsi napotkani turysci od 4 dni to uciecha jest ogromna. Czesi wyciagaja swoj bimber, recznie robione fajki, gitare w ksztalcie wiosla, a my ser, kielbase. rozkladamy sie na betonce i ogolnie jest nam bardzo dobrze
Po jakis dwoch godzinach aprowizacja sie konczy wiec decydujemy sie kontynuowac droge do Lipowca.
Niestety ekipa dzieli sie na dwie grupy- Kuba z trojka Czechow wyrywa do przodu i znikaja nam z oczu. My z reszta docieramy do wsi i kontynuujemy impreze pod sklepem, liczac ze tamci jak zauwaza ze nas nie ma to zawroca..
Poznajemy milego miejscowego ktory proponuje nam ognicho, nocleg w stodole itp..Niestety musimy odmowic bo nie ma zasiegu, nie mamy kontaktu z Kuba, a on pewnie juz w Turiczkach z Czechami..Klnac na czym swiat stoi wyruszamy w ponad 10km droge asfaltem na poszukiwanie Kuby. Szlag nas trafia bo ani te Turiczki nie leza na naszej trasie, totalnie nam z drogi i jeszcze ten nocleg w stodole..
Nasz nocleg widziany rano
Nastepnego dnia lapiemy stopa do Likicar, zwiedzamy cerkiew,
Przycerkiewny kibelek
Przezywamy traume pod sklepem (maja tylko paskudne piwo "Rohan") i dopytujemy o droge do Łumszor. Na mapie z 42 roku mamy znaczona sciezke, ale serio to jej niema.. tzn gorzej jest 50 sciezek rozlazacych sie na wszystkie strony. Wybieramy na chybil trafil kolejne sciezki, bladzimy najpierw w lesie, potem na oszalamiajaco pachnacych łakach i nad strumykami.
Po jakis 4 godz. dochodzimy do planowanych Łumszor (z Likicar w linii prostej jakies 3km)
Wylazimy prosto na turbaze wiec pakujemy sie do srodka w poszukiwaniu jakiegos cieplego zarcia. I zrodla ładowania bateryjek. Znajdujemy stolowke co nakarmi i nas i nasze aparaty i telefony.
Mily pan oferuje nam przedziwne dania ktorych nazwy nic nam nie mowia. W koncu kazdy zamawia co innego, ale i tak wszyscy dostaja gulaszopodobne mieso z kluskami. Porcje roznia sie jedynie wielkoscia kawalkow miesa, ksztaltem klusek i kolorem sosu. W czasie posilku ogladamy rosyjskie filmy gangsterskie, gdzie oprocz chaotycznego strzelania we wszystkie mozliwe strony, dominuja sceny wzajemnego odpalania sobie papierosow, przygryzania cygar, dlugich rozmow sciszonym glosem przez lsniace komorki. A wokol przechadzaja sie atrakcyjne (tzn mocno rozebrane i umalowanie) kobiety...Gospodarz obiektu probuje nas namowic na nocleg w pokoju , prysznic itp (za oplata oczywiscie) ale odmawiamy i stawiamy namioty nad rzeczka. Spotykamy tam pare Slowakow-Sonia i Jano. Nasi nowi znajomi wlasnie rzucili prace i wyruszyli na 3 miesieczna wyprawe przez ukraiskie i rumunskie Karpaty. A za rok chce jechac na Krym na motorkach-komarkach. Wieczorem ognicho i impreza.
