http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... w_gorgany#
http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... 9_gorgany#
http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... i_i_ruiny#
http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... iBursztyn#
http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... ocny_lwow#
http://picasaweb.google.com/uchate.paci ... aworiwske#
Wyruszamy z Olawy w piatek po poludniu, do Trzebini przebijamy sie autostrada, z pkp Trzebinia zabieramy Grzesia i dalej juz mkniemy sobie na wschod bocznymi drogami, przez Slomniki, Szczurowa, Ciezkowice, Gorlice, Nowy Zmigrod... Zostawiajac gdzies z boku cale pieklo zwiazane z obwodnica Krakowa, remontami drog pod Tarnowem i tysiacami fotoradarow
Rano ruszamy w strone przejscia w Kroscienku, jeszcze krotka wizyta w barze "u Kojota" w Ustrzykach Dolnych, coby znieczulic sie przed granica i juz mykamy na wschod
Przejscie mija nam nadpodziw szybko (kolo godziny). W Chyrowie w sklepie wymieniamy kase i jedziemy sobie dalej przez Sambor, Drohobycz.. Gdzies za Drohobyczem zaczyna strasznie szarpac kierownica, wiec widac ze cos jest nie tak..Zatrzymujemy sie i faktycznie- jedna felga ma ksztalt lekko kopnietego prostokata
Po wjechaniu nawet nie musimy mowic co sie stalo, mechanik od razu wita nas komentarzem: "szczo ty tak ujebał?!?" Zdejmuja kolko i zabieraja do warsztatu na jakas dziwna krecaca sie maszyne ktora bardziej wyglada na narzedzie tortur niz sprzet mechanika (i takowe dzwieki wydaje) ale o chwili nasze kolko wyglada juz jak dawniej i mozna je zakladac. Mechanik pyta na ile napompowac kola, wiec mowimy ze przednie byly na 2.2. Gosciu robi glupia mine i idzie sprawdzic stan drugiego kolka, faktycznie 2.2.. Spora grupka miejscowych ktora sie juz zebrala i asystuje dostaje ataku smiechu i malo sie nie tarzaja po ziemii, w koncu nam tlumacza ze chcac jezdzic po Ukrainie nalezy pompowac kola na 1.8, bo inaczej za 5min. znow bedziemy miec kwadratowe felgi...Coz, czlowiek uczy sie cale zycie.. Ladnie dziekujemy, odjezdzamy a cala wioska chyba bedzie sie dlugo bawic i opowiadac anegdoty jak to przyjechaly glupie Polaczki z kolami na 2.2.. Jedziemy cali zadowoleni, nie wiedzac ze "najlepsze" jeszcze przed nami...
Jedziemy dalej niesamowita droga w rejonie Doliny, pola, pola i droga po horyzont. Zatrzymujemy sie celem zrobienia trochu zdjec, jest straszny wiatr, ktory poteguje wrazenie przestrzeni i wolnosci- wiatr we wlosach, piasek w zebach, uciekajace z glow czapki i wzrok ginacy gdzies na horyzoncie... Super sprawa
W miejscowosci Bronsziw -Osada zjadamy jeszcze pielmieni , gubimy sie w okolicy Kałusza i juz po ciemku wjezdzamy na droge prowadzaca do Osmolody. Jest juz dosyc pozno, wszyscy mamy troche dosyc, droga dluzy sie niemilosiernie, zakret w lewo, zakret w prawo, mostek, dziura z lewej, dziura z prawej, dziury wszedzie, nasyp po zerwanej rok temu drodze, mostek, jakas ciemna wymarla wies, i znowu, zakret i drugi..I ciemna droga.. Pieknie tu musi byc za dnia, ale teraz nic nie widac i kazdy juz marzy o rozbiciu namiotu i spiworze w Osmolodzie..Moze jakis bar bedzie jeszcze czynny?? Wydaje sie ze Osmoloda juz tuz tuz, moze to juz nastepna wioska??
W pewnym momencie zjezdzamy z kolejnego mostku i nagle rozlega sie donosne "pierrrdut", slychac metaliczny dzwiek, chrupniecie, szarpniecie, gasnie silnik, gasna swiatla a spod maski podnosza sie kleby sinego dymu... To zesmy , k... dojechali do Osmolody.. Rzut oka pod maske i na droge w swietle latarki nie nastraja optymistycznie.. Leje sie olej, plyn z chlodnicy a cala droga jest usiana rurkami , pierscieniami i innym zelastwem.. Pier**** pech.. Dlaczego w pierwszy dzien????
Nie pozostaje nic innego jak zepchac autko na pobocze, co tez robimy i rozkladamy namioty w przydroznym rowie i ukladamy sie spac.. W nocy zaczyna lac a mnie sie snia jakies zerwane mosty..
Rano budzi nas deszcz...Nie, nie deszcz stukajacy w sciany namiotu..Deszcz w namiocie... Mokro!!! Okazuje sie ze jedna sciana cala przemaka bo wyrwalo odciag.. Wylazimy na mokry swiat i idziemy obejrzec nasze autko.. Za dnia wyglada to jeszcze gorzej.. Cala skrzynia biegow sie urwala, urwala sie tez os od kola i caly silnik przez to opadl w dol i tak dziwnie wisi.. Nawet holowac tego sie nie da bo czochra silnikiem o ziemie.. I jeszcze jest niedziela..
A widac juz stad gory...
Coz, decydujemy sie wyruszyc pieszo w kierunku przeciwnym do Osmolody..Grzes musi juz dzis wracac bo jutro do pracy a my moze znajdziemy jakiegos mechanika.. Droga mija nam na rozmyslaniach co zrobimy jak nikt nie podejmie sie skodusi naprawic..Ciagnac na sznurku do Polski?? Utopic w rzece?? Zglosic ze ukradli?? Jak nas puszcza na granicy jak mamy wbite ze wjechalismy autem?? Jak nic nas zamkna zesmy auto zhandlowali!!
W pierwszej mijanej wiosce o nazwie Hrynkiw odnajdujemy dom mechanika Witji, ale niestety pojechal do Iwanofrankiwska i wroci wieczorem..Drugi wioskowy mechanik jest na miejscu ale juz tak narąbany z rana ze raczej nie pojedzie obejrzec nam autka..W koncu jest niedziela.. Idziemy wiec dalej i dalej.. W koncu w wiosce Jaseń dowiadujemy sie ze tez jest mechanik- Walerka- syn pani sklepowej.. Idziemy wiec do sklepu, babka dzwoni do Walerki i jupi!! Okazuje sie byc w domu, jest trzezwy i nawet decyduje sie obejrzec skodusie
Po jakiejs pol godziny wpada Walerka i juz za chwile mkniemy dziewiecdziesiatka jego nowiuskim szewroletem podstakujac na dziurach w strone naszej biednej skodusi.. A mysmy glupi jechali 30km/h i jeszcze starali sie te dziury omijac...Po drodze opowiadam mu traumatyczna historie o skrzyni biegow co rozlupala sie na pol, silniku co prawie lezy na ziemii, rurach co hacza o asfalt itp.. Walerka robi coraz bardziej okragle oczy i robi wrazenie jakby zaczynal zalowac ze sie zdecydowal nam pomoc
Na miejscu Walerka wsadza glowe do silnika i cos tam mruczy ze dobrze nie jest, ale z tego co mowilam to myslal ze jest gorzej.. Ale skrzynia biegow do wymiany,a tu ponoc o taka ciezko..Dzwoni wiec do Iwanofrankiwska, do Kalusza czy tam takie maja lub moga sprowadzic ale nic sie nie udaje.. Jakby to byla lada to by skrzyn biegow na pęczki.. Ale jak przystalo na ukrainskiego mechanika mowi ,ze nie ma rzeczy nie do zrobienia i oni sprobuja
z plotu urywa pęto drutu , podnosi silnik na podnosniku, przywiazuje drutem ,
Jeszcze pare belek na podklad, jakis kamieni i juz mozemy jechac na sznurku do jego warsztatu
Jedziemy wiec sobie przez wioski, wszyscy ludzie wylegaja przed domy i maja niezle przedstawienie.. Slychac komentarze w stylu "ej, turysty, widzicie na Ukrainie trzeba jezdzic wolniej" czy "Nie martwcie sie ,Walerka wam pomoze".. ech...jak to dobrze ze oni nie wiedza o naszych kolach pompowanych na 2.2...
W Jaseniu pod domem Walerki juz zgromadzone pol wsi, kazdy chce zobaczyc co sie zepsulo, co za ludzie itp. Dogadujemy sie ze mamy wrocic po autko za pare dni a oni sprobuja zrobic co sie da..
Zatem decydujemy sie isc do Osmolody, (ostatni autobus juz odjechal), ale Walerka nie chce o tym slyszec jak mozna isc z plecakami tyle kilometrow, wiec organizuje nam Saszke, ktory zawozi nas ładą do Osmolody. Rowniez zasuwa z predkoscia bliska setki, a z magnetofonu wlaczonego na max plyna rozne bardzo zyciowe piosenki : o Kseni ktora zadawala sie ze wszystkimi chlopcami we wsi i zostala z dzieckiem na reku, o Wani co kupil nowe auto, dwa dni je polerowal a trzeciego rozbil sie na drzewie i cala wies placze, o Maszy ktora lamentuje ze ma juz 16 lat i nie ma zadnego kandydata na meza i chce sie utopic w rzece, a stare babki jej doradzaja, ze trzeba jeszcze poczekac i na kazdego przyjdzie czas..(chyba to lecialo tak: "U mienia muża niet a mnie uze szesnadcat liet"
W takich klimatach docieramy do Osmolody..Pogoda sie poprawia, widac gory, czyste niebo! Idziemy jeszcze na troche do knajpki, na barszczyk, piwo i rybke,
a potem na dzikie pole namiotowe na skrzyzowaniu.
a jutro wreszcie goryyyyy!!!!!!!!!!
Rano budza nas w Osmolodzie silniki gruzawikow jadacych po drzewo, oraz stukot zelaznego mostku, cokolwiek po nim przyjedzie. Nad rzeczka spotykam dziadka ktory rewelacyjnie zna okolice Olawy bo przez kilka lat jezdzil tu zbierac porzeczki
Jemy sniadanko, obserwujemy gruzawiki- ja bym tak mogla caly dzien
Potem droga sie konczy , przechodzi w sciezke ktora ginie we wiatrolomie.. Łazenie po sprochnialych belkach , okolo 3 m nad ziemia z plecakiem ponad 20kg dostarcza naprawde specyficznych odczuc (zreszta tak samo jak proby przeciagniecia plecakow i przeczolgania sie pod tymi belkami
Mijamy chatke na Poloninie Plysce w ktorej zamierzamy spac i idziemy dalej na Parenkie..
Mielismy jeszcze chwile wczesniej ambitne plany dotarcia na Popadie- ale ten oto widok spowodowal ze plany te zdechly natychmiast
Na Parenkie idzie szeroka sciezka wyrabana w kosowce, kurde, jak na Babia! Gdzie ta slynna gorganska kosowka??? a ja specjalnie kupilam pokrowiec na karimate coby jej w kosowce nie podrzec.
W czasie podejscia jakos wyjatkowo zdycham i wielkie podziekowania dla toperza ktory mnie motywowal na rozne sposoby (np. piwem na szczycie
Na nocleg schodzimy do chatki na Polonine Plysce- i pare slow o chatce. jest to nowy obiekt, zbudowany pare lat temu specjalnie dla turystow, bezobslugowy,caly czas otwarty (u nas to chatki sie jedynie zamyka
Wieczorem nikt nie przychodzi wiec zostajemy w trojke: ja, toperz i medowa
Zreszta caly czas w gorach bedac nie spotkalismy nikogo... Tylko jakies zwierze bylo w nocy i nam rozszarpalo worek ze smieciami
Rano sniadanko przed chatka, podziwianie widokow, wygrzewanie i idziemy na Grofe.
Poczatkowo mielismy plan zejscia przez Jeziorko Grofeckie do doliny Molodej ale tak dobrze nam sie wygrzewa na szczycie, (tylko gory, slonce, ptaki i my.. i gdzie okiem siegnac tam gory i gory i jeszcze wiecej gor) ze decydujemy sie na powrot ta sama, krotsza droga.. wiec dluzej mozemy spedzic na szczycie
Po drodze trafiamy jeszcze na wspolny posilek dwoch owadow
Wieczorem w Osmolodzie mielismy spotkac sie z Piotrkiem (szewczenko z forum http://www.rosjapl.info/forum ) oraz Chrisem (z forum http http://www.bunkrowiec.com.pl/). Idziemy na barszczyk, zgadujemy sie ze Chris juz czeka z kolaga na polu namiotowym "arnika" a Piotrek jest w "czarnej dupie" tzn jest wieczor a on dopiero przekroczyl granice w Medyce bo byla awaria komputerow i sobie tam postal...
Wieczorem impreza z Chrisem i Andrzejem, opowiadajac sobie o roznych ciekawych opuszczonych miejscach
A jutro bedzie chwila prawdy-- jedziemy do Walerki i zobaczymy co z nasza skodusia.. Chyba by trzeba byc cudotworca aby ona zaczela jezdzic..
Rano wita nas sloneczny poranek w Osmolodzie, Chris nas zawozi do Jasenia i z dusza na ramieniu udajemy sie w strone domu Walerki... Czy żeliwo mozna zespawac??? Czy do skody mozna wlozyc ośki z łady??? Czy do chlodnicy mozna nalac wody ze studni??? TAAAAK!!!! dla ukrainskiej mysli technicznej nie ma rzeczy nie do zrobienia!!! Nasza skodusia od wczoraj stoi naprawiona!!! Najpierw pojechala na sznurku do Iwanofrankiwska na spawanie a wrocila juz o wlasnych silach
Moze to nadmiar ostroznosci ale postanawiamy zmodyfikowac troche plany i darowac sobie w tym roku Burkut, bo ten plan i tak byl napiety a jak jeszcze mamy jechac powoli. Wymyslamy trase alternatywna po zamkach i ruinach, tak aby kierowac sie powoli w strone Lwowa gdzie jestesmy umowieni na piatek i na sobote w Nowojaworiwsku. Zegnamy sie z Chrisem i Andrzejem ktorzy jada do Burkutu i ruszamy w strone Kalusza. Za dnia droga nie wydaje sie wcale specjalnie dziurawa a i widoki przecudne
Jedziemy do Halicza skad z dworca zabieramy Piotrka i jedziemy przez wioski szukac jakiegos dogodnego miejsca na nocleg.
Ostatecznie rozbijamy sie nad Dniestrem, z dala od wiosek, przy jakiejs bocznej drodze prowadzacej do kamieniolomu czy cementowni. Wieczor uplywa nam na popijaniu browarkow i ciekawych rozmowach (np. o beczkach z iperytem na dnie Baltyku ktore za pare lat sie rozsypia, itp ) Za rzeka chodza stada krow, sciela sie mgly, miejscowi plywaja lodkami, woza na furach zwir i wogole jest sympatycznie.
W nocy nam hucza pociagi na pobliskim moscie i mozna podziwiac przesuwajace sie wagony jak sznury blyszczacych koralikow
Nasz nocleg widziany rano
Nastepnego dnia zwiedzamy klasztor w Bilsziwcach
ruiny kosciola w Sokoliwce
jemy przepyszne czanahy w knajpce przydroznej
a na nocleg rozwalamy sie w starym jakby kamieniolomie kolo Świrza, klimatyczne miejsce wsrod skalek
Rano ruszamy zwiedzac zamek w Świrzu. Fajnie sie prezentuje z zewnatrz , ale niestety jest zamkniety na klodke..Obchodzimy go starannie dookola coby sprawdzic czy gdzies nie ma jakiegos okienka, niezamknietej bramki, dziury w murze itp. Niestety nie wyglada to dobrze..Jest tylko jedno male okienko, dosyc wysoko i jeszcze naprzeciw siedzi rybak i sie gapi... Rezygnujemy z tego wejscia i powoli wracamy. Ale jak z nieba spada nam gosciu ktory ma klucze do zamku, dogadujemy sie z nim ze nas wpusci, zamknie i pojdzie na obiad a po godzinie otworzy... Hmmmm..Ciekawe czy nie zapomni.. Ciekawe czy tak samo prosto bedzie sie szukac wyjscia z zamku jak wejscia
Po godzinie gosciu zjawia sie punktualnie i nas wypuszcza...Nie bedzie noclegu w zamku..
Nastepnie odwiedzamy zamek w Starym Siole
na przejezdzie kolejowym niespodzianka!! spotykamy Chrisa i Andrzeja wracajacych z Burkutu
A potem juz jedziemy do Lwowa. Podroz autem po Lwowie jest bardzo ciekawa- krecimy sie pol godziny wokol miejsca gdzie chcemy dojechac z powodu nawalu jednokierunkowych uliczek, atrakcji dostarczaja rowniez korkujace ulice tramwaje ktore sie akurat popsuly, piesi pojawiajacy sie w najbardziej nieoczekiwanym momencie na srodku drogi oraz nowe zasady pierwszenstwa na skrzyzowaniach (pierwszy jedzie ten co jest wiekszy i ma glosniejszy klakson
W koncu spotykamy sie wszyscy w puzatej chacie , przychodza tez ukrainscy znajomi toperza
W nocy wybieramy sie na wysoki zamek we mgle oraz na cmentarz łyczakowski, ktory noca spodobal mi sie duzo bardziej niz a dnia
Nocujemy w hotelu "lviv" ktory niestety sie juz popsul tzn oferuje normalny standard hotelowy za normalne ceny.. My placilismy od osoby rownowartosc 30zl
Juz ostatnim miejscem do zwiedzenia na naszej trasie byl opuszczony kompleks Sirka w Nowojaworiwsku. Znajac obiekt ze zdjec najpierw zajechalismy do Nowojaworiwska, potem do miejscowosci Szkło, troche krecilismy sie bez sensu po okolicy zanim udalo nam sie namierzyc wystajace zza horyzontu dzwigi i kominy. Wreszcie wybieramy sie gdzies w kupie tzn jest nas 5: ja toperz, Piotrek, Chris i Andrzej. Andrzej jest najmniej z nas zainteresowany opuszczonymi miejscami, wiec chodzi sobie po terenie sam, wabiac czerwonym polarem ewentualnych straznikow obiektu
Jadac w strone granicy zatrzymujemy sie jeszcze w sympatycznym kafe zrobionym z wagonu kolejowego
Dalej gdy gubimy droge na Sudowa Wisznie trafiamy do wioski gdzie spotykamy milego ksiedza, ktory nie dosc ze obiecuje pokazac nam wlasciwa droge to pyta czy mamy nocleg na dzis... A tu trzeba bylo powiedziec ze juz wracamy
Na granice docieramy kolo polnocy, kolejka jest mala ale sie wogole nie posuwa przez godzine, jak sie potem okazuje straznik kontrolujacy paszporty gdzies sobie poszedl i wraca dopiero po ponad godzinie..A byl jeden..wiec wszystko stalo.. Łacznie przejscie zajmuje nam troche ponad 2 godziny..Pozno w nocy docieramy na pole w Stasianem.. Ciekawa rzecza bylo jeszcze spotkanie ze stadem psow w okolicy Woli Niznej w Beskidzie Niskim..Srodek nocy, za wsia a tu na srodek drogi wybiega ok. 10 psow, sporych, z 5 takich pasterskich i kilka innych. Sa bardzo agresywne, rzucaja sie na samochod cala gromada... Wieszaja sie kłami na lusterkach, probuja wyskoczyc na maske.. Az strach myslec co by bylo jakby ta droga szedl jakis pieszy wedrowiec.. Przeciez by go rozszarpaly na kawalki.. Nie reaguja na klakson, dopiero jak ruszamy z impetem to odskakuja na boki a potem dlugo gonia samochod... Skad tam takie zdziczale stado??? Straszne...
A jutro jeszcze dluga droga do domu... I jazda 70km/h po autostradzie


