Och, na jaką piekną historię trafiłam będąc w gościach w mojej wsi... Pochodze z maleńkiej osady, która powstała jako stacja graniczna wielkiego imperium rosyjskiego na trasie kolei warszawsko-wiedeńskiej. Wtedy nazywała się Granica (obecnie dzielnica Sosnowca). Kiedy przeglądałam księgi chrztów, znalazłam we wrześniu 1939 r. adnotację o późnym chrzcie niejakiego Mikołaja KACZANOWA. Zainteresowała mnie adnotacja księdza i poszukałam potomków Kaczanowa. Znalazłam. Znalazłam także żyjącą jeszcze wdowę po nim i od niej poznałam fascynującą historię pogranicza. Otóż ojciec Mikołaja Kaczanowa był kozakiem rosyjskim stacjonującym w Polsce. Zakochał się w Polce, ożenił. Około 1910 urodził się Mikołaj. Kiedy wybuchła wojna, kozak zabrał rodzinę w głąb Rosji. Kiedy wybuchła rewolucja, prawdopodobnie zginął. Jego żona z kilkuletnim Mikołajem i niemowlakiem wracała do Polski. Na którejś stacji Mikołaj wysiadł na peron i pociąg odjechał bez niego. Trafił do sierocińca w Granicy, gdzie zebrano dzieciaki polskie "ruskojęzyczne". Kiedy dorósł i chciał się żenić, zgłosił się do chrztu, ponieważ nie wiedział, czy był ochrzczony, a narzeczona była katoliczką. Jedyne, co pamiętał z dzieciństwa, to imię i nazwisko.
Moim zdaniem opowieśc na niezły film... Prawnuk Mikołaja postanowił zrobić drzewo genealogiczne. Próbuję mu pomóc i proszę o pomoc was. Jeśli ktoś z was zna kogokolwiek o nazwisku Kaczanow, proszę o informacje.


